| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



G   [1] 


GOREAPHOBIA - "Mortal Repulsion"

(CD 2009 / Ibex Moon Records)

Powiało chłodem. Czuć krew i zgniliznę... czyli wszystko gra. Ekipa z Filadelfii zdecydowała się na wydanie pełnego krążka po 20 latach działalności (materiał nagrano w 2009 roku), więc, co sami przyznają , ta płyta to swego rodzaju wydawnictwo przekrojowe. We wspomnianym okresie członkowie zespołu nie obijali się, udzielając się w ABSU i MASTER. W muzyce Amerykanów od razu daje się wychwycić pewien specyficzny oldschoolowy klimat. O ile w wielu wypadkach takie podejście do granej muzyki mnie irytuje, o tyle w tym wypadku wyszło dość ciekawie. Sami członkowie GOREAPHOBIA wskazują na analogie do pierwszych płyt ENTOMBED i POSSESSED, ale dla mnie nie jest to takie oczywiste. Ta płyta ma swój specyficzny styl i nie słychać tu absolutnie (jak w niektórych wypadkach) czystego zrzynania z czyjejś twórczości. Już otwierający "Ordeal of the Abyss" sygnalizuje z czym mamy do czynienia - świetny, minimalnie blackujący growling z kapitalnie dobraną pod sekcję rytmiczną melodyką. Ten kawałek ma powera, tak po prostu i bez zbędnego napinania mięśni i młócenia na siłę. Utrzymany w średnim tempie posiada tę właśnie chwytliwość, która podświadomie nakazuje machać głową lub przynajmniej stukać palcami w blat stołu. Kolejne kawałki nieznacznie od niego odbiegają, może nie mają już tej przebojowości, ale w niczym to nie przeszkadza - odpowiednio częste zmiany szybkości, pozwalające jednak wystarczająco wczuć się w muzykę, a co za tym idzie, bardzo naturalne i przemyślane. Szósty z kolei kawałek, "Faded Into Ends Part 1" jest już z całkowicie innej beczki. Czysto instrumentalny, krótki, lecz strasznie przytłaczający utwór utrzymany w klimacie znanym z COUNT RAVEN, którego dalszy ciąg (Part 2) został dość sprytnie dołączony do przedostatniego, nieco szybszego numeru i stanowi jego dobre uzupełnienie. Ogólnie jest dość mrocznie i ciężko, całość utrzymana w wolnym i średnim tempie, przez co "Mortal Repulsion" zyskało świetną spójność. Nic na siłę wedle zasady - udowodnijmy, że potrafimy tworzyć muzykę, więc wpakujmy wszystko do każdego numeru. Tak naprawdę - nie muszą niczego udowadniać. Właśnie ta wyczuwalna swoboda sprawia, że tej płyty słucha się bardzo dobrze. Staż w tym miejscu robi jednak swoje. Moim zdaniem GOREAPHOBIA zaserwowali naprawdę dobrą, ciężką płytę z ogromną dawką czystego jak łza death metalu. Jeśli jeszcze dodam, że w proces pisania utworów zamieszany był zaprzyjaźniony z zespołem John McEntee z INCANTATION, wiecie czego możecie się spodziewać po tym wydawnictwie.

ocena: 8/10
www.goreaphobia.com
www.myspace.com/goreaphobia
www.ibexmoonrecords.com
autor: "13"




GORGOROTH - "Quantos Possunt ad Satanitatem Trahunt"

(CD 2009 / Regain Records & Mystic Production)

Ostatnimi czasy wokół GORGOROTH było przede wszystkim dużo szumu medialnego. Najpierw kontrowersyjny i zakończony totalną nagonką na zespół oraz wydawcę koncert w Polsce, potem konflikt między Gaahl'em i King Ov Hell'em a Infernusem, co stało się przyczynkiem do rozprawy przed norweskim sądem, a ten podjął decyzję, że prawa do używania nazwy należą się temu ostatniemu. Dużo było w związku z tym tak zwanego "złej krwi", ale to w końcu black metal, a nie bajki dla dzieci ;). W 2009 roku Infernus już był spokojny o byt GORGOROTH i ze złożonym wcześniej składem jednego z dwóch zespołów o tej samej nazwie (chociaż kto wie jak było naprawdę, bo Gaahl znany jest z tego, że dużo mówi, a z czynami już jest różnie - pewnie i tak wskrzesi nadzwyczaj przeciętny TRELLDOM) nagrał bardzo oczekiwany przez fanów album o łacińskim tytule "Quantos Possunt ad Satanitatem Trahunt". O tym, czy szum wokół norweskiej hordy był tylko PR-owskim zagraniem, nie mi osądzać, za to kilkanaście zdań należy się po tym przydługawym wstępie samej płycie. Nowy album z pewnością spodoba się kilku osobom, które dadzą się zwieść kultowemu statusowi GORGOROTH, ale moim zdaniem ten band nigdy nie zasługiwał na tak dużą uwagę, jak kilka innych norweskich black metalowych hord. Tak po prawdzie to nie mogli się zdecydować, czy chcą grać surowo i topornie, czy kombinować i eksperymentować. Tym razem, dla własnego bezpieczeństwa i chyba z obawy przed posądzaniem ich o zdradę ideałów lub inny bullshit, przemieszali trochę elementów typowo black metalowych z "Pentagram" i "Antichrist" z takimi bardziej naładowanymi thrash metalem z "Destroyer" oraz monumentalnością fragmentów "Incipit Satan", ale w gruncie rzeczy kontynuują linię z nijakiego "Ad Majorem Sathanas Gloriam", na którym wyraźnie było słychać, że między muzykami dosłownie iskrzy i wrze, ale w pozytywny sposób na muzykę to bynajmniej nie wpływało. Teraz nie ma usprawiedliwienia dla tak nierównej i pozbieranej z różnych przeszłych wydawnictw muzy, czego powodem jest pewnie niemoc kompozytorska dyktującego warunki gitarzysty Infernusa. Krótkie kawałki w rodzaju "Aneuthanasia", "Prayer", "Cleansing Fire" czy mocno nasyconego tradycyjnym heavy metalem "Human Sacrifice" są oklepane i zrobione na siłę, z kolei długaśny "Rebirth" ciągnie się niemiłosiernie i nie wnosi nic ciekawego. Może jedynie zróżnicowany "New Breed" i odnoszący się w większym stopniu do aranżacji typowych dla muzyki klasycznej "Satan - Prometheus" pokazują, że w tym zespole jest wciąż jakiś wartościowy potencjał. Niewiele też wniosło dołączenie do GORGOROTH znanego ze swego zamiłowania do black metalu basisty OBITUARY, Franka Watkinsa, który tutaj ukrywa się pod nickiem Boddel, zaś powracający do zespołu po 12 latach Pest skrzeczy jakby bez przekonania i powtarza po prostu kiedyś wyuczone frazy. Bez wyrzutów sumienia odfajkowuję ten album i odkładam gdzieś na bok, by już do niego nie wracać.

ocena: 4/10
www.gorgoroth.info
www.myspace.com/gorgoroth
www.regainrecords.com
autor: Diovis




GRAVELAND - "Spears of Heaven"

(CD 2009 / No Colours Records)

