| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   M   [1   2  3   4   5   6]  


MALICE - "Symphony of Darkness"

(CD 2009 / Metal Scrap Productions)

Chyba do końca życia tajemnicą pozostanie dla mnie to, dlaczego ktoś postanowił zainwestować w bardzo staranną płytową reedycję stareńkiego, bo wydanego w 2001 roku na kasecie, debiutanckiego materiału MALICE. Nie wydaje mi się bowiem, żeby zespół ten miał kultowy status na ukraińskiej scenie black metalowej, a i zawartości "Symphony of Darkness" nawet będąc mocno pijany nie nazwałbym wybitną. Może jednak się mylę, a może po prostu Anatolijowi z Metal Scrap ten materiał się podoba. Bo mi?również. Tyle, że wedle konceptu inżyniera Mamonia z "Rejsu", czyli "mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem". A to, co zawarte zostało na "Symphony of Darkness", słyszałem wielokrotnie w wykonaniu DIMMU BORGIR z okresu zapoczątkowanego płytą "Enthrone Darkness Triumphant". I nawet nie będę próbować szukać jakichś innych odniesień, bo w przypadku MALICE skojarzenia są tak jednoznaczne, że aż bolesne. Nie zamierzam również rozpisywać się o złowieszczo - romantyczno - podniosłym klimacie, przestrzennych pasażach, skrzekach wokalisty itd., bowiem chyba nawet najwięksi wrogowie "burgerów" musieli słyszeć "Enthrone? czy inny "Godless Savage Garden". A członkowie ukraińskiej kapeli są bardzo sprawnymi kopistami i nie zmienia tego faktu nawet ani nieco naiwna gra klawiszowca, ani - z upływem kolejnych utworów coraz bardziej irytujące - brzmienie automatu perkusyjnego (chyba tylko głuchy uwierzyłby, że wymieniony w booklecie niejaki Raven naprawdę bębnił na tej płycie). Jedyną charakterystyczną cechą symfonicznego black metalu w wydaniu MALICE są niektóre, heavy metalowe, niemal klasyczne partie gitarowe, które obniżają poziom agresji "Symphony of Darkness", ale też pozytywnie wpływają na jej różnorodność. To oczywiście duuuużo za mało, by zachwycić się tą muzyką, która w gruncie rzeczy ma jedynie wartość archiwalną. Nie będę jednak obłudny: słuchanie tego krążka sprawiło mi przyjemność, co chyba wynika z mojej słabości do płytowych "wykopalisk". Albo - to już dużo mniej optymistyczna wersja - będę musiał poszukać wśród swoich przodków inżyniera Mamonia?

ocena: 6/10
http://metalscrap.org.ua
www.myspace.com/metalscraprecords
autor: Semi


MANEGARM - "Nattvasen"

(CD 2009 / Regain Records & Mystic Production)

Gdyby moja żona pisała tę recenzję, zawartość superlatyw w tekście byłaby z pewnością dużo większa, a i ocena ciut wyższa?Na nieszczęście szwedzkiego kwintetu jednak jestem dużo mniejszym zwolennikiem folk metalu niż moja lepsza połowa. Nie jestem uprzedzony. Nie wymiotuję na sam widok ekipy określającej w ten sposób swój styl. Również słowo "viking" nie budzi u mnie mdłości gdy poprzedza zacne hasło "metal". Nie wiem, może słuchając "Nattvasen" miałem zły dzień?Może Tomas Forsberg podniósł w swych dokonaniach poprzeczkę na tyle wysoko, że większość tego, co mieści w sobie rzeczona konwencja z nalepką "viking" wydaje mi się mocno banalne. Może wspomnianego folkloru było ostatnio zbyt wiele w głowach co poniektórych rodaków naszych szanownych i po prostu się on przejadł?nie wiem. Wiem natomiast na pewno, że muza, która teoretycznie powinna mnie rozruszać, żadnych większych emocji u mnie nie wywołuje. Propozycja MANEGARM to kawałek sprawnie zagranego i nienagannie brzmiącego viking/folk metalu. A słowo metal ma w ich przypadku przypisane takie znaczenia jak black, power, a niekiedy thrash. Sporo się tu dzieje. Są szybsze fragmenty, ciekawe solówki, odpowiednie "efekty specjalne" w postaci przeróżnych odgłosów. Nie zabrakło miejsca na przyjemne zwolnienia, które zgrabnie równoważą te bardziej energiczne momenty. Wszystko to jest jednak w tym przypadku, jak się okazuje poniekąd "psu na budę", albowiem bardzo niewiele z tych fajerwerków wynika. To nie jest zła muza i z całą pewnością znajdzie swoich zwolenników. Problem polega jednak na tym, że takie granie powinno cechować się przede wszystkim chwytliwością. "Nattvasen" puszczony z samego rana winien sprawić, iż rytualny kubek kawy będzie w stu procentach zbędny, a człowiek naładowany pozytywną energią, rozchyliwszy zasłonki przeciągnie się z uśmiechem na ustach i pełen niezbędnych sił witalnych, przywita nowy dzień. Już od pierwszych dźwięków zapachniało tu przezajebistym jak dla mnie "Skyforgerem", czy starszymi dokonaniami kolegów z Finlandii. MANEGARM to jednak żaden AMORPHIS. Bo o ile ci drudzy są w kwestii klecenia wyśmienitych melodii wręcz doskonali, o tyle piątka Szwedów nie koniecznie. Nie jest to co prawda album pozbawiony ujmujących momentów. Druga połowa czwartego na płycie "I den Svartaste Jord" może się podobać. Chóralny zaśpiew otwierający album w utworze "Mina Fäders Hall" bardzo ładnie wprowadza nas w klimat krążka i całkiem ciekawie współbrzmi z powerową galopadą, jaka z niego wypływa. Blackowy wyziew w "Vetrarmegin" też niczego sobie. Brzmi to jednak dla mnie w sposób płaski, pozbawiony należnego ładunku emocjonalnego, radości z grania. Odniosłem dość nieprzyjemne wrażenie, że to dźwięki wymuszone. Zupełnie jakby MANEGARM grał folk metal, żeby grać folk metal. A powinien to robić przede wszystkim po to, by wprowadzać w klimat. Słuchając takich płyt człowiek powinien czuć na swej skórze zimny powiew skandynawskiego wiatru i rozsadzający go od środka pogański, barbarzyński zew. Ja tymczasem nie odnotowałem żadnych większych uniesień, a w materiale skupionym na "Nattvasen" nie znalazłem żadnych właściwie emocji, jakimi kipią płyty wspomnianych wyżej wykonawców. Rzecz jasna nie warto ich przekreślać. Tym bardziej, że tak jak wspomniałem - nie hołduję za specjalnie takim klimatom, więc fani folk metalu mogą się w tym odnaleźć. Mnie jednak album nie powalił, stąd udawał, że to genialny według mnie album nie będę. Nawet jeśli technicznie, czy teoretycznie wszystko tu siedzi na swoim miejscu.

ocena: 5/10
www.manegarm.com
www.myspace.com/manegarm
www.regainrecords.com
autor: Kępol


MAQAMA - "Maqamat"

(CD 2009 / Sahra Records & Antena Krzyku & Opensources)

W mniemaniu niektórych osób polski rock to albo weterani pokroju PERFECT, LADY PANK czy BUDKI SUFLERA, albo miałkie granie w stylu COMY, lub jakiś pokraczny pop z gitarami, co z kolei nasuwa na myśl FEEL i inne "gwiazdki". Tymczasem gdzieś na obrzeżach działa kilka kapel, które na pewno nie pojawią się w stacjach radiowych i kolorowych czasopismach, bo ani nie grają przyswajalnych dźwięków, ani nie wzbudzają sensacji różnymi PR-rowskimi zagraniami. MAQAMA to świetny przykład, że można poruszać się w ramach rocka, ale przy tym wykraczać poza pewne schematy. Grupa powołana do życia przez Kamila Haidara (SHAHID), Krisstala i Podgoora z FROGOFF oraz Tomka Krzemińskiego (NEUMA) mieści się w kanonie transowego rocka, w którym liczy się prostota, ale przede wszystkim stopniowo budowana dramaturgia, odpowiedni klimat, a sekcja rytmiczna działa na równych prawach co gitara prowadząca. Przypomina to z jednej strony podejście TOOL i A PERFECT CIRCLE, a z drugiej cały nurt przestrzennego post-rocka. MAQAMA nie bawi się jednak w rozwlekłe formy muzyczne i w istocie rzeczy to po prostu trudniejsze w odbiorze piosenki, wzbogacone o różne ozdobniki, często o orientalnej proweniencji. Wokalista Kamil Haidar ma we krwi arabskie pochodzenie i da się to odczuć w różnorakich melodiach oraz użytych tu i ówdzie instrumentów, na których gościnnie gra Maciej Cierliński. Motywy grane na oud i lirze korbowej, ale też gitarowe zawijasy oraz rytmiczne przeszkadzajki jednoznacznie kojarzą się z pustynnym krajobrazem, a czasem z hałasem ulicznych targowisk gdzieś na Bliskim Wschodzie czy na północy Afryki. Najmocniej jest to zaakcentowane w "Darfur", który przenosi nas w gwarne i skwarne południe gdzieś na Saharze, gdy życie trwa najlepsze pomimo lejącego się z nieba żaru, a muezzin nawołuje wiernych do zbierania się na modły. Jeśli ktoś czytał na przykład "Pielgrzyma" Paolo Coelho, to zrozumie o co chodzi w utworach z CD "Maqamat". Z żalem odnotowałem, że MAQAMA poddaje się też temu pozornemu wznoszeniu się i opadaniu gitarowych riffów oraz budowie utworów w stylu COMY, bo przez to chwilami zatraca się ten orientalny, afrykańsko - bliskowschodni klimat i duszna klaustrofobiczność rodem z płyt TOOL'a. W tym ostatnim udaje się czwórce muzyków odnaleźć się w pełniejszy sposób, a przykłady to numery "Ile Sił", wspomniany "Darfur", "Kartki Na Wietrze", "Opium" oraz zamykający płytę, najdłuższy "Tears". Summa summarum mamy tu do czynienia z kawałkiem ambitnego rocka, dalekiego od tłoczonej przez stacje radiowe i telewizyjne hektolitrami papki i nieznośnej chałtury budowanej na dennych schematach.

ocena: 8/10
www.maqama.pl
www.myspace.com/maqamapl
autor: Diovis


MERCILESS DEATH - "Sick Sanctities"

(CD 1993 - 2009 / Thrashing Madness)

"Sick Sancities" to ostatni przystanek w historii MERCILESS DEATH. Chyba najmniej znany, ale i najmniej ciekawy. W zespole nie działo się najlepiej i po będącym kompromisem między klasycznym i jadowitym thrash'em "Eternal Condemnation" oraz thrash'owo - death'owym "Holocaust" powstał materiał wymuszony, pozbawiony czadu i pierwotnej energii, za to nieco przekombinowany i idący na fali ówczesnej mody na death metal. Tak wykończył się swego czasu DRAGON, parę innych pomniejszych kapel też. Ale wbrew pozorom, "Sick Sanctities" nie jest krążkiem słabym. Chwilami ma w sobie odpowiednią dawkę mocy i mroku, w utworach pojawiają się ciekawe motywy, gwałtowne zmiany tempa lub szaleńcze solówki gitarowe. Da się wyczuć, że zespół szarpie się gdzieś między jazdą w stylu niezapomnianych płyt POSSESSED, pokłosiem wczesnych albumów SLAYER'a i nowoczesnym (w owym czasie oczywiście) spojrzeniem na death/thrash (REVENANT się kłania dla przykładu) oraz wręcz death metalowymi przebłyskami a la OBITUARY. MERCILESS DEATH potrafi się czasami rozpędzić i wtedy jest ten ogień i siara z ich "jedynki" czy fragmentów "Holocaust", lecz po chwili zaczyna zwalniać, kombinować i zapętlać się. Zupełnie niepotrzebnym (choć w małych dawkach bardzo interesującym) patentem jest na przykład stosowanie partii akustycznych gitar, które wyskakują jak diabeł z pudełka, ale sam początek (w istocie rozwlekły) pierwszego na płycie, instrumentalnego "The Sanctuary" jest totalnym przegięciem. Rozumiem, że muzycy nie chcieli stawać w miejscu i grać w kółko tego samego i że ich umiejętności były dużo większe niż kilka lat temu, lecz mimo wszystko nie wyszło to tak, by pozostawić po sobie niezapomniany ślad. Może w mniemaniu niektórym za bardzo kręcę nosem na ten materiał, za bardzo się czepiam, ale zwróćcie uwagę, że nie czepiam się brzmienia, które i tak dla tych, którzy są wychowani na wycyzelowanych studyjnych produkcjach z ostatnich kilku lat będzie trudne do zniesienia, choć jako człowiek, który śledził na bieżąco ówczesne wydawnictwa uważam, że jak na te warunki, w jakich mogły nagrywać wówczas polskie kapele, sound jest całkiem niezły.

