| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   I   [1  2] 




I SHALT BECOME - "The Pendle Witch Trials"

(CD 2009 / No Colours Records)

Zakapturzony gostek nie wróży niczego dobrego. Amerykańskie I SHALT BECOME działa już jakiś czas, ale byt tej formacji nie wyszedł dotąd poza głębokie podziemie. "The Pendle Witch Trials" to już czwarta odsłona działalności tego jednoosobowego projektu, wypełniona po brzegi depresyjnym black metalem z melancholijną atmosferą. Słabe brzmienie i różne ozdobniki nie ukrywają niedostatków tego materiału. Niejaki S. Holliman nie jest wybitnym instrumentalistą, wokalistą i aranżerem, ba, wręcz bazuje na dość oklepanych motywach i rozwiązań znanych z płyt BURZUM i XASTHUR. Podobać się za to może ta lekko nawiedzona, mistyczna i nostalgiczna atmosfera, która potrafi przenieść w czasy, gdy niektórzy próbowali wychodzić poza norweski, black metalowy schemat. Chwilami I SHALT BECOME kojarzy mi się z wczesnymi dokonaniami naszych krajowych formacji HEFEYSTOS czy SACRILEGIUM. Granie akordami, współbrzmiące z gitarami klawisze, akustyczne ornamenty, pukająca nieśmiało perkusja i chore wokalizy - ni to skrzeki, ni to szepty, ni to odgłosy rodem z horrorów. Można by szyderczo rzec, że brakuje tylko leśnego motywu na okładce i tekstów opiewających prastarych wojów. Tu tymczasem na froncie widnieje tajemniczy rysunek przedstawiający coś w rodzaju drewnianej skrzynki i chyba personifikację potępionych dusz, a w tekstach jest nawiązanie do szekspirowskiego Makbeta, coś o teorii demonów Maxwella, pieśń o wężu, a także wszelkie atrybuty osamotnienia, końca egzystencji i mizantropii. Ciekaw jestem, ile osób sięgnie po to wydawnictwo. Jest niemodne, inne - to plusy, ale nie grzeszy oryginalnością, brzmieniem i wykonaniem, a to już nie świadczy zbyt dobrze. No to sobie S. Holliman wywróżył...

ocena: 5/10
www.dungeons-of-darkness.net
www.myspace.com/ishaltbecome
www.no-colours-records.de
autor: Diovis




IN TORMENTATE QUIETE - "Teatroelementale"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Przerost formy nad treścią. A właściwie inaczej - założenia były mega-ambitne, pomysł ciekawy i ambitny, a wyszło tak jak wyszło. Czyli tak jak to bywa przy dużych oczekiwaniach samych muzyków, czarowaniu potencjalnych odbiorców wielkimi obietnicami... Skąd my to znamy? Czy tak właśnie nie wygląda świat polityki i biznesu (zwłaszcza wielkich korporacji)? Tu tymczasem mamy do czynienia z nieznaną poza granicami Włoch kapelą, która za pośrednictwem My Kingdom Music objawiła swój projekt pod tytułem "Teatroelementale", a więc na dobrą sprawę niewielu spodziewało się czegoś wyjątkowego. Ten swoisty koncept-album został zbudowany na zasadzie czegoś łączącego elementy teatralne i muzyczne. Pomiędzy poszczególnymi utworami umieszczono krótkie monologi (niestety, tak jak wszystkie teksty, i te są w języku włoskim, bez tłumaczeń w dość pokaźnej książeczce) autorstwa gościnnie występującego Andrei Borrelli'ego, a same utwory są dość rozbudowane, zmieniające się jak w kalejdoskopie i zdecydowanie niespójne. IN TORMENTATE QUIETE to kolejny już włoski zespół zauroczony przede wszystkim progresywnym rockiem i metalem, ale zupełnie niepotrzebnie sięgający po bliższe black metalowej konwencji wrzaski, ograniczające się do gitarowego plumkania pseudo-folkowe motywy i banalne, gotycko-rockowe rozwiązania. Jeśli jeszcze dodamy do tego pojawiające się znienacka partie saksofonu, nijako brzmiące klawisze i taki sobie sound gitar, to przeciętny słuchacz na pewno zacznie odczuwać po kilkunastu minutach znużenie i zmieszanie. Sami muzycy przyznają się, że inspiruje ich teatralność dokonań kultowej w niektórych kręgach formacji DEVIL DOLL, jednak "Teatroelementale" to przede wszystkim ten wspomniany przeze mnie na samym początku przerost formy nad treścią, a nie jakikolwiek przejaw geniuszu. Włoska szóstka zbyt często popada w dłużyzny, bezpłciowe i nic nie wnoszące powtarzanie pewnych motywów, ekspresja bywa naciągana lub nużąca, muzycy sięgają po banalne rozwiązania, na przykład zaproszenie do śpiewania żeńskich wokaliz panny, która nie jest obdarzona ponadprzeciętnymi umiejętnościami, co na pewno ubarwiłoby ten materiał. A jakieś plusy? Chyba jedynie obiecujący i barwny kawałek "La Danza del Fuoco", który został umieszczony pod numerem 4, gdy jeszcze ma się nadzieję, że album nabierze rumieńców i odpowiedniej dramaturgii. Niestety, potem jest już tylko gorzej i gorzej...

ocena: 3/10
www.intormentatequiete.com
www.myspace.com/intormentatequiete
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




INDUCTOR - "Hand of God"

(Demo-CD 2009)

Zawsze trochę mi przykro, gdy muszę zjechać jakąś polską kapelę zaraz na starcie. Niestety, wiele z nich powiela w kółko te same błędy ich poprzedników, podczas gdy powinno się podpatrywać starszych kolegów i wyciągać wnioski z ich poczynań. Wówczas przyjemniej by się czytało recenzje, a pojedyncze, krytyczne opinie mogłyby wpływać jak najbardziej motywująco. Tu tymczasem mamy kolejny zespół, który już na początku popada w manierę szarpanej, rwanej muzy, która nie ma ani pałera thrash metalu, ani energii hard-core'a. Z pozoru utwory budowane są na thrash'owym szkielecie, bo riffy to są nawet zapożyczone od innych (wyłapałem coś ze SLAYER'a i coś z SODOM), ale po konkretnym wstępie wszystko się rozłazi, zmiany tempa nie są płynne, solówki nazbyt chaotyczne, a wokal zanadto siłowy, nie wyćwiczony. Z całym szacunkiem, ale wychodzi zapatrzenie w niektórych polskich rock-idoli, którzy też tak zaczynali i z czasem tylko dzięki doświadczeniu i ograniu doszli do jakiego-takiego poziomu. Na przykład Titus z ACID DRINKERS nie jest moim zdaniem dobrym wokalistą, choć na ostatnich płytach chyba w końcu okrzepł. Piotr Pawlik z INDUCTOR chce iść jego śladem, jednak tak naprawdę po co? Mało to wzorców jest na świecie? Jeśli już chcecie grać thrash, to macie do obsłuchania tysiące płyt, od "Kill 'em All" METALLIKI począwszy. O ile jeszcze mogę pochwalić "Hand of God" i "The Gladiator" za poprawną grę basisty i kilka podejmowanych prób zbierania się do kupy, tak nie wiem czemu ci muzycy nagrali coś takiego, jak "Chamber 666". Growlujący wokal, nierówna gra gitarzysty, co rusz jakieś błędy... i na dobrą sprawę ni to melo-death metal, ni to cokolwiek. Już lepiej, bo jakby bardziej od niechcenia zagrany jest instrumentalny "When the Saints Go Marching To Hell", choć i tu przydałoby się kilkanaście prób więcej przed nagraniem. Ogółem FALSTART! A teraz zamknąć się w sali prób na całe miesiące, dogłębnie przemyśleć parę rzeczy i mam nadzieję, że do usłyszenia za czas jakiś.

ocena: 3/10
www.myspace.com/inductorpoland
autor: Diovis




INFERNAL ANGELS - "Midwinter Blood"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Włoski black metal był dla mnie zawsze synonimem złego gustu i kojarzył mi się z beznadziejnym wykonaniem. Bzycząco-skrzecząca muza na demówkach, tandetne podróby norweskich kapel, ogólnie słabizna. Ostatnimi czasy ulega to nieznacznej poprawie, jednak jak to mawiają - jeden skowronek wiosny nie czyni. Nadal italska scena black metalowa pełna jest chały i szitu. Nie spodziewałem się więc niczego ciekawego po drugim pełnym albumie INFERNAL ANGELS. Okazało się jednak, że nie tylko nie jest najgorzej, ale płyta zwyczajnie sprawia mi kłopot z jej opisaniem. Z jednej strony, przy pierwszym przesłuchaniu odpychają dobrze brzmiące, ale nachalne i naiwne melodyjki w gitarowych leadach, ale za to przykuwa uwagę bardzo dobra produkcja i mnogość pomysłów. Przy kolejnych przesłuchaniach odkryłem, że to kawał obskurnego, agresywnego i chwilami monumentalnego black metalu utrzymanego na więcej niż przeciętnym poziomie. Część numerów oscyluje wokół pięciu-sześciu minut i w nich dzieje się najwięcej. Jazda do przodu trochę w stylu GORGOROTH, bardziej epickie motywy, akustyczne wtręty, wyrazista linia basu, różnorodne jak na B.M. wokale. Zwróciłem uwagę szczególnie na "Prologus Odii", "Midwinter Blood", "Tutto Quel Che Rimane" i "Sangue". To w nich dzieje się najwięcej i pomimo czerpania ze skandynawskich wzorców (można tu wspomnieć takie nazwy, jak NAGLFAR, wczesny AETERNUS, IMMORTAL, DISSECTION, SETHERIAL i KAMPFAR) INFERNAL ANGELS osiągnęli coś, o czym marzy prawie cała reszta włoskich bzyczących pseudoartystów z tego kręgu. Zrównoważyli różne elementy, przyodziali to w różne odcienie czerni i przede wszystkim zrobili duży postęp w stosunku do poprzednich wydawnictw. Ale nic dziwnego - zmienił się skład (w 2008 roku pojawiło się trzech muzyków) i słychać, że zespół mocno się przyłożył do "Midwinter Blood". Pomijając kilka nudnawych fragmentów, uważam, że to naprawdę niezły materiał.

ocena: 8/10
www.infernalangels.org
www.myspace.com/infernalangels
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




INFERNO - "Black Devotion"

(CD 2009 / Agonia Records)

