| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



H   [1  2  3] 


HELLSONGS - "Hymns In the Key of 666"

(CD 2008 / Minty Fresh Records)

Pierwszy rzut oka na nazwę zespołu wystarczy, by każdy niewtajemniczony wyobraził sobie muzykę grupy jako przesiąknięty piekielnym jadem, ultrabrutalny, megaciężki i przede wszystkim na wskroś metalowy wyziew, wykuty z najtwardszej stali, chwalący imię Rogatego i przyprawiający wszystkich sąsiadów, rodziców oraz innych bogobojnych obywatelów IV RP o ból głowy, skręt kiszek i ostre wymioty. Tytuł płyty daje dużo trafniejszą wskazówkę, albowiem sugeruje on, iż owo wydawnictwo może być swego rodzaju kompilacją, ponieważ nie każdy wygenerowany nawet przez najwybitniejszych przedstawicieli ciężkiego łojenia utwór do zaszczytnego miana hymnu gatunku aspirować nie może. Gdy zerkniemy na setlistę wątpliwości się rozwiewają. Tytuły takie jak "Run To the Hills", "Blackened", "Thunderstruck", czy "Seasons In the Abyss" zmuszają wręcz do konstatacji, iż HELLSONGS to na 99,9% coverband, lubujący się w przeróbkach największych klasyków gatunku. Czy istnieje cokolwiek, co będzie w stanie nas zaskoczyć, gdy uświadomimy sobie powyższe? Otóż każdy, kto w duchu odpowie sobie "nie" może się naprawdę mocno zdziwić. Wierzcie mi: najróżniejsze covery już w życiu słyszałem. Były blackowe interpretacje najbardziej klasycznych heavy metalowych killerów (np. "Ostatni Tabor" w wykonaniu BEHEMOTH). Były niezliczone trybuty, na których każdy zespół przerabiał sobie po swojemu czyjeś dokonania. Były przeróbki świątecznych kolęd, a nawet, wyobraźcie sobie - utwory, w których dana kapela przerabia sama siebie (nie czepiając się). Interpretowane na metal kawałki popowe, czy dichowe to już dzisiaj nie kuriozum , a norma, choć niewielu szczerze mówiąc potrafi robić je naprawdę dobrze. Były nawet przerabiane na taneczną modłę utwory rockowe i myślę, że nie trzeba wcale jakoś szczególnie wnikać w temat, by z podobnymi ciekawostkami się zetknąć. Czy jest jeszcze cokolwiek, co w kwestii powyższej może zaskakiwać? Otóż, to niewiarygodne, ale HELLSONGS udowodnił, że jak najbardziej. Wyobraźcie sobie "Seasons In the Abyss" SLAYERA zagrany przy użyciu klawiszy, smyczków i gitary akustycznej. Do tego subtelny, popowy wręcz kobiecy wokal śpiewający: "...Frozen eyes stare deep in your mind as you die...". Lub przyrządzony również "na słodko" "Blackened" z dorobku METALLICA... Jeśli boicie się, że makabryczne, bądź apokaliptyczne teksty śpiewane ciepłym, żeńskim głosem wypadną komicznie, a thrashowe naparzanie, jakie cechowało oryginalne wersje będzie się w takiej odsłonie prezentować absurdalnie, nie macie się czego obawiać. Pod młotek poszły bowiem nie tylko same aranżacje, ale i linie melodyczne poszczególnych kawałków (choć nie zawsze) i w miejsce tych mrocznych pojawiają się zazwyczaj takie, które z miejsca budzą skojarzenia ze słodkim, przyjemnym (dla większości uszu) graniem. Utwory zostały zmienione w taki sposób, że ktoś, kto nie zna napisanych do nich tekstów może spotkać się z bardzo poważnym problemem w ustalaniu ich tożsamości. W wykonaniu szwedzkiego trio są one zupełnie inne, a ich nowe wersje zostały spreparowane tak, by wszystko razem tworzyło jedną, spójną całość. Nowe melodie rzucają jakby zupełnie inne światło na mroczny i brutalny świat, jaki został ukazany w pierwotnych wersjach. Oczywiście znajdą się z całą pewnością tacy, którzy zarzucą HELLSONGS profanowanie metalowej świętości i mówiąc szczerze wcale się ortodoksom nie dziwię. Jeżeli ktoś śpiewa bowiem o zagładzie ludzkości w sposób lekki i wesoły, może to niekiedy po prostu śmieszyć. Nawet jeśli spotkamy się z tak doskonałą przeróbką jak "Blackened" z "Hymns In the Key of 666". Zastanówmy się jednak: czy warto mieszać z błotem zespół, który w całym zatrzęsieniu podobnych przedsięwzięć, jako jeden z bardzo, ale to bardzo nielicznych, robi coś oryginalnego? Zawsze uwielbiałem zespoły, które grając cudze kompozycje robiły to z pomysłem. Jedną z takich grup jest przykładowo fińska APOCALYPTICA. Co z tego, że każdy właściwie kawałek biorą na warsztat przy zastosowaniu starej jak świat smyczkowej formuły, którą wypracowali sobie ponad dekadę temu? Liczy się pomysł, a ten był w ich przypadku nadzwyczaj trafny. Przykładów tego typu można przytoczyć rzecz jasna dużo więcej. Genialne covery robi na przykład Christofer Johnsson ("Summer Night City" ABBY jest w wykonaniu THERION po prostu nie do wyjebania), fenomenalni są w tej dyscyplinie również FAITH NO MORE, PAIN OF SALVATION, czy nasi rodzimi BRACIA... Można wymieniać i wymieniać... HELLSONGS to jednak grupa, której dokonania zdecydowanie wykraczają poza ramy wszystkiego, co zamyka się w określeniu "cover". Podczas gdy większość muzyków ogranicza się w tej kwestii do adoptowania czyichś kawałków do własnej stylistyki, oni idą o krok dalej i każdy jeden przerobiony przez nich metalowy hymn, wręcz staje się, zupełnie innym od oryginału utworem. Słychać po prostu, że oni interpretują, zamiast kopiować. Doskonałym tego przykładem jest ich wersja "Paranoid" wiadomo jakiego zespołu. U BLACK SABBATH jest to typowo metalowy kawałek i ciężkie riffy potęgują tu wrażenie, iż podmiot liryczny to niebezpieczny wykolejeniec, staczający się co raz bardziej w otchłań swojego szaleństwa. Siri Berghner śpiewając go w HELLSONGS, zmieniła w nim zaledwie kilka słów. Jest to kobieta, więc zamiast "women" mamy "man". Zamiast "She" - "He" itd. Jest to właściwie ten sam tekst, z tą tylko różnicą, ze zmianie uległa płeć tytułowego paranoika. W przypadku HELLSONGS linia melodyczna poprowadzona jest w sposób, który sprawia, że w owym szaleńcu widzimy przede wszystkim człowieka. Zespół często uwypukla fragmenty tekstów, do których zdecydowana większość nie przywiązuje większej wagi (sam się na tym złapałem). Częścią utworu, którą w przypadku klasyków pamięta się najlepiej jest niemal zawsze refren. Zespół z Gothenburgu zwraca w swych wariacjach szczególną uwagę na to, co dzieje się przede wszystkim w zwrotkach. Słuchając ich wersji "Run To the Hills", czy wspomnianego "Paranoid" człowiek mimowolnie traktuje refreny jako swoisty dodatek do tego, co dzieje się między nimi. W utworach takich jak "Blackened", czy "We're Not Gonna Take It" największą uwagę przykuwa przejście pod koniec jednego i drugiego utworu. Od powyższej reguły jest rzecz jasna wyjątek i świetną interpretacją refrenu ujmuje "Seasons In the Abyss". Grupa bawi się więc jak chce powyższymi kompozycjami. Traktując każdą jako punkt wyjścia do własnych ekspresji nie pozwala nam w najmniejszym nawet stopniu przewidzieć co czeka nas w kolejnej. Jedyną wspólną cechą wszystkich pozycji z "Hymns In the Key of 666" jest to, że wszystkie te elementy, które w oryginalnych wersjach zagrane były ciężko i brutalnie, tutaj zaprezentowane są w sposób ckliwy i subtelny i jest to jedyne, czego możemy być w zetknięciu z tą muzyką pewni. Nie zawsze jednak spotykamy się ze smutnym, balladowym graniem. "Thunderstrack" (AC/DC), "Blackened", czy "Symphony of Destruction" (MEGADETH) to zdecydowanie pogodne i wesołe muzykowanie, zahaczające co prawda o pewien kicz, lecz stanowiące doskonałą przeciwwagę do tego co dzieje się w tej wolniejszej, bardziej melancholijnej części płyty. Wyjątkowy zespół, który udowadnia, że granice międzygatunkowe nie są tak wyraźne, jak niektórzy chcieliby sądzić. Przełamuje bariery i bawi się dźwiękami w sposób nieosiągalny dla większości kapel. Przede wszystkim jednak jest to grupa, której dokonania pokazują, co tak naprawdę w świecie Muzyki jest najważniejsze...

ocena: 8/10
www.myspace.com/hellsongs
www.hellsongs.com
autor: Kępol




HETZER - "Fall of the Holy Cult"

(CD 2009 / Dissonance Records)

Okrutne i bezwzględne batożenie od pierwszych sekund oznacza, że co bardziej miękki zawodnik odpadnie w przedbiegach i nie doczeka ostatnich dźwięków "Fall of the Holy Cult". HETZER należy do tego dość elitarnego grona polskich death metalowych niszczycieli. Można ich postawić w jednym rzędzie z AZARATH, ANIMA DAMNATA, STILLBORN i DECEPTION. Podobnie jak tamci, także katowickie trio jest wierne amerykańskiej szkole wyrafinowanego i jednocześnie brutalnego "śmierć" metalu. Drugi album HETZER od początku do końca to niekończąca się feeria blastów, śmiercionośnych wokali, wwiercających się w mózg partii gitary (łącznie z piskliwymi, kąśliwymi solówkami) i mielącego gdzieś w tle basu. Jest w tym jednak miejsce na gwałtowne zmiany tempa i techniczne rozwiązania, choć oczywiście główną siłą napędową są tutaj agresja, gwałt, przemoc, nienawiść, brak skrupułów i kompromisów. Na co dzień cechy godne potępienia, w death metalu - zwłaszcza tym w bardzo dobrym wykonaniu - wskazane. Nad utworami w rodzaju "Black Flame of the Antichrist", "Holy Execution" i "Antichrist's Devastation" unosi się silny duch tego najbardziej ekstremalnego oblicza ANGELCORPSE, a chyba tylko ze względu na specyficzny, niedbale wściekły wokal Vincenta i kanonadę nieokiełznanych perkusyjnych blastów moje skojarzenia kierują się także ku szkole BLASPHEMY. Z black metalem HETZER ma o tyle wspólne cechy, że bez oporu i wręcz z maniakalnym uporem kieruje swe peany ku czci Rogatego, piętnuje hipokryzję Kościoła i wznosi wysoko sztandar Nienawiści i Zła. Rok 2009 nie przyniósł w Polsce o dziwo zbyt wielu tak bezkompromisowych death metalowych produkcji, jak to bywało w poprzednich latach i chyba dzięki temu HETZER oraz ich "Fall of the Holy Cult" powinno stanąć na dobrze eksponowanym miejscu w kolekcji każdego maniaka brutal & anti-christian death metalu.

ocena: 8/10
www.hetzer.metal.pl
www.myspace.com/666hetzer
www.dissonance.pl
autor: Diovis




HIRAX - "El Rostro de la Muerte"

(CD 2009 / Selfmadegod Records)