Oprócz materiału z "Sick Sanctities" na dysku znalazły się cztery koncertowe nagrania zarejestrowane w Szczecinie, które o dziwo brzmią całkiem dobrze. Warto też zwrócić uwagę na konferansjerkę wokalisty, która różni się od tego, co proponują obecnie polskie kapele. Jest sporo informacji, swoiste wywody na życiowo - muzyczne tematy, drobne odniesienia do tekstów i patriotyczne (czytaj: szczecińskie) pokrzykiwania w stronę fanów. Z kolei po wrzuceniu dysku do kompa znajdziemy tam multimedialny bonus w postaci polskiego tłumaczenia trzeciej, ostatniej już części biografii MERCILESS DEATH, teksty oraz koncertowe video z występu w szczecińskich "Kontrastach", które na moim sprzęcie - nie wiedzieć czemu - odtwarza jedynie ścieżkę audio.

Tak czy siak, należy się wielki pokłon Leszkowi z Thrashing Madness Records za odświeżenie tego materiału. A w zapowiedziach tej firmy kolejne rarytasy... a więc bądźcie czujni!

ocena: 6,5/10
www.myspace.com/mercilessdeathpolska
www.thrashing-madness.pl
autor: Diovis


MOLOCH LETALIS - "Apoteoza Śmierci"

(MC 2009 / Hell Is Here Productions)

Zwykle mam problem z zespołami typu MOLOCH LETALIS. Z zespołami, które ponoć wszystko mają w głębokim poważaniu. Bynajmniej takie wrażenie możemy odnieść po bezpośredniej konfrontacji z twórczością owych kapel. Z twórczością, która od pierwszych sekund odpycha swoistą brzydotą i nieprzyswajalnością. Problem polega na tym, że MOLOCH LETALIS, jak również znakomita większość black metalowych bandów, tonie w przeciętności, która niebezpiecznie infekuje dzisiejszą scenę. Owszem, czerpanie wzorców od najlepszych w dziedzinie jest nieuniknione, lecz cały czas twierdzę, że należy robić to bezpiecznie. Postarać się zbudować na tym fundamencie coś własnego. Natomiast materiał zawarty na "Apoteozie Śmierci" jest, taki bezpieczny i zachowawczy. Brakuje zęba i piekła. Brzmi to co prawda trywialnie, ale to są najtrafniejsze słowa, potrzebne do opisania tego, co dzieje się na pierwszym długograju wrześnian. Całość "wygląda" jak DARK FUNERAL i WATAIN na jednej scenie, okraszone bidnym death metalowym brzmieniem rodem z demówek. Resztę dośpiewacie sobie sami...

ocena: 3/10
www.myspace.com/molochletalis
http://moloch.metal.pl
autor: Narmer


MOUGA - "The God & Devil's Schnapps"

(CD 2009 / Mystic Production)

Ten pochodzący z Tarnowskich Gór zespół ma na swoim koncie już kilka znaczących osiągnięć, m.in. dostanie się do finału Knock Out Festival. "The God & Devil's Schnapps" jest ich debiutem i od razu muszę przyznać, że bardzo mocnym debiutem.

Już po pierwszym przesłuchaniu płyty od razu postanowiłem odsłuchać materiał ponownie. Świeżość i melodia oraz mocne gitary tworzą ciekawe połączenie. MOUGA prezentuje świeże spojrzenie na muzykę, poruszając się swobodnie na wielu płaszczyznach muzycznych. Począwszy od melodyjnego emo core, przez metal, aż do typowo rockowych zagrywek. I trzeba od razu przyznać, że nie jest to tylko muzyka melodyjna, ale również podparta ciekawymi zmianami rytmu i rozwiązaniami aranżacyjnymi.

Kapela już od pierwszego kawałka serwuje nam pełną melodii muzykę, której miło się słucha na początek dobrego dnia :) MOUGA to młodzi ludzie chcący tworzyć muzykę w stylu melodyjnego metalu z elementami core. "I Can Cold" jawi nam się jako miła dla ucha balladka w średnim tempie z melodyjną gitarką w tle. Na uwagę zasługuje wokalista, jego barwa głosu i umiejętność wykorzystania go na tej płycie, nadając utworom specyficzny ciepły i melodyjny charakter. Pozostali muzycy również wykazują się grą pełną finezji i polotu. "Don't Look Down" od samego początku podrywa słuchacza wspaniałym riffem, no i wokalem, który sprawnie lawiruje pomiędzy melodyjnym i krzykliwym wspieranym przez chórki. Materiał jest doskonały na słabe dni - melodyjność i rytmika tego materiału powoduje, że nie można przejść obok niego obojętnie.

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/mougaspace
www.mystic.pl
autor: Peter




MR DEATH - "Detached From Life"

(CD 2009 / Agonia Records)

Czy ktoś jeszcze pamięta takie nazwy jak TREBLINKA i EXPULSION? W pierwszym z nich zaczynał swoja drogę muzyczną nie kto inny, jak Johan Edlund z TIAMAT. A co nazwy te mają wspólnego z MR DEATH? Otóż basista i gitarzysta postanowili kontynuować to co zaczęli w TREBLINCE. Szwedzki death metal w jak najbardziej oldschoolowym wydaniu z chropowatym brzmieniem to obraz tego co możemy spodziewać się po MR DEATH. Założenie jest jedno - grać ostro, z chamskim brudnym brzmieniem na szwedzką nutę. Tak, panowie i panie, tak grało się kiedyś death metal. MR DEATH nie przekazuje nam jakiś nowatorskich rozwiązań używając nowoczesnych brzmień, tylko przenosi nas w lata 90-te, kiedy to death metal święcił triumfy. Nie wiem, czy w takiej formie może on coś jeszcze wnieść do muzyki, czy też pozostanie miłą pamiątką dla tych, dla których death metal lat 90-tych pozostanie długo jeszcze w pamięci. Ja niestety nie jestem tak sentymentalny i kilkukrotne przesłuchanie MR DEATH w zupełności mi wystarczy.

ocena: 6/10
www.mrdeath.se/detachedfromlife
www.myspace.com/misterdeathsweden
www.agoniarecords.com
autor: Peter




MASTIPHAL - "Damnatio Memoria"

(2 CD 2009 / Witching Hour Productions)

Dobrze się stało, że Witching Hour Productions wznowiło wszystkie stare nagrania MASTIPHAL w postaci jednego, podwójnego wydawnictwa. Nie tylko dlatego, że zdecydowały o tym względy marketingowe, bo ten zespół niedawno wznowił działalność i warto wprowadzić tych nie znających twórczości tego bandu w to, czego mogą się spodziewać się w 2010 roku lub przypomnieć, jak grali lat temu kilkanaście, ale z prozaicznej przyczyny, że są one już od jakiegoś czasu praktycznie niedostępne. Dołożę do tego jeszcze taką anegdotkę z mojego własnego życia (co pewnie pokryje się z odczuciami paru innych osób). Otóż, pamiętam jak dziś zakup kasetowego wydania materiału "For a Glory of All Evil Spirits, Rise For Victory". Fajna muza, ale dźwięk na kasecie chwilami "pływał" i nie nastrajało mnie to w żaden sposób pozytywnie. Nie był to rzadki przypadek, gdy jakość taśm pozostawiała do życzenia, chociaż ja akurat miałem to szczęście, że takie sytuacje nie były aż tak częste, a istniała możliwość wymiany kasety na tą samą u gościa, u którego się je kupowało. Ale dość już tych wspominek. Po latach słychać zalety i wady muzy MASTIPHAL. Zacznę od wspomnianego pełnego albumu "For a Glory of All Evil Spirits, Rise For Victory", nagranego w 1995 roku, a który wypełnia dysk nr 1 "Damnatio Memoria". Flauros wraz z kolegami odeszli na nim na dobre od surowego black metalu, poszerzyli instrumentarium o masywne, wyraziste partie klawiszy (w tym pojawiające się tu i ówdzie dźwięki pianina) i poszli za głosem wielu innych rówieśników. Plusem jest to, że mieli na to pomysł, kawałki są przemyślane, rozbudowane, sporo w nich ciekawych melodii, rozwiązań i całkiem przyzwoitego jak na owe czasy brzmienia. Wyczuwalne są inspiracje pierwszymi albumami EMPEROR i CRADLE OF FILTH, ale w połowie lat 90-ych było to zwyczajnie nieuchronne. Co do minusów, to MASTIPHAL biednie wypada w momentach, gdy klawisze są wycofane, a gitarzysta, basista i perkusista starają się naparzać ile wlezie, usilnie chcąc dowieść, że nadal są wierni ideom DARKTHRONE i im podobnych. Wyłazi wówczas niemoc aranżacyjna i chociaż ktoś powie, że to "kult", to wprawne ucho usłyszy pewne niedociągnięcia. Mimo to warto posłuchać tej płytki dla takich numerów, jak tytułowy, "Winds of Stakes" i "Aim", a nawet tych bardziej melancholijnych kawałków w rodzaju "Tęsknota Czasów Minionych" i "Nad Jeziorami Myśli Nieśmiertelnej", opartych głównie na klawiszach, a które posiadają specyficzny klimat wzbogacający pozostałe fragmenty tego albumu.

Dysk nr 2 ma już głównie wartość historyczną i kolekcjonerską. Mamy tu nieśmiałe kroczki początkującego zespołu w postaci ich demo "Sowane Profane Seed" z 1994 roku, na którym klawisze już odgrywają całkiem sporą rolę, dwa numery z ostatniego wydawnictwa nagranego pod szyldem MASTIPHAL, czyli "Promo '96" oraz już czysto ciekawostkowe, koncertowe kawałki z koncertu w Lublinie z 1994 roku. Największą uwagę warto zwrócić na nagrany już w trio i bez klawiszy utwór "Summoned Howling", który znalazł się na wydanym przez Full Moon Productions "A Tribute To Hell: Satanic Rites" oraz zagrany w niezwykle agresywny sposób cover KAT "Mag Sex" (MASTIPHAL nagrał go z myślą o niezwykle ciekawym trybucie Pagan Records - "Czarne Zastępy: W Hołdzie KAT"). Coś mi się zdaje, że nowe oblicze tego katowickiego zespołu będzie bliższe takiej właśnie muzie, bo jak by nie patrzeć, Flauros realizuje się w tej bardziej klawiszowej formule black metalu w DARZAMAT.