Jaki jest GRAVELAND, każdy widzi (albo słyszy). Jedni go wielbią, inni nienawidzą, jeszcze inni ignorują, ba, niektórzy nawet nie są świadomi, że przed laty kontrowersyjny band nadal nagrywa kolejne krążki i nazbierał już ich w swoim CV całkiem sporo. Rob Darken od lat niezmiennie kroczy drogą pagan black metalu, czasem bardziej monumentalnego i epickiego, czasem bliższego surowego klimatu stosowanego kilkanaście lat temu przez wszystkich tych zapatrzonych w "klasyczną Norwegię". GRAVELAND nie zmienił się przez te wszystkie lata, a jedynie okrzepł i nagrywa kolejne albumy nie czekając na poklask lub szyderstwa. Darkenowi najwyraźniej wystarcza rzesza fanów poza granicami Polski, bo pozostaje w dalszym ciągu w niemieckiej No Colours Records, która to wypuściła całkiem niedawno najnowszy album GRAVELAND - "Spears of Heaven" i która głównie na Weście szuka odbiorców dla tego, jak i wcześniejszych krążków tej formacji. Rzut oka na okładkę i już wiadomo, że ponownie będzie o średniowiecznych wojach i mitach zaczerpniętych z nordyckiej oraz słowiańskiej mitologii, z naciskiem na tę pierwszą. Tym razem najczęściej pojawiający się w tekstach, a zwłaszcza tytułach motyw, to Walkirie ("Braid of a Pride Valkyria" i "When Valkyries Come"), choć ostatni utwór to wyraźne nawiązanie do miejsca, z którego wywodzi się GRAVELAND ("Return To the Northern Carpathian"). A muzycznie? Wspomniałem już o tym na początku, ale warto dodać, że pomimo upływu czasu ten one-man band wciąż brzmi surowo, nieokrzesanie i obskurnie. Wokale ciągnięte są jednokierunkowo (specyficzny, wycofany nieco w tło skrzeko-growl Darkena), wspierane przez "komputerowe" chóry, gitara w oldskulowym, black'owym stylu z wyraźnymi odchyłami w stronę klasycznego heavy metalu i przede wszystkim BATHORY z okresu "albumów o Wikingach", bębny naturalistyczne i gęste, klawiszy niewiele, akustyczny jest jedynie wstęp do najdłuższego na płycie, ponad 10-minutowego "Return To the Norhern Carpathian"). Produkcja jest niestety słabą stroną tego krążka i było to poczynione chyba świadomie, ale przydałoby się więcej przestrzeni i dynamiki. Utwory są długie i dość monotonne, pozbawione większych zwrotów akcji czy przeskoków dramaturgicznych i z całej płyty warto tak naprawdę zwrócić uwagę na trzy środkowe numery: "Flame of Doom", ""Braid of a Pride Valkyria" (fajny folkowy motyw wygrywany na gitarze) i "Sun Wheel". Chociaż pewnie i tak ci nieliczni, acz wierni fani GRAVELAND zachwycą się "Spears of Heaven", a reszta przejdzie bez emocji, całkowicie obojętnie lub pokiwa głową i pomyśli "no tak, Darken dawno już się wypalił". Moje zdanie jest gdzieś pośrodku, bo ani nigdy nie zachwycałem się jego twórczością, ani też nie miałem podstaw do jej ganienia. Tak jest i tym razem.

ocena: 6/10
www.graveland.org
www.myspace.com/truegraveland
www.no-colours-records.de
autor: Diovis




GRIFTEGARD - "Solemn. Sacred. Severe"

(CD 2009 / Van Records)

Takie albumy to prawdziwe rarytasy. Rzadkość nad rzadkościami. Bo kto teraz nagrywa płyty wypełnione po brzegi ponurym i monumentalnym doom metalem? Takim, co sięga korzeniami bezpośrednio do twórczości CANDLEMASS, wczesnego CATHEDRAL i do "jedynki" ANATHEMY? Takim, który pachnie kadzidłem, mirą i dyskretnym zapachem śmierci. A jest taki jeden bend ze Szwecji, który zowie się GRIFTEGARD i nagrał pierwszego długograja z takim staroświeckim, ale chwytającym za serducho doom'em. Prostym, iście przygnębiającym, a przy tym melodyjnym, epickim i szczerym. Kto zdzierży trwające około 10 minut kawałki utrzymane w wolnych tempach, z łkającym wokalistą, chórami w tle, potężnymi gitarowymi riffami, zawodzącymi solówkami, przesterami i potężną sekcją rytmiczną, niech śpieszy do internetowego sklepu wydawcy i zakupi ten album. Nie pożałuje, bo dawno nikt nie nagrał tak przejmującego kawałka posępnej muzyki, w której jest mnóstwo emocji, z żalem, smutkiem, goryczą i czarną rozpaczą na czele. Już kawałek o tytule "Charles Taze Russell" na sam początek zapowiada świetną muzę. Bez owijania w bawełnę, obróbek studyjnych i efektów specjalnych toczy się ten walec przez ponad 9 minut i wcale nie nudzi. Podobnie jest z równie ciężkim "Punishment & Ordeal", w którym po siedmiu minutach można złapać na chwilę oddech wraz ze spokojną, leniwie płynącą, akustyczną partią, po czym "ciężarówa" znowu wjeżdża. Dalej jest mocny i przejmująco płaczliwy " I Refuse These Ashes", a po nim zaskakujący "Noah's Hands", oparty wyłącznie na brzmieniu kościelnych organów i chóru. Prawdziwa apoteoza pogrzebowych rytuałów. Tak już zupełnie przy okazji, takiego klimatu i takiego utworu brakuje mi prawdę mówiąc na płytach RIGOR SARDONICOUS, które koncentruje się jednak zdecydowanie bardziej na chorobliwej wizji śmierci i życia pozagrobowego. Wraz z "The Mire" wszystko wraca na tradycyjne, doom metalowe tory, a krążek zamyka zaśpiewany przy akompaniamencie pianina "Drunk With Wormwood", który w drugiej części przekształca się w jeszcze jeden ciężki numer. Pierwszoklaśna pozycja! Prawdziwy klasyk takiego grania!

ocena: 9/10
xxx
autor: Diovis




GRIMNESS 69 - "IllHeavenHells"

(CD 2008 / Xtreem Music)

Na kilometry czuć, że GRIMNESS 69 zaczynało od grania hard-core'a i grind-core'a. Lubią konkretne, szybkie rytmy, growlujący ile sił w płucach wokalista też korzeniami tkwi w core'owej szkole. Na swoim drugim, a nie wykluczam, że i na pierwszym albumie dołożyli do tego death metalową brutalność, co urozmaiciło w pewnym sensie tę formułę. Słuchając "IllHeavenHells" mam jednak przemożne wrażenie, że w naszym kraju jest co najmniej kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt kapel, które grają znacznie lepiej i ciekawiej, a pozostają nadal bez kontraktu. Dlatego nie wiem co skusiło Xtreem Music, by wybrać właśnie włoski zespół, który pewnie na tamtejszej scenie jest w czołówce, ale w skali europejskiej grają bardzo przeciętnie. Owszem, ten album zawiera porcję energetycznego łupania, takiego co idzie równo do przodu, ale począwszy od tego, że po przesłuchaniu płyty nie pozostaje w głowie ani jeden utwór, a skończywszy na dość plastikowym brzmieniu nic nie skłania do tego, by polecić tę muzę tym, którzy nie kupują wszystko co leci. Nie przypuszczam zresztą, aby którykolwiek z fanów metalu miał tyle kasy (a potem czasu na słuchanie) i brał w ciemno także to wydawnictwo. Zdecydowanie zalecam poznanie innych krążków z logo hiszpańskiej Xtreem Music, tego natomiast niekoniecznie.

ocena: 4/10
www.grimness69.com
www.myspace.com/grimness69
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