Rok 2009 należał w dużej mierze do thrash metalu. Zalały nas setki wydawnictw z tego typu muzą, wydawcy śpieszyli się z podpisywaniem kontraktów, zacierały ręce nieco zapomniane kapele z przeszłości, które wskrzeszały się naprędce lub z rozmysłem i pełną premedytacją... a HIRAX gra przez cały czas i ma w rzyci wszelkie mody. Gdyby niesprzyjające im sytuacje i okoliczności, pewnie teraz wymieniałoby się tę nazwę obok największych gigantów thrash'u. Ale mam dobrą wiadomość. Otóż Katon W. DePena i jego koledzy nagrali chyba najlepszą płytę w swojej długiej już historii. Najbardziej różnorodną i boleśnie klasyczną. Różne młodziaki wyginają się, by doścignąć pomysłem swoich mistrzów, a HIRAX młóci tak naturalnie, z lekkością i bez przymusu, i jeśli trzeba, stosuje przeróżne patenty, których nie powstydziły się w pierwszych latach EXODUS, OVERKILL czy SLAYER. Zresztą to ta sama szkoła i podobne punkowe korzenie, co jest odczuwalne także na "El Rostro de la Muerte". Ale przede wszystkim jest to płyta, na której bardzo dużo się dzieje. Katon już nie krzyczy non stop i w końcu daje pograć gitarzystom, którzy mają bardzo dużo do przekazania. Wycinają konkretne riffy i solówki, wzbogacają same kompozycje jak tylko się da, a przy tym trzymają się twardych zasad thrash'owego rzemiosła. Obok bardzo szybkich kawałków w przeważającej ilości (np. "Baptized By Fire", "Blind Faith", "Broken Neck") bywa też bardziej motorycznie, bardziej groove, na przykład w nieco dłuższych, rozbudowanych "Flesh And Blood", "El Rostro de la Muerte (The Face of Death)" i "Satan's Fall", dorzuconych zostało parę smaczków w postaci sampli głosów i jest chwila na oddech w instrumentalnym, zagranym tylko i wyłącznie na pianinie "Cuando Cae la Oscuridad (When Darkness Falls)". Z tego wszystkiego przebija się jednak czysta thrash metalowa energia, nieskażona współczesnymi wynalazkami i wpływami. "El Rostro de la Muerte" to podręcznikowy wręcz przykład, że tak naprawdę to tylko ci, u których zamiast krwi płynie metal są w stanie nagrać kawał szczerej, bezkompromisowej i pełnej pasji muzy. I przestaję się dziwić wszystkim tym "nawiedzonym" deklaracjom, jakie padają z ust Katona w wywiadach i podczas koncertów. Ten HIRAX rzeczywiście oddycha, rzyga i sra tym najprawdziwszym duchem thrash metalu.

ocena: 9/10
www.blackdevilrecords.com
www.myspace.com/hirax
www.selfmadegod.com
autor: Diovis




HOD - "Serpent"

(CD 2009 / Ibex Moon Records)

W HOD zebrało się pięciu kumpli, z których każdy ma za sobą różne doświadczenia z graniem ekstremalnej muzy. Gitarzysta Bjorn Haga maczał lata temu paluchy w NECROVORE, a potem spotkał się z innym gitarzystą, Carlem "Lordem Necronem" Snyder'em, w black metalowym THORNSPAWN, basista Derrik Rivers grał z kontrowersyjnym G.G. Allin'em, dwaj pozostali, czyli wokalista Beer Reebs i bębniarz Dennis Sanders też udzielali się w szeregu różnych podziemnych kapel. John McEntee z INCANTATION oraz Ibex Moon Records musiał ich poznać wieki temu, bo muzycy do młodzieniaszków już nie należą i postanowił ich wypromować pod nowym szyldem. "Serpent" to pozycja na pewno atrakcyjna dla maniaków death/black metalu albo jak kto woli - blackened death metalu. Oba te style spotykają się tu wymieszane w odpowiednich dawkach, mamy więc i typowe dla death metalu blasty, ciężkie zwolnienia i growle, a obok tego sporą dozę diabolicznych momentów, skrzekliwych wokali i black'owej ciemności. Nie tak znowu daleko HOD od zmieszanych tutaj w jedno dokonań wczesnego MORBID ANGEL (przede wszystkim), IMMOLATION, INCANTATION (w mniejszym stopniu), POSSESSED i SATYRICON lub IMMORTAL (podobieństwo ogranicza się do specyficznej atmosfery). Jest nawet jeden numer, a mianowicie "Demoralizer", który jest utrzymany w bardziej black/thrash'owym stylu. I właściwie wszystko jest już jasne. Samo brzmienie jest stylizowane na przełom lat 80-ych i 90-ych ubiegłego stulecia. Zamiarem amerykańskich muzyków było z dużym prawdopodobieństwem uzyskanie soundu, który kojarzy się z ówczesnymi produkcjami, bo mało ma on wspólnego ze współczesnymi, wygładzonymi materiałami serwowanymi przez molochy wydawnicze. Bez sensacji, ale na tyle solidnie, by parę osób zainteresować.

ocena: 6/10
www.hodsdomain.com
www.myspace.com/hodtheband
www.ibexmoonrecords.com
autor: Diovis




HANDFUL OF HATE - You Will Bleed

(CD 2009 / Cruz Del Sur Music)

Pierwsze, co rzuca się w uszy słuchając najnowszego materiału Włochów, to przede wszystkim bardzo „dokładne”, rozdzielcze brzmienie, realizatorzy w obu studiach, w których nagrywano piątą płytę HANDFUL OF HATE pokazali na co ich stać. Efekt jest bardzo dobry i przyjemny w odbiorze. Teraz mała uwaga: moim zdaniem black metal traci powoli pazury i właśnie owa „przyjemność w odbiorze” zmiękcza ten gatunek. Niewiele jest kapel BM, które mogą pochwalić się swoim, charakterystycznym tylko dla nich brzmieniem, gdy słuchając po 5 sekundach możemy bez wątpienia stwierdzić „to kapela x”. Od kilku lat notorycznie czepiam się przy każdej okazji tracenia przez black metal swego elitarnego charakteru, ukłonu w stronę mainstreamu (tu muszę zaznaczyć, że chodzi tylko o niektóre kapele). Z drugiej strony - może właśnie o to chodzi??? Może lepiej, gdy ten gatunek i cała związana z nim ideologia dzięki pewnym „zabiegom brzmieniowo - aranżacyjnym” trafiają do szerszych grup odbiorców??? Z tą płytą na pewno tak będzie i dlatego moje dywagacje o postępie (lub uwstecznianiu) danych gatunków odstawiam na bok. Od strony muzycznej „You Will Bleed” prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Ciekawe, przemyślane i rozwinięte aranżacje, świetne zmiany tempa, które nawet na chwilę nie pozwalają się nudzić, chociaż jak na mój gust - trochę więcej blastów tej płycie by nie zaszkodziło. Wiem, wiem, trochę marudzę i sam się do tego przyznaję. Ok, pomijając to, perkusja pracuje fantastycznie - słychać dobrą technikę i świetną szybkość pałkera, przede wszystkim w pracy centralek, a ilość blastów podporządkowana jest urozmaiconej strukturze utworów. Wokal - energicznie, z typowym dla BM „skrzekiem”, ale nie pozbawionym solidnej dawki melodyjności. Gitary prują do przodu aż miło, a częste zwolnienia w znacznym stopniu urozmaicają strukturę utworów. Tej płyty słuchałem kilka razy z rzędu i czasami (naprawdę rzadko) przychodziło mi do głowy, że „gdzieś to już słyszałem”, ale to w sumie nie ma najmniejszego znaczenia. Po prostu - taki rodzaj przekazu do mnie trafia i nie wnikam (wyjątkowo), czy to BM, czy BM-DM, czy może DM zaaranżowany na BM. Wracając do mojej uwagi na wstępie recenzji - w TYM przypadku nie mamy do czynienia z jakimś wymuszonym „dopieszczeniem” materiału, czuć jeszcze tą specyficzną surowość i brutalność (jeśli teraz zacznę wnikać, czy to zabieg celowy, czy nie - nigdy nie skończę tej recenzji, dlatego sobie daruję). W każdym razie najnowsza pozycja HANDFUL OF HATE na pewno przypadnie do gustu zagorzałym fanom death metalu, którzy nie ograniczają swego pola słyszenia jedynie do ciężkiego growlingu i wgniatających brzmieniowo gitar. Tytułowy utwór otwierający „wali w łeb” porządną dawką szybkości, zwalnia i uderza ponownie. Bardzo ciekawie prezentuje się „The March of Hate” ze swoją motorycznością utrzymaną w średnim, nota bene - bardzo przyjaznym dla fanów od strony koncertowej tempie. „The Fault of Exist” ma prawie doom’owy charakter z kapitalnym, powtarzanym przez 2/3 utworu melancholijnym, melodyjnym i mrocznym riffem w tle. Zresztą, nie ma czego ukrywać, cala płyta jest dość melodyjna i pozbawiona wątpliwej urody łamańców i progresywnych wstawek. Całe szczęście, bo tego typu zabiegi w tym wypadku zniszczyłyby powera całego wydawnictwa. Reasumując - bardzo udana płyta, którą naprawdę będę polecał. Okazuje się, że czasami przemyślenia i uwagi co do zmiany charakteru danego rodzaju muzyki warto odstawić na bok i skupić się na przekazie w czystej formie, pomijając jak to czy owo ma i powinno wyglądać aby utrzymać się w kanwach danego gatunku. HANDFUL OF HATE wydało porządny kawał solidnego, przemyślanego i inteligentnie zagranego black metalu. Koniec i kropka.

ocena: 9/10
www.handfulofhate.com
www.myspace.com/handfulofhate
www.cruzdelsurmusic.com
autor: "13"




HELLBASTARD - "The Need To Kill"

(CD 2009 / Selfmadegod Records)

Powroty przeróżnych kapel są już prawdziwą plagą. Wracają wielcy, wracają mniej znaczący... Czasem uda im się zmajstrować coś zajefajnego, czasem jest to po prostu niewypał. Nie oszukujmy się - HELLBASTARD nie mówi zbyt wiele większości tych, którzy dziś słuchają ciężkiej muzy. Nawet jeśli należą do prekursorów crust hard-core'a, a fani death/thrash'u mogli się spotkać z wydanym na pirackiej kasecie materiałem "Natural Order" z 1990 roku. Pewnie jednak nie każdy nawet to pamięta, bo kupowało się wówczas wszystko jak leci ;). Ja zapamiętałem tę płytę ze względu na fajne łupanie w thrash'owym klimacie i ciekawe akustyczne fragmenty, ale przyznam się, że długie lata już jej nie słuchałem. "The Need To Kill" to jeden z dwóch nowych krążków, jakie niedawno wydała nasza krajowa Selfmadegod Records. Przynosi on zestaw dość urozmaiconych kawałków, plus zbieraninę nagranych na nowo rzeczy z przeszłości. Królestwo z rzędem temu, co słyszał je wszystkie wcześniej. Na początek mamy jednak premierowe numery, które - o ile dobrze pamiętam tamte starsze - wiele się od nich nie różnią. Punktem wyjścia jest thrash metal z crust'owymi naleciałościami, zwłaszcza w tych szybszych momentach. Z jednej więc strony grają szybko, agresywnie i do przodu, aby po chwili skręcić bardziej w stronę SLAYER'a z "Seasons In the Abyss" i DARK ANGEL z "Leave Scars" czy "Time Does Not Heal", bardziej kombinować i mieszać. HELLBASTARD dokłada do tego sporo innych rzeczy, co robi trochę bałaganu, bo wstawki z muzyki country (np. w "Anthropological Angst I") lub odnośniki do stoner rocka sprawiają wrażenie trochę przypadkowych. Trzeba jednak przyznać, że w tych nowych utworach dzieje się sporo: są wyraziste riffy, kwieciste solówki, typowy thrash'owy wokal. Warto też wspomnieć, że HELLBASTARD umieścił w tej części również kilka interludiów, które ograniczają się głównie do jakiegoś wyszeptanego tekstu na tle dziwnych dźwięków. Z tych nowinek, choć nie jestem pewien, czy ten numer aby nie był nagrany już wcześniej, na wspomnianym CD "Natural Order", wyróżnia się między innymi rytmiczny, oparty na ciekawych partiach gitar "My Best Friend Misanthropy". W części drugiej znajdują się nowe wersje starszych propozycji i tu mam dylemat, bo w opisach płyty w necie znalazłem 6 tytułów, podczas gdy na płycie mamy cztery. I tu HELLBASTARD sięga po thrash metalową stylistykę, dokładając do tego nieco hard-core'owego (lub jak kto woli - crust'owego) drive'u. Najlepszy z tego zestawu jest ponad 7-minutowy "The Pylons" z akustycznym fragmentem i zawodzącą solówką gitarową w środku. Ogólnie, nie czuję jakiegoś szczególnego rozczarowania, ale to może dlatego, że nie spodziewałem się nie wiadomo czego, ani też nie jestem szczególnie zachwycony, bo całość jest nie do końca przekonująca. Pewnie Angole nie poczynili tego comebacku na fali zainteresowania thrash metalem, ale kto to tam ich wie. Jeśli nie znikną tak szybko, jak się pojawili, to mogą jeszcze wyrzeźbić parę interesujących rzeczy.