W Czechach INFERNO jest uznawane za jedną z najważniejszych black metalowych hord. U nas są mało znani - głównie za przyczyną braku promocji. Nie sądzę, aby to się drastycznie zmieniło po wydaniu przez polską firmę ich najnowszego CD "Black Devotion", choć w pełni zasługują na zainteresowanie ze strony fanów najczarniejszego metalu. INFERNO koła nie wymyśliło, nie wyróżnia się niczym szczególnym i gra asekuracyjnie, ale za to czerpie z twórczości najlepszych i układa to od około 13 lat w sobie znany sposób. Pomimo wielu wydawnictw na koncie nie stracili nic na ekstremalności i wciąż trzymają się skandynawskich (przede wszystkich szwedzkich) wzorców, co oznacza konkretną jazdę do przodu, nie pozbawioną jednak specyficznej melodyki i nielicznych mrocznych, klawiszowych akcentów na początku płyty oraz w instrumentalnym "Loyalty of Honour". Cmokania z zachwytu u mnie nie uświadczycie, ale godne podziwu jest opanowanie wszelkich arkanów czarnej sztuki przekładające się na gęste gitarowe granie z szybkimi i miarowymi bicia perkusji oraz jakże wzorcowym, skrzekliwym wokalem. Trudno mi tu napisać cokolwiek oryginalnego, bo jak obserwuję rozwój INFERNO, to mogę jedynie uznać, że przebiega on bezboleśnie. Czesi konsekwentnie trzymają się wytyczonej linii programowej, nie eksperymentują, starają się sączyć złowieszczy jad, zaś widoczny progres tyczy się jedynie ich umiejętności w obsłudze instrumentów i komponowaniu, o czym już zresztą po części wspomniałem. Jedyne, na co sobie pozwalają poza ortodoksyjnym kanonem B.M., to thrash metalowe zagrywki a la AURA NOIR (np. w "Holy Poison") lub nasączoną folkiem melodykę (w "Eaten By Rats Forever"). Ogółem fani starszego MARDUK, DARK FUNERAL, SETHERIAL, ENTHRONED, SATYRICON czy nawet naszego BESATT powinni być zadowoleni.

ocena: 6/10
www.pureinferno.com
www.myspace.com/inferno
www.agoniarecords.com
autor: Diovis




IGNITOR - "The Spider Queen"

(CD 2009 / Cruz Del Sur Music)

Wydawało się, że po rozstaniu z wokalistką Eriką Swinnich i gitarzystką Annah Moore IGNITOR długo nie będzie mógł się pozbierać, ale okazało się, że pozostali w grupie faceci dogadali się szybko z następcami kapryśnych z natury kobitek i powstał kolejny solidny album pod tytułem "The Spider Queen". Jak widać, z damską tematyką Amerykanie się nie poróżnili i "Pajęcza Królowa" zahacza o takie tematy. W tekstach dalej króluje fantastyka, stąd pewnie między innymi kiczowata, lecz nie pozbawiona swoistego uroku okładka w stylu lat 80-tych, a nawet końca lat 70-ych. Muzyka też mocno nawiązuje do tamtych czasów i ten krążek wypełnia od pierwszych do ostatnich momentów tradycyjny, nieco staroświecki dla niektórych heavy metal. Wyrazem tego jest już otwierający całość "Magnus Opus". Galopada gitarowych riffów, chóralne zaśpiewy, nieco jazgotliwy wokalista, sporo krótkich, ale konkretnych solówek i ogólnie klasycznie skonstruowany kawał heavy łomotu. Podobnie jest w "Evil Calling" czy "Rune of Power". Z kolei bardziej epicko, jednak nie bez przyśpieszeń jest na przykład w "I Never Knew", "What Love Denies" i "My Heart Turns To Dust", gdzie IGNITOR niebezpiecznie zbliża się do tych wszystkich kapel inspirujących się z jednej strony hard rockowym obliczem QUEEN i nieco bardziej "łzawym" glam metalem sprzed ponad 20 lat. O dziwo zgrzytu nie ma i jeśli komuś nie będzie wadzić dość toporne brzmienie i czasem nieco zbyt emocjonalne wokalizy dzierżącego obecnie w tym zespole mikrofon Jasona McMaster'a znanego między innymi z ASSALANT i WATCHTOWER), to uzna to za dopełnienie grania bardziej pod JUDAS PRIEST (koleś potrafi też pojechać bardziej "halfordowsko") czy MANOWAR. Z pewnością ciekawymi kawałkami na płycie są: ognisty i opatrzony wzniosłym, nieco "olimpijskim" wstępem "The Games Begin" oraz bardzo przebojowy "Angels Descend". Daleki jestem oczywiście od gloryfikowania tego albumu i stawiania go na równi na przykład z "Crusader" SAXON, "British Steel" JUDAS PRIEST, "The Number of the Beast" IRON MAIDEN czy nawet "All Hail To England" MANOWAR, ale dla łysiejących i ubierających od świętą swoją "ramoneskę" ze spranymi przez lata naszywkami starych kapel metali pozycja ta jest do uwzględnienia przy wydawaniu skrzętnie ukrywanych przed żoną lewych dochodów ;). Paru młodziaków też powinno się zapoznać z tym materiałem, choćby dla poznania jak to się kiedyś grywało i że można tak i teraz w tych cyber-czasach. Może dzięki temu sięgną po klasykę i zorientują się, że teraz wydaje się za dużo klonów i zwyczajnego chłamu (vide "kultowy" HAMMERFALL i wszystkie te podobnie grające kapelki), podczas gdy kiedyś z wypiekami na policzkach czekało się na każdy kolejny metalowy krążek i najczęściej dostawało się naprawdę Coś przez duże "C"...

ocena: 7/10
www.myspace.com/ignitor
www.cruzdelsurmusic.com
autor: Diovis




INDUKTI - "Idmen"

(CD 2009 / Mystic Production)

Szczerze gratuluję INDUKTI wcielenia w życie świetnych awangardowych pomysłów przez pierwsze 20 minut trwania tego albumu. "Sansara" mimo pozornego zmetalizowania to ośmiominutowa orgia bardzo odważnego grania trudnych do ogarnięcia dźwięków. Chwilami brzmi to jak TOOL ze skrzypcami, czasem krzyżują się tu ze sobą pokręcone idee znane z płyt KING CRIMSON z powyginaną rytmiką a la MESHUGGAH. Nie sposób oderwać się od tej mieszającej, improwizowanej i przygniatająco ciężkiej muzy. Z zupełnie innej bajki jest "Tusan Homichi Tuvota", które poraża pozornym spokojem i melodyjnością, które w drugiej części tego trwającego około 9 minut dynamizują się i rozwijają w nieco bardziej diabolicznym kierunku. Ale to raczej neo-modernistyczne ujęcie tematu i nie przeszkadza w tym nawet fakt, że niektóre motywy w tym kawałku są żywcem ściągnięte z krążków takiej odjechanej formacji SLEEPYTIME GORILLA MUSEUM, ale nic dziwnego, skoro na wokal poproszono tu Nilsa Frykdahl'a. Szczęka opada, gdy słucha się popisów perkusisty, świetnym pomysłem było też urozmaicenie tego utworu o brzmienia cymbałów, skrzypiec i różnych perkusyjnych przeszkadzajek. Krótki "Sunken Bell" też robi wrażenie. To taki dark ambient w stylu tak zwanych przestrzennych "soundscapes" tworzonych przez KING CRIMSON, wzbogacony o orientalne oraz jazzowe motywy na pierwszym i dalszym planie. Potem jest już różnie, ale już rzadziej aż tak intrygująco. W "...And Who's the God?!", dzięki wokalnemu udziałowi Maćka Taffa z ROOTWATER robi się ciekawie (w końcu to wybitny i bardzo wszechstronny wokalista), ale ciśnienie powoli spada. Kilka wręcz genialnych rozwiązań w kolejnych, już głównie instrumentalnych kompozycjach nie ma jakby pokrycia w utworach w całości. Brakuje pewnej konsekwencji, choć samo opanowanie instrumentów przez poszczególnych muzyków jest bez zarzutu. Ten zespół ma naprawdę ogromny potencjał i jako jeden z nielicznych w Polsce odważył się na wkraczanie na tereny, na które wielu innych artystów ma zwyczajnego stracha, aby tam wejść, jednak musi się to w przyszłości przełożyć na jeszcze większe zróżnicowanie muzyki. Inaczej INDUKTI pozostanie niezrealizowanym proroctwem, że Polak potrafi właściwie wszystko, tyle że czasem poprzestaje na zapowiedziach i niedokończonych pomysłach.

ocena: 7/10
www.indukti.com
www.myspace.com/indukti
www.mystic.pl
autor: Diovis




INFESTUS - "Chroniken des Ablebens"

(CD 2008 / Debemur Morti Productions)

Gdyby tak policzyć ilość black metalowych płyt, powiedzmy od czasu wydania "A Blaze In the Northern Sky" wiadomo kogo, okazało by się, że jest ich niewiele mniej niż tych, na przykład, z death metalem. Statystycznie rzecz ujmując, całe mnóstwo tego i tym bardziej trudno wybrać wartościowe rzeczy. Jak więc ma się do tego nowy, drugi album INFESTUS? "Kronika Umarłych", bo tak można przetłumaczyć niemieckojęzyczny tytuł, przynosi podzieloną na trzy "rozdziały" (chapters) esencję black metalu i jego zaklętej w pewnej symbolice filozofię (dla niektórych "filozofię"). INFESTUS nie pierwszy i nie ostatni mocno inspiruje się norweską szkołą tego stylu, nie pomijając też całego tego "ewangelicznego", religijnego nurtu, głównie propagowanego przez szwedzkie hordy z WATAIN na czele. Stąd nieprzypadkowo pewnie wybór studia, które zajęło się masteringem - Necromorbus. Cóż, muzycy z black metalowego środowiska wciąż mówią o indywidualiźmie i puryźmie, a na "Chroniken des Ablebens" słychać tylko to drugie. Smoliście brzmiące gitary, opętane wokalizy, czasem lekko depresyjny, wisielczy klimat, nieliczne akustyczne fragmenty... Ten album nie jest jakimś wybitnym dziełem, ale trzyma się pewnego kanonu w rzetelny sposób, odegrany jest tak, że w sumie mucha nie siada i black metalowi ortodoksi nie powinni kręcić na ten stuff nosem. Tyle tylko, że podobnie gra co najmniej kilkadziesiąt kapel, a w samych Niemczech mógłbym wymienić kilkanaście tak brzmiących hord, które nie wnoszą zbyt wiele, poza wiernym odtwórstwem tych nieco bardziej wyróżniających się zespołów. Ale powiadam - ogólnie nie jest źle...

ocena: 6/10
www.infestus.com
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




INTESTINAL DISGORGE / RAPE - "Anti-Female Orchestra"

(Split-CD 2009 / Alarma Records & Gore Cannibal Records & Parkinson Wankfist Pleasures)

Jak się okazuje, nawet ekstremalny gore/grind może obrać różne formy. Weźmy taki INTESTINAL DISGORGE. Nazwa niby niedaleka od amerykańskich i meksykańskich brutalistów z DISGORGE, ale objawy tej choroby jakby inne. Klimat w San Antonio (Teksas, USA) musi być bardzo patogenny, bo to, co wyprawiają ci kolesie dziewiętnastu krótkich cięciach ze splitu "Anti-Female Orchestra" jest tak porąbane, że wiele produkcji spod znaku porn/grind/gore brzmi przy tym jak słodka muzyczka. W INTESTINAL DISGORGE jest czterech wokalistów (plus gościnnie występujący Fag Decapitator) i oferują wszystko, co da się zrobić ze strunami głosowymi: buczą, ryczą, krzyczą, growlują, wyją, jęczą, stękają, przeklinają, a nawet śpiewają (oczywiście na melodię "kto mi kory podpie*dolił" ;). A wszystko to ku chwale skrajnego antyfeminizmu. Upodobali sobie szczególnie używanie słówka "bitch", które pojawia się tu wielosetkrotnie, a już w samych tytułach pięć razy. Można ich trochę przyrównać do ekstremistów z MEAT SHITS, chociaż akurat wokale są w wykonaniu tych czterech szaleńców bardziej urozmaicone i nie posiłkują się samplami prosto z pornusów. Reszta tematyki to już czysty gore z wszelkimi dewiacjami, patologiami, krwią, zombiakami, morderstwami i innymi ohydztwami. Muzyka też nie należy do najnormalniejszych, a w INTESTINAL DISGORGE zajmuje się nią z całej czwórki tylko jeden osobnik imieniem Ryan. Wirtuozem to on nie jest, jednak nadrabia to szaleństwem, spontanicznością i zgrzytliwą ścianą dźwięku, czasami tylko ograniczając się do grania klasycznego death/grind'u lub czystego gatunkowo grind-core'a. Jednocześnie słychać też wpływy całej plejady kapel nagrywających dla Relapse Records.