GOTHMOG - "A Step In the Dark"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Gdybym musiał strzelać, nigdy nie powiedziałbym, że to hiszpańska kapela. Styl, technika i dość wyraźne wpływy prawie automatycznie kierują w stronę Skandynawii. "Przywódca straży Mordoru" swą pierwszą płytą sprawił, że uznane zespoły grające w podobnym klimacie zaczynają wyglądać, co tu ukrywać - dość blado. O ile dla mnie określenie muzyki GOTHMOG jako "epicki black metal" trochę mija się z prawdą, o tyle zupełnie mnie ono nie interesuje. Kapitalna mieszanka black, speed i power metalu, prawie perfekcyjnie spięta w jedną spójną całość. Tej płyty słucha się jednym tchem. Początkowo musiałem trochę poszperać w sieci, ponieważ po kilkunastu sekundach odsłuchu dałbym sobie ściąć głowę, że wokalnie udzielił się tu Shagrath z DIMMU BORGIR. Wokale Pikaath'a (Ruben Picazo) są prawie identyczne - o ile nie lepsze. Zresztą, wyraźne wpływy stylu, jaki wykreował DIMMU BORGIR są bardzo wyraźne dla tej płyty, co jednak niczego jej nie ujmuje, a wręcz przeciwnie. Należy bowiem pamiętać, że to debiut założonej w 2005 roku formacji. Debiut przez duże "D". Od strony technicznej jest świetnie. Szybkie, przemyślane partie gitar uzupełnione sprawną, energiczną perkusją i bardzo dobrze dobranymi, co ważne - nie przesadzonymi podkładami na klawiszach, które czasami wybijają się na pierwszy plan. Wszystko "okraszone" mocnym brzmieniem. Jest świetny, blackowy "skrzek", lecz ten, który lubię najbardziej - wyraźny, lekko ogładzony i "zaokrąglony", przez co cały czas słuchacz słyszy i rozumie... teksty utworów. Są też wokale czysto hymnowe, szeptane, wykrzykiwane i mówione, melodyjne i "szarpane". Ich zróżnicowanie powoduje, że tą płytą trudno się znudzić. Wszystkie perfekcyjnie wykonane i zaaranżowane. Naprawdę - duża klasa. Bardzo dobre, dynamiczne zmiany tempa, sekcja rytmiczna naprawdę szaleje, chwilami zwalniając, jakby pozwalając słuchaczowi odpocząć, by po chwili uderzyć jeszcze potężniej, mocniej, z większą techniką i zdeterminowaniem. "A Step In the Dark” wbija się w głowę niczym pneumatyczny młot w każdym z 10 zawartych na płycie utworów. Wkręca się jak śruba, powoli zaciska i nie chce puścić, a wszystko to z ogromną, przepełnioną po brzegi energią melodyjnością. Nie ma tu wymuszonej brutalności i typowej blackowej ekstremy. Tej płyty można słuchać raz za razem, przy kolejnych odsłuchach odkrywając nowe "smaczki", wsłuchiwać się w poszczególne instrumenty lub kapitalne wokale. Tu nasuwa mi się pewne porównanie: pomijając samą muzykę z jej energią, szybkością i drapieżnością. SAM KLIMAT debiutu GOTHMOG w swym charakterze bardzo mi przypomina TYTUŁOWY kawałek jednej z płyt-legend: "Seventh Son of a Seventh Son” IRON MAIDEN. Ktoś, kto jak ja na pamięć zna ten utwór i jego charakter, już po pierwszym przesłuchaniu "A Step In the Dark” będzie wiedział o co chodzi. Jest to wydawnictwo dość "uniwersalne", praktycznie każdy, kto słucha szeroko pojętego metalu, znajdzie tu coś dla siebie. W tym miejscu mogę jedynie pogratulować ekipie GOTHMOG. Bardzo przemyślana, świetna od strony muzycznej płyta. Nie tylko dla fanów DIMMU BORGIR, a może raczej dla tych, których ostatnie dokonania Shagrath'a & Co zaczynają (jak mnie) po prostu nudzić.
Najlepszy numer: "Ghosts of Ancient Days". Świetne wejście i ciągnący się przez cały utwór wciągający klimat. Bardzo ciekawa praca gitar. Krótkie nastrojowe zwolnienie i fantastyczne, strasznie zróżnicowane i kapitalnie dobrane wokale.

ocena: 10/10
www.gothmog.es
www.myspace.com/gothmog666
www.xtreemmusic.com
autor: "13"


GRIMLORD - "Dolce Vita Sath-an as"

(CD 2009 / Trident Harmony)

Z racji tego, że mamy patronat medialny nad tym wydawnictwem można by się doszukiwać poniżej oceny co najmniej 9-punktowej. Tymczasem my, jako ludzie starający się patrzeć na opisywane wydawnictwa tak obiektywnie, jak i subiektywnie nie staramy się świadomie przypodobać nikomu, ani też specjalnie zaogniać relacji między naszym serwisem a wykonawcami / wydawcami (poza przypadkami chamskich lub burackich zachowań z ich strony). Dlatego od razu napiszę, że "Dolce Vita Sath-anas" to album o dwóch "twarzach". Pierwsza to trzy utwory otwierające najnowszy, drugi pełny studyjny materiał zespołu. Tytułowy numer to bezpośredni strzał z agresywną partią gitary, a jednocześnie melodyjny, tak powiedzmy w stylu IRON MAIDEN. Ponad tym swoje umiejętności pokazuje frontman grupy, znany jako Barth La Picard, któremu brakuje w głosie nieco więcej dynamiki. Podobny tor obiera kolejny kawałek, "When the Heads Are Going Down", z tym, że oprócz energetycznych elementów kilkukrotnie odzywa się gitara akustyczna i interesująco wkomponowane klawisze. Cięższy, nie pozbawiony zadziornych pierwiastków jest też "Oh My King!". Jest i akustyczny fragment, niepokojące klawisze w tle i zupełnie nie heavy metalowe przyśpieszenie. Chwali się GRIMLORD'owi, że łączy w tych utworach tradycję z delikatnym dotykiem nowoczesności, a przy tym nie popada w power / heavy metalowy banał. Zgodnie z prawidłami klasycznego heavy są odpowiednie refreny, rozliczne solówki gitarowe i dużo pałera, ale wszystko zdaje się nie być robione na siłę. Druga część to - wedle tego co wyczytałem - sześcioczęściowa suita. Spodziewałem się czegoś naprawdę niesamowitego i wyjątkowego, tymczasem są to ponad 34 minuty instrumentalnego grania. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby była to na przykład solowa płyta gitarzysty, ale tu raz, że brzmienie różni się od tego w numerach z wokalem (in minus, niestety - brakuje przede wszystkim niezbędnej mocy i głębi), a dwa, że aby nagrać coś w tym stylu należy mieć jakiś naprawdę świetny pomysł. Tu natomiast ani nie przykuwa uwagi aranżacja, każda z części to jakby oddzielny i nie dokończony utwór, ani też nie powalają na kolana wyczyny gitarzysty. Nie wystarczy umieścić na stronie www opisu tematyki tych kawałków, które jakoby mają tworzyć pewną suitę, by pobudzić wyobraźnię słuchacza i sprawić, że będzie z zapartym tchem wsłuchiwał się w każdy dźwięk. Niestety, mimo najszczerszych chęci nie mogę ocenić tej instrumentalnej części albumu pozytywnie. Sądzę wręcz, że nawet początkujący gitarzyści nie odbiorą tego długiego fragmentu jako podręcznika w stylu "jak zostać heavy metalowym gitarzystą". Z kolei ci już od jakiegoś czasu grający na sześciu strunach lub trochę osłuchani w muzyce stwierdzą, że nic tu nie odnajdują dla siebie i że jest po prostu nijako. Z wokalami byłoby jednak nieco ciekawiej. Ale tylko nieco... Cóż, po ustaleniu średniej punktowej tych dwóch oblicz GRIMLORD na ich nowym materiale wychodzi to, co wychodzi.
PS. Nie bardzo rozumiem też politykę promocyjną Trident Harmony, która rozsyłała ten materiał na płytce z plikami mp3, które ja na przykład mogłem odsłuchać wyłącznie w odtwarzaczu DVD...

ocena: 5/10
www.grimlord.eu
autor: Diovis




GHOST BRIGADE - "Isolation Songs"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Po takim sobie debiucie "Guided By Fire" nie miałem jakichś szczególnych oczekiwań wobec Finów z GHOST BRIGADE. Guillaime z Season Of Mist szepnął mi na ucho, żebym dobrze się wsłuchał w "Isolation Songs". I oto jestem urzeczony i podziwiam, jak z brzydkiego kaczątka w szybkim tempie urósł dorodny kaczor (proszę, bez politycznych skojarzeń ;). Niby nie odkryto tu Ameryki, bo te utwory są inspirowane twórczością tak KATATONII, jak i NEUROSIS, ale ileż mają w sobie mocy, emocji i ciężaru! GHOST BRIGADE wywodzi się z fińskiej szkoły, więc utwory są przesycone typową dla tego kraju melancholią i melodyką znaną choćby z ostatnich płyt AMORPHIS czy wciąż wiernych melodyjnemu metalowi zmieszanemu z jego bardziej ekstremalnym obliczem formacji INSOMNIUM i SWALLOW THE SUN. Mimo to udało się Brygadzie Ducha osiągnąć, jeśli nie złoty, to na pewno zdrowy środek i połączyć wszystkie te elementy w logiczną całość. Poszczególne kawałki mają ciągoty do ambitnego grania, a przy tym zachowują przystępność i potrafią oczarować tych, co nie dzielą metalu na ten "jedyny, prawdziwy i słuszny" oraz to, co nim nie jest. Da się wyczuć, że ktoś chłopakom podpowiedział co robić i efekty są. "Isolation Songs" potrafi, jak mało która płyta, odnaleźć się w obecnych czasach, gdy rozsądne jest nie odcinać się od korzeni, ale jednocześnie szukać nowych szlaków i nie zamykać się w pewnej określonej szufladzie. Najlepsze na to dowody to takie kawałki, jak mocarny, a przy tym niepokojący "Suffocated" już na dzień dobry, a po nim następują melodyjne i z lekka melancholijne "My Heart Is a Tomb" i "Into the Black Light", z czwórką zaś jest znowu posępne i ciężkie granie ("Lost In a Loop"). Itede, itepe, aż do samego końca. Ani na moment nie spada dramaturgia, produkcja jest cacy, wszystko idealnie zbalansowane, słychać każdy instrument, akustyczne partie są wręcz powalające, wokale to naprzemiennie growle i czyste śpiewy. Tu i ówdzie pojawiają się wiolonczela i klawisze, która podkreślają specyficzny, zimny klimat tej mimo wszystko melodyjnej płyty. Cóż tu więcej dodać? Jeśli nie wadzi Wam podobieństwo GHOST BRIGADE do KATATONII i NEUROSIS, a podoba się Wam takie ujęcie tematu w postaci ciężaru połączonego z melodyką i mroku zmieszanego z duszną, prawie klaustrofobiczną atmosferą, to możecie brać tę płytę jak w dym. W każdym razie ja wyczuwam skok jakościowy między debiutem Finów a "Isolation Songs". I bardzo się z tego powodu cieszę :)


ocena: 9/10
www.ghostbrigade.net
www.myspace.com/ghostbrigade
www.season-of-mist.com
autor: Diovis