ocena: 7,5/10
www.hellbastard.co.uk
www.myspace.com/rippercrust
www.selfmadegod.com
autor: Diovis




HELLBASTARD "Eco-War"

(MCD 2009 / Selfmadegod Records)

Drugie, wydane równolegle z pełnym albumem "The Need To Kill" wydawnictwo wracającego do świata żywych angielskiego HELLBASTARD to mini-album "Eco-War". Czemu ma tak naprawdę służyć, tego nie wiem, ale może być dobrym uzupełnieniem dla tych, których przekonuje odnosząca się tak do thrash metalu, jak i crust hard-core'a muza. "Eco-War" to tak na dobrą sprawę cztery premierowe kawałki, w tym tak zwana repryza "Gone Postal" z albumu "The Need To Kill" oraz dwa bonusy, o których napiszę dalej w tym tekście. Całość zaczyna instrumentalne intro z samplami głosów, czyli wspomniane nawiązanie do numeru "Gone Postal" z "The Need To Kill", po czym następuje już thrash'owo - core'owo - stonerowski "Sea Shepherd" z przepuszczonymi przez jakieś elektroniczne cacko wokalami, już zdecydowanie nawiązujący do stoner rocka, rytmiczny "Woe, the People" (fajowe i dość nieoczekiwane jest solo na organach Hammonda w środkowej części tego numeru) i długo rozgrzewający się, ale ostatecznie mocny, szybki i agresywny kawałek, trochę w stylu EXTREME NOISE TERROR (nomen omen!) - "Massacre". I to tyle nowości. Pozostają jeszcze bonusy, spośród których jeden to cover "Die By the Sword" SLAYER'a. Dość wierna kopia, ale bez ekscesów. Druga ścieżka, zatytułowana "Kick the Geordie", to już zrozumiały najbardziej przez muzyków HELLBASTARD żarcik z (prawdopodobnie) synkiem bębniarza w roli głównej. Latorośl ta puka w perkusję i ma z tego najwyraźniej dużą frajdę. Może w przyszłości pójdzie w ślady ojca, a nawet uda mu się osiągnąć nieco więcej?

ocena: 6,5/10
www.hellbastard.co.uk
www.myspace.com/rippercrust
www.selfmadegod.com
autor: Diovis




HELLIAS - "Revenge of Hellias"

(CD 1987 - 2007 / Luciforus Art Productions)

Ależ to jest stary materiał! Pierwsze oficjalne demo krakowskiego HELLIAS dobrze oddaje możliwości studyjne w owych czasach. A właściwie brak jakichkolwiek możliwości. Nagrywano albo po znajomości w domach kultury, albo po prostu na próbach. Trudno mi wyrokować jak było w przypadku "Revenge of Hellias", ale stawiam na to drugie. Muzyka czasem rozłazi się na wszystkie strony, brzmi monofonicznie, pewnie była zgrywana na dysk ze starej taśmy, ale słychać, że młodzieńcza pasja aż rozpierała tych wówczas nastoletnich muzyków. Nasłuchali się muzyki z lat 80-ych i na tyle, na ile mogli grali ją na swoich instrumentach. Reklama mówi coś o old school thrash metalu, jednak budulcem, na którym HELLIAS opierało swoje dźwięki jest tradycyjny heavy metal. Przyspieszony, powstający pod wpływem KAT-a, MERCYFUL FATE, METALLIKI i kilku innych kapel, ale to wciąż klasyczne heavy. Nie wiem czemu umieszczono na wkładce anglojęzyczne tytuły utworów, podczas gdy teksty są w języku polskim. Można było przecież dać w nawiasie tłumaczenia dla odbiorców zza granic Polski, bo z mojego punktu widzenia zakrawa to na pewien przekręt. A same teksty mogą razić pewną taką naiwnością, ale trudno się dziwić, gdyż tak wtedy pisano. Wsłuchajcie się dobrze w zagraniczne produkcje z tamtych czasów i nie znajdziecie tam słownych wygibasów. Jest piekło, śmierć, wampiry, czarownice... cała ta diabelska symbolika nierozerwalnie łącząca się z pierwszymi próbami wyjścia poza rockowe standardy, a jednocześnie nawiązująca do BLACK SABBATH na przykład. Wokale Foremana na tym demo to zresztą czysty spontan. Śpiewać nie umiał, chrypliwy wokal odmawiał posłuszeństwa, ale on się tym nie przejmował i wykrzykiwał banalne, ale szczere słowa. A już w ogóle w "The Dream" dołączają do niego koledzy i tak przejmująco fałszują znaną melodię zaczerpniętą z klasyki muzyki poważnej (sami przekonajcie się którą), że uszy puchną, ale coś ich to nauczyło, bo już na późniejszych materiałach nigdy tego nie powtórzyli :P. Gitarowe riffy jeszcze jako tako trzymają się tutaj linii melodycznej, ale już solówki są pokraczne, krzywe i założę się, że muzycy śmieją się teraz z tych swoich prób z początków działalności. Ale nic to - jest tu jakaś koncepcja grania młodzieńczego heavy/thrash metalu i chcąc nie chcąc, można uznać to demo za jedno z nielicznych klasyków tego typu muzy w naszym kraju. Tym bardziej, że obecnie HELLIAS to już precyzyjna thrash metalowa machina do mielenia swoich potencjalnych ofiar ;). Dlatego w miejscu na ocenę stawiam kreseczkę.

ocena: -/10
www.hellias.pl
www.myspace.com/helliaspl
autor: Diovis




HELLIAS - "A.D. Darkness"

(CD 2009 / Thrashing Madness)

No, no, no! HELLIAS dotrwał do czasów, gdy thrash metal jest na fali wznoszącej i chyba wreszcie wyszedł na prostą także w naszym kraju. Do tej pory znany wyłącznie maniakom i raczej ustępujący popularnością wielu innym kapelom z kręgu thrash/heavy metalu, nagrał materiał, który świetnie wpisuje się w cały ten ruch powrotów, reaktywacji i powstających jak grzyby po deszczu młodziaków inspirujących się "kombatantami". "A.D. Darkness" ma należyte, rasowe brzmienie i jest wypełniony naprawdę dobrymi kawałkami nawiązującymi do klasyki gatunku, ale nie pozbawiony nowych (przynajmniej dla HELLIAS) pierwiastków. Jak trzeba, krakowiacy są zadziorni i drapieżni, kiedy trzeba - tonują trochę, ale nie popadają przy tym ani przez moment w balladową ckliwość. Te dwie twarze zespołu świetnie się uzupełniają, tworząc dość długi, acz bardzo urozmaicony stuff. Na jednym biegunie są bardzo motoryczne kawałki w rodzaju tytułowego (świetne, mroczne klawisze w tle), "Vital", "Joseph Devil" (chyba najostrzejszy, również wokalnie) i "A.D. Martyrology", z drugiej spokojne, w dużej mierze akustyczne "Exposed" i bonusowy "Each Hour...", a gdzieś pośrodku prawie transowe i mroczne rzeczy w rodzaju "Anathema Forest" oraz momentami bardzo przypominające VOIVOD "Lost In the Fate". Niezwykle dobrze i jak nigdy dotąd radzi sobie bardzo wszechstronny wokalista Piotr "Foreman" Foryś, który mógłby jednak podrasować swój angielski akcent, ale i bez tego jest mocnym punktem zespołu. Bez pracy gitar nie byłoby tak wiele pałera, więc należy tylko pochwalić inwencję twórczą Pawła Góralczyka i Karola Mandozziego. Właściwie to stosują wszystkie możliwe patenty grania utrzymanego w konwencji thrash/heavy metalu. Sekcja rytmiczna w osobach basisty Grzegorza Królika i perkusisty Wojtka Wojnowskiego też działa jak odpowiednio naoliwiona. krakowiacy są zadziorni i drapieżni, kiedy trzeba - tonują trochę, ale nie popadają przy tym ani przez moment w balladową ckliwość. Te dwie twarze zespołu świetnie się uzupełniają, tworząc dość długi, acz bardzo urozmaicony stuff. Na jednym biegunie są bardzo motoryczne kawałki w rodzaju tytułowego (świetne, mroczne klawisze w tle), "Vital", "Joseph Devil" (chyba najostrzejszy, również wokalnie) i "A.D. Martyrology", z drugiej spokojne, w dużej mierze akustyczne "Exposed" i bonusowy "Each Hour...", a gdzieś pośrodku prawie transowe i mroczne rzeczy w rodzaju "Anathema Forest" oraz momentami bardzo przypominające VOIVOD "Lost In the Fate". Niezwykle dobrze i jak nigdy dotąd radzi sobie bardzo wszechstronny wokalista Piotr "Foreman" Foryś, który mógłby jednak podrasować swój angielski akcent, ale i bez tego jest mocnym punktem zespołu. Bez pracy gitar nie byłoby tak wiele pałera, więc należy tylko pochwalić inwencję twórczą Pawła Góralczyka i Karola Mandozziego. Właściwie to stosują wszystkie możliwe patenty grania utrzymanego w konwencji thrash/heavy metalu. Sekcja rytmiczna w osobach basisty Grzegorza Królika i perkusisty Wojtka Wojnowskiego też działa jak odpowiednio naoliwiona. Cóż, generalnie same pozytywy i sprawdza się po raz kolejny stare powiedzenie "lepiej późno niż wcale", bo HELLIAS po ponad 20 latach doczekał się swojego opus magnum. Śmiało można sobie postawić tę płytę na półce obok ostatnich wydawnictw ALASTOR, ACID DRINKERS, VIRGIN SNATCH i tym podobnych.

ocena: 9/10
www.hellias.pl
www.myspace.com/helliaspl
www.thrashing-madness.pl
autor: Diovis




HORNA - "Musta Kaipuu"

(CD 2009 / Debemur Morti Productions & Agonia Records)

Mało która z uznanych, grających nie od dziś kapel udostępnia swoje aktualne nagrania z prób na potrzeby wydania albumu. No chyba że są to jakieś "legendarne", "kultowe" rzeczy zarejestrowane dawno, dawno temu i wywleczone przez maniaków, którzy potem taki bootleg wypuszczają w świat, a potem okazuje się, że muzyki tam niewiele, zaś więcej bzyczenia i trzasków. Dlatego dziwi mnie, że tak doświadczona i szanowana w niektórych kręgach kapela, jak HORNA oddała w ręce Debemur Morti Productions słaby jakościowo zapis jednej z prób z 2004 roku, by zasilić swoją już i tak masakrycznie olbrzymią dyskografię o jeszcze jeden produkt. Nie tylko zresztą wydawca - jak znam życie, i sam zespół - maczał w tym swoje palce, ale oczywiście w materiałach promocyjnych stoi oczywiście napisane, że "Musta Kaipuu" to "dziesięć legendarnych utworów z sesji nagraniowych "Envaatnags Eflos Solf Esgantaavne", zaprezentowanych na CD po raz pierwszy". Fakt, można zapoznać się z tym, jak brzmi od kuchni powstawanie - jak się okazuje - prostych i opartych na pewnych schematach kawałków. Bez bajerów, ozdobników i nakładek studyjnych, za to ze sprzęgającą gitarą, bzyczącymi i nierównymi dźwiękami, czasem drobną pomyłką. Nadawałoby się to na bonusy dołączone do re-edycji lub któregoś z nadchodzących mini-albumów, ale przesadą jest wypuszczanie tego w formie długiego na około godzinę albumu. Mimo to maniacy wczesnych rzeczy spod znaku MAYHEM, BURZUM, HELLHAMMER i tym podobnych pewnie przełkną tę wielką pigułę. Bo jest tu kilka naprawdę niezłych motywów (w tym folkowe rzeczy na blackową nutę a la STORM w "Oi Kallis Kotimaa"), tyle że niektóre ciągną się w nieskończoność i brzmią, jak dla mnie, zbyt surowo i topornie.