Końcówka tego splitu należy już do RAPE, które dostało się tu chyba tylko po znajomości. Nie można odmówić ekstremizmu temu noise/gore'owemu projektowi, jednak fanów chyba nie znajdzie wśród zwolenników tradycyjnego grind'owego nawalania. Wyraźne inspiracje szaleńcami z noise'owych kapel pokroju SLOGUN i całej masy japońskich kakofonistów zostały tutaj zapodane w groteskowy sposób. Paradoksalnie, najlepsze pomysły pojawiają się w wybranych samplach głosów, po których RAPE powraca do chaotycznego hałasowania, zgrzytów i przesterów mających na celu głosić radykalną nienawiść do płci żeńskiej i pochwałę różnych dewiacji. Założę się jednak, że autor tej muzyki po nagraniu tych dźwięków przytula swoją żonę, idzie wynieść śmieci i jest przykładnym mężem i ojcem, a co najmniej czułym kochankiem ;)... Jeśli już zdecydujecie się na zakup tej płyty, podarujcie sobie utwory 20-27. Pierwsze dziewiętnaście mogę jak najbardziej polecić.

ocena: 8/10 (Intestinal Disgorge), 2/10 (Rape)
www.intestinaldisgorge.com
www.myspace.com/intestinaldisgorge
www.alprods.net
www.alarec.com
www.myspace.com/gorecannibalrecords
www.myspace.com/parkinsonwankfist
autor: Diovis




IXXI - "Elect Darkness"

(CD 2009 / Candlelight Records & Mystic Production)

Pixie, Dixie... nie, IXXI! Nazwa tej szwedzkiej hordy miała brzmieć złowieszczo, a przynajmniej tajemniczo, tymczasem nie kojarzy się jednoznacznie z ciemnością, Złem i demonami. A w składzie znani muzycy młodszego black metalowego pokolenia: Totalscorn (ZAVORASH), Acerbus (ONDSKAPT), Nattdal (LIFELOVER, ONDSKAPT) i Avsky (również ONDSKAPT). Słowem taki szwedzki odpowiednik amerykańskiego TWILIGHT, czyli swoista supergrupa, co zdarza się bardzo rzadko w na wskroś mizantropijnym środowisku bluźnierców. Ale do rzeczy! Otóż czwórka twórców "Elect Darkness" nie oddala się zanadto od black'owych korzeni, proponując oldskulowe, acz zabarwione nutką klaustrofobicznej melancholii spojrzenie na tę stylistykę. Od początku zwraca uwagę to, że IXXI nie proponuje jednowymiarowej papki i miesza zeschizowane i lodowato zimne riffy trochę w stylu SATYRICON czy THORNS z grobową estetyką wczesnego MAYHEM i okultystyczną otoczką. Bez pośpiechu, mozolnie, acz skutecznie buduje wizjonerski klimat, nie bacząc na mody, choć chwilami zahaczają o tak zwany evangelic black metal czy wisielczą atmosferę SHINING lub dekadencką melodykę LIFELOVER. Można nawet stwierdzić, że tworzą coś w rodzaju progresywnego black metalu, jednocześnie trzymając się pewnych kanonów. Wyśmienicie prezentuje się to w numerach od pierwszego do szóstego, z których każdy jest budowany na pewnej stałej bazie, a przy tym różni się od poprzedniego. Mamy tu nisko strojoną gitarę rytmiczną, pokombinowane leady, konkretną sekcję i demonicznego wokalistę, który w "Underworld" zbliża się do rekordu świata w wydobywaniu z gardzieli dźwięku na bezdechu. Nawet policzyłem ile to trwa - 22 sekundy. Po wybrzmieniu numeru tytułowego trochę schodzi ze Skandynawów powietrze... no, może jeszcze wyróżnia się na wskroś "szwedzko" brzmiący utwór numer 7 - "Enthusiasm". Cieszy fakt, że takie kapele, jak NACHTMYSTIUM czy właśnie IXXI bierze pod swoje skrzydła brytyjska Candlelight Records. Przynajmniej będą miały jako taką promocję czy dystrybucję, a nie samozadowolenie z wydania przez pseudo-elitarystyczną firemkę mieszczącą się w pokoju kolesia pokątnie wypuszczającego kolejne "rewelacje" sceny black metal obok modlącej się przy Radyju rankiem, w dzień i w nocy babcinki. A tu proszę, (sic!) ładną płytkę spreparowała ta szwedzka ekipa, nie powiem...


ocena: 8/10
www.myspace.com/ixxiofficial
www.candlelightrecords.co.uk
autor: Diovis




IGNIS FATUUS - "Słowiańska Trwoga Wiecznych"
(CD 2008 / Old Temple)

Pamiętam jaką katorgą był dla mnie odsłuch płytki z nagraniami IGNIS FATUUS (proszę nie mylić tej kapeli z zielonogórskim bandem o tej samej nazwie, który ongiś grał death/doom metal). Wypełniało ją kompletnie bezładne i nieczytelne bzyczenie oraz "leśno-pogańskie" klimaty. Debiutancki długograj zawiera brzęczące dźwięki, które można już rozróżnić. To pierwsza oznaka rozwoju. I jedyna. IGNIS FATUUS z uporem maniaka łupie jednorodny, monotonny i archaiczny black metal osadzony w norweskiej i "leśnej" tradycji. Może i są maniacy takiego grania, ale ja uważam, że wydawanie takich zespołów nawet w undergroundzie jest bezcelowe i służy tylko satysfakcji samego zespołu oraz nielicznych "znajomych i przyjaciół Króliczka". O ile da się jeszcze przetrwać (a i to z trudem) beznamiętne łupanie w takich utworach, jak "Trwoga Wiecznych" lub "Piastun", to im dalej w las... dokończcie sami. A już dobijająca jest umieszczona na samym końcu, ponad 9-minutowa "kompozycja" o uroczym tytule "Leśna Purchawa" ze śpiewem ptaków w końcówce. Zresztą teksty tej hordy to oddzielny temat i pisząc całkowicie szczerze zwyczajna pseudo-literacka i pseudo-ludowa grafomania. Przeto powiadam, że ta muzyka i ten zespół to totalne nieporozumienie! PS. Wydawca szczyci się, że jest to jego pierwsza "normalnie" wydana płyta w zwykłym pudełku. Też mi rewelacja, skoro wiadomo, że pomysł na tak zwane "niekonwencjonalne" wydania "podkradło" się koledze...

ocena: 2/10
www.myspace.com/ignisfatuuspl
www.oldtemple.com
autor: Diovis


IMPIETY - "Terroreign (Apocalyptic Armageddon Command)"
(CD 2009 / Agonia Records)

Diaboliczne zastępy obwieszczają nadchodzącą zagładę świata. Holokaust i Armagedon są bliskie, rodzaj ludzki czeka nieuchronny koniec. Dzwony posępnie odliczają ostatnie sekundy egzystencji... A potem zaczyna się... apokaliptyczna masakra, jakiej nie odważono się nigdy opisać na kartach świętych ksiąg. Początek najnowszego albumu hordy dowodzonej przez niezmordowanego Shyaithana jest rzeczywiście miażdżący. Bluźniercze intro i piekielnie szybki, dewastujący "Vientos de Holocausto", a dalej równie destrukcyjny, ale już bardziej rozbudowany "Atomic Angel Assault". Tym razem singapurski kaznodzieja Zła zaprosił do współpracy brazylijskiego gitarzystę Rangela Arroyo i po raz kolejny wykrzesał iście ognisty kawał ekstremalnego black / death / thrash'u. Po koalicji singapursko-meksykańskiej na "Paramount Evil", to drugi raz, gdy IMPIETY sięga po gorącą latynoską krew, a na "Terroreign (Apocalyptic Armageddon Command)" poza charakterystycznym oldskulowym duchem słychać dzięki gitarzyście ABHORRENCE wpływy bezkompromisowego południowoamerykańskiego metalu. Piskliwe solówki, często używana wajcha i technika tremolo kojarzą się z najmocniejszymi pozycjami w dyskografii wspomnianego przed chwilą bandu, ale również REBAELLIUN czy KRISIUN (tu nawiasem mówiąc mała uwaga - gdzie się podziało zainteresowanie brazylijskim death metalem? Czyżby trend na takie granie już się zakończył?). Dodało to jeszcze większego kopa muzie IMPIETY, który teraz brzmi kompletnie i nie bierze żadnych jeńców, tylko ich morduje niszczącymi dźwiękami. Jeszcze bardziej niż na poprzednich płytach, da się wyczuć inspiracje starą szkołą brazylijskiego metalu (nieśmiertelne SARCOFAGO!), można też odnaleźć pewne podobieństwa do ANGELCORPSE, BLASPHEMY, wczesnego MORBID ANGEL i wczesnego VADER'a. Bez obaw - w niszy zajmowanej przez IMPIETY nie ma miejsca dla innych. To już bez wątpienia groźna, złowroga i siejąca zniszczenie horda-instytucja, przed którą nie ma ucieczki. Albo ją zaakceptujesz, albo dopadnie cię i zgładzi.
PS. Dwa ważne fakty tyczące się tej płyty warto jeszcze wiedzieć. Intro i outro skomponował Holocausto Vengeance z BEHERIT, a pod sam koniec umieszczono utwór zagrany ku pamięci Dead'a - "The Dark Subconscious" z repertuaru MORBID.

ocena: 8/10
www.mightyimpiety.com
www.myspace.com/impietyofficial
www.agoniarecords.com
autor: Diovis


INFAUST - "Blutbad & Melancholie"
(CD 2008 / Eisenwald Tonschmiede)

Od zawsze niemiecki black metal kojarzy mi się z totalnym brakiem indywidualności, sztampowością oraz przeciętnością. Bądźmy szczerzy, taki INFAUST tego stanu rzeczy nie zmieni. Oczywiście, nie oczekuję od każdego zespołu, aby ten na siłę szukał oryginalności za wszelka cenę, lecz bezmyślne kopiowanie norweskich wzorców jest również pozbawione sensu. Z tego co słychać, tych panów na pewno stać na nagranie czegoś wartościowego. To nie są pierwsi lepsi amatorzy!!! I to mnie właśnie boli. Wiadomo, na krótką metę taki zabieg może się udać, ale jeśli panowie mają zamiar troszkę dłużej raczyć nas swoimi wypocinami... Odpowiedzcie sobie sami czy warto.

ocena: 3/10
www.infaust-blackmetal.de
www.myspace.com/infaust
www.eisenton.de
autor: Narmer


ISIS - "Wavering Radiant"
(CD 2009 / Conspiracy Records & Rockers Publishing)

