| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   O   [1]  


OBLOMOV - "Communitas (Deconstructing the Order)"

(CD 2009 / Werewolf Production)

OBLOMOV nie był mi dotąd znany, co nie jest dziwne, zważywszy na fakt, że w ciągu pięciu lat swojej działalności doczekał się jednego pełno wymiarowego albumu, a potem zniknął na chwilę, by powrócić w 2009 roku. Prace nad "Communitas (Deconstructing the Order") trwały podobno od 2007 roku, i to słychać, choć muzycy byli bliscy przekombinowania z efektem końcowym. Honza V. (grający również w formacji PANYCHIDIA) i Martin H. kładą nacisk przy opisie płyty, że grają EKSPERYMENTALNY black/death metal i to fakt, że zwolennicy prostoty i jednowymiarowych, wypełnionych muzyką odtąd-dotąd materiałów nie znajdą tu za wiele dla siebie. Wraz z zaproszonymi do nagrań gośćmi pokroju Bjornara E. Nilsena z norweskiego VULTURE INDUSTRIES, Honzą Kapakiem z AVENGER i kilkoma innymi postaciami znanymi na czeskiej scenie metalowej OBLOMOV stara się przez wszystkie 14 ścieżek wypełniających ten krążek zaskakiwać, zmieniać nastroje, rytmy, a nawet stylistyki, przy czym każdy fragment jest przemyślany i dopracowany w szczegółach. Na szczęście nie popadli w nadmierne "uprogresywnianie" swojej muzy, nie poszli na łatwiznę i nie zagrali pod kogoś uznanego. Tu wciąż dzieje się coś nowego i nawet jeśli przez dwie, trzy minuty wszystko brzmi jak standardowy, lekko melodyjny death/black metal, to po chwili wyskakuje znienacka dziwny chóralny zaśpiew (ten z "Masquerade" mógłby równie dobrze znaleźć się na ostatnim albumie szwedzkiego HEARSE), partia zagrana na australijskim instrumencie didgeridoo, oparta na flecie folkowa melodia ("Wings of the Silver Drake") lub solówki na saksofonie. Chwilami te gwałtowne przeskoki przypominają mi naszą MISTERIĘ, można by tu przywołać również ARCTURUS, MISANTHROPE czy przywoływany już HEARSE. Szczególnie odmienne od tego, co zwykle dzieje się na płytach metalowych zespołów są krótkie, instrumentalne i często nasycone psychodelicznym nastrojem przerywniki, których uzbierało się tu kilka. Ale to jeszcze nie koniec, bo i tekstowy koncept większości utworów to śmiałe wgłębianie się w tematykę godną naprawdę oczytanych ludzi. Socjologia miesza się tu z rozważaniami na temat etymologii słowa "karnawał", antropologia spotyka się z historią naszej cywilizacji, aspekty kulturowe są dopełnione sporą dawką filozofii i można by tak bez końca. Sami muzycy piszą, że w naszych czasach wszystkie te tematy są traktowane marginalnie i trzeba im, niestety, przyznać rację. Oby nie stało się tak z tą płytką, bo szkoda by było, aby zaginęła gdzieś w oceanie przeciętnych i jałowych wydawnictw, z którymi każdy z nas spotyka się na co dzień. Ja osobiście słuchałem i wciąż słucham z zaciekawieniem tego wydawnictwa.

ocena: 8,5/10
www.bandzone.cz/oblomov
www.myspace.com/oblomovcz
www.werewolfprod.trxl.cz
autor: Diovis