GNOSTIC - "Engineering the Rule"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Ki czort ten GNOSTIC? Czy rzeczywiście to inne wcielenie muzyków ATHEIST? Jaką muzę grają? Takie i inne pytania zadawał sobie niejeden fan legendarnych twórców "Piece of Time", którzy od jakiegoś czasu są aktywni i chyba nadrabiają stracony czas, bo GNOSTIC to faktycznie 4/5 obecnego składu ATHEIST, tyle że trochę powymieniali się między sobą instrumentami. Sonny Carson i Chris Baker grają na gitarach, Jonathon Thompson na basie, a Steve Flynn na bębnach. Wygląda jednak na to, że chcą działać równolegle obok swojego bardziej znamienitego zespołu ATHEIST, na którego powrót czekały może nie masy, ale sporo fanów technicznego death metalu na pewno tak. Na debiutanckiego pełnograja tego mniej znanego bandu już niekoniecznie, choć okazuje się, że GNOSTIC działa już czas jakiś i sroce spod ogona nie wypadł, jak to się mówi. Zawirowania w składzie doprowadziły do sytuacji, gdy w końcu, chcąc nie chcąc, będą porównywani do swojego starszego brata. I nic w sumie dziwnego. Muza jest zbliżona techniką i aranżami do tej z "Piece of Time czy "Unquestionable Presence", mamy podobne zagrywki gitar, mieszanie basu, szalejącą perkusję, rozpasane gitarowe solówki i jazzujące wstawki (np. w "Life Suffering"). Nie umniejsza to jakościowo "Engineering the Rule", która to płyta zachwyci fana starego dobrego ATHEIST (dobrego nigdy za wiele!), ale także DEATH, PESTILENCE, naszego SCEPTIC (hej, są jakowyś?! hehe) i tym podobnych "mieszaczy". Z drugiej strony jest pewna różnica, ponieważ wokalista i jedyny nie grający w ATHEIST człowiek, czyli Kevin Freeman ma bardziej drapieżny i zadziorny głos, dzięki czemu i poziom agresji tutaj wzrasta. Na siłę można napisać, że dodał takiego metal-core'owego sznytu do technicznej, death/thrash'owej muzy. Naprawdę równa i dobra płyta. I aż strach się bać czym po tym treningowym poletku, jakim jest GNOSTIC, nas uraczy już w pełni prawdziwy ATHEIST.


ocena: 7,5/10
www.gnosticmusic.com
www.myspace.com/gnosticmusic
www.season-of-mist.com
autor: Diovis




GOATWHORE - "Carving Out the Eyes of God"

(CD 2009 / Metal Blade Records & Mystic Production)

Za cholerę nie pamiętam już starszych wydawnictw tej amerykańskiej kamandy. Może coś tam przez mgłę..., ale albo nie wryli mi się w pamięć z racji mało oryginalnych dźwięków, albo po prostu słyszałem kapelę o podobnej nazwie, która równie szybko uleciała mi z podręcznego "twardego dysku" ;) To, co wykrzesał na nowym, czwartym już krążku ten kwartet z Nowego Orleanu, to iście oldskulowa i pierwotna mieszanka death, black i thrash metalu. Największe piętno odcisnął CELTIC FROST, zwłaszcza ten najwcześniejszy. Ewidentnie słychać to w przypominającym dokonania załogi Toma Gabriela Warriora "Reckoning of the Soul Made Godless" (jest nawet to charakterystyczne "ugh!" wokalisty), ale i gro pozostałych kawałków perfidnie czerpie garściami z pierwszych dwóch mini-albumów i "Morbid Tales". Celtic'owskie naleciałości uzupełniono tu o odrobinę starego dobrego germańskiego thrash'u, riffy niczym z wczesnych płyt METALLIKI, WHIPLASH czy DARK ANGEL, black'owe akordy i bazowy death metal, tak by nie wypaść na ortodoksów zapatrzonych wyłącznie w jedną czy dwie kapele grające przed wieloma laty. Trzeba przyznać, że GOATWHORE wypada tutaj całkiem nieźle, stara się grać prosto i czytelnie, a jednocześnie przemycić sporo brudu i plugastwa, które jest swoistym trademarkiem wielu kapel z Luizjany. W składzie mamy między innymi muzyków CROWBAR i SOILENT GREEN, więc bez większych przeszkód mogli to wcielić w życie. Dysponując też talentem jednego z ciekawszych amerykańskich bębniarzy, Zack'a Simmonsa z NACHTMYSTIUM, mają w ręku duży atut i przy wsparciu raczej rzadko inwestującej w ten rodzaj oldskulowego grania Metal Blade Records do jakiejś tam grupy słuchaczy powinni dotrzeć. Osobiście polecam ten stuff przede wszystkim fanom POSSESSED, VENOM, CELTIC FROST, wczesnego MORBID ANGEL, SLAYER'a i tym podobnych piewców chaosu. Nie będziecie mieli orgazmu słuchając tych dźwięków, jednak ciary po plecach powinny przynajmniej czasem przebiegnąć.


ocena: 6,5/10
www.goatwhore.net
www.myspace.com/goatwhore
www.metalblade.de
autor: Diovis




GRENDEL - "A Change Through Destruction"
(CD 2009 / Firebox Records & Foreshadow Music)

Gdyby GRENDEL miało lepszego menedżera, to pewnie ta płyta wyszłaby ze znaczkiem na przykład Century Media, a ci by reklamowali jej autorów jako "następców SENTENCED", "kolejną fińską rewelację" lub wymyśliliby jakiś inny zmyślny slogan zachęcający do zakupienia "A Change Through Destruction". Swoją drogą to chyba już stutysięczna kapela z Finlandii, która w specyficzny dla tamtejszych muzyków sposób miesza chwytliwe melodie, melancholijny klimat i smutne przesłanie. Chropowate wokale pojawiają się na przemian z czystymi wokalami, nie brakuje też niskich pomruków a la Ville Laihiala z SENTENCED czy Juha-Pekka Leppäluoto z CHARON. Utwory same w sobie też są dość różnorodne, z przewagą tych, w których są nie tak znowu skomplikowane melodie i odpowiednio dawkowane dozy smutku i pesymizmu. Po trzech dość typowych, prawie heavy metalowych numerach następuje interesujący, prawie gothic/doom'owy "The Deaf Cult", taki klimatyczny środek przekazu GRENDEL wykorzystało również w "Half-Life", a po części także w "Forsaken Shell". Przeważają jednak kawałki powstałe na kanwie utworów znanych z płyt SENTENCED, THE BLACK LEAGUE, POISONBLACK, CHARON, AMORPHIS i tym podobnych. Chwilami mam wrażenie, że ci Finowie chcieli na siłę wykreować parę rzeczy, które mogłyby pojawić się w ukierunkowanych na rockowe dźwięki stacjach radiowych. Dyskwalifikują ich jednak growle i brak poparcia ze strony którejś z mainstreamowych firm wydawniczych. Pewnie w swoim rodzinnym kraju pojawiają się od czasu do czasu w mediach, a ich płyta sprzeda się w jakimś satysfakcjonującym wydawcę nakładzie, ale tak po prawdzie to tylko kolejna solidna i dobrze brzmiąca płyta powstała w Krainie Tysiąca Jezior. I tylko tyle, niestety...