Amerykański ISIS wciąż stoi - niesłusznie zresztą - w cieniu swoich starszych kolegów z NEUROSIS, a złośliwi twierdzą, że to ubogi krewny tamtej kapeli, co określono nawet mianem "NEUROSIS z wyciętym przedrostkiem z nazwy". Tak na dobre dopiero przy okazji "Wavering Radiant" mam okazję odnieść się do tych uwag. Przedtem ISIS znałem po tak zwanych "łebkach", choć tu i ówdzie są uważani za formację kultową. Najnowszy album to niezwykle barwna podróż po zakamarkach ludzkiej psyche, czasem więc dryfujemy jakby w półśnie, a czasem zostajemy gwałtownie wybudzeni, by po krótszej lub dłuższej chwili znowu zanurzyć się w odmętach oceanu podświadomości. Tak, ISIS tworzy muzykę, która stoi na pograniczu snu i jawy, lądu i oceanu, gwałtownych wichrów i delikatnych podmuchów, gdzie stykają się ze sobą narkotyczne wizje i uderzenie realności. "Wavering Radiant" to pełny gwałtownych emocji album, który jednocześnie potrafi ukoić przestrzennymi, improwizowanymi fragmentami. Amerykanie nie zamykają się w schemacie zwrotka - refren - solo - refren i dlatego wolą zaskakiwać długim instrumentalnym pasażem w miejscu, w którym trudno było się go spodziewać. Nie zapominają jednak o tym, że dobry utwór musi mieć przynajmniej namiastkę przewodniej linii melodycznej, opierać się na klimacie, cieszyć bogactwem dźwięków i zachwycać wizjonerstwem twórców. Pewnie dlatego na tym krążku mamy już na samym początku chwytliwą melodykę w "Hall of the Dead", a wrzaskliwe wokale uzupełniają zaśpiewane czystym głosem fragmenty, co przewija się właściwie do samego końca tej płyty. Świetnie wkomponowano tutaj partie klawiszy, które rozbłyskują co jakiś czas doskonale wplecionym brzmieniem melotronu i klimatycznymi wstawkami. Jest coś fascynującego, wciągającego w tym materiale, co w efekcie stanowi o pewnej zamkniętej całości. Takie płyty nagrywano w latach 70-ych, gdy liczyły się rozmach i złożone konstrukcje utworów, później w ten sposób budowała swoje wydawnictwa część kapel prog-rockowych i prog-metalowych, a teraz dołącza do nich między innymi ISIS. To bez dwóch zdań jeden z jaśniejszych punktów sludge'owego i w ogóle atmosferycznego grania w 2009 roku.

ocena: 9/10
www.isistheband.com
www.myspace.com/sgnl05
www.conspiracyrecords.com
www.rockers.pl
autor: Diovis


IMMORTAL REMAINS - "Everlasting Night"
(CD 2009 / My Kingdom Music)
Gdyby wykasować z historii CRADLE OF FILTH oraz HECATE ENTHRONED i cofnąć czas o co najmniej 12 lat, niemiecka kapela mogłaby się okazać rewelacją lub przynajmniej miałaby więcej szans, by być docenioną. Śmiałe połączenie agresywnych gitarowych riffów, symfonicznych klawiszy, skrzeczących wokali i growli oraz spora ilość różnego rodzaju smaczku gwarantowały niegdyś zainteresowanie nie tylko ze strony sezonowych fanów i miłośników "wampirycznych" klimatów. O tym, że można jednak być twórczym grając w zbliżonych klimatach przekonują dowody w postaci naszych krajowych formacji HERMH, DEVILISH IMPRESSIONS czy DARZAMAT. IMMORTAL REMAINS nie wyciągnęło jednak żadnych wniosków i łupie w stylu pierwszych krążków dwóch kapel, które przywołałem na samym początku tej recenzji. Parę osób na pewno zmylą podobieństwem stylu, rozwiązań, brzmienia i wokali, a nawet charakterystycznych, choć nielicznych motywów wygrywanych przez klawisze i gitarę akustyczną. Złapałem się nawet na tym, że kilka fragmentów (np. początek "The Hunting") do złudzenia przypomina mi... wczesne dokonania HERMH. Łapiecie już o co tutaj chodzi? Niemcy spóźnili się ze swoją muzyką o wiele, wiele lat i w sumie szkoda, że nie dodali zbyt wiele od siebie. Po prostu wczuli się w klimat pewnych płyt i powielili to, nadając nieco inne tytuły, a ich cała kreatywność ograniczyła się do poukładania dźwięków w taki, a nie inny sposób. W dobie tak wielu możliwości zrobili tylko tyle. A to za mało, by być dostrzeżonym. Dużo za mało... Dziękuję za uwagę.
ocena: 3/10
www.immortal-remains.de
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis


INEVITABLE END - "The Severed Inception"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
O tym, że Szwedzi mają wyjątkowy talent (i możliwości) do grania, wiadomo już od dawna. Świetne opanowanie instrumentów, liberalne władze pomagające młodym kapelom, oczy wydawców i mediów zwrócone na większość zespołów z tego kraju... Słowem - warto urodzić się Szwedem ;) Death metal też miał się wspaniale w tym kraju, chociaż ta brutalniejsza, zamerykanizowana frakcja miała tam niewielu godnych reprezentantów. Czemu więc Relapse Records zdecydowała się na wydanie młodej ekipy tworzącej pod szyldem INEVITABLE END? To pytanie zadawałem sobie od pierwszych minut zapoznawania się z zawartością tego krążka. Z pewnością przekonało ich to, że te młodziaki tworzą zaawansowany technicznie, a przy tym bezlitosny i łamiący kark kawał deciora. Podobnie jak CEPHALIC CARNAGE łamią w odpowiednich momentach rytmikę i starają się uatrakcyjnić swój przekaz poprzez niekonwencjonalne gitarowe zagrywki. Jednocześnie atakują szybkimi blastami niczym SUFFOCATION, ORIGIN czy ich ziomkowie z INSISION, ale i pewne podobieństwa do DECAPITATED, HATE ETERNAL lub NILE też są słyszalne. Brzmi atrakcyjnie i poniekąd tak faktycznie jest. Uciekając od sztampy nie popadają w przekombinowanie i tylko nieznacznie wpasowują się w obecne trendy, czyli w tę bardziej brutalistyczną stronę metal-core'a. Dzięki temu wpadnie im kilku fanów więcej, bo rzeczywiście nie brakuje im energii, samozaparcia i przede wszystkim pomysłów, choć na pierwszy i bardzo pobieżny rzut ucha poszczególne utwory nie różnią się od siebie. Ale przy uważnym przesłuchaniu da się wyczuć w tej nawałnicy ekstremalności wszelkie niuanse, smaczki i gwałtowne wybuchy furii, a w "Apprentice Luminous Acquaintance" nawet niedbałe sludge'owe akordy i nawiązania do MESHUGGAH. W ich przypadku przydało się zaczynanie od grania thrash'u w stylu THE HAUNTED, bo te doświadczenia zaowocowały ponadprzeciętnym w sumie materiałem. Macie więc odpowiedź na pytanie, czemu Relapse zainwestowało w ten debiutancki krążek świeżaków ze Szwecji.
ocena: 7/10
www.inevitable-end.com
www.myspace.com/inevitableend
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis


INFERNALIA - "Soldier"
(CDR 2008 / własna produkcja zespołu)
Przyznam się, że część zespołu miałem okazję poznać, widziałem ich na koncertach i z tego też względu zawsze cholernie niezręcznie jest pisać recenzję. Tym bardziej, że to ziomkowie z mojego rodzinnego miasta. Ale to, co usłyszałem na 4-utworowym materiale "Soldier" jest o piekło lepsze od tego, co prezentowali koncertowo dwa czy trzy lata temu. Teraz zadbali o wydanie w może nie jakimś wypasionym, ale zawsze gustownym kartonowym digipaku, a wcześniej udali się do studia, by z pomocą muzyka bydgoskiego SAMMATH NAUR nagrać wspomniane kawałki. Od strony muzycznej też jest w sumie nieźle - słychać, że zespół postawił na numery opatrzone charakternymi riffami, motoryczną rytmiką, różnorodnymi wokalizami i pewną taką chwytliwością. A o to przy takiej mieszance metalu i core'a niełatwo, albo przeciwnie - nietrudno popaść w banał i kicz, jak to czyni wiele kapel z tego kręgu. Cóż, nie da się ukryć, że INFEFNALIA jest poniekąd pod przemożnym wpływem modnych metal-core'owych kapel, bo jak wielu innych przemyca do swojej twórczości melo-death metalowe akcenty i hard-core'owy, nieco łamany rytm. Na szczęście sięga też po elementy thrash'u, co łagodzi niestrawności u tych uczulonych na taki styl i choć trochę wyróżnia ich z całego stadka podobnie brzmiących formacji. W trzecim numerze pt. "My Lifeline" pozwolili też sobie na melodyjne, zaśpiewane czystym głosem refreny, co w połączeniu z wrzaskami i growlami nie jest może szczególnie oryginalne, ale nadaje temu kawałkowi miano sztandarowego. Podobnie jest z otwierającym ten materiał numerem tytułowym "Soldier", który idealnie nadaje się na koncerty, a w studyjnej wersji wzbogacono go o odgłosy wojny na początku i końcu. Warto też wspomnieć, że w tym wszystkim znajduje się miejsce na gitarowe solówki, którym do ideału niestety jeszcze wiele brakuje, jednak są i już to należy pochwalić. INFERNALIA jest jeszcze na etapie poszukiwań i dopiero kształtuje się muzycznie i myślę, że dopiero kolejny stuff powie coś więcej - czy rozwiną się w jakąś ciekawą stronę, czy poprzestaną na inspirowaniu się chwilową modą na metal-core'a. Co ciekawe, w Grudziądzu chyba tak naprawdę nigdy nie było znaczących kapel czysto hard-core'owych, a jedynie takie, które łączyły ten gatunek z punkiem i metalem (vide najbardziej znany FAUST AGAIN). Pozostaje kwestia jak wykorzysta to w przyszłości ten właśnie zespół.
PS. Z rozrzewnieniem spoglądam na zdjęcie na tyle digipaka, na którym zespół stoi na jednym z przęseł grudziądzkiego mostu na Wiśle...
ocena: 7/10
www.infernalia.go.pl
www.myspace.com/infernaliapl
autor: Diovis