ocena: 3/10
www.legion-horna.com
www.myspace.com/thetruehorna
www.debemur-morti.com
www.agoniarecords.com
autor: Diovis




HELLWITCH - "Omnipotent Convocation"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Nie oszukujmy się - HELLWITCH to nie był jakiś wybitny i rozpoznawalny zespół. Przewinęło się przez jego skład kilku w miarę znanych muzyków, ale mogli dotąd pochwalić się tylko jednym pełnym albumem nagranym w ciągu 10 lat działalności, tak mniej między 1984 a 1994 rokiem. Dziesięć lat później zreformowali się i po niemal pięciu kolejnych latach doczekali się następcy "Syzygial Miscreancy" z 1990 roku. To jakby kontynuacja tamtego albumu - począwszy od nieco abstrakcyjnej okładki, poprzez zagmatwane tytuły utworów, aż po muzykę. Również "Omnipotent Convocation" to typowe dla Amerykanów dźwięki łączące death i thrash metal. Pochodzący z Florydy band tak dawniej, jak i teraz stawia na szybkie, a przy tym techniczne granie z wieloma solówkami, smaczkami, a przede wszystkim niezwykłym pałerem. Ja to określam jako taką nieco bardziej agresywną wersję FORBIDDEN, a nieco mniej niż na przykład ich kompanów z MONSTROSITY. Jeśli znacie wczesne dokonania MALEVOLENT CREATION, INCUBUS czy DEMOLITION HAMMER i dodacie do tego bardziej thrash'owy sznyt oraz nieco więcej technicznych zagrywek, to ten album mniej więcej właśnie tak brzmi. Wokale to taki thrash'owy wrzask wsparty od czasu do czasu pokrzykiwaniami pozostałych muzyków i pisknięciami a la Schmier z pierwszych płyt DESTRUCTION. Płyta jest równa, odpowiednio wyważono tu wszystkie wcześniej wymienione składniki, a ja chciałbym zwrócić uwagę na krótki (zaledwie dwie i pół minuty), acz doskonale zagrany i ozdobiony fajnymi gitarowymi efektami "Mysteria", zmienny rytmicznie i chwilami przypominający późny DEATH "Mythologicalies (Enlightened Paganus)", konkretny death/thrash w "Opiatic Luminance" i "Final Approach". Już tylko w ramach ciekawostki warto nadmienić, że na sam koniec Amerykanie zagrali swoją wersję "Infernal Death" ze "Scream Bloody Gore" - "jedynki" DEATH. Bez szału, ale w sumie fajne wykonanie. HELLWITCH nie stworzył wybitnego dzieła, ale biorąc pod uwagę, że wszystkie podobnie grające kapele albo zaginęły, albo dawno już zjadły swój ogon, a oni tworzą kolejne płyty tak rzadko (hehe), wypadają na ich tle więcej niż poprawnie.

ocena: 7,5/10
www.hellwitch.com
www.myspace.com/hellwitch
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




HEARSE - "Single Ticket To Paradise"

(CD 2009 / Vic Records & Mystic Production)

Pechowy jest ten HEARSE. Podczas gdy ich dużo młodsi koledzy podpisują mniej lub bardziej intratne (często lukratywne) kontrakty, oni szlajają się od wytwórni do wytwórni, ale ci głównie skupiają się na wydaniu im płyty, promocję zaś kładą na łopatki. Może jeszcze Karmageddon Media przykładała się do tego na samym początku czując pismo nosem, że może być z nich bardzo dobra kapela, ale kiedy rzeczywiście mieli szansę wypłynąć, firma padła. Szwedzki tercet nie poddał się jednak i dalej nagrywał, chociaż na przykład w Polsce mało kto miał okazję poznać ich album "In These Veins". Przyznam, że ja też. "Single Ticket To Paradise" jest więc niejako moim pierwszym spotkaniem z HEARSE od czasu "Armageddon, Mon Amour" z 2004 roku. Dużo się jednak nie pozmieniało. Johan Liiva, Max Thornell i Mattias Ljung kontynuują swoją death 'n rollową podróż. Mając za sobą staż w kultowym w pewnych kręgach FURBOWL (wczesne lata 90-te) i ARCH ENEMY (Johan Liiva śpiewał na pierwszych krążkach tego bandu) trochę wylajtowali i skupili się na bardziej melodyjnej, choć nie stroniącej od dobrej zabawy i ambitnych aranżów metalowej muzie. Niektórzy zdziwią się, że Angela Gossow wygryzła w ARCH ENEMY tak dobrego wokalistę, jakim jest aktualny frontman HEARSE. Widać nie pasował Michaelowi Amottowi w jego koncepcji, a i prywatne względy też o tym na pewno zaważyły. A Johan potrafi ryknąć, pomruczeć i zaśpiewać. Wtórują mu specjalizujący się w melodyjnych leadach Mattias i utrzymujący odpowiednio szybkie tętno i rytm Max. W trójkę tworzą zróżnicowane dźwięki, które wcześniej sklasyfikowałem jako death 'n roll, ale na tym krążku mamy miksturę różnych wpływów, tak jak to bywa na ostatnich wydawnictwach ENTOMBED, do których zresztą chwilami się upodabniają. Tak więc mamy tu śmiałe nawiązania do starego dobrego hard rocka, tradycyjnego heavy i doom metalu (na przykład w utworze tytułowym), rock 'n rollowe szaleństwo a la MOTORHEAD, ale również mocne akcenty thrash- i death metalowe oraz drobne nawiązania do progresywnego rocka z lat 70-ych i hiszpańskiego flamenco. Można by rzec, że HEARSE jest na swój sposób oryginalne, potrafi zaskoczyć, rozbujać i przykuć uwagę muzyką, a nie wyglądem i całą okołomuzyczną otoczką. A płytę wyprodukował nie kto inny, a Dan Swanö. To również gwarantuje, że nie mamy tu do czynienia z jakimś chłamem i plastikową atrapą.


ocena: 8/10
www.hearse.se
www.myspace.com/hearse
www.vicrecords.com
autor: Diovis




HUNTER - "HellWood"

(CD 2009 / Mystic Production)

Nigdy nie byłem fanem HUNTER'a i szczerze powiedziawszy nie rozumiem fenomenu tego zespołu. Można by rzec, że to po prostu kolejna grupa łącząca w swojej muzie pęd do mainstreamu i chęć grania dźwięków spod znaku hard 'n heavy. Podziwiam jednak HUNTER'a za pewne takie uparte dążenie do sobie znanego celu, niezwykłą dbałość o wszystko, co związane jest z zespołem i niewątpliwy talent skrzypka Michała Jelonka. Inna rzecz, że w tym roku ich reputacja została mocno nadszarpnięta w związku z chaosem organizacyjnym powstającego pod ich egidą Hunter Festivalu. Ale ja przecież miałem wystukać parę zdań o najnowszym albumie pt. "HellWood". Uprzedzam, że wielkich rewolucji nie ma. To nadal podobna muzyka, specyficzne teksty, wampiryczny image oraz przesłanie sięgające po mroczne treści i symbole, które jednak są przyswajalne dla przeciętnego słuchacza. Pod warunkiem, że bawią go / ją (lub przerażają) brodaci panowie w kapeluszach z dyskretnym make-up'em (owoc "transylwańskiej" sesji zdjęciowej), opowieści z pogranicza surrealnej rzeczywistości i fantazji oraz gitarowa muza z wyraźnymi akcentami klasycyzujących smyczków. Jest na tym krążku kilka fragmentów godnych uwagi. Jak na przykład "ŚmierciŚmiech" z surrealistyczno - poetyckim tekstem i dość gwałtownymi zmianami tempa, przypominający jeden ze sztandarowych kawałków HUNTER'a "Fallen" utwór "Labirynt Fauna" czy monumentalny, pełny emocji i orientalnych wtrętów, 10-minutowy "Arges". Ciekawie zapowiadała się siedmiominutowa "Armia Boga", inspirowana filmem F.F.Coppoli powstałym na kanwie "Draculi" Brama Stoker'a, ale formie nie dorównała treść, a już zupełnie niepotrzebnie Drak i Jelonek wdali się w solowy pojedynek gdzieś w środku tego utworu, co im niespecjalnie wyszło, łagodnie to określając. Z innych kwestii, zastanawiałem się, jak wypadnie w tej trochę innej konwencji muzycznej rozrywany ostatnimi czasy przez wiele kapel perkusista Daray, a on po prostu odegrał swoje w myśl "nie wychylaj się zanadto" ;) W końcu HUNTER to przede wszystkim Drak i jego pewna określona wizja, w której pomagają mu pozostali muzycy. Ja jednak po raz kolejny nie czuję się przekonany i zwyczajnie odnotowuję, że oto mamy następną płytę powstałą w tych trudnych czasach w naszym kraju.


ocena: 6/10
www.hunter.art.pl
www.myspace.com/hunterpl
www.mystic.pl
autor: Diovis




HOODS - "Pit Beast"
(CD 2009 / I Scream Records)

Hard-core'a na co dzień nie słucham, ale z przyjemnością włączam tak mocne pod każdym względem pozycje jak ta. Nazwy HOODS nie kojarzę, jednak od teraz będzie się kojarzyć bardzo dobrze. "Pit Beast" to prawdziwy dynamit, do tego jeszcze opatrzony mięsistym brzmieniem, które spodoba się zagorzałym thrasherom, a nawet maniakom death metalu i nie wiem... może także fanom SEPULTURY i SLAYER'a, a już na pewno BIOHAZARD czy PRO-PAIN. Nie tylko zresztą sound jest mocną stroną tego wydawnictwa, bo kolesie z HOODS nie cackają się nadmiernie i walą prosto w mordę zajebiaszczym hard-core'm w najbardziej agresywnym wydaniu, co uwidoczniono również na świetnej komiksowej okładce. Kiedy trzeba, napierniczają tak szybko, jak wlezie, a czasami przydupcają ciężkimi riffami i masywną sekcją rytmiczną. Wokaliści też nie oszczędzają swoich strun głosowych - wrzeszczą, skandują i drą japę na maksa. Większa część kawałków nagranych przez tą kalifornijską kapelę to krótkie wyziewy - maksymalnie dwuminutowe. Wyróżniają się wśród nich "Punk's Dead - Emo Kids Next", "Multiple Sclerosis" oraz "Nunchuk", ale i bardziej rozrywkowy i przebojowy "Let's Have Fun". W tym ostatnim HOODS brzmi wręcz punkowo i taki też wydźwięk ma kilka fragmentów w innych numerach, jednak przeważa rasowe grzańsko spod znaku HC z takim prawie thrash'owym pazurem. Warto też wspomnieć, że Amerykanie wykorzystali też dość oklepany już motyw z "Carminy Burany" Carla Orffa na początku "Book of Hell", ale nie jest to rażące, bo już za chwilę ostro naparzają. Ogólnie jest prosto, konkretnie i dzięki temu nie ma problemów z wchłonięciem całości, która trwa raptem niecałe 21 minut. Mam nawet wrażenie, że trochę za krótki to krążek. Ale zawsze można wcisnąć po raz kolejny "play" i morda na powrót się cieszy :D

ocena: 8/10
www.myspace.com/sactohoods
www.iscreamrecords.com
autor: Diovis


HORNA - "Sanojesi Äärelle"
(CD 2008 / Debemur Morti Productions & Agonia Records)