OTARGOS - "Fuck God Disease Process"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Można się zastanawiać, czy poruszanie w tekstach tematyki dotyczącej fizyki kwantowej i kosmicznego chaosu w połączeniu z ciętymi akordami, skrzekliwymi wokalami i tym podobnymi atrybutami to jeszcze black metal, czy już nie. Ortodoksi będą mieli swoje zdanie, otwartogłowi jeszcze inne, ale bez wątpienia OTARGOS to jedna z nadziei na odświeżenie trochę skostniałej formuły black metalu. Jak wiele innych kapel tego typu pochodzą z Francji, gdzie praktycznie już nie dopuszcza się do promowania bzyczących i nic nie wnoszących black'owych hord. Jednocześnie OTARGOS tworzy dźwięki odnoszące się do klasyki ekstremalnego black metalu, wściekłe, gniewne, zbuntowane, rozszalałe, oparte na solidnych podstawach i dobrze brzmiące. Kogoś może zrazi ten profesjonalny "attitude", jednak mnie osobiście cieszy, że wielu podziemnych zespołów już nie pociąga głównie piwniczny necro-sound i szukają jeśli nie całkiem nowych, to odświeżonych środków do przekazania mocnych treści i kontrowersyjnych poglądów. Kwartet z Bordeaux sięga po całą paletę gitarowych brzmień, pozwala pograć basowi, Dagoth ze swoimi chorobliwymi wokalnymi interpretacjami i tekstami wywrzeszczanymi po części w języku francuskim też dokłada swoją cegiełkę. Razem wytwarzają na "Fuck God Disease Process" apokaliptyczną aurę, a u mnie mają plusa za sięganie po sample z mojej absolutnie ulubionej serii horrorów pod wspólnym tytułem "Hellraiser". Urywki wypowiedzi demonicznego Pinhead'a w "Four Facets of the Tetragramaton Sinestre" doskonale pasują do obłąkanego nastroju tego instrumentalnego kawałka. Nie dość tego, OTARGOS posuwa się jeszcze dalej, eksplorując terytoria bliższe depresyjnej frakcji black metalu, doom metalu czy grania spod znaku przestrzennego sludge-core'a, a po przemieszaniu tego z tradycyjnym black metalem wychodzą takie zjawiska, jak "The Wall of Galaxies" i "Nullabsolut", w dużej mierze również "Pour toi une Renaissance". Nie twierdzę, że to płyta genialna czy doskonała w każdym calu, ale nie powinna przejść niezauważona. Zawsze twierdziłem, że warto zajrzeć pod powierzchnię (w tym przypadku do podziemia), bo tam znaleźć można lepsze i bardziej twórcze rzeczy niż przereklamowane i zachowawcze produkcje tych już uznanych wykonawców.

ocena: 8/10
www.otargos.fr
www.myspace.com/otargos
www.season-of-mist.com
autor: Diovis




ONE WITHOUT - "Thoughts of a Secluded Mind"

(CD 2009 / Lifeforce Records & Mystic Production)

Czy są wśród Was fani EVANESCENCE? Nie widzę lasu rąk, a niektórzy pewnie w tym momencie myślą sobie "co temu kolesiowi przyszło do głowy?". Przypadku nie ma w moim pytaniu, bo ONE WITHOUT tworzy dźwięki podobne do tej gwiazdki gothic / nu metalu, może z tą różnicą, że nie ma tu drażniących i robionych pod listy przebojów balladek. Catrin Feymark ma wokal podobny do amerykańskiej frontmanki EVANESCENCE, czasem wspomaga ją rykami i wrzaskami gitarzysta Kenny Boufadene, a sam schemat budowania utworów jest podobny. Szwedzkie kombo też nawiązuje do gitarowych melodyjek a la IN FLAMES, sili się na podrabianie THE GATHERING (z marnym skutkiem, niestety), zahacza o rytmikę i refreny a la LINKIN PARK, a efekt jest taki, że mamy tu trochę mniej komercyjny pop w rockowej oprawie. Na nic ładne refreny i bardzo dobre brzmienie, gdy ten krążek nie wnosi nic nowego do pewnej formuły, która została już wyczerpana. Obawiam się też, że scenariusz kariery ONE WITHOUT nie okaże się podobny do ich amerykańskich i jednak bardziej znanych kolegów (i koleżanki), bo ludzie odczuwają już przesyt taką muzą, a debiutancki album szwedzkiej ekipy dłuży się niemiłosiernie. Ta płyta jest zwyczajnie za długa. Stanowczo za długa. Upchano na srebrną blaszkę aż 12 utworów, z których może dałoby się lepiej zbudować dwudziestominutową epkę lub poszerzonego singielka, ale i tak na niewiele by się to zdało... Można słuchać tego materiału od początku do końca, od końca do początku i różnicy nie ma. Nie świadczy to dobrze o twórcach, ale tak na dobrą sprawę kogo to obchodzi? Mnie przez godzinę czy nieco więcej musiało, bo słuchałem w celu zrecenzowania, ale kogo jeszcze? Nie widzę lasu rąk... Widocznie fani EVANESCENCE opuścili w pośpiechu budynek... :P

ocena: 3/10
www.onewithout.com
www.myspace.com/onewithoutsweden
www.lifeforcerecords.com
autor: Diovis




OCTOBER FALLS - "The Womb of Primordial Nature"

(CD 2008 / Debemur Morti Productions & Agonia Records)