Nie sposób nie wspomnieć o imponującym wydaniu "Memoria Damnatio" w postaci kilkuczęściowego digipaka z książeczką, w której znaleźć można pełną biografię grupy, kilka archiwalnych zdjęć i teksty. Wadą jest, że booklet umieszczono tak, że sztuką jest wyciągnięcie go ze środka w ten sposób, by go nie przytrzeć lub pogiąć. Oceny nie wystawiam, ale napiszę tak: WARTO KUPIĆ!

ocena: -/10
www.myspace.com/mastiphalofficial
www.witchinghour.pl
autor: Diovis




MAIM - "From the Womb To the Tomb"

(CD 2009 / Soulseller Records)

Z pozoru nic niezwyczajnego. Kolejna młoda kapelka ze Szwecji, która bezpośrednio nawiązuje do stareńkiego death metalu sprzed prawie dwóch dekad. Prymitywistyczna rysunkowa okładka, śpiewanie o umarlakach, krwi, zombiakach i innych okropieństwach, muza w stylu "starej Szwecji", wczesnego DEATH i AUTOPSY... Wydawać by się mogło, że inni przed nimi robili to lepiej i osiągnęli coś więcej. Ale, ale! MAIM działa dopiero od 2006 roku, a już udało im się załapać o co chodziło w death metalu. Brudne, obskurne, ale przy tym czytelne brzmienie może i kilku innym kapelom udało się uzyskać, ale w ich wykonaniu jest to tak naturalne, jak dla każdego z nas pójście do sracza ;) Nie wiem gdzie nagrywali, ale sound jest taki, że nie zdziwiłbym się, gdyby kolesie mieli prywatny wehikuł czasu i zdołali przekonać do siebie któregoś z ówczesnych (początek lat 90-ych) podziemnych producentów. Żadnych technicznych wynalazków, po prostu grobowy klimat i dużo "śmiertelnej" energii. MAIM nagrywa kopiące w ryło, bezpośrednie i chwytliwe kawałki, kiedy trzeba zwalnia i te doły rodem z pierwszych płyt AUTOPSY są iście zabójcze. Zresztą nieliczne solówki też. Nawet nagranie przez nich "Ridden With Disease" poszło im nadzwyczajnie łatwo, a Chris Reifert w ramach podziękowania i integracji powinien ich zaprosić do Stanów na gorzałę. A przy okazji na koncerty. Niech załapią bakcyla bardziej, bo takie kapele, jak MAIM mogą spokojnie pociągnąć oldskulowego ducha dalej i sprawić, że parę osób wyrzuci do kibla słodkie cacka wydawane przez molochy wydawnicze i zacznie słuchać prawdziwego metalu. No to ruszcie dupska i zapolujcie na ten krążek! Bo inaczej ta kobieta-zombi z okładki wysra Was ze swojego łona prosto do czarnego i śmierdzącego grobu... ;)

ocena: 9/10
www.myspace.com/maimdeathmetal
www.soulsellerrecords.com
autor: Diovis




MARDUK - "Wormwood"

(CD 2009 / Regain Records & Mystic Production)

Przyznaję się, że nie jestem zagorzałym sympatykiem MARDUK. Niektóre ich albumy przykuły moją uwagę na więcej niż kilka dni, inne odłożyłem po drugim czy trzecim przesłuchaniu i nigdy do nich nie powróciłem. Najwięcej czasu poświęciłem świetnemu przykładowi, jak można zagrać szybko, bezkompromisowo i jednocześnie świeżo, czyli "Panzer Division Marduk". Uderzenie to odczuł niejeden fan black metalu i ta płyta stanowi już istotną część kanonu tego gatunku. Wraz z "Plague Angel" zaczął się nowy rozdział w historii szwedzkiego komando. Zmienił się zasadniczo skład, zdecydowane dowództwo przejął gitarzysta Morgan Steinmeyer Hakansson, który - mam takie nieodparte wrażenie - utracił umiejętność pisania przejrzystych i charakternych kawałków, a niemoc swoją chce już od kilku płyt przykryć przemieszaniem szybkich i cięższych numerów oraz chorobliwymi wokalizami Mortuusa. Na takim schemacie jest zbudowany również "Wormwood". Po diabelnie szybkim "Nowhere, No-One, Nothing" (czy tylko ja słyszę tutaj motywy praktykowane przez BEHEMOTH?) następuje zeschizowany, powolny i mistyczny "Funeral Dawn", a po niezwykle mocno kojarzącym się z najszybszymi numerami MAYHEM "This Fleshly Void" i ni to interludium, ni to eksperymencie w postaci zbudowanego na rytmie bijącego niekończące się godziny zegara "Unclosing the Curse" MARDUK zrywa się do ataku łączącego szybkie tempo z ekspresyjnymi przebitkami w "Into Utter Madness". W tym ostatnim numerze wokalista Mortuus oddaje pole walki przez dłuższą część mało wyrafinowanym i powtarzającym się bez końca gitarowym motywom, a na końcu pozostaje już tylko linia basu. Czy tylko ja uważam, że MARDUK'owi zaczyna pomału brakować pomysłów i ekstremizm jest tylko przykrywką dla tego artystycznego kryzysu?... Marazm pogłębia się w nijakim i nie wiadomo po co aż sześciominutowym "Phosphorous Redeemer", który jest znowu wariacją na temat starszych dokonań i necro-klimatu MAYHEM. Pomimo szwedzko brzmiących gitarowych leadów cały czas mam odczucie, że MARDUK wskakuje w buty swoich nieco starszych norweskich kolegów. Następny na płycie, znowu ponad 6-minutowy "To Redirect Perdition" posiada wadę wielu innych utworów MARDUK - jest monotonny, choć nie od dziś wiadomo, że w wolniejszych numerach jest całe pole do popisu dla wszystkich muzyków. "Whorecrown" i "Chorus of Cracking Necks" to z kolei powrót do sprawdzonej formuły szybkiego i gęstego grania w starym Mardukowym stylu. Tu przynajmniej nie razi ani nadmierna monotonia, ani przekombinowanie, bo tych elementów zwyczajnie nie ma. Na koniec jeszcze obskurny i zagrany w niedbały sposób i bez obróbek studyjnych "As a Garment" i... mam naprawdę mieszane wrażenia co do "Wormwood". A Wy?

ocena: 5/10
www.marduk.nu
www.myspace.com/truemarduk
www.regainrecords.com
autor: Diovis




MARKIZ DE SADE - "Zdeptani"

(Demo-CD 2009 / Beyond the Grave Records)

Powroty różnych zespołów działających przed laty może i są fajne, ale często przemawia za tym wyczajenie panującej na taką muzę koniunktury lub przypomnienie sobie, jak to kiedyś było... To drugie jest fajniejsze, bo zbiera się grupa kolesiów, dołącza do nich najczęściej jakaś młodsza gwardia i grają sobie na próbach, a potem coś nagrywają. Tak właśnie zrobiła białostocka heavy metalowa kapela MARKIZ DE SADE. Bo nie podejrzewam, by ich comeback miał na celu zarobienie kasy ;). Na taki PR-owski chwyt mogą sobie pozwolić różne powracające zza grobu kapele z Westu, podczas gdy Krzysztof "Mały" Hofer i Andrzej "Ojciec" Mrowiec byli znani w latach 80-ych głównie na swoim lokalnym podwórku. Zresztą poza jedną oficjalnie znaną demówką z 1985 roku nie pozostawili po sobie śladu i tylko dzięki Metal Jeers swego czasu dali o sobie przypomnieć, gdy nie istniejąca już firma wypuściła płytowe kompendium wiedzy o scenie metalowej Białegostoku i okolic, a w tym zestawie były nagrania i tej grupy. Teraz MARKIZ DE SADE ruszyło już samemu, nagrywając u Pierścienia (INCARNATED, DEAD INFECTION) kwadrans nowej muzy. Tak na dobrą sprawę to tylko dwa autorskie numery, krótkie intro i dość zaskakujący cover utworu śpiewanego ongiś przez Sławę Przybylską - "Chłopcy z tamtych lat". Jakieś skojarzenia z QUO VADIS? Ano tak, tym bardziej, że muzycznie też można doszukać się podobieństw z tym thrash'owym obliczem szczecińskiej legendy, która jakoś ostatnimi czasy nie może się odnaleźć na obecnej scenie. MARKIZ DE SADE gra jednak bardziej klasycznie, opierając swoje utwory na tradycyjnych heavy metalowych riffach, czasem tylko pozwalając sobie na oldskulowe, thrash'owe przyśpieszenie, jak na przykład w kawałku "Zdeptani" czy we wspomnianej przeróbce. Lekka chrypka w głosie wokalisty Edwarda Żędziana, motoryczne bębnienie świeżej krwi w zespole w postaci Macieja Dolchinki z EFFECT MURDER, gitarowe rzeźbienie Krzysztofa Hofera i Arka Maślanki... wszystko przepisowe, dobrze brzmiące, ale ja jednak poczekam na jakiś dłuższy materiał. Oby tylko nie był to jednorazowy wyskok, bo dobrze by było mieć w naszym kraju parę takich starych, powracających kapel, które mogłyby wskazać drogę młodzieży jak to kiedyś bywało... Na koniec dodam jeszcze, że zespół wydał tę płytę samodzielnie: jest tłoczony dysk, wkładka ze zdjęciem i tekstami...

ocena: 6/10
www.myspace.com/markizdesade
autor: Diovis




MENTAL DEMISE - "Final Step To Future Madness"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Jedno trzeba oddać tej ukraińskiej ekipie - nie dają zbyt wiele czasu na wytchnienie. Naparzają okrutnie ten death/grind w tradycyjnej formie, nie zapominając przy tym, że brzmienie musi być wyraziste, na równi traktujące okrutne blasty, pukający werbel, pomrukujący bas, cięcia gitar i dwa wokale (jeden growlujący, drugi wrzeszczący). Na czeski Obscene Festival warto ich zaprosić, bo tam nie brakuje takich kapel, a jedna więcej spoza Czech i Słowacji będzie niewątpliwą gratką. Bo prawda jest taka, że MENTAL DEMISE doskonale wpasowuje się w klimaty bliskie grind-core'owi w jego czystej postaci z death metalową brutalnością i używanymi tu i ówdzie różnymi wzmagającymi choróbsko oraz ekstremizm samplami. Jeśli chcecie mieć obraz, jak grają na "Final Step To Future Madness", to posłuchajcie sobie kogoś z tej listy (nazwy pierwsze z brzegu): HOUWITSER, PYORRHOEA, PARRICIDE i dorzućcie do tego szczyptę brzmień amerykańskich brutalistów. Ani na jotę od nich nie odstają stylistycznie, technicznie i brzmieniowo. Może poza trzema dodatkowymi, nieco gorzej brzmiącymi kawałkami pochodzącymi z demo "Consumation" z 2003 roku. Właściwie nic nowego, a i takie granie nie jest teraz w modzie, ale zawsze to miło czymś nowym, mniej znanym zabić sąsiadów ;) MENTAL DEMISE działa sobie gdzieś na uboczu od 14 lat, wielką ilością wydawnictw nie grzeszy, lecz generalnie nie dziwię się, że wielki miłośnik tego typu siekania i miażdżenia, jakim jest Dave Rotten z Xtreem Music zainteresował się tym materiałem i postanowić go podrzucić paru nowym fanom tego zespołu na całym świecie. Bo tacy się znajdą - w to nie wątpię.

ocena: 6/10
www.mentaldemise.com
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




MERCILESS DEATH - "Eternal Condemnation"

(CD 1987 - 2009 / Thrashing Madness)

W latach 80-ych, zwłaszcza w drugiej połowie tej dekady, szczecińscy metale siali postrach przy okazji różnych metalowych festiwali. Fakt, grupa maniaków z tego miasta była bardzo liczna, widoczna i na swój sposób zorganizowana. Wynikało to też pewnie z tego, że w Szczecinie funkcjonowała dość prężna scena metalowa. Obok QUO VADIS i EGZEKUTHOR grało tam również między innymi MERCILESS DEATH. Ci ostatni, z perspektywy czasu okazują się być drugą, równorzędną z EGZEKUTHOR'em siłą tamtych czasów w portowym mieście nad Zalewem Szczecińskim. Okazją do przypomnienia sobie (bądź poznania) ich nagrań są re-edycje, których wydania podjęło się Thrashing Madness. Na pierwszy rzut poszło debiutanckie demo "Eternal Condemnation" z 1987 roku, które muzycznie odeszło od klasycznego heavy granego przez tych samych muzyków jeszcze pod szyldem BLOODY PRINCE. Słychać tu przemożne wpływy wczesnego SLAYER'a ("Show No Mercy", "Hell Awaits"), KREATOR'a, POSSESSED, VENOM i DARK ANGEL. Oczywiście brzmi to stosunkowo ubogo (brakowało możliwości nagrania tego stuffu w profesjonalnym studiu) i więcej w tych dźwiękach pasji oraz chęci dorównania mistrzom niż rzeczywistych umiejętności. Na szczęście wspomniana energia i oddanie ekstremalnemu metalowi przekłada się na proste, buńczuczne i ostre jak żyleta kawałki, które świetnie oddawały bunt metalowej subkultury przeciwko wycyzelowanym i już ogranym dźwiękom popularnym w latach 80-ych. Nie każdy o tym wie, ale taka muza mimo trudnej sytuacji politycznej ("komuna") pojawiała się w radiu, między innymi w audycji prowadzonej przez Marka Gaszyńskiego i Krzysztofa "Krisa" Brankowskiego. MERCILESS DEATH też przewinęło się przez ten program. Również dzięki temu, że tu i tam organizowano festiwale i pomniejsze spędy metalowe, szczecińska ekipa mogła pokazać się szerzej, choć na przykład ze względu na "satanistyczne przesłanie" nie mogli zagrać na Metalmanii w 1998 roku, mimo że wygrali eliminacje. Można poczytać o tym (tekst jest w języku angielskim, po wersję polskojęzyczną odsyłam do ścieżki multimedialnej) we wkładce do płyty, gdzie znajduje się pierwsza część biografii zespołu obejmująca lata 1984-1989 i teraz, po 20 latach takie sytuacje pewnie mogą się wydawać nieco dziwne i niezrozumiałe. Pewnie paru fanów to odrzuci, jak i fakt, że MERCILESS DEATH brzmi na tym demo dość siermiężnie, ale tak to właśnie było. "Eternal Condemnation" w pierwotnej formie składało się z 7 numerów, tu zaś dorzucono jeszcze cover "Black Magic" SLAYER'a, te same 7 kawałków w wersjach z polskimi tekstami i nieznacznie różniących się w materii muzycznej oraz 5 utworów z występu na festiwalu w Jarocinie '88. Ta ostatnia część jest godna odnotowania, bo jakość nie jest aż tak zła i oddaje ducha starych koncertów pozbawionych teatralności i populizmu występów wielu obecnie modnych kapel. MERCILESS DEATH chciało zrobić rozpierduchę i ogólnie im to wyszło. Zagrali tu dodatkowo inny z kawałków SLAYER'a - "Postmortem". Już prawie na koniec należy się pewna osobista konkluzja na temat "Funny Fuckin' Up" (w wersji polskiej "Wesołe Popierdalanie"). Pamiętam, gdy w połowie lat 80-ych w zespole, w którym grałem też pogrywaliśmy na próbach różne motywy z naszych ulubionych utworów METALLIKI, IRON MAIDEN etc., z czego często wyłaniały się jajcarskie przeróbki z wtrętami ze "Zbójnickiego" czy polskich kreskówek. MERCILESS DEATH postanowiło swoje wygłupy nagrać i możemy usłyszeć jak fragment jednego z utworów METALLIKI zmienia się w "Koziołka Matołka" ;) Ech, to były za szalone i spontaniczne czasy!