ocena: 5/10
www.grendelband.com
www.myspace.com/grendelband
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


GORTAL - "Blastphemous Sindecade"
(CD 2008 / Pagan Records)
No, w końcu mamy debiut tej zasłużonej warszawskiej załogi!!! Po czterech demówkach i splicie z CENTURIAN, po dwunastu latach od powstania kapeli, grono najzagorzalszych fanatyków doczekało tej wiekopomnej chwili!!! W nagraniach uczestniczyło czterch muzyków, czyli Chryste, AD Gore, Major oraz Desecrator. Na albumie zatytułowanym "Blastphemous Sindecade" zarejestrowano dziewięć utworów cholernie siarczystego grania. Tu nie ma nic na siłę. Tu nie ma niczego modnego i na topie. Tu jest old schoolowy death metal!!! Sporządzony wedle tajemnych receptur, które znają tylko nieliczni. W tych dziewięciu ciosach zawarta jest kwintesencja tego stylu, których mimo wszystko nie ma sensu wymieniać. Chyba każdy zorientowany wie o co się rozchodzi. Natomiast warto wspomnieć o kilku motywach, riffach przypominających dokonania NILE bądź ostatniego Behamłota. Co mnie osobiście z lekka zaskoczyło. Ale przecież o to w tej całej zabawie chodzi. Muzyka ma zaskakiwać. I to zaskoczenie tu jest. BRAWA!!!!

ocena: 9/10
www.myspace.com/gortal
www.gortal.pl
www.paganrecords.com.pl
autor: Narmer


GONIN-ISH - "Naishikyo-Sekai"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Związki Japonii z metalem wielu osobom skojarzą się głównie z wręcz fanatycznym entuzjazmem skośnookich fanów wobec zespołów, które są niekoniecznie najlepiej przyjmowane w jakimkolwiek innym kraju. Gdy z kolei przychodzi czas, by wymienić reprezentantów tamtejszej sceny, przychodzi do głowy raptem kilka nazw. A już w ogóle gdyby wspomnieć o prog-metalu z Krainy Kwitnącej Wiśni, to większość z nas będzie miała pustkę w głowie. Jednak tak, grają tam z pewnością jakieś zespoły tego typu, a dzięki francuskiej Season Of Mist mamy okazję poznać jeden z nich. GONIN-ISH to w tłumaczeniu na polski coś jakby "wspólnota tworzenia pięciu muzyków" i faktycznie, da się wyczuć na "Naishikyo-Sekai" kawał wspólnej pracy tego japońskiego kwintetu. Rozbudowane, poszarpane, sięgające do różnych szuflad, a przy tym cholernie przemyślane są dźwięki tworzone przez ten zespół. Osobiście nie chciałbym, by upraszczano zawartość tej płyty określając to mianem prog-metalu, bo tak jak w przypadku ich europejskich kolegów z PSYKUP to fuzja różnych wpływów i pomysłów, będąca z jednej strony owocem lekcji pobranych podczas na skutek słuchania przeróżnych wytworów zachodniej cywilizacji, a z drugiej pokazująca odrębność japońskiej kultury i mentalności mieszkańców tego kraju. Zresztą wystarczy tylko wsłuchać się w niesamowite wokalizy Anoji Matsuoki, która wyprawia nieziemskie rzeczy ze swoim głosem. Growluje, piszczy, skowyczy, jęczy i cholera wie, jak nazwać pozostałe figury i barwy wokalne. Ileż w tym emocji, a przy tym egzotyki nieobecnej na wydawnictwach z Europy czy Ameryki Północnej! Do tego ta dziewczyna opiera swoje teksty na słowach zaczerpniętych ze starej japońskiej literatury, która nawet rodowitym Azjatom sprawia spore problemy ze zrozumieniem. Już to jest drogowskazem czego można spodziewać się po tej płycie. Bo i muzyka przejawia skłonności do udziwnień, przepoczwarzania się w abstrakcyjne, a jednocześnie sensowne i logiczne dźwięki, które oscylują gdzieś między pokręconym technicznym death metalem, progresywnym i jazzującym rockiem a japońskim folklorem, umiejętnie wplatanym w ostatecznie dość mocną muzykę oraz przemawiającą przez pianistę edukację w muzyce klasycznej i współczesnej. GONIN-ISH rozbudowuje swoje utwory (najdłuższy, "Akai Kioku", trwa prawie 20 minut) i niestety, wkrada się w nie trochę nudy, powtarzalnych motywów i zbyt długich partii solowych. W tej kwestii jeszcze trochę brakuje tej kapeli, choć zadatki do tworzenia złożonych dźwięków już mają. I tę niesamowitą dziewczynę z jej wokalami!
ocena: 7/10
www.gonin-ish.com
www.myspace.com/1004184768
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


GALLILEOUS - "Ego Sum Censore Deuum"
(CD 2008 / Foreshadow Music)
I znowu na początek oberwie się "fachowcom", a w tym przypadku jednemu takiemu "fachmanowi", który już nie raz udowodnił, że większość z tego, co nie jest death czy black metalem jest ble i w ogóle to kaszana i syf. Ów dziennikarzyna z podobno uznanego webzina napisał nie tak dawno taki stek bzdur na temat wydanego nie tak dawno albumu GALLILEOUS, że nie sposób się do tego przynajmniej w kilku zdaniach nie odnieść. Według niego muzycy tego zespołu to "smęciarze", którzy "wyprodukowali dennego gniota", a wszystko brzmi źle w każdym szczególe i "aspekcie". Od kiedy to w świecie muzyki obowiązują inne standardy soundu niż: a/ czysto i selektywnie, b/ piwnicznie i garażowo oraz c/ pomiędzy tymi dwiema opcjami?! Przecież trzeba być nie lada głuchym i do tego ignorantem, by zauważyć, że "Ego Sum Censore Deuum" mieści się w podpunkcie c i to się chwali wobec takiej, a nie innej stylistyki. A co do "koślawych" gitar, "komicznych" solówek, "rachitycznych klawiszy" i innych takich, to odpuszczę sobie ripostowanie, bo forować wyroki będą odbiorcy tej muzyki, a nie ktoś z klapkami na oczach, który do tego chyba miał nieudany dzień, gdy pisał te słowa. Ja bym po prostu radykalnie i raz na zawsze pana O. zawiesił w funkcjonowaniu w jakimkolwiek magazynie muzycznym, bo to nie pierwsza taka wpadka i dowód na jego niekompatybilność z inną muzyką niż "miazgą". Niechże sobie pisze chłopina co chce, ale na jakimś kaszaniarskim blogu, a nie oficjalnie i bez skrępowania... Nie, żebym był wielkim wielbicielem "Ego Sum Censore Deuum", ale potrafię odróżnić brzmienie świadomie stylizowane na to sprzed kilkunastu, a nawet więcej lat od nieudolnego czy nieudanego. Tu dźwięki są czytelne, nie przesłodzone, wyraziste, ale bez tej egzaltacji każdym cyknięciem talerza czy gitarowym flażoletem. W doom metalu stawia się na przede wszystkim na klimat i pewną wizję, a nie na nasycanie jeszcze jednego zmanierowanego kolejnym modnym black- czy deathmetalowym bandem redaktorzynę ze spadającego na psy serwisu muzycznego. Tacy jak on na dobrą sprawę ekscytują się studyjnym wytworem ludzi wiedzących jak wyrównać grę perkusisty i oczyścić materiał z wszelkich brudów. Tu z kolei mamy jakoby kontynuację tego jak GALLILEOUS grał przed kilkunastoma laty, tyle że teraz dysponował większą wiedzą na temat sprzętu studyjnego i wiedział jak to osiągnąć. I co z tego, że "parapet" ma taki trochę zalatujący wczesnymi dokonaniami SIRRAH, UNNAMED czy wieloma innymi zapomnianymi już przez świat zespołami z kręgu doom/death metalu, a gitary nie miażdżą ciężarem. Nie zawsze dołująca odmiana metalu musi przypominać soundu osiągniętego na przykład przez UNHOLY, MY DYING BRIDE czy nasze NIGHTLY GALE, co jest nie do pomyślenia dla niektórych małych móżdżków. Ślązacy z GALLILEOUS umiejętnie wyważyli bardziej akustyczne i delikatne oblicze tego gatunku z tym nieco mocniejszych, wplatając w to jeszcze trochę orientalizmów (vide "Mogiły Haremu" z tekstem pióra samego wieszcza Adama Mickiewicza). Może same utwory nie zapadają tak od razu w pamięć, ale oryginalności w poszukiwaniach temu zespołowi nie można odmówić. Jedno, co trochę razi przy słuchaniu tej płyty, to zbytnie stłoczenie wokali, które owszem, są różnorodne, ale czasem zagłuszają to, co mają do zagrania pozostałe instrumenty. Niejeden doszuka się w tym ubogości muzyki, a tak wcale nie jest. Osobiście wierzę w to, że nie będziemy czekać nie tylko kilkunastu kolejnych, ale i trzech lat na drugi album, na którym panowie z GALLILEOUS wyciągną odpowiednie wnioski i nagrają jeszcze bardziej dopracowany i wycyzelowany materiał.
ocena: 7/10
www.gallileous.foreshadow.pl
www.myspace.com/gallileous
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