Pomimo kultowego statusu w black metalowych kręgach oraz niezliczonej ilości wydawnictw, z czego lwia część to splity, HORNA jakoś nigdy mnie nie przekonywała. Ot, uważam ich za kolejny diaboliczny band uparcie wierzący w siłę zamkniętego pewną konwencją stylu i nie wprowadzający praktycznie żadnych zmian w tworzonych przez siebie dźwiękach. Tym razem, w nieco zmienionym składzie, grupa prowadzona przez niezmordowanego Shatrauga też nie wprowadziła poprawek do swego konserwatywnego i ortodoksyjnego brzmienia. HORNA praktycznie od zawsze grała tak, jak na "Sanojest Äärelle". Z jednej strony należy im się za to szacunek, lecz z drugiej zapędzili się przez to w ślepy zaułek. Co rusz słychać te same oklepane schematy w postaci słyszanych dziesiątki razy riffów, do tego pewne motywy powtarzają się przez wiele minut, a siermiężnie skonstruowane utwory zaciekawiają tylko do pewnego momentu. Dalej panuje już tylko nuda i nie zmienia tego fakt, że Finowie nie grają non-stop szybko. Zdarza im się trochę zwolnić, wprowadzać epickie elementy i przywoływać grobową, funeralną atmosferę, ale i te elementy są oklepane i wtórne. W dodatku "Sanojest Äärelle" to album podwójny i siłą rzeczy dawka muzyki jest potężna (około 85 minut). Próbowałem wysłuchać tego wydawnictwa za jednym zamachem, jednak nie udało mi się dotrwać dalej niż do siódmego, ósmego numeru (a i to z wielkimi problemami), a reszty posłuchałem później. Jeśli w pewnym momencie zaczyna mnie interesować wszystko dookoła, poza płytą, która kręci się w odtwarzaczu, znak to, że coś jest nie tak i że muzyka nijak nie potrafi przykuć mojej uwagi. Nie podejrzewam siebie jeszcze o objawy starzenia się, bo nadal ruszają mnie ekstremalne dźwięki, lecz akurat HORNA nie ma w sobie tego "czegoś", co sprawia, że słucha się ich z zapartym tchem. Łagodnie mówiąc - od tak doświadczonych zespołów wymaga się więcej, a już tak zupełnie szczerze i wprost - ta fińska horda jest od strony muzycznej niesłychanie nudna i potwierdzili to tą właśnie płytą.

ocena: 3/10
www.legion-horna.com
www.myspace.com/thetruehorna
www.debemur-morti.com
autor: Diovis


HDK - "System Overload"
(CD 2009 / Season Of Mist Records)
Grupa z początku miała być jedynie żartobliwym projektem funkcjonującym pod nazwą HATE DEATH KILL, tymczasem znany przede wszystkim z AFTER FOREVER Sander Gommans wyczaił, że można z tego wydusić trochę więcej (także pieniędzy), więc zebrał wokół przedsięwzięcia pod tytułem "System Overload" trochę mniej lub więcej znanych osób. Ilość muzyków i wokalistów może wydawać się faktycznie imponująca, biorąc pod uwagę, że nie mamy tu jednak do czynienia z kimś pokroju Arjena Lukassena czy Tobiasa Sammeta (EDGUY / AVANTASIA) i co za tym idzie - wielkiego budżetu na nagranie. Na liście ludzi, którzy pracowali nad tym czy innym fragmentem tego materiału są między innymi: Amanda Somerville (AINA / AVANTASIA), Andre Matos, Mike Scheijen (37 STABWOUNDZ) i Patrick Savelkoul (CALLENISH CIRCLE) na wokalach, gitary obsługuje między innymi wspomniany już Arjen A. Lucassen (AYREON), a na klawiszach gra kolega Sandera z AFTER FOREVER - Joost van den Broek. Dodać też należy, że w podstawowym składzie grupy jest perkusista Arien van Weesenbeek znany między innymi z takich formacji jak EPICA czy GOD DETHRONED. A co z tego wszystkiego wyszło? Napiszę tak: jest - jak to mawia moja dobra znajoma - różnie: kwadratowo i podłużnie. HDK miota się między nowoczesnym thrash metalem, melodyjnym death, klasycznym heavy i "niemieckim" power metalem oraz gotyckimi klimatami. Widocznie tych ostatnich nie potrafił się wyzbyć sam autor całego przedsięwzięcia, tyle że tutaj brzmi to bardziej jak WITHIN TEMPTATION czy EVANESCENCE (vide "Breakdown"). Z kolei thrash'owe inklinacje ograniczają się do rozwijania dużych prędkości i solówek, a chwilami kojarzy się to z nowszymi produkcjami MEGADETH czy SEPULTURY, natomiast nowoczesność zderza się z death'owym duchem w niskim stroju gitar oraz pojawiających się tu i ówdzie growlach. O warstwę wokalną zadbał Sander Gommans z pieczołowitością, bo wachlarz głosów jest iście renesansowy: od czystych wokaliz, heavymetalowego piania i chóralnych zaśpiewów, aż po wspomniane gardłowe bulgoty i różnego rodzaju wrzaski. Przez to wkrada się na tę płytę chaos i brak spójności oraz konsekwencji, bo tak naprawdę nie wiadomo jaką drogą chce podążać HDK. "System Overload" nie jest w pełni przekonujący ani dla fanów mocniejszego grania, ani dla tych idących za obecnymi trendami. Z przykrością stwierdzam, że miało być wyjątkowo, a jest bardzo, ale to bardzo przeciętnie.
ocena: 4/10
www.projecthdk.com
www.myspace.com/sandergommans
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


HELLSAW - "Cold"
(CD 2009 / Napalm Records)
Austriacka Napalm Records ewidentnie próbuje polepszyć statystyki swego kraju na światowej mapie metalu. Takie bynajmniej odnoszę wrażenie, ponieważ do tej pory zajmowali się z reguły wydawaniem kapel zagranicznych. Jednak nie bacząc na jakiekolwiek narodowościowe podteksty uważam, że HELLSAW jest warte wysiłku włożonego w wypromowanie tej kapeli. Panowie bardzo sprawnie poruszają się w black metalowej stylistyce. Ich receptura jest w sumie dość prosta. Skrzek, średnie tempo, odrobina melancholii, nie tracąc przy tym obowiązkowej agresji. Z grubsza można porównać HELLSAW do naszej ARKONY. Mamy tu podobne myślenie kompozytorskie. Dość sporo kombinacji, które dodają smaczku całości powoduje, że materiał nie nuży i się nie dłuży. Oczywiście płyta adresowana jest do totalnych maniaków black metalu, czyli dla kogoś takiego jak ja i Ty, drogi czytelniku. Reszta może sobie darować.
ocena: 7,5/10
www.hellsaw.com
www.myspace.com/hellsawmusic
www.napalmrecords.com
autor: Narmer


HEAVING EARTH - "Vision of the Vultures"
(Demo-CD 2008 / Nihilistic Holocaust Zine)
Każdy powinien wiedzieć, czym jest dla początkującego zespołu pierwsze oficjalne demo. Spełnieniem marzeń, czymś, co wcześniej wydawało się nierealne. Zapewne nie inaczej jest w przypadku tej czeskiej kapeli. Tym bardziej, że nie mają się czego wstydzić!!! Te zaledwie trzy utwory, które znalazły się na "Vision of the Vultures", sprawiają wrażenie dobrze poukładanych numerów, w których prym wiodą ciężar i masywność. Co prawda mamy tu do czynienia tylko z rzemiosłem, lecz jest to rzemiosło na naprawdę zadawalającym poziomie. Ewidentnie słychać wpływy bardziej znanych kolegów po fachu zza wielkiej kałuży. Szczególnie w uszy rzuca się podobieństwo do pierwszego okresu działalności HATE ETERNAL, jak też delikatne naleciałości DEICIDE, MORBID ANGEL, IMMOLATION oraz INCANTATION. Naprawdę ciekaw jestem, cóż takiego wyrośnie z nich w przyszłości. Czy staną się spadkobiercami KRABATHOR? Czas pokaże...

ocena: 7/10
www.myspace.com/heavingearthcz
http://bandzone.cz/heavingearth
autor: Diovis


HEBOSAGIL - "Cosmic"
(CD-EP 2009 / Rusto-Osiris)
Finlandia jest prawdziwą studnią bez dna, jeśli chodzi o ilość kapel. Przodują oczywiście te gustujące w tworzeniu muzyki dla mas, choć trzeba przy tym pamiętać, że tam na listach przebojów pojawiają się rzeczy, które w wielu innych krajach, w tym w Polsce, nie bywają grane przez lwią część stacji radiowych. Obok takich przystępnie grających zespołów istnieje też spora grupa wykonawców spod znaku death, doom i jeszcze innych gatunków metalu. HEBOSAGIL jest właśnie jednym z reprezentantów czegoś pomiędzy klasycznym, ciężkim metalem a doom, stoner rockiem i sludge-core'm. Rzadki to przypadek w Finlandii, ale jest i należy mu się bliżej przyjrzeć. "Cosmic" to EP-ka, oryginalnie wydana w 2007 roku na limitowanym do 100 kopii cedeerze i dostępna na stronie www zespołu. Półtora roku później materiał ten został wznowiony w digipaku, z nowymi grafikami i umieszczonymi we wkładce tekstami. Na początek mamy tutaj znerwicowany i poszarpany numer "Temple", łączący Sabbath'owskie riffy, doom'owy ciężar, chorobliwość NEUROSIS i hałaśliwe wokale. Jeszcze więcej wściekłości jest w krótszym "The Last One", po czym obie opcje mieszają się i kumulują w "Old Prophet" i tak dalej, i tak dalej... Nie brakuje mocy tym w zasadzie prostym sześciu kawałkom i dzięki temu, że HEBOSAGIL nie stara się rozwlekać ich w czasie brzmi to przekonująco i na swój sposób oryginalnie. Jeszcze wszystko przecież w gitarowym graniu nie zostało powiedziane i na tym polega fenomen takiej muzyki, która niekoniecznie musi podchodzić pod coś, czego słuchają masy podążające za chwytliwymi hasełkami reklamowymi dużych firm wydawniczych i lizusowskimi recenzjami poczytnych magazynów metalowych. "Cosmic" brzmi szczerze, spontanicznie, różnorodnie i kąśliwie, a o to w tym wszystkim przecież chodzi. Fajna pozycja w sumie zupełnie nieznanego bandu.
ocena: 8/10
www.hebosagil.com
www.myspace.com/hebosagil
www.rusto-osiris.com
autor: Diovis


HIRAX - "Not Dead Yet"
(CD 2008 / Selfmadegod Records)
O tym, że nastały złote czasy dla thrash metalu wie już każde dziecko. Wszelakie reuniony, reaktywacje i re-edycje, a obok tego niesamowity wysyp nowych kapel, które kopiują nuta w nutę stare dźwięki lub robią coś po swojemu, przepuszczając to przez sito później powstałych lub rozpowszechnionych stylów metalu. Niektórzy czynią to ze względu na koniunkturę, inni perfidnie dla kasy, a jeszcze inni po prostu kochają to, co robią. Do tej ostatniej grupy należy stojący zawsze gdzieś na uboczu amerykański HIRAX. Czarnoskóry Katon W. DePena od lat trzyma grupę przy życiu, co rusz nagrywa coś nowego, w miarę możliwości ostro koncertuje, a na tym festiwalu różnorakich wydawnictw z logo tej kapeli znalazło się miejsce i dla wznowienia dawno niedostępnych albumów z połowy lat 80-ych. "Not Dead Yet" to kompilacja dwóch płyt: "Raging Violence" z 1985 roku i wydanej rok później "Hate, Fear And Power". Pierwszy materiał to rzeczywiście wściekła przemoc w postaci prostych i dzikich dźwięków spod znaku thrash metalu z core'owym zacięciem. Zresztą drugi też oddaje tytuł "Nienawiść, strach i moc". Należy jednak pamiętać, że ówczesna mieszanka tych gatunków nie nosiła jeszcze znamion obecnego metal-core'a. Wówczas liczyła się energia i naparzanie tak szybko i mocno, jak się da, a przy tym nie było tak wyrachowane i nietknięte liczeniem na łatwy i szybki zarobek. Konkurencja nie była tak wielka jak teraz, lecz za to każdy z zespołów wnosił coś świeżego do młócącego metalu. HIRAX grał wtedy bardzo szybko, solówki świdrowały uszy, a wywodzący się ze starej heavymetalowej szkoły Katon używał (i używa ich po dziś dzień) melodyjnych zaśpiewów w wysokich rejestrach i trochę Motorhead'owskiej czy Venom'owskiej chrypki. Różnił się dzięki temu od śpiewaków D.R.I., S.O.D, SUICIDAL TENDENCIES czy CRYPTIC SLAUGHTER. Jak słucha się dziś obu tych wczesnych materiałów może razić pewne nie oszlifowanie dźwięków i brak należytych proporcji między instrumentami i wokalem, ale muzycy nadrabiali to niesamowitą energią. Oldskul, powiadam Wam! ;) Numery z obu płyt są w dużej mierze bardzo krótkie i często podobne do siebie, jednak okazuje się, że i teraz, gdy HIRAX gra je na żywo, dalej się sprawdzają. HIRAX powraca przecież choćby do "Bombs of Death", "Destroy" czy "Hate, Fear And Power". Zresztą siła czystego thrash-core'a jest obecna i na nowszych wydawnictwach z tym logo. Katon i spółka nie odcinają się więc od tego co robili przed dobrze ponad dwudziestoma laty, ale nie stanęli również w miejscu. Wszystkim fanom thrash'u, którzy odkryli to granie dzięki paru nowym kapelom i kilku legendom grającym do dnia dzisiejszego mogę z czystym sercem polecić odsłuch tych 22 numerów trwających raptem niewiele ponad trzy kwadranse. Na "Not Dead Yet" nie ma żadnych bonusów, bo i po co?! A oceny nie wystawiam świadomie.
ocena: -/10
www.hirax.org
www.blackdevilrecords.com
www.myspace.com/hirax
www.selfmadegod.com
autor: Diovis