PS. Multimedialny dodatek na dysku zawiera oprócz polskojęzycznego bio także obszerną galerię archiwalnych zdjęć z czasów BLOODY PRINCE i MERCILESS DEATH oraz teksty utworów.

ocena: 8/10
www.myspace.com/mercilessdeathpolska
www.thrashing-madness.pl
autor: Diovis




MERCILESS DEATH - "Holocaust"

(CD 1992 - 2009 / Thrashing Madness)

"Holocaust" to już późniejsza karnacja MERCILESS DEATH. Po niemal trzech latach od nagrania pierwszego demo grupa powróciła w odmienionym składzie, ale z równie wielką ochotą, by namieszać na krajowej scenie ekstremalnego metalu. Jak się okazuje, w owym czasie zazębiały się ze sobą losy Mercilessów i EGZEKUTHOR'a, co miało też przełożenie na roszady personalne i w pewnym sensie również na samą muzykę. Drugie demo to już nie tak szaleńczy atak, jak na "Eternal Condemnation", pomysły i sam styl stały się nieco bardziej przemyślane (co nie znaczy, że wygładzone), a i brzmienie, dzięki współpracy z akustykiem z prawdziwego zdarzenia, Markiem "Majówą" Szukało, już właściwie aspirowało do miana prawie profesjonalnej produkcji. "Holocaust" zaczyna się dość nieoczekiwanie spokojnym fragmentem zagranym w dużej mierze na gitarze bez przesteru, z czasem jednak przeistacza się w rytmiczny, choć nadal niezbyt agresywny kawałek "The Last Hour (Nuclear Holocaust)". Nie dziwi więc sugestia bossów TV Szczecin, by przy okazji promocji zespołu zagrali właśnie ten kawałek (efekt w postaci zaimprowizowanego występu w telewizji z wprowadzeniem muzyków na temat samego zespołu można znaleźć w części multimedialnej tego krążka - niektórych na pewno rozśmieszy to, że grali tam z playbacku, ale takie to były czasy...). Następujące po nim "Confunded", "Suicides", "Bloodthirstness", "Everything For Glory" i "The Curse of the Pharaons" to już jednak znacznie więcej pałera i patrząc na datę nagrania nie dziwi, że także więcej death metalowych wpływów. W owym czasie chyba nie było nikogo, kto nie byłby pod wrażeniem rozkwitającej dosłownie z dnia na dzień sceny death'owej. Dlatego obok dotychczasowych wpływów SLAYER'a czy POSSESSED da się odczuć fascynację DEATH, SINISTER czy MASSACRE, jednak często MERCILESS DEATH stawia na ciężkie, niezbyt szybkie granie. Poza głównym daniem tego wydawnictwa mamy tu też zamieszczone nagrania z koncertu na "Thrash Camp" w Rogoźniku w 1988 roku. Jakość nagrań nienajlepsza, ale za to wartość historyczna bezcenna. Po odpaleniu dysku w kompie oprócz wspomnianego fragmentu programu telewizyjnego mamy polskojęzyczną drugą część biografii MERCILESS DEATH, teksty i ciekawostkę w postaci złożonego z różnych zdjęć wspomnienia zmarłego nie tak dawno gitarzysty grupy, Jarosława Figaszewskiego oraz spisanych piórem Grzegorza "Wiecha" Miszuka słów będących hołdem dla tego muzyka. Dodam jeszcze, że okładka wydania Thrashing Madness różni się od oryginalnej tu umieszczono średniowieczną ilustrację znaną pod tytułem "Lewiatan z płonącym oddechem".

ocena: 8/10
www.myspace.com/mercilessdeathpolska
www.thrashing-madness.pl
autor: Diovis




MILKING THE GOATMACHINE - "Back From the Goats"

(CD 2009 / Anstalt Records & Nuclear Blast Records)

Witajcie na planecie GoatEborg zamieszkanej przez stworzenia kozłopodobne, z których niektóre postanowiły spustoszyć Ziemię przybywając na nią z porządną dawką death metalu w ładowni! To chyba najlepszy wstęp do recenzji debiutanckiej płyty założonej w 2008 roku formacji z Niemiec. Początkowo zastanawiałem się nad samą nazwą kapeli, albumu i kawałków, doszukując się "drugiego dna". Myślałem po prostu, że to swego rodzaju protest przeciwko komercjalizacji elitarnego niegdyś black metalu i całej symboliki z nim związanej. Odpowiedź zespołu naprowadziła mnie jednak na właściwą drogę, cytuję: "Nie, nie mamy nic wspólnego z black metalem. Pochodzimy z planety GoatEborg, a Goatmachine jest tam przedmiotem codziennego użytku". Ok - czyli kolejna ekipa z innej planety (GWAR się kłania), jednak w tym przypadku cała koncepcja tego wydawnictwa nie jest w żadnym stopniu przesadzona. Chłopaki grają goat grind, czyli pisząc językiem Ziemian - death grind. Nie ma tu jednak tempa i jednosekundowych kawałków w stylu (niezapomnianego zresztą) "Scum" NAPALM DEATH, czy jazdy znanej z "Reek of Putrefaction" CARCASS. Całość płyty utrzymana jest raczej w średnim tempie, w bardzo "przyjaznych", melodyjnych aranżacjach poprzecinanych blastowymi wstawkami. To płyta prawie czysto death metalowa, o powiązaniach z grind świadczy jedynie drugi wokal - jazgotliwy, przesterowany i krzykliwy. Naprawdę świetne! O brzmieniu można napisać jedno - bardzo dobre i rozdzielcze. Riffy mają moc i odpowiedni ciężar, gitarki brzmią jak na ten rodzaj muzy przystało, podobnie perkusja i growling. Jednym z najciekawszych elementów tego wydawnictwa jest dopracowanie całości sprawiające, że MILKING THE GOATMACHINE zaledwie przez rok (!!!!!!!!) wypracowało sobie bardzo ciekawy wizerunek (no, tak - nie mogłem nigdzie sprawdzić, gdzie muzycy udzielali się wcześniej). Nie wiem, na ile miała tu wpływ interwencja wytwórni (Anstalt Records), ale to przecież mało ważne. Poczynając od ksyw muzyków i ich wizerunku scenicznego (maski kozłów),poprzez kapitalną okładkę do tytułów numerów - wszystko obraca się wokół czworonoga z rogami i bródką. Mamy więc kawałki jak "Sour Milk Boogie", "Goatthrower", "Feed the Goat", "The Last Unigoat”, czy mój faworyt "Surf Goataragua". Jak da się łatwo zauważyć - nie trzeba wsłuchiwać się raczej w teksty i prowadzić godzinne rozważania na temat przesłania danego utworu. Tu przesłanie jest jedno: muza, która powoduje, że każdy spontanicznie zaczyna "machać" głową, a ja osobiście zaczynam żałować, że kilkanaście lat temu ściąłem włosy. Ta muza po prostu "ma jaja". Polecam każdemu, nie tylko w ramach płytoteki na "Death-grind Party", chociaż akurat tu ta płyta jest jak znalazł. Świetny debiut.

ocena: 9/10
www.myspace.com/milkingthegoatmachine
www.nuclearblast.de
autor: "13"




MONUMENTUM - "In Absentia Christi"

(CD 1995 - 2009 / Displeased Records)

Jesień to doskonała pora roku… bywa zmienna, nastrojowa i inspirująca. Pokusiłam się o przypuszczenie, że gdyby spersonalizować pory roku, to jesień byłaby kapryśną, piękną kobietą, która jest muzą dla niespokojnych dusz. Włoski band MONUMENTUM niewątpliwie odnalazł się w pełni w tym bardziej melancholijnym i depresyjnym obliczu tej damy :) Na początek trochę informacji o kapeli. Początki to spotkania garażowe założyciela zespołu Roberta Mammarelli (twórcy wytwórni Avantgarde Music, która wydała już albumy m.in. BEHEMOTH, CARPATHIAN FOREST, MAYHEM, KATATONII, KEEP OF KALESSIN czy DARK SANCTUARY) i Anthony'ego Dumana. W skład zespołu wchodzili: Roberto Mammarelli - vocal i gitara, wokalistki (w sumie 5 vocali kobiecych, w tym 3 sesyjne): Andrea Stefanelii, Andrea Belucci, Andrea Zanetti (sesyjnie - MALEFICARUM, SINOATH, ICONCLAST, UPCOMING GRAVE oraz SCHIZO), Alis Francesca Bos (sesyjnie - DARK SKYE, THY SIRMA) i Francesca Nicoli (sesyjnie - ATARAXIA). Bas obsługiwali Anthony Duman (CANAAN, WELTSCHMERZ), Diego Danelli (sesyjnie) i Federico Simonetta. Na klawiszach Daniele Bovo, a na perkusji Mox oraz Elissa Carrera (sesyjnie). Ufff!!!! Rozbolała ręka od wymieniania, ale nie ucho :) Bardzo rozbudowany skład - adekwatnie do nazwy i brzmienia kapeli - MONUMENTALNY :) Przechodząc do sedna, album zatytułowany "In Absentia Christi" to reedycja albumu z 1995 roku. Kwintesencja awangardowego doom metalu. Krążek zawiera 11 utworów, w tym jeden bonusowy. Otwierający krążek "Batessimo: Nero Opaco" jest jakby żywcem wytargany z mrocznego staroangielskiego opactwa, które swoimi tajemnicami oraz pogardą dla żywota doczesnego przyprawia słuchającego o zawrót głowy, drżenie serca i krople zimnego potu. A dalej jest już tylko mroczniej i psychodelicznie. "Consuming Jerusalem" zagrane nieco z filmowym aranżem, pobrzmiewa orientalna nuta i vocalem przyprawionym szczyptą egzotyki. "Fade To Grey" omotany kobiecymi vocalami, z lekko operowym szlifem, trochę ekspresją przypomina DEAD CAN DANCE :). Nie będę osobno analizować wszystkich utworów, ale wyróżniłabym "Nephtali", który odbiega nieco od pozostałych, jest bardziej dynamiczny, trochę uciekający w nieco szybsze tempo oraz "On Perspective of Spiritual Catharsis" - kapitalny moim zdaniem element dziecięcej pozytywki przewrotnie i zwodniczo wprowadza nastrój spokoju, aby po chwili wepchnąć mnie w strefę mroku i nihilizmu. Brawo!!! Podsumowując, mogę spokojnie powiedzieć, że ten album z pewnością potrafi stworzyć iluzję sceptycyzmu absolutnego. Utwory zagrane poprawnie, w średnich i wolnych tempach, niezła gitara, basy niziutko, że aż milo :) Myślę, że sporo tu wpływów SAINT VITUS, CANDLEMASS i TROUBLE. Na uwagę zasługuje vocal - odpowiednio ciężki i psychodeliczny, mogący kogoś, mającego skłonności depresyjne wpędzić w niezły dół. Ciekawie przemyślane partie klawiszy plus dekadenckie teksty, inspirowane literacko, to niewątpliwie zaleta tego albumu. To dobry krążek, klasyk oddający klimat swojego gatunku .Jesiennie, dołująco, lekko turpistycznie, ale mimo wszystko było naprawdę dobrze :)

ocena: 8/10
www.myspace.com/monumentum
www.displeasedrecords.com
autor: Luna




MY OWN GRAVE - "Necrology"