GUILLOTINE - "Blood Money"
(CD 2008 / Pulverised Records)
Założony w 1995 roku GUILLOTINE jest w zasadzie side-projectem muzyków znanych z NOCTURNAL RITES (Fredrik Mannberg oraz Nils Eriksson) i PERSUADER (w osobach Daniela Sundboma i Efraima Juntunena). Jak widać power metalowcom zachciało się połoić troszkę ostrzej, odrzucić gdzieś na bok smoki i inne czarownice, czego efektem jest penetracja bardziej przyziemnej tematyki, a mianowicie polityki. Przecież nie od dziś wiadomo, że ten temat pasuje jak ulał do thrash metalu. Wiadomo jakie wywołuje kontrowersje w świecie. Jednak sama muzyka z kontrowersyjnością nie ma praktycznie nic wspólnego. Muszę zaznaczyć, że nigdy do szczególnych fanów thrash metalu nie należałem, toteż może mieć to jakiś podświadomy wpływ na tę recenzję. I powiem tak, za dużo nawiązań do KREATOR'a, szczególnie w warstwie wokalnej. W sferze instrumentalnej za wiele się nie dzieje, co jest sporą wadą dla tego typu muzyki. Ja od thrash metalowej załogi oczekuję ostrych jak przysłowiowa brzytwa cięć, a tutaj tego nie ma. Może ci panowie powinni na dobre zająć się pieśniami o strzygach, pewnie lepiej im to wychodzi. Choć prawdę powiedziawszy nie znam dorobku kapel z których się wywodzą, ponieważ power metalu unikam jak diabeł święconej wody.
ocena: 3/10
www.guillotine.se
www.pulverised.net
autor: Narmer


GLOOMY GRIP - "Under the Spell of the Unlight"
(CD 2008 / Anticulture Records)
Nie poszczęściło się tym Finom i będąc w podupadającej od jakiegoś czasu francuskiej Holy Records nie zrobili furory, jak inne kapele nagrywające dla tej firmy: SEPTIC FLESH, NIGHTFALL czy ELEND. GLOOMY GRIM chyba mieli dość braku promocji oraz nieudolności Holy i poszukali sobie nowego partnera w Wielkiej Brytanii, bo tam, dzięki Anticulture Records, mogli pokazać się po raz kolejny wydając piąty już bodaj album pod tytułem "Under the Spell of the Unlight". Ten krążek to powrót do sławetnych czasów, gdy prawie każdy metal-maniak zachwycał się pierwszą falą klimatycznego black metalu. Zresztą fińska kapela dowodzona przez doświadczonego Agathon'a powstała w 1995 roku, gdy do boju ruszały między innymi DIMMU BORGIR, CRADLE OF FILTH czy TWILIGHT OPHERA. Takie klimaty słychać właśnie na tym krążku: począwszy od skrzekliwych wokali, poprzez wzniosłe klawiszowe motywy, aż po względnie surowo brzmiące gitary. Sprytnie to sobie obmyślili tym razem, bo każdy z utworów to ułożona według kalendarza próba oddania najbardziej mrocznych stron każdego z miesięcy. Wszystko zaczyna się od kwietnia: "April - Within the Woods" wyzwala ciemność wiosennych nocy w symfoniczno-metalowych barwach. Ciekawie brzmi "June - Akerspoke", bo to kawałek silnie inspirujący się monumentalnymi dokonaniami BATHORY z czasu "In the Sign of the Black Mark". Reszta mniej lub bardziej to nawiązania do wspomnianych już wcześniej gigantów klawiszowego black metalu z połowy lat 90-ych, gdy ten styl rzeczywiście niósł ze sobą wiele emocji i był twórczy jak chyba nigdy później. Szkoda tylko, że w tym wszystkim nie ma zbyt wiele oryginalności, choć z drugiej strony cały album jest mocno nasycony atmosferą mrocznych horrorów, a kilka fragmentów faktycznie robi wrażenie i czuć ciary na plecach. Na przykład szybki "September - Invoking the Flames (Burn, Burn, Burn)" czy nawiedzony "November - And the Bird Came In". Jest nieźle, ale tylko nieźle. A punkt mniej daję za wyjątkowo debilną okładkę płyty.
ocena: 6/10
www.gloomy-grim.info
www.myspace.com/agathon666
www.anticulture.co.uk
autor: Diovis


GRENOUER - "Lifelong Days"
(CD 2008 / Locomotive Records & Mystic Production)
Pewnie będą tacy, co zobaczą tę nazwę po raz pierwszy. Faktem jest jednak, że GRENOUER to już weterani dopiero co odkrywanej od niedawna rosyjskiej sceny metalowej. Mają już w swoim CV kilka wydawnictw, głównie dostępnych wyłącznie w swoim ojczystym kraju i z tego co pamiętam, parali się w przeszłości typową mieszaniną death i thrash metalu. Po wielu latach dostrzeżono ich w końcu na tak zwanym Weście, dzięki czemu jest szansa, że przebiją się nie tylko swoim w sumie jeszcze nadal egzotycznym pochodzeniem, ale i ofertą muzyczną. "Lifelong Days" zostało nagrane w słynnym Finnvox Studio w Finlandii, więc już wiadomo, że kiszki nie powinniśmy się spodziewać. Brzmienie jest masywne, a zarazem czytelne, wszystko jest na swoim miejscu i pod tym względem materiał może konkurować z najlepszymi (czytaj: dużo droższymi) produkcjami wydawanymi przez największe firmy fonograficzne. Z muzyką jest dość podobnie, bowiem GRENOUER przekształciło się w ciężką, dobrze naoliwioną machinę. Z typowego death/thrash metalu pozostały jedynie pojedyncze charakterystyczne cechy, za to słychać, że Rosjanie nasłuchali się dużo MESHUGGAH, ale przy okazji także wszystkich tych bardziej przystępnych szwedzkich formacji z SOILWORK na czele. I takie właśnie jest "Lifelong Days": dużo tutaj nisko nastrojonych gitar i rytmicznych łamańców, całkiem spora ilość chwytliwych melodii w refrenach oraz odrobina sampli. W wokalach dominują growle i wrzaski, ale głos Andreja przepuszczono też przez różne studyjne bajery, vocodery i inne cacka. Na uwagę zasługuje również niezwykle metaforyczna okładka z człowiekiem, który zapuścił w dosłownym tego słowa znaczeniu korzenie. Przy odrobinie szczęścia GRENOUER może dołączyć do czołówki nowoczesnego, zmechanizowanego grania nie pozbawionego melodyjności. Kilku zdecydowanych komuno- i rusofobów mogą do siebie przekonać, bo brzmią po europejsku, tym samym wyprzedzając konserwatywne władze kraju, z którego się wywodzą. Zawsze twierdziłem, że muzyka nie zna, w przeciwieństwie do polityki, granic i tak też jest tym razem...
ocena: 7/10
www.grenouer.com
www.myspace.com/grenouer
www.eng.locomotive.es
autor: Diovis