INZEST - "Grotesque New World"
(CD 2008 / Mad Lion Records)
Naprawdę trudno mówić o silnej austriackiej scenie metalowej. Łatwiej za to wymienić te wyróżniające się i znaczące kapele z bliższej lub dalszej przeszłości. Kilka nawet nieźle namieszało, prawda? Czy tę pustą dziurę pozostałą po wielu z nich, które odeszły w niebyt lub robią nie-wiadomo-co, ma szansę zapełnić odkryta na dobrą sprawę przez naszą krajową Mad Lion Records formacja INZEST? I tak, i nie. Austriacy z narciarskiego Innsbrucka w Tyrolu balansują gdzieś między brutalnymi zapędami do death metalu, a nawet grind-core'a ("prosiaki" na wokalu w kilku kawałkach!), agresorskim i motorycznym neo-thrash metalem, nowomodnym metal-core'm i skłonnościami do industrialnych ozdobników. W dużej mierze nihil novi, czyli wszystko już było, ale trzeba oddać, że muzycy INZEST mają w sobie ogromną dawkę energii. Przekazują to, korzystając z wszystkich dostępnych środków, a że dysponowali wieloma dźwiękami do wyboru, to na swój sposób przemieszali to w wielkim tyglu i mamy coś takiego, jak "Grotesque New World". Pomijając już to, że zdarza im się zapatrzeć za bardzo na swoich bardziej znanych kolegów z AS I LAY DYING, HEAVEN SHALL BURN i UNEARTH, mieszanie i hałasowanie wychodzi im rzeczywiście nieźle, choć jeszcze mało charakternie i rozpoznawalnie. Spora w tym zasługa dużych chęci do tego, by maksymalnie zintensyfikować przekaz, ale obok nieskrępowanych niczym blastów jest na tym krążku ten tak zwany "groove" PANTERY (czyż taki "Lay Down Broken" nie brzmi chwilami jak kalka co niektórych utworów tej nieodżałowanej grupy?), mocarny feeling MACHINE HEAD i rwany, szarpany rytm DYING FETUS lub CEPHALIC CARNAGE. Można by rzec, że w zalewie zespołów, które za wszelką cenę chcą być "trendy" i dostać się do dużych wydawców, INZEST brzmi świeżo, solidnie i stara się wychodzić poza schemat jakiegoś tam jednowymiarowego grania pod jedno- lub góra dwusezonową publikę. "Grotesque New World" szumu jeszcze nie narobi, ale szmer podochoconych głosów powinien być wystarczająco słyszalny. Dodatkowo jeszcze, gdy odniesie się nazwę zespołu do głośnego procesu "Bestii" Fritzla, też nota bene Austriaka, znajdzie się parę osób, które znajdzie dziurę w całym i zacznie banować ten zespół w ich rodzinnych stronach. A założę się, że związku żadnego między tymi dwoma wydarzeniami nie ma. Warto też wiedzieć, że Mad Lion Records opakowało pierwszy tysiak sprzedawanych płyt w gustowny digipak, wrzucając tam oprócz 10 ścieżek audio także dwa video clipy do numerów "Skinstripped" i "100% Underground". Pierwszy to taka opowiastka prosto z oszalałego szpitala psychiatrycznego, druga dzieje się w podziemiach i jest stylizowana na amatorski horror. Całość bierzcie na swoją odpowiedzialność.

ocena: 7/10
www.inzest-musick.at
www.myspace.com/inzest
www.madlion.eu
autor: Diovis


IZEGRIM - "Point of No Return"
(CD-EP 2009 / Rusty Cage Records)
Chyba każdy z zespołów szuka dla siebie określenia, które uniemożliwiłoby wrzucenie do którejś z szuflad lub próbę zastopowania tej czynności przez media i fanów. IZEGRIM nie jest tu żadnym wyjątkiem i ponoć gra "Dutch Terror Thrash Metal". Tak po prawdzie jednak, holenderska ekipa rzeczywiście gra dość agresywną formę thrash'u z pewnymi mniej lub bardziej wyraźnymi odniesieniami do bardziej melodyjnego death metalu. Grupa istnieje już od 1996 roku, ale poza wydaniem mało znanych kilku płyt i zagraniem koncertów w towarzystwie paru znaczących kapel, szerzej nie zaistnieli. Taka typowo lokalna grupa. Na wypuszczonym przez Rusty Cage Records mini-albumie umieścili 4 numery, w tym nową wersję "Angel of Demise", na których słychać ogranie muzyków, ale samo granie nie różni się niczym od dziesiątek, a nawet setek innych kapel idących w ślad za thrash'ową modą. Słychać tutaj pewne zapędy do starej niemieckiej szkoły tego stylu, trochę melodyjnych solówek i właściwie to wszystko. Chwilami bardzo przypominają swoich ziomków z OCCULT, a za sprawą zdzierającej gardziołko Marloes (zastąpiła na tej pozycji Anitę Luderer) nie da się uciec od porównań z ARCH ENEMY. W końcu growling obu pań jest dość podobny. Angela z kolegami przecież też sięga po thrash i melo-death metal, które w odpowiednich proporcjach przemieszali. Tyle, że ARCH ENEMY tworzy od czasu do czasu jakieś charakterystyczne, zapadające w pamięć motywy czy refreny, a takowych na płytce IZEGRIM zwyczajnie brakuje. To takie dźwięki dla mało wymagających słuchaczy, a tych jest pewnie niewielu i mają spory wybór na obecnej, tak zwanej scenie. I to tyle, co miałem do napisania na temat tego wydawnictwa.

ocena: 3/10
www.izegrim.nl
www.myspace.com/izegrim
www.rustycagerecords.com
autor: Diovis


INSOLENCE - "Audio War"
(CD 2008 / Rodeostar Records & Mystic Production)
Osobiście nie bardzo przepadam za różnymi hybrydami ciężkiego, rockowego bądź metalowego grania i rzeczy z zupełnie odmiennych szuflad. Owszem, było w tym świetne FAITH NO MORE, można było zdzierżyć SYSTEM OF A DAWN, JANE'S ADDICTION czy SOULFLY, ale generalnie takie miksy były nieporozumieniem. Cały czas jestem w lekkim szoku, jak super się słucha kalifornijskiej formacji INSOLENCE. Na "Audio War" z powodzeniem mieszają ze sobą elementy hard-core'a, punku, metalu, reggae, ska, a nawet hip-hopu, co objawia się w niezwykle energetycznej i świeżo brzmiącej całości. W Earache Records był kiedyś taki band DUB-WAR, ale mimo, że był na owe czasy dość nowatorski, łącząc metal i reggae, to ich amerykańscy i w sumie dużo młodsi koledzy wypadają dużo lepiej i ciekawiej. Potrafią nieźle dokopać mocnymi riffami, a jednocześnie nie zapominają o chwytliwych refrenach i urozmaicaniu materiału różnymi zaskakującymi wstawkami. Na przykład "Joshua" i "BMD" zaczynają się podejrzanie reggae'owo, by potem przywalić ciężkim rockiem. Wybuchowe "Danger" (początek niczym MINISTRY!), "Kobra Kai" i SOULFLY'owskie "Shine" też są niczego sobie, a zawierające scratche "Megumi", soulowo-popowe "Blue Sky" (prawie w stylu zaskakujących piosenek FAITH NO MORE) czy ogniście punkowe "Socialator" mogą nieźle zaskoczyć każdego. W kilku momentach dostrzegłem nawet pewne podobieństwa (na pewno czysto przypadkowe) z (sic!) naszą BRYGADĄ KRYZYS. Takie P.O.D. to przy nich w sumie bajeczka dla grzecznych dzieci, choć mogli sobie podarować ten ukłon w stronę hip-hopowej publiki, która nie strawi tej płyty, a z kolei odrzuci ją też wielu metalowych purystów. Może przesadzili też trochę z tym marketingowym tytułem "Audio War", ale to naprawdę fajna i bardzo luzacka płyta. I dobre odium na totalną ekstremę. Sam jestem zaskoczony.
ocena: 7/10
www.insolence1.com
www.rodeostar.de
autor: Diovis


INTESTINE BAALISM - "Ultimate Instinct"
(CD 2008 / No Colours Records)
Pamiętam po dziś dzień jedną z odsłon audycji "Ryłkołak" legendarnego i niezapomnianego Tomasza Ryłko w RMF FM, gdy ta radiostacja było jeszcze otwarta na inną muzykę niż promowaną obecnie bezpłciową papkę i ogólną kaszanę. Onej nocy, gdzieś w 1997 roku, zwrócił moją uwagę japoński zespół grający mocny death metal z bardzo melodyjnymi solówkami. Było to na tyle oryginalne, że zacząłem poszukiwania nagrań INTESTINE BAALISM. Okazało się, że mają na koncie tylko ten prezentowany, debiutancki album, właśnie wówczas wydany "An Anatomy of the Beast". Po kilku latach przerwy wydali taki sobie drugi długograj pt. "Banquet In the Darkness", a po kilku następnych trzeci i najświeższy - "Ultimate Instinct". I on zdaje się być nawiązaniem do debiutu, choć jednocześnie jest oparty w znamienitej części na prostocie i bezpośredniości. Już pierwsze dźwięki otwierającego całość "Agony In the Stone Chamber" to "szwedzko" brzmiące, "zapiaszczone" brzmienie gitar, konkretny growl i melodyjne solówki. Dla jednych będzie to taka japońska wersja DISMEMBER, inni doszukają się tutaj miksu oldskulowego death'u i pewnych elementów black'u (zwłaszcza w wokalach) oraz klasycznego heavy metalu. Na jedno w sumie wychodzi, bo jeśli ktoś lubi taką estetykę, w której nie ma ściemy, tylko jazda do przodu z nielicznymi zwolnieniami, to już powinien rozglądać się za tą płytą. Ogólny zarys o co tutaj chodzi już znacie i tak właśnie przedstawia się "Ultimate Instinct". Więcej kombinacji jest w "Cry For the Black Sun" - to zresztą mocny numer, który mógłby promować ten krążek. Jest szybko i konkretnie, mamy "zawodzące" solo, motywy inspirowane muzyką klasyczną, growle i wrzaski. Podobnie zróżnicowany jest też najdłuższy, prawie 6-minutowy numer tytułowy, w którym jest też miejsce na akustyczne partie i wyśmienite gitarowe solo. W moich uszach na minus wychodzą w skali całego albumu te black'owe wokale, których jest stanowczo za dużo, a za mało jest konkretnego death'owego ryczenia, ale tak poza tym, to mamy tu do czynienia z kawałkiem naprawdę świetnej muzy. Tyle, że nie mają chwytliwej i łatwej do zapamiętania nazwy, a więc pozostaną już zawsze w podziemiu. I bardzo dobrze!
ocena: 7/10
www.myspace.com/intestinebaalism
www.no-colours-records.de
autor: Diovis


ISKALD - "Revelations of Reckoning Day"
(CD 2008 / Indie Recordings & Mystic Production)
Wiele osób zadaje sobie pytanie: czy norweska scena metalowa ma już najlepsze czasy za sobą, czy jest to tylko chwilowa czkawka w wykonaniu tamtejszych kapel? Wiadomo, w czym najlepsi byli zimni Skandynawowie i wiadomo też, że od jakiegoś czasu wiele kapel po prostu odcina kupony od swoich osiągnięć z przeszłości. A co z nową falą gniewnych metalowców? Dla przykładu ISKALD prezentuje niezły poziom i kilku osobom spodobała się debiutancka płyta "Shades of Misery", na której mieszali ze sobą melodykę black metalu i agresję thrash metalu. Właściwie można by rzec, że ta kapela ni zmieniła się ani na jotę na swoim drugim długograju. "Revelations of Reckoning Day" to ponownie łącznik między wczesnymi dokonaniami na przykład ENSLAVED, HELHEIM czy DIMMU BORGIR a thrashmetalową zaciętością typową dla niemieckich hord. Simon Larsen i Aage André Krekling starają się jak mogą, by przykuć uwagę coraz bardziej wymagającej rzeszy słuchaczy, konstruują numery, w których jest mnóstwo jadu i trochę epickich momentów, ale tak po prawdzie niewiele pozostaje po wysłuchaniu dziewięciu premierowych numerów. Muzycznie i rzemieślniczo wychodzi to dobrze, a chwilami nawet bardzo dobrze, jednak nie jest to płyta, która przetrwa jakąkolwiek próbę czasu. Za mało tu świeżości, za dużo patentów z przeszłości, a chwilami za wiele po prostu przekombinowania i typówki, choćby w wokalach i rozwiązaniach, które inni potrafili dużo lepiej przetworzyć lub inaczej poukładać. To album tylko dla odbiorców pokornie wchłaniających wszystko co "norweskie". Chociaż parę fragmentów można oczywiście polecić tym bardziej wymagającym. Taką perłą i wyrazem charakteru ISKALD jest na pewno świetnie zrobiony, przedostatni na krążku "Journey To Hel". Ale to wszystko nie wystarcza do jakiekolwiek formy entuzjazmu...
ocena: 5/10
www.iskald.com
www.myspace.com/iskald
www.myspace.com/indierecordings
autor: Diovis