(CD 2009 / Pulverised Records)

Drugi album tej szwedzkiej kapeli ukazał się pod skrzydłami singapurskiej wytwórni Pulverised Records. Na pierwszy ogień, po marszowym intrze, idzie tytułowy kawałek, który od początku nie pozostawia wątpliwości z jakim bandem mamy do czynienia. Ostre, mocne kawałki, poparte sprawną pracą sekcji rytmicznej i brutalnym wokalem. Mamy tutaj wszystko czego byśmy oczekiwali: brutalność, melodię, ciekawe, mocne riffy gitarowe. Tym materiałem był nawet zachwycony Dan Swano. Słychać tutaj starą dobrą szkołę szwedzkiego death metalu. Na albumie znalazło się 10 potężnych numerów, utrzymanych w death metalowej konwencji. Szwedzi potwierdzili klasę z debiutu i pokazali, że potrafią stworzyć ciekawy i mocny album. Świetnie wyważone jest w tej muzyce mocne brzmienie gitar tworzących porządną ścianę dźwięków z melodyjnymi solówkami. Wokalista Mikael Aronsson nagrał dobre wokale, które po prostu niszczą. Na uwagę zasługują takie kawałki jak: "Necrology" - świetny kawałek, bardzo motoryczny, pełen ciekawych riffów, "Disciples of War", zaczynający się od dźwięku syren i utrzymany w średnich tempach, będący najdłuższym utworem na tej płycie oraz "Age of Torment" z wolnym wstępem przeradzającym się w thrash'owe rytmy. Muszę przyznać, że miałem trochę problemów z rozszyfrowaniem nazwy kapeli, niestety logos nie jest zbyt czytelny. Krążek MY OWN GRAVE polecam wszystkim, którzy lubują się w szwedzkim death metalu.

ocena: 7/10
www.myowngrave.com
www.myspace.com/myowngraveyard
www.pulverised.net
www.myspace.com/pulverisedrecords
autor: Peter




MAN MUST DIE - "No Tolerance For Imperfection"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Wygląda na to, że ilość kapel grających tak zwany nowoczesny death metal jest obecnie dość znaczna, bo co rusz ktoś gdzieś na świecie wyciąga z czeluści kolejną perełkę bądź "perełkę". Widocznie sukces JOB FOR A COWBOY, ABORTED, DESPISED ICON czy THE BLACK DAHLIA MURDER nie pozostał bez echa. Co prawda MAN MUST DIE zadebiutowało już w 2004 roku albumem "...Start Killing", ale zapoznało się z nim pewnie małe grono maniaków wyszukujących metalowe świeżynki. Trzeci w dyskografii tych Szkotów krążek, "No Tolerance For Imperfection", pokazuje kapelę bardziej dojrzałą, żądną tras koncertowych z bardziej uznanymi formacjami, bo nieźle przyłożyli się, by ten materiał brzmiał soczyście, brutalnie i nowocześnie. I to ostatnie rzeczywiście słychać, bo oprócz pewnych skłonności do jazdy w stylu CANNIBAL CORPSE (a "Kill It, Skin It, Wear It" to hołd najbardziej wyraźny) czy CARCASS z czasu "Heartwork" stawiają jednak na styl przesiąknięty wszystkim tym, co działo się w ekstremalnym metalu przez ostatnie kilka lat. Jest więc i lekko połamana rytmika, Behemoth'owska młócka na pograniczu death i black metalu, ale też trochę thrash'owych, metal-core'owych i melo-death'owych przebitek. Chyba tylko sludge'owych i heavy metalowych wpływów tu nie ma, ale to by akurat tu nie pasowało. Trzeba jednak przyznać, że dzięki przefiltrowaniu wszystkiego tego, czego na co dzień słuchają muzycy MAN MUST DIE i przelaniu tego na dźwięki wyszła mikstura, która zadowoli prawie każdego fana technicznego i jednocześnie bezlitosnego grzańska. W ramach danego utworu nie brakuje zmian tempa, różnych smaczków i pewnego takiego wyrafinowania, choć przyznam się, że gdzieś tak po połowie ta formuła zaczyna się "przejadać". Czasem warto podgrzewać atmosferę powoli, dawkować pomysły i zostawić coś na końcówkę, ale ten grzech przerostu ambicji i pójścia za pewnymi modami popełnili nie tylko oni, więc jeśli nie macie nic przeciwko kolejnej modernistycznej i ekstremalnie grającej kapeli, to możecie sobie ten krążek zakupić. A na koniec chciałbym jeszcze zwrócić waszą uwagę na najbardziej złożony kawałek na płycie - sześciominutowy "Reflections". I na wymowną, niebanalną okładkę.

ocena: 7/10
http://manmustdie.net
www.myspace.com/manmustdie
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis




MENTALLY DERANGED - "Sik"

(Demo-CD 2008)

Zespół MENTALLY DERANGED istnieje od 2006 roku i materiał "ADHD" jest ich debiutem. Został on nagrany w studio "Spectrum" w Tarnowie. Można zauważyć wpływy death metalu, chociaż w większości hard core'a. Na to ostatnie nacisk kładzie maniera śpiewania Mirasa. Wokalizy wykonane w naszym ojczystym języku tracą w obliczu całej muzyki. Powinni pomyśleć o tekstach w języku angielskim. Na plus jest na pewno ciekawa oprawa graficzna, jednak muzycznie jest już trochę gorzej. Na uwagę zasługuje "Remnant" rozpoczynający się ciekawy riffem gitarowym, niestety potem jest trochę gorzej. Zespół jeszcze do końca nie wie którą drogą podążać, struktury samych kawałków nie do końca są przemyślane. Jak na początek nie jest to kiepskie, ale jest jeszcze sporo pracy i niestety ten polski. "Witaj w Piekle" charakteryzuje się ciekawym zwolnieniem w środku kawałka, średnie tempa - to w nich kapela czuje się najlepiej. Może trzeba by było dodać trochę elektroniki, która urozmaiciłaby ten materiał? Widać, że jest jakiś potencjał, jakiś pomysł na muzykę, tylko jeszcze nie do końca muzycy są pewni co chcą grać. Jak na debiut nie jest źle. Liczę, że następny materiał pokaże lepszą stronę MENTALLY DERANGED.

ocena: 4/10
www.myspace.com/mentallyderangedsik
autor: Peter




MYRKR - "Black Illumination"

(CD 2009 / Debemur Morti Productions & Agonia Records )

Zdeformowana postać ni to ze świata fantazji, ni to ze świata umarłych nie zapowiada niczego dobrego i pozytywnego. "Czarna iluminacja", MYRKR... ki czort?!... To chyba pierwsza szerzej znana (lub dobrze zapowiadająca się) horda B.M. z Zielonej Wyspy Irlandii. Tamtejsza scena (o ile można o niej w ogóle mówić w tym przypadku) nie wypuszcza zbyt często jakichś znaczących kapel, a więc tym bardziej należy przyjrzeć się MYRKR. Debiutują w barwach Debemur Morti Productions, która to firma przygarnia pod swe czarne skrzydła naprawdę różne zestawienia, a wspólnym mianownikiem jest black metal. Tu mamy tę klasyczną, a jednocześnie nieco zeschizowaną formę tego stylu. Dużo tutaj dysonansów w partiach gitar, nawiedzone wokale też nie świadczą o tym, aby podążali standardową Ścieżką Lewej Ręki. Jest coś niepokojącego w tych wrzaskach i zawodzeniach wokalisty, który jest chyba zapatrzony w Attilę Csihara, a poniekąd również w Kvarforth'a. Z kolei brzmieniowo i kompozycyjnie można doszukać się pewnych podobieństw do MAYHEM, późniejszego SATYRICON, może również awangardzistów z THORNS czy MYSTICUM (bez tej industrialnej rytmiki) lub preferujących "zimne" konstrukcje kapel pokroju KHOLD. Melodyka, jeżeli już jest, to nasuwa na myśl tę z "Under a Funeral Moon" DARKTHRONE. MYRKR koła nie wymyśliło i nie skonstruowało, i już tego nie zrobi, bo ktoś ich uprzedził, ale w paru momentach przedstawia wyrazisty oraz przekonujący klimat obłędu i w ogóle lubuje się w kreowaniu chorobliwego nastroju. Na razie jest poprawnie i na swój sposób intrygująco, lecz należy jeszcze poczekać, czy coś naprawdę interesującego się z tego "urodzi".

ocena: 7,5/10
www.debemur-morti.com
www.myrkr.net
www.myspace.com/blackillumination
autor: Diovis




MYSTES / DIAGON - "Satanic Calamity"

(Split-MC 2009 / Strigoi Records)

A oto kolejny split wydany na kasecie przez Strigoi Records. Na stronie A szanowana w black'owym podziemiu formacja MYSTES oddaje w ręce swoich fanów materiał z "Promo 2009", na który składają się bombastyczne, symfoniczne intro "The War Is Come" (muszę w tym momencie wytknąć błąd gramatyczny tego tytułu - powinno być "The War Has Come"), dwa numery nagrane w 2007 roku ("Deadly Riders" i "War") oraz dwa kawałki z pierwszego demo "Pure Evil" (tytułowy i "Funeral March"). Szczerze powiedziawszy, nie wiem w jakim celu pojawiają się tutaj dwa ostatnie, ale niech będzie, że dla odświeżenia tego stuffu tym, którzy go słyszeli lub możliwości poznania przez tych, którzy takiej okazji wcześniej nie mieli. Z tego zestawu najkorzystniej wypada okraszony rasowymi black/thrash'owymi riffami "Deadly Riders". Nie bez przyczyny mówi się o MYSTES jako o BESATT w bardziej tradycyjnej formie. Agonus i Beldaroh, grający właśnie w tej ostatniej grupie, w MYSTES mogą tu skanalizować swoje fascynacje klasycznym heavy metalem i stareńkim, prostym thrash'em, przedstawiając to - a jakże! - w nieco bardziej epickiej, ale wciąż nasączonej black metalem formule. To ciekawe, że w Polsce mało kto gra w taki sposób, może za wyjątkiem EMPHERIS i HELLISH. Trzeba przyznać, że pomijając wątpliwe walory brzmieniowe i trochę zbyt długie kompozycje, muzycy BESATT, plus perkusista Morbid (znany między innymi z THRONEUM, MORBID EXECUTION, UNHALLOWED, HELLISH i... BESATT) czują się w takim stylu wręcz komfortowo. Prostota dźwięków, diaboliczne wokale i pewna taka monumentalność brzmią obiecująco i może w końcu, po ośmiu latach działalności doczekamy się czegoś więcej ponad te dwa premierowe kawałki. Wspomniane już "Pure Evil" to bardziej surowe oblicze tego zespołu, bliższe BESATT, a różnica tkwi w nieco innych wokalach i balladowym wstępie. "Funeral March" to z kolei podniosłe, klawiszowe intro, tu użyte w charakterze symbolicznego zamknięcia udziału w "Satanic Calamity".
DIAGON jest dużo mniej znaną kapelą i pochodzi z Czech. Pięcioutworowy materiał "Povyseni Cerne Viry" to prawdopodobnie debiutanckie demo nagrane w lutym 2007 roku. O tej hordzie nie sposób dowiedzieć się w necie czegokolwiek poza tym, co mają do powiedzenia muzycznie. Może to i lepiej, bo często image takich zespołów przyprawia o pusty śmiech, zaś tworzone przez nich dźwięki, choć nie są jeszcze wysokich lotów, to przynajmniej nie odrzucają. Brzmieniowo jest właściwie bez zarzutu - słychać każdy z instrumentów, a żaden z nich nie stara się zagłuszyć pozostałych. Pepiczki są pod przemożnym wrażeniem DARKTHRONE i tym podobnych klasyków black'u, o czym świadczy cover "Hans Siste Vinter". Dorzucają do tego oczywiście szczyptę słowiańskiego spontanu i teksty w języku czeskim. Jest poprawnie i sądzę, że black metalowi puryści bez problemu wchłoną tę kapelę, nie odstającą aż tak bardzo poziomem od MYSTES.

ocena: 7/10 (Mystes), 6/10 (Diagon)
www.mystes.republika.pl
www.myspace.com/mystespoland
www.strigoirecords.com
autor: Diovis




MALFEITOR - "Incubus"

(CD 2009 / Agonia Records)