GATE - "Machinacje"
(CD 2008 / Loch Productions)
Przeciętny fan metalu pewnie nie zwróciłby uwagi na GATE. Może przypadkiem spotkał się już z tą nazwą przeglądając informacje o zaprzyjaźnionym z muzykami tego bandu deathmetalowym THE THORN lub kartkując ziny sprzed ładnych paru lat, bo GATE działa już trochę czasu, ale wciąż skazany jest na istnienie głównie na lokalnym, płockim podwórku. Ważne jednak, że wciąż grają i co jakiś czas coś wydają, a ich muza nie jest z cyklu tych głupawych, banalnych i na siłę udziwnionych. "Machinacje" to osiem utworów, w których mieści się i trochę heavymetalowej tradycji, i rockowe oraz hard rockowe korzenie, ale także nawet całkiem sporo thrash metalu (np. "Mechaniczne Pszczoły") i odrobina grania spod znaku TOOL, RAGE AGAINST THE MACHINE czy QUEENS OF THE STONE AGE. Mikstura na pewno interesująca dla tych, którzy niekoniecznie rozsmakowują się w ekstremie, ale jednocześnie nie lubią dźwięków brzmiących zbyt "miętko". A do tego wolą rozumieć o czym śpiewa i krzyczy wokalista, a tu Marcin Kolecki akurat nie uznaje w tekstach innego języka niż nasz ojczysty. Liryki wypełnia tak zwana społeczna publicystyka, ale taka bez prawienia morałów. Pełna sarkazmu, ciekawego słownictwa i słownych gierek. W tym ostatnim przoduje choćby kawałek tytułowy. "Machinacje" GATE mieszczą się gdzieś na skraju rzeczy mogących być przyswojonymi przez fana cięższej muzy - czy to bardziej rockowej czy tej bardziej zmetalizowanej.
ocena: 7/10
www.gate.w.pl
www.myspace.com/gatepl
autor: Diovis


GLORIA MORTI - "Eryx"
(CD 2008 / Stay Heavy Records & Cyclone Empire)
To ciekawe, jak zmiana stylistyki dokonana we właściwym momencie może ożywić rozwój zespołu i zwiększyć jego popularność wśród fanów, mediów i wydawców. GLORIA MORTI zaczynała od thrash metalu, by ewoluować w black/deathmetalowy twór i dopiero wówczas, mając już na koncie kilka demówek, zaczęto się nimi interesować. W 2004 roku japońska World Chaos Productions wypuściła ich debiut "Lifestream Corrosion", a w 2008 roku drugi krążek - opisywany "Eryx" - ukazał się nakładem Stay Heavy na terenie Skandynawii, a Cyclone Empire zajęło się resztą świata. Ta płyta to dosadna dawka wysokooktanowego death metalu z mocną domieszką blackmetalowych tyrad i odrobiną bardziej symfonicznego grania. Na twórczość tego bandu największy wpływ miały dokonania BEHEMOTH (a jakże! podobnie intensywne rzeczy obie kapele tworzą), MORBID ANGEL (a któż by inny?), ZYKLON, DISSECTION, NILE, EMPEROR może też odrobinę nowsze rzeczy DIMMU BORGIR. Ważne, że Finowie wyciągnęli ze swoich nauk kilka właściwych wniosków, dzięki czemu z precyzją godną mistrzów konstruują swoje utwory, w których jest miejsce nie tylko na niekończące się blasty czy popadanie w przesadną wzniosłość, ale również na techniczne rzeźbienie i sporo nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jednym z takich pozytywnych symptomów jest ciężki i niepokojący "Prophet of Eosphorus", w którym po raz pierwszy dochodzą do głosu w większym stopniu mroczne klawisze, ba, jest tu nawet kilka industrialnych wtrętów. To z kolei doprowadza do tego, że GLORIA MORTI nie brzmi w żaden sposób "po fińsku". Brzmieniowo jest jednak tylko z pozoru cacy, bo sound gitar, a przede wszystkim bębnów (ech, te syntetyczne triggery!...) jest nazbyt sztuczny i w dużej mierze pozbawiony tak zwanych "dołów". No i na koniec o złej stronie podobieństw do wyżej wymienionych kapel. "The Origins of Sin" to zbyt wyrazista zżynka pomysłów stosowanych przez NILE, natomiast przewodni riff w "The Djinnwhisperer" perfidnie wykorzystuje motyw stosowany częstokroć przez BEHEMOTH. A już naprawdę na zakończenie cztery słowa o dwóch bonusach: mogłoby ich nie być.
ocena: 7,5/10
www.gloriamorti.com
www.myspace.com/gloriamorti
www.cyclone-empire.com
autor: Diovis


GUTSHOT - "Mr. Psycho"
(Demo-CD 2008)
Od razu na początku zaznaczam, że to bardzo młody zespół i dlaczego należy im wybaczyć tak ewidentne wzorowanie się na amerykańskich "grandziarzach" z SIX FEET UNDER. Przynajmniej obrali sobie jakiś konkretny kierunek, a może jest to po prostu punkt wyjściowy, z którego będą zmierzali w jakieś bardziej twórcze rejony. Od czegoś w końcu trzeba zacząć i takie ogrywanie się w rzeźbieniu utworów w trochę wolniejszych tempach jest lepsze niż w szybkich, chaotycznych kawałkach. Dlatego, gdy GUTSHOT przechodzi w klimaty death/thrash metalu jest dla mnie mniej wiarygodny aniżeli wówczas, kiedy prezentuje swoje może ciut zbyt statyczne i jeszcze chwilami kanciaste granie w oldskulowej, death'owej tradycji. Nie jest to wbrew pozorom krytyka... no może taka twórcza krytyka. W każdym razie jak na tak krótki staż przyłożyli się do promocji, starannego wydania demówki, po części też do brzmienia i jeśli z takim mozołem będą się rozwijali także muzycznie, to na drugim materiale już może być znacznie ciekawiej. Trochę mnie natomiast dziwi na razie to, że na "Mr. Psycho" postanowili zaatakować w takim stopniu politykę George'a Busha i w ogóle Stany Zjednoczone. Póki co żyjemy w kraju, w którym jest od tej strony "ciekawie" i to tu można by trochę zabawić się w krytykę czy wyśmiewanie się z co niektórych polityków i wydarzeń. Ale to tak na marginesie, bo w rzeczy samej najgorzej z GUTSHOT to nie jest...
ocena: 9/10
www.myspace.com/bandgutshot
adres
adres
serwer
autor: Diovis


GORGOROTH - "True Norwegian Black Metal - Live In Grieghallen"
(CD 2008 / Regain Records & Mystic Production)
Czyżby to narodził się nowy trend na black metalowej scenie? Nagrywanie albumów koncertowych (z założenia) w studiach nagraniowych? Gdzie tu sens i logika, do ch*ja wafla? Pytam się ja!!! Mimo, że jestem fanem Gorgo od kilku dobrych już lat, ale tego tricku jakoś nie trawię. Być może (a raczej na pewno!!) jest to tylko zabieg mający zwrócić uwagę na te wydawnictwo? I tak ostatnio sytuacja tej kapeli nie jest zbyt "jasna". Jednak co by nie było, to TEN ALBUM NIE POSIADA CECH TYPOWYCH DLA PŁYT KONCERTOWYCH!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nie słyszę tu pojękiwań niewiast, krzyków wielmożnej publiki płci męskiej. Nie ma "sprzęgów", nawet kapela się nie myli. NIC!!! A co do zawartości muzycznej. Nie mogło być chyba lepiej. Osiem sprawdzonych "hitów" okraszonych naprawdę świetnym brzmieniem. Nie brzmi to też jak live, ale już ch*j z tym. O samych utworach nie ma się co rozpisywać, bo każdy zorientowany wie "o co chodzi". Wspomnę tylko skład odpowiedzialny za ten krążek. A więc tak: Gaahl - voc., Infernus - git., bas, Teloch - sesyjny git., Garghuf - sesyjny perk. Dla mnie jest to bardziej "best of Żorżorot" niż koncert. Wie to zespół i wszyscy, którzy mieli okazję posłuchać. Reszta na razie wierzy w wypowiedzi muzyków i wytwórni.
ocena: -/10
www.myspace.com/gorgoroth
www.gorgoroth.info
www.regainrecords.com
autor: Narmer