INALLSENSES - "The Experience"
(CD 2008 / My Kingdom Music & Foreshadow Music)
Włoscy wydawcy zawsze lubowali się w wypuszczaniu w świat melodyjnego death czy death/thrash metalu. Była sobie (może nawet wciąż jest) taka Scarlet Records, która przodowała w bardzo przeciętnych lub bardzo słabych wydawnictwach tego typu, byle tylko brzmiało to "po szwedzku". Nie "piję" tu aż tak bardzo do INALLSENSES, bo to akurat ekipa z Włoch i nie do końca odpowiada standardowi grania "pod IN FLAMES". "The Experience" nawiązuje bardziej do twórczości THE HAUNTED czy późnego DEATH, ale i tu można by przylepić łatkę, że takiego grania jest pełno wszędzie i po prawdzie nie potrzeba kolejnego krążka zwyczajnie zaśmiecającego rynek muzyczny. INALLSENSES umie grać, jednak po przesłuchaniu tego materiału po raz pierwszy, drugi i trzeci wszystko wlatuje jednym, a wylatuje drugim uchem. Italiańcy starają się grać technicznie, a zarazem agresywnie i melodyjnie, lecz wychodzi z tego nie pozostająca w pamięci papka, zlepek riffów, solówek i popisów instrumentalistów. To nie jest płyta z cyklu tych, które utrwalą się jako wybitne wydarzenia 2008 roku. Po prostu można odnotować fakt, że wydano kolejny krążek zawierający mieszankę death i thrash metalu, może na poziomie i opatrzonego nienajgorszym brzmieniem, ale nijakiego, miałkiego i dalekiego od oryginalności. Wyróżniam jedynie czwarty kawałek pt. "Lady Nature" i częściowo szósty "Heaven of Prises", bo ładnie w nich pracują gitary i ciekawie brzmią wplecione co rusz akustyczne partie wykonane przez ten instrument. Taka uboższa wersja CYNIC, ot co. O reszcie tego materiału napisałem już wyżej, na czym kończę tę recenzję.
ocena: 4/10
www.inallsenses.com
www.myspace.com/inallsenses
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis


INFERIS - " In the Path of Malignant Spirits"
(CD 2007 / Old Temple)
Z dość sporym opóźnieniem dotarła ta płyta do recenzji na naszych łamach. Prawie dwa lata robi swoje. A w przypadku takiej płyty jak ta, fakt ten boli mnie jeszcze bardziej!!! Jakież to musi być nieszczęście dla samych muzyków, że przy zalewie badziewia są pomijani niejako z urzędu. Chciałbym poznać przyczynę tego zjawiska. Tym bardziej, że album ten wydany został przez bądź co bądź naszą, rodzimą Old Temple. Doprawdy, bardzo zastanawiające. Ale przejdźmy do rzeczy. Chilijskie INFERIS raczy nas na swoim debiucie iście piekielną dawką death metalu, niejako w stylu MORBID ANGEL, a nawet NILE. Jednak proszę nie brać tych zasugerowanych przeze mnie podobieństw zbyt głęboko do serc. Pełnią jedynie rolę "drogowskazu", nie ma mowy o kopiowaniu żadnej z nich. Chłopcy przez cały album grają niemal na najwyższych obrotach, zwalniając bodaj dwukrotnie: w "Creating the Infernal Paths" i w "Melancholy". Co daje całkiem miły efekt, ponieważ są to intra zbudowane głównie o pracę wiolonczeli, skrzypiec i takich tam instrumentaliów. O budowanym przez to klimacie nie muszę chyba wspominać. Następnym przezajebiście dużym plusem tej płyty jest charakterystyczne brzmienie, takie "nabuzowane", jebiące bez ogródek po łbie. Dzięki temu czuć, że to death metal, a nie popisy przed panienkami. Od tego są chłopaczki w stylu AS I LAY DYING. I widzę, że oni o tym doskonale wiedzą. Kolejna kwestia warta poruszenia - długość poszczególnych utworów. Najdłuższe z nich trwają po siedem minut z okładem, tak jak choćby "Nigromantic Arts". Ale to co zespół w trakcie tego utworu cuduje jest godne podziwu!!! Tylu zwrotów akcji dawno nie słyszałem. Dalej jest zresztą nie inaczej. Z zapartym tchem czekam na kolejne materiały grupy. Gdyż widzę i czuję, że może być jeszcze lepiej!!!! Na zachętę dam BARDZO MOCNE łosiem.
ocena: 8/10
www.myspace.com/inferischile
www.oldtemple.com
autor: Diovis


INFERNOISE - "Hellriders"
(CD 2008 / Locomotive Records & Mystic Production)
Czachy, motory i piły łańcuchowe przyświecają działaniom hiszpańskiego INFERNOISE. Muzycznie to po prostu mocna metalowa muza spod znaku motorycznego thrash metalu. Właściwie w skrócie i trochę metaforycznie można to określić jako coś na kształt zderzenia ciężarówek wiozących sprzęt PANTERY i MACHINE HEAD. Zwłaszcza wpływy tej pierwszej ekipy są determinujące twórczość tych czterech dotąd zupełnie nieznanych muzyków. Na wokalu niejaki Rown Houland, gitary obsługuje Ix Valieri, basem pomrukuje Scorpion, a skutecznie bębni Nitro. Nie wiem kto obsługuje piłę łańcuchową, bo tego nie odnotowuje ani wydawca, ani czołowe portale informacyjne ;) W każdym razie zalatuje tu mocno właściwie każdą cechą charakteryzującą te cięższe momenty "Vulgar Display of Power" czy "Far Beyond Driven". Wokalista ma manierę i barwę głosu zbliżoną do Phila Anselmo, gitarzysta chyba zanadto podpatrywał jakich efektów używał nieżyjący już niestety geniusz tego instrumentu Dimebag Darrell, sekcja dyktuje miarowy rytm, w którym utrzymana jest większość kawałków z debiutu hiszpańskiej formacji, czasem operując bardziej rwanym i szarpanym rytmem. Nieco spokojniejszy "Rebel On the Way" to z kolei tako mniej udana wersja "Cemetary Gates". Tak skuteczne w swojej formie ataki za bardzo przypominają wspomniany już tutaj, a nieodżałowany band z USA i gdyby pominąć te wyraziste podobieństwa, to INFERNOISE jawi się jako solidna rock 'n rollowa ekipa w mocarnej oprawie. Wszelkim fanom gitarowego grania mogą podobać się rozliczne i pełne fajerwerków solówki, nośne riffy, neo-thrash'owa melodyka, która chyba świetnie musi wypadać w wersji koncertowej i na różnych zlotach motocyklowych oraz mocna produkcja, za którą odpowiada sam maestro Timo Tolkki znany z dziesiątek, między innymi power/heavy metalowych wydawnictw. Jest konkretnie, energetycznie i krwisto. I o to chyba w tym wszystkim chodzi.
ocena: 7/10
www.infernoise.com
www.locomotiverecords.com
autor: Diovis


INTO ETERNITY - "The Incurable Tragedy"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Osobiste tragedie dotykają każdego z nas w takim czy innym momencie życia. Inspirują do rozmyślań nad kruchością naszej egzystencji, sprowadzają depresję lub uczą jak przetrwać trudne chwile. Nie od dziś są również źródłem powstawania różnych dzieł sztuki. Przykłady mógłbym podawać niezliczone, ale jednym z najświeższych jest piąty album INTO ETERNITY "The Incurable Tragedy". Pomysł na koncepcyjną płytę powstał, gdy rak zabił dwóch bliskich przyjaciół gitarzysty Tima Roth'a, a wkrótce potem zdiagnozowano tę samą chorobę u ojca tego muzyka. Emocje wrzucone w muzykę i wokalizy oddają smutek, desperację, wściekłość, bezsilność, cierpienie i wewnętrzny dramat. Taki przynajmniej był zamiar twórców tego wydawnictwa. Próżno tu jednak szukać przytłaczających doom metalowych dźwięków, gdyż tak jak na poprzednich krążkach, tak i tu bazą wyjściową jest tradycyjny heavy metal z pewnymi ciągotami do pojmowanego na sposób niemiecki power metalu i progresywnego oblicza tego gatunku oraz drobnymi nawiązaniami do death metalu. Te ostatnie objawiają się głównie w części wokaliz, natomiast reszta to już przede wszystkim - z przykrością to stwierdzam - mało udana kopia JUDAS PRIEST przemieszanego z jakimś dziwnym konglomeratem kojarzącym mi się z EDGUY, NEVERMORE, SAVATAGE, a nawet - o zgrozo! - LINKIN PARK i modnym ostatnio metal-core'm. Z pozoru z tych dźwięków wydostaje się dym, rytmika bywa połamana (vide "Diagnosis Terminal"), jest sporo kwiecistych solówek gitarowych, ale jakoś nie udaje mi się dosłyszeć tutaj myśli przewodniej. Nie podobają mi się nadmiernie piskliwe wokale Stu Block'a, brak spójności i dramaturgii, która owszem, pojawia się na chwilę (orkiestralny "The Incurable Tragedy I (September 21, 2006)", by po chwili zabrnąć w mało przyswajalne rejony bezpłciowego metalu. Od takich płyt roi się w dużo mniejszych firmach wydawniczych, więc dziwi mnie, że z uporem maniaka Century Media wciąż wspiera średni w sumie zespół, jakim jest INTO ETERNITY. Osobista tragedia osobistą tragedią, lecz nie jest to płyta, która wzbudza silne emocje u odbiorcy.
ocena: 4/10
www.intoeternity.net
www.myspace.com/officialintoeternity
www.centurymedia.com
autor: Diovis


INFERNAL EXECRATOR - "Antichrist Execration"
(MCD 2008 / Pulverised Records)
Przykład takich kapel jak IMPIETY, SURRENDERS OF DIVINITY czy niżej opisywanego INFERNAL EXECRATOR dobitnie ukazuje, że nawet na Dalekim Wschodzie można z powodzeniem tworzyć ekstremalne dźwięki z baardzo dobrym skutkiem. Osobiście większym zaufaniem darzę zespoły z tamtego regionu, niż kolejne "nowości" wypluwane przez dajmy na to norweskich muzyków. Po prostu muzyka z tego bardzo obcego nam regionu posiada w sobie wręcz namacalne namiastki ikonoklazmu. To czuć, że chłopaki nie udają. Tu nie ma pozy. Oni się z tym NIGDY nie przedostaną do mainstreamu. Zresztą twierdzę, że to nie jest ich celem. A świadczą o tym sama muzyka i wartość ideologiczna tego albumu. Coś, co z powodzeniem można zawrzeć w jednym słowie -NIENAWIŚĆ!!! Wydaje mi się, że autor w pełni wykonał swój plan (jeśli takowy posiadał). Wszystko ładnie "płynie". Nie ma niepotrzebnych "upiększaczy", fikuśnych melodyjek. Każdy utwór posiada swój charakter, co jest OGROMNYM plusem!!! Powtarzam to bardzo często - muzyka POWINNA być CHWYTLIWA!!! Musi być ten czynnik, który od samego początku da kopa. Chwyci za gardło i za chuja nie puści. I te niespełna 23 minuty to mają!!!! Od momentu, gdy po raz pierwszy wrzuciłem sobie ten krążek do odtwarzacza, zostałem wręcz podarty jak obrazy świętych przez hordy heretyków. Wiem, że brzmi to jak jakiś gówno warty frazes. Ale ja nie mam zamiaru silić się na jakieś słowne wygibasy. Nie o to w tym chodzi. Słowa te adekwatnie pasują do muzyki i przekazu. Nie chce mi się opisywać każdego kawałka po kolei, najprawdopodobniej bym się powtórzył w stwierdzeniach. Najważniejsze, że te 6 utworów tworzą jedną całość, której słucha się z ogromnym napięciem.
ocena: 9/10
www.pulverised.net
www.myspace.com/kataplexia
autor: Narmer