HELL-BORN - "Darkness"
(CD 2008 / Witching Hour Production)
Powracająca do życia Witching Hour Productions prezentuje nam nowy materiał HELL-BORN. I muszę na wstępie przyznać, że ostatnimi laty kompletnie zapomniałem o tej kapeli, dlatego też wieść o nowym albumie niemal ścięła mnie z nóg!!! Nawet nie wiedziałem kiedy, z kim i gdzie. Tak to kurwa jest kiedy się człowiek zapierdoli w akcji. Wiem, powinienem włożyć wór pokutny i obłożyć się kilkanaście razy kijem od mopa. Ale tylko przeproszę za niepamięć i natychmiast przejdę do rzeczy. Zaczniemy może od perkusisty. A mianowicie Paul, który to wyskoczył jak przysłowiowy Filip z konopi dołączając do VADER’a, również tu zagościł. I moim skromnym zdaniem wykonał świetną robotę!!! Sprawił, że całość idealnie "jedzie". Nie uświadczymy tu jakichkolwiek technicznych szmerów-bajerów. Co zdecydowanie niemile odbiłoby się na tym materiale. Co do muzycznej zawartości, nie mam zastrzeżeń. Jest death metalowo i odrobinę blackowo, czyli jak dla mnie w sam raz. Nie czuć kompletnie, że ci panowie kiedyś współtworzyli BEHEMOTH. Po raz kolejny nie wychwyciłem choćby nuty podobnej do "mighty beast from Pomorze". Powiem nawet więcej i zaryzykuję stwierdzenie, że HELL-BORN jako jedna z niewielu polskich kapel ma swój własny, unikatowy styl, który konsekwentnie rozwija z płyty na płytę. I za to im CHWAŁA!!! Brać, kurwa, żeby nie przepadło!!! HAIL!!!
ocena: 9/10
www.myspace.com/hellbornofficial
www.witchinghour.pl
autor: Narmer


HERMH - "Cold+Blood+Messiah"
(CD 2008 / Mystic Production)
O Barcie powinno się mówić jako o przykładzie na to, że jak się chce, to można. Po powrocie ze "świata umarłych" HERMH potrafił w dość krótkim czasie osiągnąć tak wiele, a na pewno o dużo więcej niż w pierwszych okresie działalności. Kolejne, coraz to lepsze płyty, udane trasy koncertowe, ciekawe video clipy, potężne DVD, a w ostatnim czasie kontrakt z Mystic Production, który już zaowocował pierwszym pełnym albumem i podpisaniem umowy licencyjnej z Regain Records na wydanie "Cold+Blood+Messiah" na Weście. Nie udało by się to Bartowi bez pomocy kilku osób, z muzykami zespołu na czele i niech tak zakończę ten przynudnawy, "laurkowo" brzmiący wstęp. Nowy album przyszedł zaskakująco szybko po poprzednim, mocno opóźnionym mini "After the Fire - Ashes", ale faktycznie, jaki miało sens na czekanie nie wiadomo ile czasu na objawienie najświeższego dzieła? Buńczuczne zapowiedzi wydawcy pogłębiały oczekiwania, ale okazało się, że HERMH nie zabrnęło jeszcze bardziej w black metalowy chaos, za to wyśrodkowało pewne bardziej klimatyczne zapędy z pierwszych wydawnictw jeszcze przed rozpadem grupy z bombastycznością i agresją "nowego" HERMH. Dzięki własnej klarownej wizji i wyciągnięciu z braci Wiesławskich siódmych potów w białostockim Hertz Studio ten album to rzeczywiście taki oszlifowany brylant. Bart już kiedyś zapowiadał, że wzbogaci symfo-black'ową formułę o potężne chóry i tak też się stało. Już zapowiadający krążek, a otwierający go "Hairesis" to wyjątkowo udany mariaż dwóch muzycznych światów, a chwytliwość tego numeru nie ma wbrew oszczerstwom niektórych "dziennikarzy" nic wspólnego z kiczowatością CRADLE OF FILTH. Powalające jest też zawodzenie "Kyrie Eleison" w trzecim na płycie "Eyes of the Blind Lamb" - ten kawałek ma rzeczywiście MOC, która została osiągnięta w niewymuszony sposób. HERMH osiągnął także w kilku innych fragmentach dojrzałość równającą się ostatnim dwóm wydawnictwom SEPTICFLESH, tyle że użył nieco innych środków. Kiedy trzeba, HERMH rozpędza się, ale potrafi to zbalansować z bardziej epickimi elementami i specyficzną melodyką. Takimi przykładami są "Instrumentum Diaboli", "I Bring You Fear" czy "Why Can Be Against Us?". Nie nadużywane są tu partie klawiszy, gitary odpowiednio podkręcają klimat, perkusista z basistą precyzyjnie trzymają rytm lub przy nim manipulują, a brawurowe wokale nie trzymają się jednej szablonowej "modły". To wszystko gwarantuje odpowiednio rozłożoną dramaturgię tego prawie 40-minutowego i nadzwyczaj zwartego materiału. Osobna atencja należy się starannie dopracowanemu video clipowi do "Hairesis" oraz materiałom opowiadającym o powstawaniu samej płyty i teledysku, które składają się na bonusowy dysk do patrzenia, a walory estetyczne ucieszy jedno z najbardziej cieszących oko w historii polskiej fonografii wydań digipaka, który jedynie potwierdza wysoką klasę HERMH i ich najnowszego wydawnictwa. Aż trudno mi sobie wyobrazić, by którykolwiek z maniaków ekstremalnego metalu nie miał w swojej kolekcji tej pozycji!
ocena: 8/10
www.hermh.pl
www.myspace.com/hermh
www.mystic.pl
autor: Diovis


HELLVETO - "Neoheresy"
(CD 2008 / Pulverised Records)
Które to już uderzenie HELLVETO? Trudno zliczyć ilość wydawnictw sygnowanych tą nazwą. Jedno da się jednak zauważyć - każde kolejne wydawnictwo brzmi coraz lepiej, dojrzalej i przynosi rozwinięcie typowej tylko dla tego zespołu stylistyki. "Neoheresy" zaczyna się nieśpiesznie bardzo majestatycznym, z lekka melancholijnym i chwytliwym jak na HELLVETO numerem, jakim jest "Taran". Folkowy motyw gitary uzupełniają epickie chóry i ciekawa linia melodyczna trochę w stylu wczesnych dokonań LUX OCCULTA. Tym razem L.O.N. stawia właśnie na podniosły klimat, z rzadka epatując rozpędzoną sekcją rytmiczną i zadziornymi partiami gitary, tak jak to jest na przykład w "Gdy Umiera Świt" czy w pierwszym fragmencie "Milczącego Sumienia". Nawet w takich fragmentach przeważa jednak symfoniczne podejście do tematu i sięganie do ludowych korzeni, chociaż da się odczuć blackmetalowe pochodzenie niektórych dźwięków. Chyba jeszcze nigdy wcześniej HELLVETO nie brzmiało tak bombastycznie, przestrzennie, bogato i fascynująco. Jestem wręcz przekonany, że to jeszcze nie szczyt możliwości Filipa, który coraz pewniej radzi sobie z aranżacjami i wykonaniem poszczególnych partii. Duża w tym zasługa masteringu zrobionego w białostockim Hertz Studio. Także wokale wypadają na tym krążku lepiej niż na poprzednich. Są bardziej wyraziste, czytelne, choć przekaz tekstowy nie zmienił się jakoś drastycznie. "Neoheresy" to taki rodzaj "hello! wszyscy grają pod coś lub pod kogoś, a ja robię wszystko po swojemu i nabieram wprawy". Nic dziwnego, że singapurska Pulverised Records nie ograniczyła się do wydania tylko jednego albumu i zainwestowała w kolejny. Mam nadzieję, że ich entuzjazm podzieli też nieco większa ilość sceptyków i odkryją niezaprzeczalny talent L.O.N.'a. Na koniec słowo na temat bonusa, którym jest video do kawałka "Taran" dołączone do nowej płyty. Zgrabnie zmontowano w nim krajobrazy Kurpiowszczyzny oraz różnorodną symbolikę, a obrazek nie razi tak częstym w klipach metalowych kapel banałem i nadmiarem prostackich motywów.
ocena: 8,5/10
www.hellveto.com
www.myspace.com/hellveto
www.pulverised.net
autor: Diovis


HJARNIDAUDI - "Pain:Noise:March"
(CD 2008 / Avantgarde Music & Foreshadow Music)
Ten krążek ukazał się właściwie pod szyldem "Niklas Kvarforth presents: HJARNIDAUDI". Nie ma to jak marketing i firmująca to osoba charyzmatycznego wokalisty SHINING, który - jak widać - udziela się również na innych niwach twórczych. Ma być cała seria, a na razie jest pewien eksperyment, ponieważ wcześniejsza wersja debiutu tego projektu "Pain:Noise:March", wydanego w 2006 roku przez Paradigms Recordings, była w pełni instrumentalna, a szalony Niklas postanowił wraz z jedynym muzykiem HJARNIDAUDI, Vidarem Ermesjo, nasączyć ją wokalnymi ścieżkami. Faktem jest, że bez tego elementu album mógł być odbierany jako męczący, ponad 40-minutowy kloc wypełniony ekstremalnie wolnym i chorym funeral doom metalem, a obecnie to w pełni wartościowy materiał dla wszystkich ponuraków, miłośników grobowych brzmień i totalnego szaleństwa. Pierwszy na albumie "Pain" zaczyna się od riffu wykorzystywanego w przeszłości przez NIGHTLY GALE, ale podobieństwa na tym praktycznie się kończą. Choć nie tak całkiem, bo baza i brzmienie gitar są rzeczywiście dość zbieżne w obu przypadkach. Bliżej tu jednak do pozbawionego ozdobników wczesnego ESOTERIC, niż do bogatego w emocje naszego krajowego bandu. Tutaj dźwięki płyną niczym nie poskromione, powtarzając pewne motywy - zdawałoby się - w nieskończoność. Po długiej serii riffów uzupełnionych oszalałymi wokalami Kvarforth'a następuje niepokojące wyciszenie, po czym moc znowu narasta, a wokale stają się bliższe tym wydobywanymi z gardzieli Attili Csihar'a. Właściwie to głos jest dodatkowym instrumentem, który nadaje tym dźwiękom nowej jakości. Mechaniczność, lodowaty klimat i nastrój osaczenia dominują także w drugim, nieco krótszym numerze pt. "Noise", a na koniec mamy jeszcze długaśny "March", w którym Niklasowi zdarzyło się nawet wyemitować z siebie melodyjną wokalizę - taką powtarzającą się mantrę, która jeszcze długo po zakończeniu utworu wybrzmiewa w uszach. Z pozoru monotonna i pozbawiona innych niż dogłębny smutek uczuć płyta okazała się - summa summarum - czymś naprawdę godnym zgłębienia.
ocena: 8/10
www.myspace.com/hjarnidaudi
www.avantgardemusic.com
autor: Diovis