M. Lehto obrał już na dobre bardziej metalowy kurs. Przynajmniej na pełnych albumach, bo na epkach i mini-albumach przytrafiają się temu muzykowi rzeczy silniej związane z folkiem i ambientem. "The Womb of Primordial Nature" to drugi, po mini "The Streams of the End", materiał, na którym folkowe fascynacje ograniczają się do specyficznej melodyki oraz akustycznych fragmentów, natomiast reszta to już inklinacje do tworzenia czegoś, co czerpie jednocześnie z black metalu oraz dokonań EMPYRIUM, BATHORY, OPETH i MOONSORROW. Fiński muzyk najwyraźniej poczuł, że w taki sposób wyrazi się lepiej niż poprzez nudne plumkanie, które ma swój urok, ale widocznie nie da się z niego wyciągnąć już nic nowego i intrygującego. Pozostaje pytanie, czy aby na pewno OCTOBER FALLS, wzbogacony od jakiegoś czasu o sesyjnego basistę V. Metsolę i znanego z MOONSORROW perkusistę Marko Tarvonena, to zespół na tyle atrakcyjny, by przyciągnął do siebie fanów wymienionych wyżej kapel? I tak, i nie. Na pewno na plus trzeba oddać M. Lehto, że umiejętnie buduje dramaturgię utworów, które brzmią tak dobrze jak nigdy wcześniej, ale po drugiej stronie leży natarczywe kojarzenie się z tym, co inni stworzyli już wcześniej. Nie będą mieli problemu z przyswojeniem tych czterech długaśnych kompozycji ci, którzy lubią takie nieco melancholijne, zimne i nasączone ludowymi tradycjami dźwięki z naturą w tle, z kolei ci stojący w opozycji wobec wszelkich folkowo-melodyjnych naleciałości poczują jedynie znużenie i przesyt. Jestem jednak przekonany, że po trwających kilka lat poszukiwaniach OCTOBER FALLS postara się jeszcze o coś więcej niż tylko zrównoważenie elementów folku i black metalu. Zawsze może też sobie pofolgować po akustycznej stronie swojej twórczości na różnych mniejszych wydawnictwach, a fani nie znoszący tej strony muzyki mają do wyboru co najmniej kilkaset tysięcy innych płyt, bo jak powiadał poeta, podobno "o gustach się nie dyskutuje", a każdy ma uszy, żeby słuchać.


ocena: 6/10
www.debemur-morti.com
http://koti.welho.com/mlehto4/of/of.html
autor: Diovis




OLD WAINDS - "Death Nord Kult"

(CD 2008 / Debemur Morti Productions & Agonia Records)

Daleka Północ sprzyja powstawaniu różnych mizantropijnych zjawisk. Ludzie nie żyją tam stadnie, nie potrzeba im do szczęścia wielkomiejskiego zgiełku i sztucznych używek. Wokół wszystko w takim samym stanie jak przez setki i tysiące lat, natura w pełnej krasie i drapieżności, a czas jest odmierzany niezmiennymi cyklami: bardzo długa zima i bardzo krótkie lato. Nic więc dziwnego, że wiele kapel ze Skandynawii brzmi tak, a nie inaczej, i wciąż podążają za nimi kolejni muzycy z innych krajów położonych blisko koła podbiegunowego. Ciekawe kiedy doczekamy się hordy ze Spitsbergenu założonej przez znudzonych pracowników stacji badawczych, wciąż też bardzo wiele jest do zrobienia w Grenlandii i na drugim końcu świata, czyli na Antarktydzie ;) W jakim celu jest ten wstęp? A no stąd, że OLD WAINDS też jest z Północy i działa sobie bez rozgłosu, głównie dla własnej satysfakcji (nie mają nawet strony www, a tym bardziej własnego majspejsa). Tych trzech muzyków urodziło się w Murmańsku, czyli w najbliżej położonej Finlandii części Rosji. Kiedyś w tym miejscu, już za kołem polarnym kwitł przemysł stoczniowy, tam znajdowana się baza sowieckich atomowych okrętów podwodnych, teraz pewnie ludzie żyją na skraju nędzy, zapomniał o nich świat i Putin. Tam przyszło grać osobnikom o nickach Haucium, Trismegist i Izbor (znani również jako Morok, Kholdogor i Izbor), a obrali sobie - czego można było się spodziewać - surowe black metalowe nuty. Aż dziw, że działają już od 14 lat, a "Death Nord Kult" to już czwarty album tej hordy. Nie zatrzymali się jednak na poziomie łupania darkthronowych riffów, na swój sposób i ze swobodą przekuwając lodowaty klimat i surowe warunki życia w takież dźwięki. Na wskroś blackowe, szybkie, zadziorne, nieokrzesane, zimne i bezkompromisowe. W ich muzie słychać wściekłość zbliżoną do tego, co wszczepia fanom choćby AURA NOIR, ktoś wychwyci podobieństwa do KHOLD i SATYRICON, a nawet pozbawionego industrialnej otoczki THORNS. Nie należy jednak OLD WAINDS "ubierać" w norweskie szaty, bo ci trzej kolesie oddają na "Death Nord Kult" swoje życie, swoją pasję i swoje chłodne serca. Jakkolwiek patetycznie to brzmi, ta płyta jest rzeczywiście świadectwem życia gdzieś daleko od głównych nurtów, trendów, fałszu, "prawdziwości" i tak zwanego "glamour'u".


ocena: 8/10
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




ONHEIL - "Razor"