ILL NINO - "Enigma"
(CD 2008 / AFM Records & Mystic Production)
Ależ ja mam problem z tego typu muzyką. Ktoś musi być niebywale głuchy i wręcz naiwny, aby takie płyty próbować promować w środowisku ogólnie nazywanym metalowym. A już przypisywanie takim albumom miana metalu jest wykroczeniem godnym pozbawienia prawa głosu w co poniektórych sprawach. Toteż po takim, małym oświadczeniu podejdę do tej płyty w zupełni inny sposób niż zamierzałem!!! Otóz mamy na "Enigmie" 13 utworów będących niejako pomostem między latynoskim folkiem, rockiem i jak to mówią (oni oczywiście!!!) metalem. Momentami takie połączenie brzmi wręcz komicznie, a za przykład niech posłuży utwór pt. "Compulsion of Virus And Fever", gdzie to panowie próbują podrapać tymi wymalowanymi paznokciami, lecz w momencie gdy ma nastąpić kontakt jak gdyby wycofują się w obawie o lakier. I tak jest praktycznie przez cały czas trwania tej płyty. Ja rozumiem, że album ten jest kierowany do słuchaczy w wieku ok. 16 lat. Dla nich zapewne takie numery jak otwierający "The Alibi of Tyrants" będą wyznacznikiem ekstremy w muzyce. Zarówno muzycznie i tekstowo. O "balladach" nie będę się wypowiadał, gdyż powiem to z premedytacją... SZKODA NA TO CZASU I MIEJSCA!!! Brzmienie jak na standardy rockowe jest wystarczająco dobre. Choć gitary są takie "miękkie", kompletnie pozbawione mocy. Która w muzyce rockowej jest wręcz wymagana!!! Przez brak tego niebywale istotnego elementu płyta ta jest niesamowicie monotonna. Tak monotonna, że samo pisanie o niej wywołuje uczucie senności. DOBRANOC.
ocena: 3/10
www.illnino.com
www.myspace.com/illnino
www.afm-records.de
autor: Narmer


IMPIETY - "Dominator"
(MCD 2008 / Pulverised Records)
Shyaithan i jego IMPIETY to buńczuczna i bezlitosna grupa muzyków, dla których nie ma żadnych tabu, świętości i dogmatów. Kroczą dumnie od 1990 roku dumnie dzierżąc powiewający w powietrzu wypełnionym infernalnym odorem sztandar z pentagramem i miecze żądne krwi. Niczym horda wojowników na okładce nowego mini szarżują, tną na kawałki, dekapitują, gwałcą, palą, mordują i zmiatają wszystko co żywe. Wszelkie znaki w piekle i na ziemi wskazują, że nadchodzą rządy oprawców-terrorystów i stojącego nad nimi Dominatora. I nie ma to nic wspólnego z którymkolwiek z polityków z tak zwanych krajów rozwiniętych, kacyków państw Trzeciego Świata czy Bin Ladenem i jego groźnymi do śmierci (i ani o sekundę dłużej) sługusami z Al-Kaidy. IMPIETY niesie zniszczenie nawet, gdy konni wojowie już dawno wydali z siebie ostatnie tchnienie. Trzyma ich przy walce żądza zemsty, niepohamowany gniew i nienawiść do wszelkich religii. Dostaje się wszystkim, nawet tatarskiemu władcy Temudżinowi. Po epizodzie Shyaithana z muzykami z Meksyku tym razem złożył hordę złożoną z jego ziomków z Singapuru, których pseudonimy niosą śmierć i przerażenie. Ich imiona to Mike Priest, Demonomancer i Tremor. Razem nagrali pięć kawałków bluźnierczego, nadzwyczaj szybkiego black/death/thrash metalu w starym stylu. Oddali też przy okazji hołd mistrzom z brazylijskiego SARCOFAGO w postaci sprofanowanego "The Black Vomit", w którym piekielne gesty ku czci Rogatego poczynił jeszcze jeden rodak lidera IMPIETY - Lord Ashir z INFERNAL EXECRATOR. Można traktować "Dominator" jako dodatkowy bluzg wobec obecnego, wyjałowionego przez forsę i religie świata. Wyślijcie posłańców i parę uciułanych groszy! Zyskacie motywację do destrukcji, której tym czterem Singapurczykom akurat nie brakuje.
ocena: 8/10
www.mightimpiety.com
www.myspace.com/impietyofficial
www.pulverised.net
autor: Diovis


IN THA UMBRA - "Thus Open Thine Eerie Wings Like an Eagle And Soar the Winds of Chaos"
(CD 2008 / Agonia Records)
Uwierzyłby kto, że taki album stworzą za 20 lat muzycy raczkującego na scenie thrashmetalowego DARKTALES, który przeistoczył się później w deathmetalowy SEPULCHRAL i death/grind'owy BOWELROT? Wiele rzeczy się zmienia, tako też młodzieńcy grający w wymienionych kapelach dojrzeli i od ponad 10 lat ewoluują mocno pod nazwą IN THA UMBRA. Jakoś tak pomijałem tę grupę w swoich poszukiwaniach i dopiero drugi krążek dla naszej krajowej Agonia Records (a w sumie już czwarty długograj zespołu) dotarł do mnie, by nie skończyć na trzech rutynowych wizytach w odtwarzaczu. Oto bowiem " Thus Open Thine Eerie Wings Like an Eagle And Soar the Winds of Chaos" jawi się jako mistyczna podróż w nieznane tropem różnych metalowych dźwięków poukładanych przez tych Portugalczyków w bardzo interesujący sposób. Czegóż tu nie ma? Mieszają się ze sobą "grecko brzmiący" black metal, melodyjny death metal, tradycyjny heavy metal, ambitny gothic metal, doom metal, prog-metal, a nawet hard rockowe wibracje (użyto tu brzmień stareńkich organów Hammonda oraz pianina Rhodes) i wyraziste nawiązania do PINK FLOYD (czyż końcówka "Apsintion Thirst" czegoś nie przypomina?). To bardzo intensywna płyta, która nie boi się łamania barier i płynnego przechodzenia z klimatycznych pasaży w ekstremistyczne rejony i odwrotnie. Obok rwących mocno do przodu i nieujarzmionych numeru pokroju "Heonan Epiphainein" i łączącego lata 70-te, 80-te oraz współczesne granie "And Damnation's Rash Bled Fevers" mamy tu na przykład także zupełnie nie-metalowy, prog-rockowy kawałek jakby rodem z lat 70-ych z tekstem w języku portugalskim, a zatytułowany "A Cornucopia Regia", w którym zaznacza mocno swoją obecność portugalska wokalistka Celia Ramos. Owa niewiasta pojawia się również w kilku innych fragmentach i nie jest li tylko taką sobie ciekawostką, bowiem wkomponowała się w cały ten konglomerat gatunków, instrumentów i klimatów. Co ciekawe, jest w tym wszystkim myśl przewodnia i liderzy portugalskiej sceny MOONSPELL powinni obawiać się mocno o swoje miejsce na jego tronie. Oby tylko wydawca, który trafia ze swymi płytami głównie do odbiorców black metalu postarał się o właściwą promocję tego nieobliczalnego i bardzo przemyślanego albumu. Bo jest on wart może nie setek przesłuchań, ale kilkunastu na pewno. I niech to wystarczy za rekomendację.
ocena: 8/10
www.pentagramma.net
www.myspace.com/inthaumbra
www.agoniarecords.com
serwer
autor: Diovis


INDESPAIR - "No Escape"
(Demo-CD 2008)
Muzycy INDESPAIR są jeszcze młodzi. Nie wiem czy im wódka szkodzi, ale na pewno są z Wrocławia i reprezentują najmłodszą falę grup grających heavy metal. Nigdy za wiele zespołów z tego kręgu, tym bardziej, że od czasu naprawdę fajowo łupiącego klasyczne heavy UNDER FORGE dopiero po latach, wraz z CHAINSAW coś ożyło w naszym kraju. Mamy coraz więcej ciekawych kapel i może któregoś dnia INDESPAIR dołączy do krajowej czołówki. Na razie proponują drugie demo pt. "No Escape", na którym zawarli to, co najlepsze ze swego repertuaru. Od razu plus, że nie bawią się w dorzucanie coverów i rzucili wyłącznie swoimi pomysłami. Płytkę otwiera energiczny oraz chwytliwy numer tytułowy i jawi się dość interesująco. Jest przynajmniej prosto z mostu, trochę "IRON'owsko", a trochę swojsko i melodyjnie. Gitarzyści starają się jak mogą wycinając nieprzekombinowane riffy i dorzucając sporo solówek, a sekcja nie wyłamuje się z konkretnego rytmu, perkusista Ł. Kołacz powinien jednak popracować nad przejściami. Temat rozwijają w "Virus" - chyba najciekawszym kawałku na tym demo, który ma łatwy do zapamiętania motyw przewodni, hiciarski refren i jeszcze więcej udanych solówek. W "Seduction Way" minimalnie zwalniają, ale to wciąż tradycyjne heavy-granie. Z numerem 4 i 5 są utwory z polskimi tekstami, a zwą się kolejno "Nie widział nikt" i "Głową w dół". Autor tekstów uniknął w nich banalnego przekazu i chociaż nie jest to wysokich lotów poezja, to przynajmniej jest jasno, życiowo, zrozumiale i na temat. Mam trochę zastrzeżeń do emitowania głosu przez wokalistę P. Krawczyka, bo choć z główną linią melodyczną nie ma problemów, to wszelkie zaśpiewy i próby wydłużania słów są już nieco mniej udane. Na szczęście unika tak typowych dla wielu heavymetalowych kapel falsetowych popiskiwań i jęczenia. Ogólnie, INDESPAIR idzie dobrym tropem, na razie czerpiąc garściami ze sprawdzonych wzorców, ale wylany na próbach i koncertach może zaowocować w przyszłości czymś naprawdę bardzo dobrym.
ocena: 7/10
www.indespair.pl
www.myspace.com/ndspr
autor: Diovis