HORRIDA - "Budź Się"
(CDR 2007 / własna produkcja zespołu)
Nazwa tego zespołu była mi wcześniej znana, jednakże moje pierwsze spotkanie z muzyką HORRIDY miało miejsce przy okazji bydgoskiego koncertu CLOSTERKELLER, na którym ten zespół był supportem. "Na żywo" grupa wypadła całkiem nieźle, prezentując mieszankę gotyckich klimatów z lekko prog-metalowym zacięciem. Podobnie brzmi ostatnia dotychczasowa produkcja studyjna tej ekipy. Można by rzec, że to nie tylko zespół z tekstami w języku polskim, ale też brzmiący bardzo "po polsku", co akurat w tym przypadku nie jest żadnym przytykiem. Czerpiąc z dokonań ARTROSIS, CLOSTERKELLER i wczesnego MOONLIGHT próbują znaleźć swoje miejsce na mapie klimatycznego grania. Są tutaj nastrojowe momenty, ale też sporo ognia i rwanej rytmiki, która na pierwszy rzut ucha skojarzy się paru osobom z nu metalem, jednak przestrzegam, że to nie ta "bajka". Zadziorność gitarowych riffów połączona z charyzmatycznymi wokalami Dominique i przeskokami do "krainy większej spokojności" stanowi raczej próbę oddania emocji targających tą muzyką. Tak to odbieram po zapoznaniu się również z koncertowymi wersjami tych utworów, bo to one w głównej mierze złożyły się na występ tej cieszyńskiej formacji. Przy uważnym wsłuchaniu się w każdy z dziesięciu wypełniających ten krążek utworów można odczuć, że grupa wyszła już dawno z grania w domu kultury i jest na etapie rozwoju. Na miejscu wokalistki popracowałbym jeszcze bardziej nad tekstami, ponieważ powtarza się zbyt wiele słów w różnych utworach, a nasz język jest na tyle bogaty, że można z tego czerpać bez ograniczeń. I szkoda by było, aby ten zespół przepadł tak jak wiele zarżniętych swego czasu przez Metal Mind gotyckich kapel... Wiele okaże się przy okazji kolejnego materiału, który wedle strony www zespołu już powoli powstaje.
ocena: 7/10
http://horrida.lh.pl
www.myspace.com/horrida
autor: Diovis


HIPERMENORREA - "Lymphadenectonomy For Carcinoma of the Esophagus And Gastroesophageal Junction"
(CD 2008 / Alarma Records)
Meksykańskie podziemie atakuje! I znowu szokuje bardzo krwawymi historiami i długaśnymi tytułami rodem z raportów koronera z autopsji lub miejsca mordu. Gore/grind'owcy z HIPERMENORREA koniecznie chcą na siebie zwrócić uwagę i proponują mieszankę najbardziej zabójczego grania z ekstremalnie chorymi, patologicznymi wręcz growlami i bulgotami oraz samplami z horrorów, które rozrastają się czasem na tyle, że zajmują prawie połowę utworu. Z tym muzycy trochę przesadzili, bo mam wrażenie, że przez to więcej tu formy aniżeli treści. Część maniaków filmów grozy na pewno rozpozna te fragmenty, ale osobiście nie będę wnikać które z nich skąd pochodzą. Muzycznie HIPERMENORREA to kontynuatorzy wczesnej twórczości ich ziomków z DISGORGE oraz takich formacji, jak GUT czy SANITY'S DAWN. Nie liczy się technika grania i czystość dźwięków, w zamian za to otrzymujemy surowy sound nisko nastrojonych gitar, piekielnie szybkie bicia perkusji (mam uzasadnione podejrzenia, że to automat) i wokalistę, który wydaje z siebie nieludzkie odgłosy: wspomniane już growle, bulgoty, kwiki i jeszcze inne niezidentyfikowane dźwięki. Meksykanie zaznaczają we wkładce, że "no fucking vocal effects". Możliwe, że tak jest, ale wolałbym tego nie sprawdzać. Oprócz 11 numerów ich autorstwa na płycie znalazły się covery LAST DAYS OF HUMANITY i ROMPEPROP. Ogółem to pół godziny czystego grind'owego hałasu w najbardziej ekstremalnej formie dla prawdziwych ekstremistów. Nie muszę już chyba dodawać, że zdjęcia we wkładce to wyłącznie patologia dla ludzi o mocnych nerwach?
ocena: 7/10
www.hipermenorrea.fr.st
www.myspace.com/hipermenorrea_zam
www.alarec.com
www.myspace.com/alarmarecords
autor: Diovis


HIRAX - "Thrash And Destroy"
(DVD 2008 / Selfmadegod Records)
Zawsze stali gdzieś z boku thrash'owej sceny w Stanach Zjednoczonych. W połowie lat 80-ych nie udało im się wyjść poza status bycia dobrą kapelą wypuszczającą kolejne demówki, a debiutancki album "Raging Violence" poznała garstka maniaków. Gdy powrócili gdzieś tak w 1996 roku, to tego typu granie ukrywało się z kolei w głębokim podziemiu. HIRAX, bo o tej kapeli mowa, nie miał nigdy (nie)szczęścia by zdobyć jakiś intratny kontrakt, więc z czasem muzycy zajęli się interesami zespołu samemu i zaczęli powierzyć dystrybucję małym, acz zacnym firmom wydawniczym. Od jakiegoś czasu Amerykanie współpracują również z naszą krajową Selfmadegod Records, która jest odpowiedzialna między innymi za najnowsze DVD thrasherów zatytułowane - a jakże! - "Thrash And Destroy". Zarejestrowany 3 listopada 2007 roku sześcioma profesjonalnymi kamerami koncert na niemieckim Keep It True Festival (jego dziewiątej edycji) to prawdziwy metalowy żywioł. Niesamowity jest przede wszystkim odziany w charakterystyczną skórę, łańcuchy i "pieszczochy" czarnoskóry wokalista Katon W. DaPena, który ma świetny kontakt z ludźmi, jest autentycznym szołmenem i publika "je" mu z ręki. Nie spodziewałem się wręcz, że ten gościu poprowadzi aż tak charyzmatyczną konferansjerkę i ma w sobie tyle energii (w końcu to już nie młodzieniaszek ;). Mamy tu wszystko, czego potrzeba na metalowych koncertach: podniosłe intro, a potem to już tylko stage diving, headbanging, "młyny" pod sceną, przybicia "piątek", rasowe, hard-core'owe łojenie thrash'u, wspólne śpiewy, toasty i mnóstwo innych. A najważniejsza jest przecież i tak muzyka, a HIRAX zagrał tu właściwie wszystkie swoje najważniejsze kawałki. Są i starocie z pierwszych wydawnictw ("Destroy", "Hostile Territory", "Hate, Fear And Power"), i sporo nowszych rzeczy ("Chaos And Brutality", "Lucifier's Infierno", "El Diablo Negro"), ogólnie w większości klasyki tego bandu. W sumie aż 18 kawałków czystego thrash'u w starym amerykańskim stylu, a niektóre zostały odebrane przez publikę naprawdę ekstatycznie. Jako bonus mamy tu zapis jeszcze jednego koncertu, który miał miejsce również w Niemczech, w Lorrach na Metal Forces Night (29.09.2007), ale tu już jakość jest nieco gorsza. Ale tylko nieznacznie. Repertuar tego występu częściowo pokrywa się z zawartością głównego gigu na tym DVD (12 kawałków), a jedynym numerem, który można zobaczyć i usłyszeć tylko tutaj jest stareńki "Demons Evil Forces". Koncert mniejszy, scena mniejsza, lecz odbiór tak samo spontaniczny. Katon i spółka również tutaj potrafili przekonać do siebie zebranych w klubie maniaków odzianych przede wszystkim w katany z naszywkami. Dodam jeszcze, że do DVD dołączono też płytę audio z tym samym koncertowym materiałem.
ocena: 8/10
www.hirax.org
www.myspace.com/hirax
www.blackdevilrecords.com
www.selfmadegod.com
autor: Diovis


HERMH - "The Spiritual Nation Born"
(DVD 2008, Witching Hour / Pagan Records)
Białostocki zespół pieśni i tańca do różańca (chyba już kiedyś to powiedziałem!?) podarował swoim oddanym fanom pierwsze w historii DVD. Także niemal ze startu można przewidzieć co się na nim znajdzie. A więc pojadę krótko, zwięźle i na temat. Materiał zebrany na tym DVD podzielony został na dziesięć rozdziałów. W każdym z nich siłą rzeczy znajdziemy coś innego. Od profili każdego z muzyków, przez archiwum, wywiad z Bartem na temat dotychczasowej kariery, videoclipy, galerię zdjęć, video raport z trzech tras, dyskografię i biografię. Dla osób, które niedawno zetknęły się z nazwą HERMH wydawnictwo jak znalazł, ponieważ niczego tu nie brakuje. Wszystko zostało skrupulatnie "wypisane" czarno na białym. Do tego idzie się całkiem nieźle pośmiać w trakcie oglądania wspomnianych raportów z tras ("Black Diamonds Tour"; "Demigod Tour" i "Torment Tour"). Widać, że z tych panów baaardzo zabawowa trupa jest. Jedyne co może drażnić, to pokazywany ten sam zestaw utworów granych na żywo. Co czas jakiś przewija nam się chociażby "Hunger". Ze znużenia nawet nie zliczyłem ile razy. Ale w ostatecznym rozrachunku jakoś przechodzi bez większego bólu. Polecam!!!
ocena: 8/10
www.myspace.com/hermh
www.hermh.pl
www.paganrecords.com.pl
autor: Narmer


HACKNEYED - "Death Prevails"
(CD 2008 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)
Widzę, że Niemcy "na siłę" szukają kapeli death metalowej, która dumnie będzie reprezentować ich kraj na arenie międzynarodowej. Tym razem szefostwo wielkiego molocha Nuclear Blast postawiło na bardzo młodych ludzi z HACKNEYED. Nie pamiętam ile to oni mają łącznie lat, coś około 16 bodajże? I osobiście powiem, że dziwi mnie fakt, iż w takim wieku zdecydowano się wypuścić tę kapelę na głębokie wody. Przecież nie można w tym przypadku mówić o jakiejś sprecyzowanej wizji. Nie zdziwię się jeśli za jakieś 5 lat zaczną grać metalcore'a. Dla samych zainteresowanych to jest oczywiście jakaś tam przygoda, osiągnięcie. Nie wierzę w te inwestycję ani trochę, ale ewentualny zysk mnie nie dotyczy, tak że wrzucam na luz i jadę z górki. Wprawdzie utwory brzmią całkiem całkiem, wszystko jest niby na swoim miejscu. Tylko jakimś dziwnym cudem na mnie nie działa. Zapewne w tym momencie cały zastęp niemieckich pismaków obrzuciłby mnie najbardziej błotnistym błotem, że jestem głuchy, głupi i takie tam. Ale moi drodzy czytelnicy, czy macie ochotę na kolejny klon SIX FEET UNDER z dodatkami VADER'a? Kopiowanie tych pierwszych za Odrą przybiera już rozmiary epidemii!!! Te wszystkie patenty były już wałkowane setki razy, z lepszym, bądź gorszym skutkiem. Z tego co słyszę, jasno wynika, że chłopcom nie brakuje zaangażowania i chęci (na dzień dzisiejszy). Umiejętności im też odmówić nie można. Tylko jak to napisałem wcześniej, ZA SZYBKO!!! Gdyby dane im było nabrać skruchy w undergroundzie, na pewno tylko by zyskali.
ocena: 5/10
www.hackneyed.de
www.myspace.com/hackneyed
www.nuclearblast.de
autor: Narmer