(CD 2009 / Cyclone Empire)

Ileż to już kapel inspirowało się IRON MAIDEN? ONHEIL nie jest ani pierwszą, ani ostatnią z nich. To, co ich różni od pozostałych, to unikanie grania czystego gatunkowo heavy czy power metalu. Odpada więc podejrzenie o to, że Holendrzy są kolejnym "tribute-bandem" słynnej brytyjskiej ekipy. "Razor" to debiut ciężko harującej o zyskanie popularności grupy, w której skład wchodzą między innymi muzycy innej holenderskiej brygady MARTYR. Czas więc rozwikłać zagadkę co wypełnia ten krążek... Otóż bazą dla tworzonych przez ONHEIL dźwięków jest melodyjny black metal, w którym oprócz przepisowych skrzeków rozpisanych na dwa głosy pojawiają się strawne dla prawie każdego fana klasycznego heavy metalu linie melodyczne i refreny, trochę gitarowych solówek i nieco epicki, bitewny klimat. Gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewa melodyjna i agresywna nawałnica w stylu DISSECTION i NECROPHOBIC, mieszanie gatunków znane ze starszych płyt ich starszych ziomków z GOD DETHRONED, a nawet miarowe pochody charakterystyczne głównie dla MARDUK. Czasem gitarzyści (jest tu ich aż trzech) się zapominają, perkusista nie nawala ile ma sił, wokaliści milkną i pobrzmiewa rzeczywiście klasyczne heavy metalowe granie. Takich fragmentów jest na "Razor" stosunkowo sporo, ale często wypierają je kawalkady szybkiego black/death metalu w szwedzkim stylu. Na wyróżnienie zasługują zwłaszcza umiejętnie mieszające dwa nieco odmienne światy muzyczne numery pokroju "As Hope Dies", "Day of Departure" i "Penetration of Innocence", operujący monumentalną atmosferą i podniosłą, prawie folkową melodyką numer tytułowy oraz marszowo - hymnowy "The Fallen Kingdom". Płyta może nie jest genialna i powalająca jako całość, lecz przynajmniej wyróżnia się w tłumie nijakich, bezpłciowych i wtórnych produkcji metalowych powstających każdego dnia i tygodnia.


ocena: 7/10
www.onheil.nl
www.myspace.com/onheil
www.cyclone-empire.com
autor: Diovis




ORANSSI PAZUZU - "Muukalainen Puhuu"
(CD 2009 / Violent Journey Records & Foreshadow Music)

W black metalu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Na szczęście, bowiem pewne przejawy kryzysu były widoczne w tym gatunku już od dawna. ORANSSI PAZUZU nie zapowiadało się jakoś szczególnie: teksty i tytuł płyty po fińsku... raczej spodziewałem się kloca i gniota w rodzaju AJATTARA. A tu surprajs pełną gębą! Nieszablonowy black metal z niesamowitym klimatem i nowatorskimi pomysłami muzyków. W pierwszym utworze, "Korppi", tylko na pozór jest normalnie jest skrzeczący wokalista, szybka perkusja, bzyczące gitary... ale zaraz!... te gitary brzmią chorobliwie, odzywa się co rusz pojechany klawisz... to nie są normalne dźwięki pierwszego lepszego blackmetalowego bandu. W drugim na płycie "Danjon Nolla" zaczyna się schiza: rytm rodem z cold wave, pokręcone partie gitar, klimat niczym z najmroczniejszych horrorów. O to to to! Groza i choróbsko aż wylewają się z tych dźwięków. "Kangastus 1968" zaskakuje pozornym spokojem, podczas gdy gdzieś głębiej kryje się prawdziwe psychodeliczne piekło. Nieziemsko dziwnie brzmią tu gitary, na wpół akustyczne, nie grające akordami, ale to ma jak najbardziej sens. Odkryłem w ORANSSI PAZUZU coś, co dotąd nie było obecne w najciemniejszej z najciemniejszych muz - ci kolesie łączą black metal ze sludge-core'm. Jeszcze lepiej słychać to w nieśpiesznym, cholernie klimatycznym i pełnym niepokoju "Suuri Pää Taivaasta". Ta muza jest opętana przez demony!!! Z szoku wyrywa prostszy i bliższy powiedzmy CARPATHIAN FOREST "Myöhempien Aikojen Pyhien Teatterin Rukoilijasirkka", ale i w tych trzech minutach i czterdziestu jeden sekundach mieści się partia melotronu, coś brzmiącego jak saksofon i dziwna rytmika. W "Dub Kuolleen Porton Muistolle" powraca czyste surrealistyczne Zło. Pod maską spokoju ukryto totalny odchył i diaboliczność, a rytmika jest rodem z muzyki dub, odkryłem też przy okazji, że gdzieś podświadomie ORANSSI PAZUZU inspiruje się KING CRIMSON, a nawet PINK FLOYD (instrumentalny utwór tytułowy to czysta psychodelia z pierwszych lat działalności tej legendarnej kapeli). To wszystko jest tutaj tak porąbane jak LUGUBRUM, ale znacznie bardziej przerażające, nawiedzone, rytualne i świeże. A jednak można jeszcze stworzyć coś, co nie mieści się w żadnej z szuflad! Debiutant roku? Czemuż by nie?! I jednocześnie jeden z najbardziej odkrywczych i zwyczajnie najlepszych albumów 2009 roku.