ISLAND - "Orakel"
(CD 2008 / Vendlus Records & Foreshadow Music)
ISLAND to taka nic nie mówiąca nazwa, a prosta w przekazie i łatwa do zapamiętania. W Polsce, a konkretnie w Bydgoszczy, grał kiedyś taki zespół i mienił się "klimatycznym". Dawno już tej grupy nie ma i teraz najważniejszy, choć równie mało znany ISLAND działa w Niemczech i jest triem tworzonym przez następujących muzyków: Christiana Kolfa, Floriana Toyka i Patricka Schroedera. "Orakel" nie jest materiałem premierowym bowiem składa się z dwóch mini-albumów wydanych w 2004 roku własnym sumptem przez zespół. Pierwszy, ten starszy, poddano dodatkowo masteringowi i to on rozpoczyna tę płytę. Ogólnie to 6 utworów (plus outro), które można by określić jako progresywne oblicze death metalu. Ale to dość mylna definicja, bo ze względu na specyficzne brzmienie gitar skłaniam się raczej do myślenia, że inspiracje ISLAND to muzyka choćby NEUROSIS czy nawet tak zwaną alternatywną sceną rockową. Metal w wykonaniu Niemców jawi się bardziej psychodelicznie - poszczególne kawałki są budowane z mozołem na niewielu riffach, czasem zbyt długo się powtarzających, przez co utwory zdają się ciągnąć jak guma w gaciach. Sporym urozmaiceniem jest wplatanie sporej ilości akustyków, co znów nasuwa skojarzenia z OPETH. Zresztą ISLAND lubuje się w długich instrumentalnych fragmentach, a zachrypnięty wokal (z rzadka czysty) Christiana Kolfa dawkowany jest dość oszczędnie. Trochę powątpiewam, czy zachęci to kogokolwiek do zapoznania się z tym krążkiem. Choć trzeba przyznać, że formuła zastosowana przez trio z Germanii jest ciekawa, co jeszcze lepiej słychać na młodszych o kilka dobrych miesięcy trzech kompozycjach, które brzmią bardziej selektywnie i mniej agresywnie. O ile alternatywno-rockowe wpływy we wcześniejszych numerach były raczej subtelne, tak tutaj już od początku "The White Ghoul" zalatuje NIRVANĄ i psychodelicznym grunge'm, choć nie brakuje też i metalowych akcentów. Niewiele zmieniło się odnośnie wokali, chociaż zrezygnowano już z chrypliwego głosu na rzecz swojskiego "cobainowskiego" zawodzenia. Nie do końca wyszło to na dobre, ale to już kwestia gustu. Ciekaw jestem, czy ISLAND nadal działa i jak prezentuje się obecnie, 4 lata po nagraniu drugiej epki. Bo "Orakel" należy się ocena lekko ponad przeciętną.
ocena: 7/10
www.islandband.de
www.myspace.com/islandofficial
www.vendlus.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


IN MOURNING - "Shrouded Divine"
(CD 2008 / Aftermath Music & Foreshadow Productions)
Nazwa zespołu, zdjęcie drewnianej chałupy na okładce, kolorystyka tejże i tytuły mogłyby wskazywać, że mamy do czynienia z kolejnymi doom'owymi smutasami. I faktycznie, pierwsze sekundy "Shrouded Divine" to mocarne riffy w spowolnionym tempie, za chwilę jednak wszystko się ożywia i przyspiesza, przypominając coś diabelnie... Oto bowiem szwedzki IN MOURNING bardzo chce być drugim OPETH, stąd w ich muzyce jest tak wiele artyzmu i progresji, a jednocześnie są tu agresywne growle i trochę szybkich partii. Przeważają jednak elementy tak doskonale znane z płyt grup poruszających się w ramach bardzo ambitnego grania w progresywno-deathmetalowym stylu. IN MOURNING przypomina bowiem chwilami nie tylko OPETH, ale i wcześniejszy AMORPHIS, inną fińską kapelę INSOMNIUM (mocno niedocenioną moim zdaniem) i do fanów tychże kapel dźwięki ze "Shrouded Divine" są kierowane. Może jeszcze rzuciłbym tu nazwą SWALLOW THE SUN, bo niektóre gitarowe brzmienia i patenty są zadziwiająco podobne do tych wykorzystywanych przez twórców "Hope". Szwedzka ekipa opiera jednak swą muzykę wyłącznie na gitarach, choć są to niezwykle bogate partie nie bazujące jedynie na pewnej kombinacji riffów i akordów. Można by powiedzieć, że partie gitar mienią się różnymi barwami - kiedy trzeba sięgają po minorową kolorystykę, kiedy jest to konieczne do oddania klimatu stają się melancholijne lub atakują szarpanymi akordami. Dzięki świetnemu brzmieniu uzyskanemu w Black Lounge Studio i odpowiedniemu zbalansowaniu nastrojów całość ładnie wchodzi w ucho. Poza tym to naprawdę dobrze zrobionych dziewięć kawałków, w których jest i trochę jesiennego klimatu zadziorności, zmian tempa, od growli dają od czasu do czasu odpocząć czyste wokalizy Tobiasa Netzella. Nie rajcowałbym się szczególnie "Shrouded Divine", ale na co najmniej kilkanaście przesłuchań wystarcza. Gdyby tylko nie to zbyt duże podobieństwo do OPETH...
PS. Moja wersja digipaku (zgrabnie i ciekawie wykonanego) nie wiedzieć czemu została zubożona o brak książeczki i wetknięty do środka porysowany cedeer. Byście się wstydzili...
ocena: 7/10
www.inmourning.net
www.myspace.com/in_mourning
www.aftermath-music.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ICARUS WITCH - "Songs For the Lost"
(CD 2007 / Cruz Del Sur Music & Metal Mundus)
Fajna sprawa, że nieznane zespoły tak wiernie i tak dobrze odtwarzają to, jak grano w pierwszej połowie lat 80-ych. I przy tym nie są to tylko kopie wielkich mistrzów heavy metalu. Początek albumu i już pierwsze pozytywne wrażenia, bo riffy są rasowe, bas wyrazisty, solówki soczyste, wokal nie nazbyt egzaltowany, a wszystko konkretnie zagrane. Kłania się IRON MAIDEN z czasów "The Number of the Beast" czy "Piece of Mind", SAXON z "Power And the Glory" lub "Crusader" oraz OZZY OSBOURNE, gdy w jego zespole na gitarze grał Jake E. Lee. Jednocześnie gdzieś tam pobrzmiewają echa SCORPIONS, DEF LEPPARD i paru jeszcze innych grup, które może wyzwalają u Was pewnie uśmiech politowania, ale powiadam, że ICARUS WITCH świetnie to wyważa. Glamowego blichtru i kiczu nie ma, "przebojów" i "balladek" nie stwierdzono, jest OK. Nawet cover DEF LEPPARD "Mirror Mirror" z gościnnym udziałem samego Joe Lynn Turnera (eks-wokalista między innymi DEEP PURPLE, RAINBOW czy zespołu Yngwie Malmsteena) ma w sobie dużo pałera, a wieńczący całość spokojny kawałek "Smoke & Mirrors" to taka lepsza strona WHITESNAKE. Obok typowych heavymetalowych "patatajów", które mkną do przodu, panowie pokazują też bardziej epicką stronę swojego grania i tu dobrym przykładem mogą być "The Sky Is Falling", "House of Usher" czy "Afterlife". Część muzyków ICARUS WITCH ma za sobą kilka lat grania zbliżonej muzyki w bliżej mi nieznanym INVID, jednak nie ma to moim zdaniem większego wpływu, bo "Songs For the Lost" brzmi solidnie, świeżo i nowocześnie, a przy tym przywołuje miłe wspomnienia u takiego starego pierdziela jak ja. Dobrze, że nie wszyscy silą się na imitowanie modnych germańskich załóg spod znaku gay/power metalu i nawiązują do znacznie ciekawszych i bardziej klasycznych wzorców. Co z tego, że Amerykanie nie pojawią się nigdy w MTV czy innej muzycznej stacji, jeśli grają tak, jak powinien brzmieć autentyczny heavy metal? Włoskie Cruz Del Sur Music miało do nich nosa, a ja jestem naprawdę pod wrażeniem tego albumu!
ocena: 8,5/10
www.cruzdelsurmusic.com
www.icaruswitch.com
www.myspace.com/icaruswitch
www.sklep.metalmundus.pl
autor: Diovis


IGNITOR - "Road of Bones"
(CD 2007 / Cruz Del Sur Music & Metal Mundus)
Ze sporym zaskoczeniem odnotowałem fakt, że wokalistką IGNITOR jest urzekająca swoim niebiańskim głosem w AUTUMN TEARS Erika Swinnich. Odeszła od tamtego zespołu już kilka lat temu i odnalazła się w grającej bardzo tradycyjny heavy metal formacji IGNITOR. "Bardzo" to tutaj istotne słowo, bowiem "Road of Bones" to jakby hołd złożony archaicznej postaci tego gatunku, a jednocześnie album, który równie dobrze mógł się ukazać jakieś 20 lat temu albo jeszcze dawniej. Aż dziw, że udało się to tak dobrze grupie ludzi, z których każdy jest jakby z innej bajki. Basista Brendon Bigelow pogrywał w deathmetalowym DEATH OF MILLIONS, wspomniana Erika w neoklasycznym AUTUMN TEARS, gitarzystka Annah Moore (obecnie już ex-, tak jak i Erika, która postanowiła odejść po nagraniu debiutanckiego albumu lub jej podziękowano... zresztą to chyba nie tak istotne) w CV nie ma żadnych istotnych osiągnięć i jedynie wioślarz Batlord ma za sobą wieloletni staż w rock ?n rollowo-heavymetalowej formacji THE AGONY COLUMN. A jednak udało im się razem zagrać kawał ognistego i cholernie staroświeckiego heavy metalu, którego nawet nie próbowali ozdobić niczym co powstało dalej niż w 1985 roku. Nie znajdziecie tu więc niczego ponad muzykę, którą rozpropagowały zespoły New Wave of British Heavy Metal, plus żeńskie wokale, które z braku laku i tak będzie się porównać do tych Doro Pesch z WARLORD, bo jakoś nigdy tak specjalnie panie nie rwały się do śpiewania w heavymetalowych bandach. Erika może nie jest genialną frontmanką, ale a "Road of Bones" nie odstaje od całości i można rzec, że wykonała swoją działkę w sposób, jakiego można było się spodziewać. Pokrzykuje, pojękuje, trzyma się linii melodycznej i o ile grali koncerty, przykuwała uwagę zebranych pod sceną samców, ale taka jest rola wokalisty w heavymetalowej kapeli, więc nie dziwota. A sama muzyka... cóż tu jeszcze dodać? Jeśli komuś nie dość tradycyjnego metalu lub wychował się na Ironach, Judasach, Saxonach i tym podobnych, to znajdzie tu tamten klimat, tamte patenty i tamto "coś", co chyba nigdy nie przestanie fascynować zwolenników mocnego gitarowego grania. Podziwiam wydawcę, jakim jest Cruz Del Sur Music, że w czasach, gdy inne rzeczy są modne, postanowił zainwestować w IGNITOR i wcale nie krzyczy w reklamach, że na przykład ładna laska jest na wokalu, a ta płyta jest nie gorsza niż "Power And Glory", "The Number of the Beast" czy "Screaming For Vengeance". Bo nie jest dużo słabsza, a amerykańska ekipa pozwoliła sobie nawet na hołd dla niemieckich fanów w postaci zaśpiewanego przez Erikę po niemiecku "Reinheitsgebot". A w sytuacji, gdy skład uległ (mimo wszystko) drastycznej zmianie nie wiadomo, czy przypadkiem dzięki temu płyta nie przejdzie do historii klasycznego metalu...
ocena: 7,5/10
www.myspace.com/ignitor
www.cruzdelsurmusic.com
autor: Diovis

INDEX   I   [1  2]