We włoskim black metalu, obok setek beznadziejnych klonów norweskich kapel, można znaleźć i MALFEITOR. Na całe szczęście, bo nie wiem czy zniósłbym którąś tam bzyczącą i skrzeczącą namiastkę czegoś innego, a i Wy pewnie również, poza wybitnie twardogłowymi, na szczęście nielicznymi. MALFEITOR powstał w dużej mierze z niechęci do lenistwa muzyków ABORYM, który to band jakiś czas temu musiał usunąć się w cień z powodu powrotu ich frontmana Attili Csihara do MAYHEM. Jednocześnie jest to inny powrót, tym razem M. Fabbana, do grania bardziej bezkompromisowego i mimo wszystko bardziej tradycyjnego black metalu. Debiut zatytułowany "Unio Mystica Maxima" nie był tak zauważony jak powinien i "Incubus" jest próbą numer 2. Co przynosi ten krążek? Bardzo bezpośredni black metal nawiązujący - a jakże! - do skandynawskich klasyków. Gęsty, ekstremistyczny, szybki, drapieżny, diaboliczny, w warstwie tekstowej okultystyczny... wymieniać więcej przymiotników? To chyba zbędne, bo jeśli tylko jest wśród Czytelników ktoś, kogo pociągają twórcze - zaznaczam, że twórcze! - odpowiedniki MAYHEM, SATYRICON, CARPATHIAN FOREST, MARDUK, DARK FUNERAL, DISSECTION, GORGOROTH i tym podobnych, a które pochodzą z kontynentu europejskiego, to trafił pod właściwy adres. "Incubus" zawiera konkretne, nie tak znowu krótkie kawałki (od około pięciominutowych po ponad siedmiominutowe), wystarczająco potężnie brzmiące, ciekawe w partiach gitar i bez jakichkolwiek konserwantów w postaci klawiszy (poza "Void of Voids" i zamykającym album, lekko industrialnym "Antisaturno (Thunapsu)"). Ja sam wyróżniam z zestawu 10 utworów niszczące "Into the Qliphoth of Golachan", nasączone melodyjnymi partiami gitar i charakternym refrenem "Mysterious Mystical Majestic" i wściekłe "The Other Half" z demonicznymi zaśpiewami w drugiej połowie, ale duża część reszty też robi wrażenie. Doświadczenia M. Fabbana z gry w ABORYM procentują, bo MALFEITOR nie zamyka się w jednej szufladce i w ramach pewnej konwencji gładko przesuwa akcenty z bardzo szybkiego grania do chorobliwie brzmiących fragmentów i z powrotem. W zalewie badziewia i tandety "Incubus" wyróżnia się w tym roku zdecydowanie in plus.


ocena: 7/10
www.malfeitor.net
www.myspace.com/malfeitor666
www.agoniarecords.com
autor: Diovis




MINSK - "With Echoes In the Movement of Stone"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Pierwszy album formacji MINSK nie zaistniał szerzej, więc prawdziwym pełnym debiutem był wydany przez Relapse Records w 2007 roku cedek o tytule "The Ritual Fires of Abandonment". Mocno zaskoczył in plus, choć moim zdaniem pozostał w cieniu innych wydawnictw kapel uprawiających sludge'owo - doom'owe poletko. "Dwójka" mogła być potwierdzeniem klasy tego amerykańskiego bandu lub poddać w wątpliwość wszystkie zachwyty powstałe przy poprzedniku. Z zadowoleniem obwieszczam, że ci, którzy lubią ponure i ciężkie dźwięki podane w psychodelicznej otoczce i nie tak łatwe w odbiorze, także i tym razem będą mieli pozytywne wrażenia. MINSK nagrał ponad godzinny materiał, który oscyluje gdzieś między hard rockiem, przestrzennym sludge-core'em, przygnębiającym doom metalem a "zielarskim" klimatem. Poszczególne kawałki rozwijają się bez pośpiechu, by od czasu do czasu konkretnie eksplodować. Amerykanie mają już swoje rozpoznawalne brzmienie, przybrudzone i nieco chropowate, korzystające nie tylko z różnorodnych gitarowych pomysłów i tak zwanej "ściany dźwięku", ale także wspierające się dużą ilością perkusyjnych przeszkadzajek i - już w mniejszym stopniu - różnych efektów pochodzących z instrumentów klawiszowych wszelkiego sortu. Dzięki temu wokalista w tych bardziej improwizowanych fragmentach, których jest nota bene nie tak mało, się nie nudzi i może popukać w konga, bongosy i jeszcze inne niezidentyfikowane bębenki ;). Ale ma to swój wewnętrzny sens, bo tak jak muzycy mogą poeksperymentować, tak i słuchacz może popuścić wodze fantazji. Nie będę namawiał do słuchania tego stuffu z dopalaczami, lecz muza z tej płyty jest skonstruowana tak, że sama w sobie jest takim nie do końca naturalnym "polepszaczem" rzeczywistości. Albo raczej penetratorem głęboko skrywanych emocji, katalizatorem depresji, wściekłości i desperacji. Dużo na tym krążku klimatu rocka lat 70-ych i można by tu przywoływać wiele nazw, z HAWKWIND, GOBLIN, YES i KING CRIMSON na czele, a wokalista ma z kolei barwę przypominającą Glena Danziga z DANZIG oczywiście. Taki styl preferują ostatnio właśnie kapele spod znaku sludge czy post-rocka, które mimo to brzmią świeżo i intrygująco. Zresztą nie będę tu powielał wielu opinii wytrawnych i osłuchanych miłośników ambitnej muzyki, że obecnie, gdy modne jest nagrywanie plastikowych, bezpłciowych płyt, brakuje takich dźwięków. Dlatego MINSK wyróżnia się w tym tłumie miałkich produkcji i jest takim cięższym odpowiednikiem RADIOHEAD czy SIGUR ROS, choć obu tych formacji z pozoru w ogóle nie przypomina. Jedno, co jest drażniące na "With Echoes In the Movement of Stone", to jedna, może dwie dłużyzny za mocno eksponujące wymyślony motyw. Trochę psuje to efekt całości, ale zasadniczo nie ma tu się do czego doczepić, bo swoje zadanie ten album spełnia. Jest mocno pojechany, a przy tym czerpie ze świetnych wzorców i jest przemyślany.


ocena: 8,5/10
www.thesoundofminsk.com
www.myspace.com/minsk
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis




MAGNUM - "Into the Valley of the Moonking"
(CD 2009 / Steamhammer/SPV & Mystic Production)

MAGNUM to weterani brytyjskiego hard rocka, ale nie z tej samej półki co BLACK SABBATH, URIAH HEEP, DEEP PURPLE czy UFO. Mają od lat swoich zagorzałych fanów, nagrywają kolejne płyty i chociaż są trochę na uboczu, to warto się im przyjrzeć. Właśnie ukazał się ich najnowszy album, który jak zawsze przynosi dawkę nieco staroświeckiego, melodyjnego i przebojowego rocka z bluesowymi i hard rockowymi akcentami oraz pewnymi odniesieniami do muzyki klasycznej (w takim stopniu, jak robiło to na przykład SAVATAGE na "Gutter Ballet"). Ci nie tak młodzi panowie zawsze starali się pisać takie przyjazne radiu kawałki, które są jednocześnie dobrze zaaranżowane, obfitują w tradycyjne gitarowe solówki i przenoszą słuchacza do muzycznego świata sprzed lat. Tak jak na "Into the Valley of the Moonking", grało się w głębokich latach 80-ych i 70-ych. Na przykład "All My Bridges" mogło by się znaleźć na którymś z albumów DOKKEN, VAN HALEN, BOSTON, RAINBOW czy JOURNEY, które były bardzo popularne przed ponad dwiema dekadami. Warto też zwrócić uwagę na Hendrixowski wręcz kawałek ""The Moon King" z blues rockowymi inklinacjami, a przy tym epicki i chwytliwy. Albo na przypominający numery AC/DC "Blood On Your Barbed Wire Thorns". W kilku innych fragmentach MAGNUM z kolei przynudza, bo niektóre piosenki są zbyt słodkie i mają za mało żaru. Ale oni po prostu wywodzą się z tego samego nurtu co wyżej wymienione kapele, nie cudują, nie starają się na siłę unowocześniać swojej muzyki i słychać, że jest im z tym dobrze. Każdy z muzyków zna swoje miejsce, gra odpowiednie dźwięki, wokalista Bob Catley też robi swoje i nie odstaje od reszty. Czuć tu z daleka na wskroś starą szkołę pisania muzyki (odpowiada za nią gitarzysta Tony Clarkin), a nawet nagrania, bo jest czytelnie, bez bajerów, kombinowania i udziwnień. Jest za to klasa, wyczucie, solidność, zrównoważenie i przy tym dobra zabawa. To taka niezobowiązująca płyta do posłuchania dla wszystkich tych, którym nieobca jest muza sprzed wielu lat. Żaden tam klasyk czy wiekopomne dzieło, ale pochylić się na chwilę nad tym krążkiem można.

ocena: 7/10
www.magnumonline.co.uk
www.myspace.com/magnumuk
www.spv.de
autor: Diovis


MAJESTIC DOWNFALL - "Temple of Guilt"
(CD 2009 / My Kingdom Music)
Ten album pasowałby do profilu wydawniczego fińskiej Firebox Records, ale tamci wolą promować swoich rodaków grających różne odmiany smutnej, melancholijnej i klimatycznej muzyki. Dzięki temu inni wydawcy mogą wyłapać pozostałe formacje z innych zakątków świata. Tak oto meksykański jednoosobowy projekt MAJESTIC DOWNFALL trafił do włoskiej My Kingdom Music i efekt współpracy już jest - debiutancki długograj "Temple of Guilt". Na początku zdradziłem już poniekąd, że Majestatyczny Upadek porusza się w rejonach doom metalu. Posępnego, nomen omen majestatycznego, z lekka depresyjnego i dekadenckiego, ale nie tylko tego bardzo wolnego. Niektórych zdziwi, że nie ma tu nadmiaru konwulsyjnych lub agonalnych rytmów, a klimat jest raczej wniosły, a nie pogrzebowy. Mimo to te pięć długaśnych kompozycji (całość trwa około 56 minut) jest przesiąkniętych również jesienną deprechą, osamotnieniem i poniekąd też grobowym nastrojem wszechwładnej śmierci. Stojący za tą inicjatywą Jacobo Cordova nie odkrywa tu koła, wręcz cytując lub nawiązując dość bezpośrednio do mistrzów gatunku i w ten sposób słychać tu echa wcześniejszych dokonań MY DYING BRIDE ("Swallow: Pride"), ANATHEMY, SATURNUS, PARADISE LOST ("Unexpected"), działającego współcześnie SWALLOW THE SUN, ale również pewne nawiązania do depresyjnej odmiany black metalu, którego protoplastą jest KATATONIA. Jacobo, znany także z takich bandów, jak ANTIQUA, PROJECT FIRESTART czy TICKET TO HELL, sam obsługuje gitary i bas, nagrał też wszystkie wokale (różnorodne - od typowych growli, poprzez desperackie wrzaski, aż po czyste zaśpiewy), a towarzyszą mu perkusista Porncho i rzadziej słyszalni Pastas (klawisze) i Migueliro (gitarowe solówki). Z ich pomocą mógł urzeczywistnić swoją ideę nagrania - tak mi się wydaje - niezwykle szczerego i nie naciąganego materiału, nie będącego jednak nad wyraz oryginalnym i w drugiej części nieco przynudzającym. Na koniec jeszcze jedna uwaga odnośnie zawartości wkładki - zamiast wykorzystania standardowej symboliki Jacobo umieścił tam zdjęcia ze swojego rodzinnego albumu.
ocena: 7,5/10
www.myspace.com/majesticdownfall
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis


MASACHIST - "Death March Fury"
(CD 2009 / Witching Hour Productions)
Tę super grupę zapowiadano już w przeszłości jako coś ponadprzeciętnego, choć jak wiadomo, zestawienia znanych muzyków z różnych kapel wypadały "w praniu" bardzo różnie. Bywało byle jak, średnio na jeża, efekt końcowy czasem wręcz rozczarowywał i tylko od czasu do czasu wychodziła z tego interesująca muza, która nie naśladowała innych, w tym kapel, z których wywodzą się członkowie takiego zgrupowania. W składzie MASACHIST można znaleźć tak ogranych muzyków, jak "Pig" z DECAPITATED i ANAL STENCH, ), Trufel ze stażem w AZARATH i YATTERING, aktywny ostatnio eks-bębniarz "Daray" (DIMMU BORGIR, BLACK RIVER...), Aro z SHADOWS LAND oraz Heinrich (VESANIA). Nie mogło być inaczej, że zechcieli razem stworzyć kawał nieokrzesanego death metalu i tak właśnie brzmi "Death March Fury" - album bezkompromisowy, gęsty od riffów i ognistych solówek, atakujący od pierwszej do ostatniej nuty furiacką wściekłością, selektywny brzmieniowy, ale przy tym perfidny i pełny szaleństwa. Pierwsze skojarzenia wiodą do HATE ETERNAL, ale MASACHIST nie gra aż tak zagęszczonej i nie do końca strawnej muzy jak grupa dowodzona przez Erica Rutana. Po trzykrotnym wsłuchaniu się w ten materiał skłaniam się raczej ku niesłusznie zapomnianemu REBAELLIUN czy pierwszym albumom KRISIUN. To ten sam rodzaj dzikości i nagromadzenia masakrujących riffów, blastów oraz niesamowitej szybkości. MASACHIST zwalnia tylko raz - w ciężkim "Appearance of the Worm". Ale to tylko kolejny środek zniszczenia i pozorna cisza przed dalszą kondensacją sonicznego chaosu. Dobrze się stało, że Trufel (zwany ongiś "Młodym") zebrał profesjonalną ekipę i potrafił odejść od kierunku, w którym porusza się wraz z masakratorami z AZARATH. Choć jedna cecha wspólna jest dla obu brygad, ponieważ grupa Bruna i Barta inspiruje się wielkim IMMOLATION, a na "Death March Fury" w jednym kawałku ("Open the Wounds") jako gość pojawia się wokalista i basista tego bandu - Ross Dolan. Nie zmienia to faktu, że Polak potrafi przyłoić wysokooktanowym death metalem jak mało kto. Uważajcie na MASACHIST! Może sprawić, że będziecie zbierać z podłogi swoje wnętrzności! A teraz przydałyby się koncerty, które by potwierdziły klasę tej kapeli.
ocena: 8/10
www.masachist.pl
www.myspace.com/masachistband
www.witchinghour.pl
autor: Diovis


MICHALE GRAVES - "Illusion Live - Viretta Park"
(CD 2009 / Screaming Crow Records)
Sam nie wiem co myśleć o tej płycie. Dla MICHALE'a GRAVES'a jest to na pewno nowe wyzwanie, odskocznia od kilku lat spędzonych w punkowej legendzie THE MISFITS i dopełnienie jego solowej kariery, która zaowocowała również główną rolą w kręconym w Rumunii horrorze "Perkins 14". Nieco wcześniej wokalista i muzyk zagrał w Stanach trochę akustycznych koncertów, a zapis jednego z nich mamy właśnie na tym krążku. Podobno przyjęcie na tych występach było świetnie i słychać to po entuzjastycznym przyjęciu publiczności między poszczególnymi utworami, ale tak po prawdzie trudno jest utrzymywać dramaturgię przez kilkadziesiąt minut siedząc na krzesełku z gitarą klasyczną w ręku. Trzeba być obdarzonym wyjątkową charyzmą lub być kimś znanym, mieć w repertuarze trochę rozpoznawalnych kawałków, a myślę, że akurat w Polsce (i nie tylko) mało kto słyszał w ogóle cokolwiek nagranego solo przez Mr GRAVES'a. Dlatego słucha się tego w większej części (dlaczego? o tym potem) koncertowego wydawnictwa bez większych emocji i w moim przypadku z czystego obowiązku. Oto bowiem mamy 17 dość podobnych do siebie kawałków głęboko osadzonych w amerykańskiej balladowej tradycji. To takie krótkie, nieskomplikowane impresje o tym i owym (głównie mające związek z różnymi strachami) - czasem zaśpiewane i zagrane dość emocjonalnie i z nerwem, ale częściej po prostu odegrane. Nie wiem, może jest coś, co przyciąga ludzi do tego gostka, który zaprzestał malowania twarzy i zasiadł z gitarą, by przekazać swoje odczucia, a może po prostu trafił na wielbicieli takiego plumkania. Zresztą w klubie "Bourbon" na Florydzie chyba nie do końca słuchano tej muzyki z uwagą, bo od czasu do czasu przez dźwięki przebija się gwar rozmów. Cóż, taka klubowa specyfika i chęć oddania rzeczywistej atmosfery tego koncertu była w intencji samego muzyka, jak i wydawcy. Tak przynajmniej przypuszczam... Pewnie paru osobom podpasuje tego rodzaju spektakl pana z gitarą (w kilku utworach towarzyszy mu J.V.Bastard na drugiej gitarze), ale mnie to jakoś nie przekonuje. Tyle tylko, że groźny koleś śpiewający przez jakiś czas w THE MISFITS i cały czas obracający się wokół klimatów grozy pokazał tu swoją ludzką twarz.
Wcześniej wspomniałem, że to nie tylko koncertowa płyta. Tako też numery od 18 do 23 to wersje demo utworów stworzonych przez MICHALE'a podczas pobytu w Rumunii i swoiste reminiscencje doświadczeń z plan zdjęciowego filmu "Perkins 14". To też w głównej mierze akustyczne kawałki i jedynie w "Locked Away" i "Viretta Park" dla wzbogacenia zostały dorzucone delikatne plamy klawiszy i perkusyjny bit.
Całość tego wydawnictwa jest, ot taką ciekawostką skierowaną do małej grupki odbiorców. Pozostawiam bez oceny.
ocena: -/10
www.michalegraves.net
www.screamingcrowrecords.com
autor: Diovis


MUMAKIL - "Behold the Failure"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
Zawrotnej kariery ci Szwajcarzy nie zrobią. Może nawet takiej najmniejszej z tych najmniejszych. Ale Relapse Records zawsze lubiło odkrywać przed światem różnych hałaśników, ostatnio także z tych stron, do których wcześniej nie zaglądało. MUMAKIL to grind-core'owy twór (sami muzycy określają swoje dźwięki jako "blast- core"), który nie uznaje czegoś takiego, jak zwolnienia, ozdobniki, solówki, sample i... litość. "Behold the Failure" to furiacki atak od samego początku do samego końca. 27 krótkich kawałków adresowanych do fanów tych zespołów, jakie wpłynęły na twórczość tego szwajcarskiego kwartetu, czyli NASUM, ROTTEN SOUND, wczesne BRUTAL TRUTH, NAPALM DEATH i tym podobnych. Czerpiąc z czystego grind'u, ale przy okazji też z żywiołowości starego punka oraz hard-core'a sieką i młócą równo przez nieco ponad 35 minut. Brytyjski anarchizm, szwedzki brzmieniowy brud, amerykański chaos - to wszystko tutaj występuje. Koszmarną wadą tego materiału jest to, że nie można tu wyróżnić żadnego z kawałków. Wszystkie zaczynają się, rozwijają i kończą podobnie. Ja rozumiem, że to taka estetyka i MUMAKIL chce być do bólu wierny tradycji i ramom gatunkowym, ale na przykład takie DEAD INFECTION nie gra w jednym tempie i na jedno kopyto na żadnej ze swoich płyt. Może "Behold the Failure" byłoby niezłym wstrząsem i szokiem dla kogoś, co styka się z tak bezlitosnym i ultra-szybkim graniem po raz pierwszy, ale szczerze wątpię, by ktokolwiek zetknął się z grind'em po raz pierwszy właśnie przy okazji tego albumu i tego zespołu. Takim osobom zdecydowanie zalecam spotkanie się z zawartością krążków kapel, które przywołałem wcześniej. Z żalem odkładam tę płytkę na bok, bo zapowiadało się o wiele ciekawiej. A jest jak jest, niestety...
ocena: 3/10
www.mumakil.ch
www.myspace.com/mumakil
www.relapse.com
www.rockers.pl
autor: Diovis


MELY - "Portrait of a Porcelain Doll"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Austria ostatnimi czasy nieco ożywiła się na muzycznej scenie, albo po prostu docierają do mnie ciut większe ilości materiałów powstałych w tym alpejskim kraju. MELY jest dla mnie zespołem zupełnie nieznanym, chociaż "Portrait of a Porcelain Doll" to już czwarty album tego bandu. A co grają rzeczeni Austriacy? Pokrótce coś na skrzyżowaniu tak zwanego dark metalu, gotyku, doom metalu, progresywnego rocka i prog-metalu. Niezaprzeczalne są wpływy tak różnych zespołów, dla których wspólnym mianownikiem jest klimatyczne, przestrzenne granie. Dlatego można tu jednym tchem wymienić PARADISE LOST, OPETH, ANATHEMA, TOOL, TIAMAT, TYPE O NEGATIVE, PORCUPINE TREE, RIVERSIDE, PAIN OF SALVATION, LACRIMAS PROFUNDERE, KATATONIA czy SWALLOW THE SUN. Z tej mieszanki wyszła płyta dość nierówna, choć nie odstająca poziomem wykonawczym i brzmieniowym od produkcji większości z wymienionych kapel. Ważne, że MELY nie poddaje się aż tak bardzo panującym trendom. Nie wabią zanadto szybkimi i przesadzającymi ze słodyczą kawałkami, nie epatują też przesadnym kombinowaniem i eksperymentowaniem. Parę numerów można zapamiętać, gdy już wybrzmią ostatnie dźwięki dziewiątego na krążku "My Addiction" i to już jest coś. Obok dość żwawych i melodyjnych, acz zmiennych klimatycznie "Of Doubts And Fears", "Bricks Against Porcelain Dolls" i "Sweet Six Feet" są bardziej gotycko-doom'owe "Grown For Doom" i "Hell Low", do połowy akustyczne i bardzo Tiamat'owskie "Don't Wake the Sleeping Dog" oraz melancholijne, wręcz balladowe "Maybe Yesterday"... Zresztą sporo tu takich spokojniejszych kompozycji - zrównoważonych i wystarczająco ciekawie zbudowanych, by powrócić do nich jeszcze kilka razy. MELY nie zapomina o gitarowych solówkach, akustycznych pasażach, wielogłosach w refrenach, nie napina się niepotrzebnie na podbój list przebojów i super świetną sprzedaż tego krążka. Ten album ma sporo atutów, chociaż daleko mu do klasyków atmosferycznego grania. Kilka osób lubiących takie dźwięki powinno jednak zawiesić ucho na MELY, bo a nuż ten zespół stanie się jednym z ich nowych ulubieńców?

ocena: 7/10
www.mely.at
www.myspace.com/melymyspace
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


MORDHELL - "Grim, Old And Evil"
(CD 2008 / Fallen Angel & Redrum666)
Swego czasu przylepiono im łatkę "polskiego CARPATHIAN FOREST". Działo się to wówczas, gdy znudzeni ideologią "True Norwegian Black Metalu" fani zaczęli preferować dźwięki epatujące skrajną nienawiścią, cynizmem, sadyzmem i osadzające to wszystko w estetyce tak zwanego "necro-soundu". Ekipa dowodzona przez kontrowersyjnego Nattefrosta świetnie pasowała do takiego miana, chociaż akurat w Polsce niewielu kapelom udało się pociągnąć ten wątek, bo jeden z prekursorów - MORDHELL dopiero co zaczynał swoją działalność. Większość zdecydowanie wolała i wciąż woli prymitywistyczne zapędy do osiągania surowego i obskurnego brzmienia w stylu black/thrash metalu. Dlatego nawet wrzucanie MORDHELL do pewnej określonej szuflady nie powinno być źle odbierane. Zresztą na "Grim, Old And Evil" poznańska ekipa kieruje się bardziej instynktem, a nie obecnymi czy przebrzmiałymi trendami na tak zwanej scenie. Mimo to nie jest jej daleko do szaleństwa mistrzów z WITCHMASTER czy tym podobnych twórców hałaśliwego black/thrash'u. Więcej tu jednak czysto black metalowego klimatu czy nawet black 'n rollowego drajwu a la późniejszy DARKTHRONE czy sięgając dalej w przeszłość - charakterystycznego grania CELTIC FROST. Jest więc prosto, konkretnie, rytmicznie, do przodu i bez niepotrzebnych ozdobników czy bajerów. I to wszystko zagrane przez Bloodwhipa, Nekrofiliaca i Diabolizera w pełnym rynsztunku bojowym, z kilogramami żelastwa w postaci pasów bojowych, gwoździ, ćwieków i pieszczoch na sobie ;) Można podziwiać też pewną taką lekkość w pisaniu krótkich i dosadnych kawałków z tekstami dalekimi od "poprawnych politycznie". Ogranie w innych kapelach, jak na przykład VIGGEN, STRANDHOGG i MOLOCH LETALIS też zrobiło swoje. Pewnym zaskoczeniem może być jednak końcówka tego trwającego nieco ponad pół godziny albumu. Dziesiąty na płycie "Sordid Death" nawiązuje do bardziej epickich, choć nie pozbawionych agresji dźwięków z krążków BATHORY, zaś ostatni, trzynasty "Nekroforest II" to ciężki, horrorystyczny wręcz kawałek. Do kanonów polskiego ekstremalnego metalu pewnie "Grim, Old And Evil" nie przejdzie, ale nie wszystko przecież musi, prawda?