ocena: 9/10
www.myspace.com/oranssipazuzu
www.violentjourneyrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


OBSCURA - "Cosmogenesis"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
Obwieszczeni jako kolejna sensacja w świecie progresywnego death metalu Niemcy z OBSCURA na swoim drugim albumie "Cosmogenesis" nagrali kawał świetnej muzy, która od razu przypadnie do gustu pewnej określonej grupie słuchaczy. Tyczy się to fanów takich kapel, jak późny DEATH, CYNIC, ATHEIST, PESTILENCE, CORONER i może też NECROPHAGIST. Ale o tym ostatnim podobieństwie za chwilę. Czwórka muzyków z omawianej kapeli to zaprawieni w bojach grajkowie, a przynajmniej część z nich już miała okazję przedstawić się w innych powszechnie znanych zestawieniach. Na sześciostrunowym basie mamy na przykład Jeroena Paula Thesselinga grającego w dawniejszym składzie odrodzonego nie tak dawno temu PESTILENCE. To, co wyprawia ten gość i jak pięknie wyeksponowano jego umiejętności podczas produkcji tego albumu zachwyci niejednego miłośnika basowych brzmień. Na gitarze i perkusji gra bardzo zgrany w NECROPHAGIST duet Christian Muenzner i Hannes Grossmann, z którym nagrywali już bardzo zaawansowane technicznie rzeczy i skąd odeszli właśnie do OBSCURA. Dlatego też nieprzypadkowo napomknąłem wcześniej w recenzji o pewnych stylistycznych pokrewieństwach z tym zespołem na "Cosmogenesis". Ostatnim, czwartym do pokera jest gitarzysta i wokalista Steffen Kummerer, produkujący się w mniej znanych formacjach HELFAHRT, FESTERING SALIVA, BLACK HORIZONS oraz THULCANDRA, który przeplata gardłowe ryki z umiejętnymi wrzaśnięciami i przepuszczonymi przez różne efekty wokalami. Najnowszy, wydany przez Relapse Records album, to dowód na doskonałe porozumienie między tymi muzykami, bo wszystko tu współgra i określając to dwoma słowami: perfekcyjnie sztymuje. Na nic zdadzą się krytyczne opinie, że te dźwięki nagrywały wcześniej inne kapele, bo to prawdziwa uczta dla tych, co cenią sobie bardzo wysoko mocne aranże, inteligentne pomysły, specyficzną melodykę, pozakręcane solówki gitarowe, jazzujące partie instrumentalne i klarowne, przestrzenne brzmienie. OBSCURA potrafi nieźle się rozpędzić, by po chwili zaskoczyć stonowanym i zawiłym motywem. Jest też miejsce na instrumentalny popis wszystkich muzyków w "Orbital Elements", gdzie doskonale słychać na co stać każdego z nich. Razem z pozostałymi 9 kawałkami stanowi jeden wielki i nad wyraz przemyślany koncept utrzymany w konwencji technicznego metalu, którego żaden szanujący się fan metalu nie powinien sobie odmówić i po prostu mieć tę płytę w swojej kolekcji.

ocena: 9/10
www.obscura-metal.com
www.myspace.com/realmofobscura
www.relapse.com
autor: Diovis


OUTLAW ORDER - "Dragging Down the Enforcer"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Ten zespół to tak właściwie kolejna odsłona kultowej w niektórych kręgach formacji EYEHATEGOD. Nowoorleańscy miłośnicy zioła od zawsze tworzyli dźwięki wywodzące się w prostej linii od BLACK SABBATH, a z drugiej brudne, obskurne i znane powszechnie jako sludge-core lub stoner rock. Kto wie, czy gdyby HELLHAMMER powstał nieco później i działał w Stanach Zjednoczonych, nie brzmiałby jak OUTLAW ORDER na swoim debiucie? To podobna estetyka, choć odmienny przekaz tekstowy. Amerykanie mają jednak inne priorytety i inne doświadczenia. Dlatego tak wiele na tej płycie opisów brudnego, smrodliwego, pełnego terroryzmu i przestępczości świata, w którym rządzą dolar, mafia, brudne interesy oraz nielegalne kluby i gdzie handluje się bronią, narkotykami, podejrzanym alkoholem oraz tanimi dziwkami. Taki oddźwięk ma ta płyta, łącząca w sobie te wszelkie tylko na pozór marginalne zdarzenia z dalekim od estetycznego brzmieniem nisko nastrojonych i mocno przesterowanych gitar, buczącego basu i zdominowanego przez szeleszczące talerze soundu bębnów oraz niedbale potraktowanych wrzaskliwych wokali. "Dragging Down the Enforcer" to taki punk metal, w którym jest coś ze wspomnianego już BLACK SABBATH, coś z doom'owego ST. VITUS, coś z wybryków ABSCESS i atmosfery nowoorleańskich slumsów. Wszystko razem wzięte można znaleźć na tym krążku, którego na pewno nie tkną wszelcy zwolennicy wypieszczonych i wymuskanych produkcji wciskanych na morgi w każdym tygodniu i miesiącu.