GRAVELAND / NOKTURNAL MORTUM / NORTH / TEMNOZOR - "Eastern Hammer"
(4 way-split CD 2007 / Hammerbolt Productions)
Wydanie tego splitu okryło się już swoistą legendą. Data premiery była wielokrotnie przesuwana w czasie, aż w końcu gdzieś pod koniec ubiegłego roku istnienie tego krążka stało się faktem. O doborze zespołów zdecydowały przede wszystkim wspólne słowiańskie dziedzictwo opiewane w tekstach wszystkich czterech formacji i to przesłanie jest takim lajtmotiwem "Eastern Hammer". Nie do końca "politycznie poprawne", dla niektórych kontrowersyjne, dla innych nic nie znaczące. Wiadomo jednak powszechnie, że obok twórczości tych hord nie sposób przejść obojętnie. Czy to się komuś podoba, czy nie, wszystkie cztery kapele działają gdzieś na uboczu oficjalnej sceny, ale mają naprawdę wielu fanów w różnych zakątkach naszego globu. A co do zawartości czysto muzycznej, to GRAVELAND proponuje kolejnego "molocha" w postaci trwającego ponad 11,5 minuty "Blood Faithful To Soil". Co prawda nie znam ostatnich wydawnictw Roba Darkena ze względu na zerową promocję niemieckiego wydawcy w naszym kraju, ale podejrzewam, że ten numer oddaje obecne oblicze GRAVELAND. Połączenie monumentalnego epickiego grania wywodzącego się w prostej linii od BATHORY z bardziej szorstkimi brzmieniami rodem z "wczesnej Norwegii". Fani z pewnością się nie zawiodą. NOKTURNAL MORTUM postanowiło nagrać na nowo fragment z wydanej w 1996 roku płyty "Goat Horns" i "Kolyada" nabrała dzięki temu jeszcze bardziej folkowego szlifu, ale nadal słychać, że ukraińska formacja dowodzona przez Kniazia Varggoth'a trzyma się blackmetalowych korzeni, chociaż nie każdy cieszy się z kierunku, w jakim zmierza twórczość tego bandu na ostatnich studyjnych albumach. Na "Eastern Hammer" mamy do czynienia ze starym dobrym NOKTURNAL MORTUM. "Złamać Krzyż, Złamać Kark" to nigdzie indziej niepublikowany numer aktywnego ostatnimi czasy reprezentanta polskiej black metalu starej szkoły NORTH. Utwór pochodzi z sesji, która miała miejsce jeszcze przed nagraniem ostatniego dotychczasowego albumu "Na Polach Bitew" i jest pierwszą oznaką znacznego zekstremizowania muzyki tej toruńsko-grudziądzkiej ekipy. Szybki numer z wyraźną linią basu i różnorodnymi wokalizami Sirkisa, są nawet dwie (!) solówki wykonane przez Marth'a. Na pewno dobre uzupełnienie dyskografii NORTH i najmocniejszy kawałek z wszystkich czterech. Na koniec "Eastern Front" pojawia się przedstawiciel rosyjskiej sceny black/folk metalu TEMNOZOR. Najmniej znani z całego zestawu nie odbiegają od pozostałych, prezentując najbardziej przystępne i melodyjne granie z wokalami nie ograniczającymi się wyłącznie do wrzasków i skrzeków, ale sięgającymi również po chóralne zaśpiewy.
Ogólnie ciekawe wydawnictwo zawierające obok muzyki 20-stronicową książeczkę z tekstami kawałków i zdjęciami poszczególnych wykonawców. Ze szczególną rekomendacją dla wszystkich sympatyków słowiańszczyzny w muzyce metalowej.
ocena (ogólna): 7,5/10
www.hammerbolt.com
autor: Diovis


GALLILEOUS - "Passio Et Mors"
(CD 2007 / Redrum666)
Na początku lat 90-ych sporo się działo w muzyce metalowej. Całe to szaleństwo wokół death metalu, rodząca się druga fala black metalu, pierwsze próby wybiegania poza schematy, pierwsze hybrydy nie łączących się dotąd stylów. W taki właśnie mniej więcej sposób zrodził się death/doom metal, którego apogeum popularności przypadł na połowę lat 90-ych. Ale gdzieś na obrzeżach stworzona została najbardziej ekstremalna z postaci muzy bazującej na ciężarze death metalu i ponurości doom metalu. Wraz z pojawieniem się THERGOTHON, DISEMBOWELEMENT, UNHOLY, FUNERAL i kilku innych powstał termin "funeral doom metal", który zawsze miał oddanych fanów, ale nigdy nie stał się nadmiernie popularny, chociaż ostatnimi czasy coraz więcej wydawców nie boi się podpisywać kontraktów z tego typu zespołami. W Polsce nigdy tak naprawdę nie było sceny funeral doom, gdyż zwyczajnie nie było takich kapel. Wyjątki tylko potwierdzają tę regułę, a jednym z nielicznych i kto wie, czy nie najważniejszym w pierwszej połowie lat 90-ych był stacjonujący w Wodzisławiu Śląskim GALLILEOUS. Nagrał dwie demówki: "Doomsday" w 1992 roku i "Passio Et Mors..." dwa lata później, po czym zgasł, i tyle o nich było słychać. W zalewającej nasz kraj niezliczonych produkcjach spod znaku death metalu oba wydawnictwa przeszły praktycznie niezauważone, ale na szczęście po jedenastu latach panowie powrócili i to skłoniło Redrum666 do wznowienia na CD drugiego z demosów. To tylko 4 utwory, lecz za to prawie 40 minut muzyki ponurej, wolnej, ciężkiej i obskurnej. Na "Passio Et Mors..." piętno pozostawiły dokonania wcześniej wymienionych protoplastów pogrzebowego doom metalu. Diabelnie nisko nastrojone gitary, miażdżąca sekcja rytmiczna, ekstremalnie gardłowe wokale, opętańcze klawiszowe ozdobniki, przytłaczająca atmosfera - to wszystko można tu znaleźć. Jakość nagrania jest taka, jakie warunki panowały w owym czasie w studiach nagraniowych lub miejscach, które mieniły się taką nazwą. Mimo to dźwięk jest dość znośny, słychać wszystkie instrumenty i jeśli ktoś stawia przede wszystkim na klimat w muzyce i fascynuje się totalnie powolnym graniem, to będzie zaskoczony, że mimo upływu lat te 4 kawałki nie straciły swojej mocy. Dodatkowym smaczkiem i przejawem odwagi GALLILEOUS było to, że wszystkie teksty zostały napisane w języku łacińskim, na co w tamtych czasach zdecydowało się jedynie MY DYING BRIDE. Zresztą mimo dalece posuniętej radykalizacji przekazu naszych krajanów i ten zespół miał z pewnością wpływ na zawartość "Passio Et Mors...", a w szczególności legendarna EP "Symphonaire...". Nie ma zresztą wątpliwości, że nie ma chyba doom metalowej formacji, dla której Aaron i spółka nie byli i nie są inspiracją. Ale powiadam, że GALLILEOUS znalazł je także w głębokim podziemiu, w którym liczyły się w owym czasie wspomniane na początku nazwy. Jestem cholernie ciekaw, co przyniesie przygotowywany właśnie do wydania pełno wymiarowy album "Ego Sum Censore Deum", który ma wydać w tym roku Foreshadow Productions. Do tego czasu radzę przysłuchać się uważnie nagraniom sprzed prawie 14 lat.
ocena: 8/10
www.redrum666.risp.pl
www.myspace.com/gallileous
autor: Diovis


GROTESQUE - "Museum of Human Disease"
(CD 2007 / Prime Cuts Music)
Czyżby kolejny powrót nam się szykował? Czyżby to stare dobre szwedzkie commando powróciło ze świata umarłych? Takie oto głupie pytania nasunęły mi się gdy usłyszałem nazwę kapeli. Jednak srodze się zawiodłem. To NIE ONI!!! Zapewne niejeden z Was się przejedzie haha. No dobrze, kończę te pieprzenie i przejdę do konkretów. Mamy tu do czynienia z tak zwanym brutal death metalem. Muzyka zawarta na tym krążku jakoś specjalnie nie wyłamuje się poza sztywne (uuuu!!!!) ramy gatunku. Tłusta produkcja, typowa dla płyt z tegoż nurtu, trochę lipny wokal. Widać, że chłop chce, a nie za bardzo może. Z kolei instrumentaliści sprawiają o wiele lepsze wrażenie. Trochę kombinacji z thrashem dało całkiem miły efekt. Jednak trzeba stwierdzić, że mają nikłe szanse zaistnieć na scenie. Dobre opanowanie instrumentów w dzisiejszych czasach niczego nie gwarantuje!!! Materiałów zagranych na tym poziomie powstaje całe mnóstwo. Choć z drugiej strony, kto by nie chciał grać w zespole, wydać debiutancki album, pograć koncerty, poczytać recenzje swoich wypocin hehe. Być przez chwilę "kimś" w towarzystwie :). Im się to udało.
ocena: 5/10
www.myspace.com/grotesqueaustralia
www.primecuts.com.au
autor: Narmer 

G   [1]