HERMH -"After The Fire - Ashes"
(MCD 2008 / Pagan Records)
Wraz z wydaniem tej ep-ki białostocki zespół pieśni i tańca do różańca zwany HERMH, zakończył niejako kolejny etap swej "kariery". A mianowicie zakończono oficjalnie historię, którą to sobie główny przewodniczący Bart w perwersyjnej rozkoszy uknuł. Jedynym mankamentem tego chlubnego wydawnictwa jest niepotrzebne moim zdaniem umieszczenie koncertowych wersji czterech utworów, co w kontekście wydawnictwa DVD (o tym później), wydaje się być mało przemyślanym posunięciem. Jednak ja tu o posuwaniu pisać nie będę, tak że pozwolę sobie zająć się główną częścią tego krążka. Całość rozpoczyna się baardzo fajnym, podniosłym, złowrogim intrem pt. "Purgatory". Trwa około półtorej minuty, czyli w sam raz. Po tym ciekawym początku chłopaki postanowili nas troszkę pokaleczyć. Dwa następujące po sobie numery, czyli "Hermetic" i "Crownymph", są dość zawikłane technicznie jak na black metal. Do tego świetnie wpleciony "parapet", i takim sposobem otrzymano całkiem nową jakość jak na polską scenę BM. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że przy odrobinie szczęścia, ten zespól, w tej konfiguracji mógłby z powodzeniem powiększyć szacowne grono reprezentantów Polski w metalu na światowych scenach!!! Czego osobiście chłopom życzę!!! Z kolei utwór pt. "Wolfish Flower" wyróżnia się na tle wcześniejszych utworów swoją przebojowością. Posiada to "coś", co od razu przykuwa uwagę słuchacza. Następnie cover Venom "Black Metal". Pamiętam jak swego czasu CRADLE OF FILTH straszliwe go sprofanowali kastrackimi piskami Daniego i klawiszami rodem z pozytywki dla niemowląt. Tu mamy na szczęście rock 'n' roll, haha, pełną gębą!! Po nim przychodzi czas na "Red Blood Running". Jest to remix piosenki, która znalazła się na "Before The Eden - Awaiting The Fire", wykonany przez wizjonerów z RED EMPREZ. Rzecz, powiedziałbym, bardzo osobliwa. Pojawiają się w nim ciekawe wokale, które to umiejscowiono pod koniec numeru. To są dopiero świńskie kwiki!!!! I na tym jakby kończy się "właściwa" cześć tej płytki. Pozostałe kawałki, czyli "Septu Annu - Theory Of Nature", "Back From Divine", "Fear of Blood" oraz "Vampyronium", można posłuchać jedynie z obowiązku. Gdyż jak już wspomniałem są to wersje live. Na koniec wypadałoby postarać się o podsumowanie. Ale tego nie zrobię. Sięgnijcie po "After The Fire - Ashes", a sami sobie odpowiecie na pytanie, czy było warto!!!
ocena: 8/10
www.myspace.com/hermh
www.hermh.pl
autor: Diovis


HAIL OF BULLETS - "?Of Frost And War"
(CD 2008 / Metal Blade Records & Mystic Production)
Byłem mocno zdziwiony, kiedy przeczytałem info na temat HAIL OF BULLETS. Spodziewałem się wieści o grupie młodzieńców stawiających swe pierwsze kroki na scenie metalowej, a tu proszę, swe siły połączyli ludzie oddani służbie dla metalu od wielu lat. Któż to taki? Już śpieszę z odpowiedzią? Martin van Drunen - wokal (m.in. PESTILENCE, ASPXYX), Paul Baayens - gitara (m.in. THANATOS, ASPHYX), Stephan Gebedi - gitara (m.in. THANATOS), Theo van Eekelen - bas (m.in. THANATOS, HOUWITSER), Ed Warby (m.in. GOREFEST) - perkusja. Jak widzicie, mamy do czynienia z holenderską grupą do zadań specjalnych. Zdarza się, że nie zawsze współpraca zawodowców daje wymierne rezultaty, jednak ta sytuacja nie dotyczy muzyki zawartej na "? Of Frost And War". Jak na zasłużonych dla sceny żołnierzy przystało, posłużyli się konkretnym uzbrojeniem w postaci oldskulowego death metalu. Siła rażenia zawsze zależna jest od możliwości bojowych oddziału. Zapewniam Was, że to komando posiada wszelkie możliwości, by dokonać Waszej zagłady w przeciągu niespełna godziny ataku przypuszczonego z "?Of Frost And War". Muza z tego albumu miażdży słuchacza niczym dywizja pancerna oddziały piechoty, które nie zdążyły cofnąć się z linii frontu. Dzieło zniszczenia dokonywane jest przeważnie w średnim tempie, jednak z bardzo dobrym skutkiem. Podczas odsłuchu debiutu HAIL OF BULLETS doświadczycie również szybkich wybuchów, które potrafią silnie cisnąć człowiekiem o glebę, a gdy wydaje się, że atak dobiegł końca, zostaniecie przytłoczeni potężnym death metalowym czołgiem, po którym trudno się pozbierać. HAIL OF BULLETS nie atakują w sposób wyszukany. Używają prostych i zarazem skutecznych środków by unicestwić oponenta, dając mu jednocześnie pełną satysfakcję z odbieranych wrażeń słuchowych. To dobrze wyszkoleni zawodowcy, którzy doskonale znają swój fach. Kiedy bitewny zgiełk opadnie, usłyszycie wieńczący płytę monumentalny numer, oparty na przejmującej partii gitary solowej, który wybrzmiewa jak requiem po zakończonej wojnie? Całość opatrzono oczywiście znakomitą produkcją i dźwiękiem opartym o najlepsze szwedzkie wzorce (mix i mastering - Dan Swano / Unisound Studio). Militarny charakter tej recenzji nie jest dziełem przypadku. Cały koncept "? Of Frost And War" dotyczy wydarzeń drugiej wojny światowej, począwszy od tytułu albumu, poprzez okładkę na samych tytułach kończąc ("Before The Storm (Barbarossa)", "Ordered Eastward", "The Lake Ladoga Massacre", "General Winter Advancing Once More", "Red Wolves Of Stalin", "Nachthexen", "The Crucial Offensive (19-11-1942, 7.30 AM)", "Stalingrad", "Insanity Commands", "Inferno At The Carpathian Mountains", "Berlin"). Jeśli lubicie BOLT THROWER, MORGOTH, wczesny PESTILENCE, GOREFEST, DISMEMBER, czy DEMONICAL, ta płyta stanowi dla Was lekturę obowiązkową. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że może stać się klasykiem w Waszej prywatnej kolekcji.
ocena: 8/10
www.myspace.com/hailoffuckenbullets
www.hailofbullets.com
www.metalblade.com
www.mystic.pl
autor: Warzych


HATCHET - "Awaiting Evil"
(CD 2008 / Metal Blade Records & Mystic Production)
Zaczyna mnie już denerwować ta sztucznie wykreowana moda na stary thrash metal. Nagle jak grzyby po deszczu zaczynają zewsząd wyłazić kapele twierdzące o swoim umiłowaniu tego, co działo się na scenie po 1983 roku. Tako też jest i z młodą załogą HATCHET, która choć pochodzi ze Stanów, to obok fascynacji wczesną METALLICĄ czy EXCITER jasno i klarownie wzoruje się na starym DESTRUCTION. Podobne są wokale (nawet piski są w stylu Schmiera), linie gitar i basu, a także lekko rozmyte brzmienie. Może jedynie solówki podchodzą bardziej pod Kirka Hammetta niż stroniących od szybkiego palcowania o gryfie niemieckich thrasherów. W pierwszej chwili "Awaiting Evil" może się spodobać, bo zawsze to miło usłyszeć coś, co przypomina klasyków z piekła rodem, ale po chwili przychodzi opamiętanie. Przecież tym młodziakom po prostu przyszło łatwo posłuchać swoich idoli, zerżnąć ich styl i po wielu godzinach prób opanować wszystko na tyle, by cokolwiek pozmieniać i gotowe. I takim to zespolikom wychodzą naprzeciw machrzy od A & R z kilku firm, by skorzystać z (najczęściej chwilowej) koniunktury na to czy tamto. Skoro Earache ma BONDED BY BLOOD, Century Media - WARBRINGER, to czemu miało by być w tyle Metal Blade? Niestety, mimo że HATCHET na pierwszy rzut ucha brzmi poprawnie, thrashowo i rzeczywiście oldskulowo (chwilami mam wrażenie, że to album, który powstał 25 lat temu), to nie ma na nim tego samego wigoru, pasji, świeżości i radości grania. Na pocieszenie dodam, że na "Awaiting Evil" jest kilka świetnych numerów, jak na przykład żywiołowy "Frailty of the Flesh" czy zalatujący nie tylko thrash'em, ale chwilami też starym dobrym IRON MAIDEN "Frozen Hell". Im jednak dłużej trwa ta płyta, tym nudniej i coraz bardziej sztampowo się robi. Poczekajmy, może na "dwójce" Amerykanie trochę się rozbujają i zagrać coś po swojemu. Ale i tak, po stokroć lepiej, że wybrali drogę thrash metalu, a nie na przykład metal-core'a.
ocena: 5/10
www.metalblade.de
www.myspace.com/hatchet2006
autor: Diovis


HAVARAX - "No Access To the Divine"
(CD 2008 / Odium Rex)
Długo nie mogłem się przekonać do tych wszystkich jednoosobowych projektów zapatrzonych w dokonania niesławnego Varga Vikernes i jego BURZUM. Dopiero wraz z moim prywatnym odkryciem LEVIATHAN i XASTHUR coś we mnie drgnęło, bo okazało się, że na bazie wolnego i w sumie schematycznego grania można stworzyć coś świeżego lub wręcz nowatorskiego. A kiedy również SHINING podjął się wzbogacenia swoich depresyjnych i samobójczych dźwięków, wyszło na to, że cały ten nurt nie jest tak zachowawczy, jak czysty black czy death metal. Francuski HAVARAX również wyszedł z założenia, że w tej formule można zrobić coś więcej niż powtarzać przez 10 minut jeden riff, dorzucając do tego prostackie linie klawiszy i pukającą w jednym rytmie perkusję. Bo jakoś nie miałem nigdy przekonania do wszechstronnych talentów jednego muzyka grającego na wszystkich instrumentach, a do tego zajmującego się pisaniem tekstów i wokalami. HAVARAX to one-man band dowodzony przez niejakiego LCR'a. Wirtuozem to on nie jest, ale w dość umiejętny sposób poukładał wszystkie dźwięki, tak żeby nawet uważny słuchacz nie wyłapał pomyłek, fałszów i ukrywania własnej nieudolności pod płaszczykiem niby-kwiecistej formy. Atutem "No Access To the Divine" jest mimo wszystko różnorodność. O ile jeszcze otwierający krążek "Oscure Delusions" to taka kopia XASTHUR z doklejonymi samplami potępieńczych wrzasków z filmu sado-maso, to "Utter Faith Into the Negative Vortex" atakuje już znacznie szybkim tempem, ale gdzieś tak w połowie wyskakuje akustyczna wstawka. Z kolei "Satanic Gutter" to dwuminutowe studium mizantropii i chorobliwej melancholii podkreślone chorymi partiami gitary i opętanymi wokalizami. Z fragmentów godnych odnotowania warto wspomnieć, że poszczególne utwory różnią się między sobą brzmieniem, co może jedynie nie dziwić odnośnie bonusowej, ukrytej ścieżki, która - a propos - bardzo umiejętnie łączy wszystkie elementy zawarte na tym albumie.
Ogółem, "No Access To the Divine" nie wkroczyło jeszcze na ścieżkę innowacji i nie jest tak odważne, jak poczynania kilku innych projektów parających się mizantropijnym black metalem, ale pewne obiecujące przesłanki na tej płycie odnalazłem.
ocena: 7,5/10
www.odiumrex.com
www.myspace.com/havarax
autor: Diovis 

H   [1  2  3]