ocena: 7/10
www.myspace.com/outlaworder
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


ORENDA - "The Funeral"
(CD 2007 / No Colours Records)
Czy w dzisiejszych czasach jest szansa usłyszeć jeszcze coś innowacyjnego w black metalu? Czy minione lata chwały i panowania tego nurtu jeszcze kiedyś powrócą? Odpowiedz na pierwsze pytanie brzmi; zdecydowanie TAK!!! Lecz o jakimkolwiek powrocie na szczyt nie ma mowy!!! Ja to wiem, wy zapewne też, wygląda na to, że Bułgarzy z ORENDA też wiedzą. Panowie nie silą się zbytnio na oryginalność, jakiekolwiek elementy świadczące o ich pochodzeniu w muzyce nie występują. Mam na myśli bałkański folk, który mógłby zdradzać skąd ci panowie są. Tego tu nie ma. Jest za to około 34 minut prymitywnego black metalu w duchu DARKTHRONE bądź MAYHEM z okresu tajemniczych obrzędów lorda szatana. Całość została podzielona na cztery utwory trwające średnio po 7,5 minuty (na oko). Wskazane byłoby tu większe urozmaicenie. Ja wiem, że black rządzi się swoimi prawami, ale chyba nic by się nikomu nie stało, gdyby gitarzyści zagrali ze trzy riffy więcej (o wiele nie proszę). Zapewniam, że taki "nawał" dźwięków nie odbiłby się negatywnie na klimacie i przesłaniu. Poza tym wałkowanie w koło patentów sprzed dajmy na to 16 lat po prostu nudzi. Płytę polecam jedynie zagorzałym sympatykom czarnego metalu, choć na ich miejscu wolałbym w kółko wałkować w/w "De Mysteriis Dom Sathanas".
ocena: 4/10
www.myspace.com/orendabg
www.no-colours-records.de
autor: Narmer


ORIGIN - "Antithesis"
(CD 2008 / Relapse Records)
Z uporem maniaka, jak ta stara katarynka będę twierdzić, że od początku XXI wieku death metal przejawia wszelkie oznaki ogólnego kryzysu. Co z tego, że niektóre stare wygi nadal się trzymają, podczas gdy nowe twarze nie tworzą niczego nowego, a niektóre starsze kapele po prostu odcinają kupony lub cofają się w rozwoju? Na szczęście jest kilka świeżo brzmiących grup i należy do nich właśnie ORIGIN. Każda z trzech poprzednich płyt była na wysokim poziomie i przebijała wcześniejszą. Wysoko oceniłem na wirtualnych łamach Mrocznej Strefy ostatnią - "Echoes of Decimation", i podobnie będzie z "Antithesis". Tak właściwie to drastycznych zmian nie ma, bo trudno w tej formule technicznego i brutalnego death metalu o coś wybitnie przełomowego. Głównie chodzi więc o lifting, który objawia się między innymi w ciut większej ilości melodyjnych solówek. Ale "Antithesis" jest jednocześnie albumem bardziej intensywnym, bezkompromisowym, bardziej matematycznym (jak w jednym tytule to taki "Algorithm"), złożonym i precyzyjnym jak chirurg ze skalpelem. Jak zawsze robi wrażenie genialne bębnienie Johna Longstreth'a - to rzeczywiście obecnie jeden z lepszych i bardziej utalentowanych perkusistów w świecie death metalu. Nie pozostają za nim w tyle i gitarzyści wycinający piekielnie szybkie riffy, i wspomniane wcześniej solówki, bez których sound byłby zanadto sterylny i wykalkulowany oraz basista, który naprawdę nieźle miesza. Wokale też nie ograniczają się do standardowych growli - obok nich pojawiają się także współgrające z nimi wrzaski, ale nie kojarzcie tego z metal-core'owym bełkotem i monotonią. ORIGIN nie nagrał więc płyty rewolucyjnej, ale na pewno wspiął się na poziom dostępny jedynie dla nielicznych. Tak jak kiedyś osiągnęli go CANNIBAL CORPSE czy CRYPTOPSY, tak teraz ich miejsce zajęli James, John, Mike, Jeremy i Paul. I niech już tak będzie, bo ORIGIN to prawdziwa krynica dla każdego death-maniaka.
ocena: 9/10
www.relapse.com
www.origin-site.com
www.myspace.com/origin666
autor: Diovis