ocena: 7,5/10
http://mordhell.metal.pl
www.redrum666.net
autor: Diovis


MORITURUS - "Symbole Czasów Minionych"
(CD 2008 / Fallen Angel & Redrum666)
Opisywałem już w Mrocznej Strefie oba materiały zebrane na wydanym przez Fallen Angel / Redrum 666 krążku, ale postanowiłem raz jeszcze podjąć zmagania z tą naprawdę sporą, jeśli nie gigantyczną dawką muzyki spod znaku majestatycznego black metalu z pogańskim przesłaniem. W końcu czas leci i pewne opinie się zmieniają. Ale słuchając tych dwóch materiałów obok siebie po raz kolejny nie zmieniam zdania. Wśród zalet jest to, że ta muzyka nie podążała za trendami i była (zresztą wciąż jest) jakby ponadczasowa. Nawiązując do dźwięków powstających o dekadę wcześniej w Norwegii i niektórymi krajowymi wizjonerami (np. LUX OCCULTA), przy użyciu prostych środków oraz można by rzec, że w domowych warunkach, jest rzadkim przykładem, że można stworzyć coś monumentalnego, surowego i melodyjnego jednocześnie. Podobać się może także to, że trochę w tej muzie przestrzeni i akustycznych fragmentów. Ciekawa jest część partii gitar, niektóre solówki i sam klimat. Co zaś do wad, to na pewno są nimi dłużyzny. Ponad 24-minutowy kolos "...I gdy nadszedł kres wszystkiego" z nowszego materiału i ponad 13-minutowy "Tysiącletni monument hańby" ze starszego mogłyby zostać nieco przycięte, bo w pewnym momencie zamiast słuchania myśli się o czymś zupełnie innym lub ma się ochotę przycisnąć "Stop" w odtwarzaczu. Słabo brzmią partie automatu perkusyjnego, którego albo praktycznie nie słychać lub wyskakuje z nienaturalnymi i nie pasującymi przejściami. Brzmienia nie będę się czepiał, bo nagrań nie dokonano w żadnym profesjonalnym studiu, ale ma to swój specyficzny urok. Ci, którzy znają lub pamiętają podziemne rzeczy sprzed około 12-15 lat wiedzą o co chodzi. Żadne tam bzyczenie i piwniczny sound, po prostu brak głębi i lekko przytłumione dźwięki. Można to potraktować więc jako pewną sentymentalną wycieczkę do przeszłości. Pomimo takiej, a nie innej oceny, mam nadzieję, że MORITURUS nie zawiesiło działalności, a Tomasz (T.) nie ograniczy się jedynie do innego interesującego zespołu KALOT ENBOLOT. W końcu od nagrania tych dwóch materiałów minęło już kilka dobrych lat i wierzę, że pomorski duet stać jeszcze na stworzenie czegoś wartościowego.

ocena: 6/10
www.myspace.com/moriturushorde
www.redrum666.net
autor: Diovis


MORTIS DEI - "Last Failure"
(CDR 2009 / własna produkcja zespołu)
Za każdym razem, gdy słucham nagrań MORTIS DEI, myślę sobie, jak niedoceniana jest to kapela i bardzo dziwi mnie, że w ciągu swojej kilkunastoletniej historii nie doczekali się choć jednej płyty wydanej w pełni profesjonalnej formie przez w miarę solidnego wydawcę. Podziwiam też ich upór, determinację i oddanie metalowi. Jakby na potwierdzenie moich słów, Mortisiaki nagrali swój najbardziej dojrzały i jednocześnie najbardziej różnorodny materiał. Już na poprzednim "My Lovely Enemy" poszli konkretnie w stronę death metalu, tu jednak, obok solidnych, a chwilami naprawdę wyśmienitych popisów gitarowych Piotra Niemczewskiego pojawiają się odpowiednio dawkowane i tworzące ciekawy klimat klawisze, nie ograniczające się do funkcji standardowego intro lub interludiów. W połączeniu z gardłowymi rykami Mirka Harendy i konkretną sekcją rytmiczną złożoną z basisty Grzegorza Zaremby oraz bębniarza Marcina Urbaniaka wyszło to bardzo interesująco, choć znajdą się tacy, co pokręcą nosem i stwierdzą, że pewnie jest bardziej miękko i w ogóle. Nic bardziej mylnego, bo w takich numerach, jak "Intoxicated", "Lost Hopes" czy "Slaves" panowie porządnie nak*rwiają i nie jest to beznamiętne i ortodoksyjne podejście do tematu. Po prostu ten zespół okrzepł i postanowił odświeżyć nieco swoją formułę. Na przykład zaskakująco zróżnicowany i chwilami bardzo melodyjny jest "Dying Freedom" - chyba najlepszy do tej pory utwór stworzony przez ten zespół. Nie podobają mi się natomiast zupełnie niepotrzebne instrumentale "The Meaning of Life" oraz "Looking For Myself", pełne oklepanych motywów i nadmiernie eksponujące umiejętności muzyków (zwłaszcza gitarmena), bo przecież dowiedli ich nagrywając kawał solidnego deciora w większości z pozostałych kawałków. Tu warto też wspomnieć, że dotychczasowe mniej lub więcej silne thrash'owe wpływy zostały już prawie całkowicie wyparte. Na koniec jeszcze słówko o video clipach dołączonych jako bonusy ("Sick Mind", "Slaves" i "Annihilation"). Dysponując bardzo małym (można by rzec zerowym ze względu na brak wydawcy) budżetem, nakręcili zgrabne obrazki, na których strojących miny i grających muzyków uzupełniają między innymi fragmenty kronik filmowych z czasów II Wojny Światowego. Może efekt nie jest nadzwyczajny, ale to na pewno dobry dodatek do rzeczywiście zajebiaszczego materiału audio. Wesprzyjcie MORTIS DEI, bo naprawdę warto!

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/mortisdei
www.reverbnation.com/mortisdeilastfailure
autor: Diovis


MOTHRA - "Dyes"
(CD 2009 / Selfmadegod Records)
Z opóźnieniem, ale jednak! I u nas powstała grupa kapel, które jeszcze przed kilkoma były nie do pomyślenia. Prekursorami krajowego sludge-core'a i pokrewnych stylów jest BLINDEAD, bezlitosny i inteligentny grind-core rozwinęła w nieprawdopodobnym tempie ANTIGAMA, natomiast na miano jednych z pierwszych w krzewieniu math-core'a ma szansę zostać wrocławska MOTHRA. Pracowici od momentu powstania w 2000 roku działali gdzieś na obrzeżach, wydając przed trzema laty swój debiutancki stuff "Planet Decibelian", znany niestety nielicznym, a teraz mają okazję dotrzeć tam, gdzie dotąd nie docierały ich macki, jak i możliwości wydawcy. Selfmadegod firmuje drugi album MOTHRY - "Dyes". To krótki materiał - ledwie 27 minut podzielonych na 7 utworów, plus tak zwany hidden track. "Squant" i "Hooloovoo" to nawałnica połamanych rytmów, wrzaskliwych wokali i miażdżących gitar. Gitarowy noise w pokręconej formie - zero solówek, nieliczne ozdobniki. Taki wczesny THE DILLINGER ESCAPE PLAN. W trzecim "Octarine" następuje gwałtowna wolta, oto bowiem MOTHRA idzie w ślady swoich ciut starszych kolegów z BLINDEAD, grając walcowato, przytłaczająco i w zakręcony sposób. Potem wszystko wraca do normy i właściwie do końca królują "matematyczne" riffy przeplatane eksplozją wściekłości i desperacji. Warto zwrócić uwagę na melodyjny w specyficzny sposób "Grue". Zresztą wrocławianie operują szczątkowymi liniami melodycznymi, choć ogólnie nie dają słuchaczowi wytchnienia. Po ostatnim "Fullgin B" następuje przerwa, a po chwili odnajdujemy szybki, prawie punkowy cios w postaci trwającej nieco ponad minutę ukrytej ścieżki. Nie mam pojęcia, czy to jakiś cover, ale mam wrażenie, że po wyrachowanym graniu ci czterej muzycy mieli ochotę przywalić czymś prostszym i bardziej bezpośrednim. Daleki jestem od wychwalania tej płyty wpiekłogłosy, bo na razie jeszcze MOTHRA nie ma własnej tożsamości. Bierze trochę stąd i trochę stamtąd, miksuje to na miarę swoich możliwości i umiejętności i paru osobom to pewnie wystarczy. Jest jednak spora szansa, że ten zespół rozwinie się w przyszłości i nie da o sobie zapomnieć. Na razie są nieco ponad przeciętną, co nie wystarcza, gdy pomyśli się o tych wszystkich kapelach odkrytych między innymi przez Relapse Records.

ocena: 7/10
www.selfmadegod.com
www.myspace.com/mothra
autor: Diovis


MY DYING BRIDE - "For Lies I Sire"
(CD 2009 / Peaceville Records & Mystic Production)
Trudno mi jest pisać o najnowszej płycie grupy. Nie dość, że mam do MY DYING BRIDE sentyment, to uważam ją za jedną z najważniejszych kapel w swoim prywatnym rankingu wszechczasów. Z perspektywy czasu nawet najbardziej kontrowersyjna i chyba najodważniejsza płyta z "procentami" w tytule dowodzi tego, że MY DYING BRIDE to zespół jedyny w swoim rodzaju. Prawdziwy i samoistny fenomen. Protoplasta całego współczesnego death/doom metalu i niedościgniony wzorzec dla setek, ba, dla tysięcy kapel z całego świata. Wskażcie mi jakikolwiek doom metalowy band, który choćby trochę (nawet nie do końca świadomie) nie inspiruje się formacją Aarona i jego kolegów. Nie ma takiego. Każda z kolejnych płyt przynosi mnóstwo emocji, sama w sobie i w połączeniu z tekstami jest genialna, i basta! Dlatego "For Lies I Sire", choć nie jest rewolucyjna i przełomowa, jak na przykład "Turn Loose the Swans" i ani na jotę nie odbiega poziomem od wielu innych albumów Angoli, też wzbudzi wiele odczuć i pozostawi po sobie silny ślad u co wrażliwszych odbiorców. Przesadziłem może z tym podobieństwem, bo Brajdzi zrobili zapowiadaną woltę i do składu wróciły skrzypce. Nie brzmią tak samo jak dawniej, bo lata minęły, zespół przecież dojrzał, ale dzięki temu mamy pełną paletę możliwości MY DYING BRIDE na jednym krążku. Emocjonalne, uduchowione wokale Aarona, "płaczliwe" i przy tym melodyjne partie gitar, ciężkie riffy i mroczne klawiszowe tła, klimatyczne momenty, nawiedzone skrzypce... nic dodać, nic ująć. Już na powitanie dostajemy potężny i pełen dramaturgii "My Body. A Funeral" nawiązujący do najlepszych tradycji doom metalowego grania i jednocześnie do najlepszych kawałków w historii Brajdów. Niepokój, moc, żar mocnych uczuć i poetyckie piękno przewijają się przez kolejne utwory, jak "Fall With Me", tytułowy "For Lies I Sire", "Echoes From a Hollow Soul" i "Sanctuario di Sangue", aż do samego końca w postaci najdłuższego, ponad 11-minutowego "Death Triumphant". Wszystko ubrane w różne formy, ale bezbłędnie rozpoznawalne od pierwszych dźwięków, że gra to ten właśnie zespół. Dodatkowo, w przedostatnim "A Chapter In Loathing" bezpośrednio nawiązują do swoich początków. Jest death metalowe przyśpieszenie, growlujący Aaron, nisko nastrojone gitary, łkające skrzypce... Mimo to dla kogoś będzie tu za mało growli Aarona, ktoś inny stwierdzi, że nie ma tu za grosz nowatorstwa, jeszcze ktoś powie, że za mało tu skrzypiec (fakt, nadmiaru też nie ma...), ale mistrzów na dobrą sprawę się nie ocenia. Twórczość mistrzów się chłonie. Ja od dawna nie podnoszę się z kolan słuchając najnowszego albumu Brajdów. Jak i całej ich dyskografii.

ocena: 10/10
www.mydyingbride.org
www.myspace.com/officialmydyingbride
www.peaceville.com
autor: Diovis

INDEX   M   [1   2  3   4   5   6]