OBTEST - "Gyvybes Medis"
(CD 2008 / Osmose Productions & Ledo Takas Records)
Z wielką pompą Osmose Productions przywitało u siebie litewski OBTEST. Dawno już nie czytałem tak entuzjastycznych zapowiedzi Herve'a, który zdawał się popadać w ostatnim czasie w rutyniarstwo wydawnicze. A tu proszę - Litwini mogą się poczuć docenieni i wyróżnieni. "Gyvybes Medis" może niewiele różni się od poprzednich dwóch albumów, ale wbrew pozorom to atut tej zasłużonej już kapeli, która do tej pory nie była zbytnio znana, i szkoda! Bo OBTEST to kawał porywającej muzyki, która deklaruje swoją przynależność do sceny pogańsko-metalowej, lecz przy tym nie popada w kicz i plumkanie byle czego. Oni wiedzą, jak łączyć ze sobą melodię, agresję i epickość, tak by porwać do tańca, headbangingu, moshingu, wypitki, bzykania i co tam jeszcze lubicie robić przy muzyce. Litwini nie bawią się w banalne, pseudo-folkowe motywy, bo zwyczajnie oprócz tego, że sami grają, to z pewnością zawsze woleli słuchać rasowego metalu. Dlatego oprócz blackmetalowego zacięcia wtrącają elementy klasycznego metalu (ech, te rozśpiewane solówki...), a wokale dają pełny obraz tego, co najlepsze w mocnej muzie. Skrzeki, growle, chóralne zaśpiewy, teksty tradycyjnie już w ojczystym języku... Quorthon (R.I.P.) byłby dumny, że w epickim metalu to on dał hasło, że nie wystarczy tylko poryczeć byle co i wszyscy to kupią, zaś OBTEST to taki krok do przodu w nordyckim metalu, który nie potrzebuje drastycznych zmian, a jedynie kosmetycznych poprawek w drodze do perfekcji. Oczywiście, wiem, że sporo osób nie lubi takiej muzyki, jaka pojawia się na "Gyvybes Medis", ale mogę zapewnić, że OBTEST nie potrzebuje ozdobników w postaci klawiszy, fujarek, żeńskich wokali czy udziału orkiestry symfonicznej, by osiągnąć potężny efekt. Dla patriotów i zbieraczy ciekawostek związanych z Polską w metalu informacja, że album został nagrany w Hertz Studio i muszę przyznać, że nie przypomina żadnej z pozostałych produkcji, które tam zarejestrowano. To też świadczy, że Litwini wchodzili do studia z jasną i klarowną wizją, jaki efekt chcą osiągnąć. Jeśli lubicie dobrze zbudowane kawałki, z których kipi mnóstwo energii i pogańskiego ducha w muzyce, możecie brać tę płytę w ciemno.
ocena: 8/10
www.obtest.lt
www.myspace.com/obtestofficial
www.osmoseproductions.com
www.ledotakas.net
autor: Diovis


OCTOBER FALLS - "The Streams of the End"
(MCD 2007 / Debemur Morti Productions & Pagan Records)
Zawsze dziwił mnie snobizm niektórych fanów na takie twory, jak VINTERRIKET czy OCTOBER FALLS. Ten drugi może i tworzył specyficzny, nastrojowy i przyjemny dla ucha folk/ambient, ale nudne toto było niemożebnie. Dlatego zaskoczyła mnie przemiana, jaka zaszła u M. Lehto, który do nagrania mini-albumu "The Streams of the End" zaprosił basistę V. Metsolę i bębniarza M. Auerkallio. To oznaczać mogło tylko jedno: ten materiał to już nie tylko plumkanie i brzdękanie, lecz cośkolwiek więcej. M. Lehto nie obsługuje już tylko gitary akustycznej, ale włączył też przester, schował klawisze głębiej i skupił się na kreowaniu folkowo-mistycznej atmosfery w nieco mocniejszej konwencji. Dzięki temu przekaz nabrał odpowiedniej mocy i stał się bardziej przyswajalny dla metal-maniaków lubiących epickie rzeczy. "The Streams of the End" jest mocno naznaczony dziedzictwem BATHORY z czasów "Hammerheart" czy "Twilight of the Gods", wczesnego EMPYRIUM i xxx. Oczywiście, nie ma tu absolutnie mowy o szybszych partiach, bo całość przemawia głównie językiem melancholii, smutku i patosu. Szkoda tylko, że sound trochę kuleje i nie daje odczuć prawdziwej potęgi tych dźwięków. Aranże też nie są jakoś szczególnie rozbudowane i są oparte na współpracujących ze sobą gitarze klasycznej i elektrycznej, bas i perkusja dodają im odpowiedniej pulsacji, a blackowe wrzaski uzupełniają tę konstrukcję, nadając bardziej złowrogi i desperacki charakter. Dopiero czwarty i ostatni na płycie numer tytułowy to typowe OCTOBER FALLS z przeszłości - słychać tylko gitarę akustyczną, flet i delikatne muśnięcia klawiszy. W takiej dawce jest to słuchalne i strawne, ale z tego co wyczytałem tu i ówdzie, kolejny pełny album fińskiego zespołu ma być zdecydowanym nawrotem do akustycznego grania w manierze MCD "Tuoni" i debiutanckiego albumu "Marras". Jest więc jedyna jak na razie okazja, by usłyszeć nieco mocniejsze oblicze tego zespołu, chociaż zaznaczam, że to tylko około 22 minuty muzyki.
ocena: 7/10
www.debemur-morti.com
autor: Diovis


OPHIOLATRY - "Transmutation"
(CD 2008 / Regain Records & Mystic Production)
Oglądaliście kiedyś na pewno jakąś hollywoodzką komedyjkę, w której bohaterami są ciągle ujarani kolesie. Coś w klimacie "Babcisynka" czy "Knocked Up". Fabułka ot taka sobie, treści tam wiele, ale w sumie to tylko jeden wielki bełkot i głupawka. Przy "Transmutation", czyli najnowszej produkcji Brazylijczyków z OPHIOLATRY, może nie ma powodów do śmiechu i daleko im do tekstów o dupie marynie, ale mam wrażenie, że to takie klepanie muzyki na haju i twórcom wydawało się, że właśnie nagrali wiekopomne dzieło, które stanie się kamieniem milowym ekstremalnego grania. Tymczasem w pogoni za techniką grania i jak najszybszymi blastami zapomnieli o tym, że nawet death metal to nie 16 kawałków, które poza chorobliwymi interludiami są podobne do siebie jak dwie krople wody. Na dobrą sprawę można by z tej płyty zostawić ze dwa, trzy numery, dodać jakieś industrialne intro oraz akustyczne outro i mielibyśmy to samo. Pod koniec lat 90-ych brazylijska scena zapowiadało się interesująco, bo obok KRISIUN i REBAELLIUN były też ABHORRENCE, HEADHUNTER D.C. czy NEPHASTH, ale z czasem to właśnie o tych dwóch pierwszych nadal się mówi, choć ci drudzy, czyli REBAELLIUN, zakończyli żywot po nagraniu jednego mini-CD i dwóch pełnych albumów. OPHIOLATRY zmajstrowało w 2002 roku "Anti-Evangelistic Process", potem były jeszcze jakieś splity, między innymi z INFERNAL DOMINION, po czym nastąpiła cisza i pewnie myśleli, że ich powrót w postaci drugiego pełnograja wznieci gorące uczucia u fanów technicznego i brutalnego death metalu. Nie da się za cholerę ukryć, że nagrali gniota, na którego szkoda i czasu, i kasy. Zachłyśnięcie się dokonaniami HATE ETERNAL, dorzucenie kilku eksperymentalnych miniatur i skrócenie czasu trwania poszczególnych numerów nie wyszło im na dobre i lepiej od razu zapomnieć, że kiedykolwiek taka płyta w ogóle powstała. Jestem szczerze zdziwiony, że Regain Records postanowiło zainwestować w "canharinos", bo może mielibyśmy jeden bezwartościowy zespół mniej na przepełnionej scenie metalowej.
ocena: 1/10
www.regainrecords.com
www.ophiolatry.org
www.myspace.com/ophiolatry
autor: Diovis


OBSCENE GESTURE - "Living In Profanity"
(CD 2007 / Xtreem Music)
Ach. Zupełnie nie wiem co powiedzieć. Mam problem z tym całym OBSCENE GESTURE. I to nie mały problem. Niby grają ten swój thrash/punk, czy inny crossover, ale to jest TAKIE niemrawe. Odnoszę wrażenie jakby album oparto na dwóch riffach i jednostajnym waleniu w gary. Przez te 37min. i 13.sec. nie wydarzyło się nic, co by przykuło moją uwagę. Wiem, ja nigdy do sympatyków crossover czy punka się nie zaliczałem i ta kapela tego stanu nie zmieni. Idę posłuchać MISFITS. Dziękuję za uwagę. I tyle!!!
ocena: 3/10
www.myspace.com/obscenegesture213
www.obscenegesture.net
www.xtreemmusic.com
autor: Narmer

INDEX   O   [1]