| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   P   [1  2  3]  

a name="recenzje-PURE HATE - Hate Is Coming">

PURE HATE - "Hate Is Coming"

(CD 2009 / Unholy Melodies Productions)

Jest to już drugie wydawnictwo tego zespołu i muszę przyznać, że zespół zrobił postęp od czasów "My Enemy". Nadal poruszają się w hard-core?wych klimatach, zahaczając o thrash metal. Jest dobrze - mamy tutaj melodię, ciekawe aranżacje, dobre brzmienie, tylko jedno razi i to znacząco. A mianowicie jest to wokal, a raczej maniera wokalisty, która jest jednostajna, bezbarwna. Szkoda, bo muzycznie jest dobrze i gdyby nie ten wokal.... Podoba mi się wojenna tematyka podejmowana przez zespół i związana z tym oprawa graficzna, która prezentuje się ciekawie. Utwory nie są za długie, mają niewiele ponad 3 minuty i jest to optymalny czas. I naprawdę wszystko jest świetnie do momentu, gdy wchodzi wokal. Burzy on cały porządek i układ słuchanego kawałka. Jeżeli zespół będzie tak dalej się rozwijał, może być naprawdę ciekawie. Tylko proszę, panowie, ten wokal - zmieńcie go!

ocena: 6/10
www.myspace.com/purehatemusic
www.unholymelodies.com
www.myspace.com/unholymelodiesproductions
autor: Peter




PITBULL TERRORIST - "C.I.A."

(CD 2009 / Anstalt Records)

Materiał debiutanckiej kapeli PITBULL TERRORIST zawiera 18 kawałków, nie wykraczających ponad dwie minuty. Jest ostro i thrashowo, pełno wykrzyczanego buntu i hałasu gitarowego. Na plus jawi nam się tutaj wokalistka Oliwia, która nie szczędzi swojego głosu i drze się ile sił w płucach. Pozostali muzycy łoją równie dobrze, nie dając wytchnienia słuchaczowi. Momentami mamy wokal lekko zawodzący, jakby fałsz, ale czy na pewno? Na "C.I.A." mamy ostrą jazdę od pierwszych dźwięków, i to, że kawałki nie są długie zbytnio przeładowane riffami powodują, że miło się tego słucha. Krótkie ostre ciosy trafiające mocno i pozostawiające ślady. Mamy w utworach na przemian zwolnienia typowe thrashowe rytmy i ostre przyśpieszenia. W "Ode For the Old" mamy wokal jakby puszczony szybciej, jakiś chór w oddali, ale zrobione to raczej w formie zabawy. Natomiast w "Guerra" wokal bardziej śpiewny, więcej zwolnień, utwór odbiegający od pozostałych i jest najkrótszym na płycie. Minusem jest monotonia utworów, ich schematyczność, ale cóż, taki zamysł muzyków.

ocena: 6,5/10
www.myspace.com/pitbullterrorist
www.pitbullterrorist.us
www.myspace.com/anstaltrecords
autor: Peter




PARADISE LOST - "Faith Divides Us, Death Unites Us..."

(CD 2009 / Century Media Records)

Miał rację John Milton, kiedy pisał w swoim "Paradise Lost", że "lepiej być panem w piekle, niźli sługą w niebiosach". Nie bez powodu wspominam o mistrzu, którego kunszt, słowa i samo wspomniane dzieło były inspiracją nie tylko dla brytyjskich muzyków. Nowy, dwunasty studyjny album PARADISE LOST jest ewidentnym przykładem na to, że w tajemnicy i surowości muzycznej tkwi owa hipnotyczna siła, która rzuca nas na kolana, ściąga do parteru i pozwala z należnym uwielbieniem słuchać... słuchać... słuchać. Sam tytuł płyty "Faith Divides Us, Death Unites Us..." ("Wiara nas dzieli, śmierć nas jednoczy") daje jasno do zrozumienia, że to nie będzie lekki album. Niezwykle klimatyczna okładka, surowa rycina, a wewnątrz średniowieczne grafiki mistrzów tego środka przekazu wprowadzają nas w mrok muzyki. Przyznam, że z niepokojem słuchałam dziwnych mariaży elektronicznych, które w poprzednich wydawnictwach PARADISE LOST zaczęły mnie martwić i już myślałam, że stracili bezpowrotnie pierwotny "pazur" i zacięcie, które tak podobały mi się na początku ich dokonań... a tu proszę, niespodzianka, porażająca. Mam nadzieję, że eksperymenty elektro mają za sobą. Już poprzedni album, "In Requiem", był zapowiedzią zwrotu w całej strukturze strony dźwiękowej, a "Faith Divides Us, Death Unites Us" to konkretny powrót do właściwego ciężaru, surowego tonu całości. Nie ma tu miejsca na komercyjne zagrywki, naleciałości nie pasujące do subtelnego, bardziej złożonego wewnętrznie i solidnie osadzonego w podwalinach gatunku brzmienia. Mocne, dynamiczne i skąpane w skalach molowych pasaże gitar, lekko chyba podrasowane inspiracjami barokowych mistrzów strun... niekoniecznie gitarowych, powiew świeżości w aranżu perkusji i basu. Nie bez znaczenia jest tu też perfekcyjne zharmonizowanie tekstów ze stroną dźwiękową. Jest w nich pewien specyficzny szlif, znowu sugerujący nieodwołalny wpływ twórczości Miltona na muzyczne dokonania zespołu. Celowo nie rozpisuję się na temat poszczególnych utworów, bo traktuję to wydawnictwo jako jedną, spójną całość. Jedynie tytułowy kawałek wskażę jako dla mnie wyjątkowy... tekstowo, technicznie, vokalnie (Nick jest w świetnej dyspozycji)... kapitalny... po prostu. Kiedy skończyłam słuchać, wiedziałam już jedno... W gruncie rzeczy każdy z nas jest "miltonowskim" panem w piekle. Każdy z nas ma swoje prywatne piekło, czające się za rogiem ulicy, za ścianą pokoju. Sztuką jest nie dać się zwariować i z całego tego "piekielnego menu" wyciągnąć dla siebie to, co najpełniej pozwoli docenić doczesność. Ta płyta skłania do takich refleksji... Myślę, że najważniejsze to tak panować w tej "gorącej krainie", by jedyny odgłos, jaki usłyszymy schodząc z tego świata, nie był jedynie hukiem naszego własnego upadku. "Faith Divides..." jest dowodem na to, że nie tylko Red Bull dodaje skrzydeł... uskrzydla nas muzyka, a PARADISE LOST swoim albumem przypomina nam, że też potrafimy się wznosić. Było absolutnie inspirująco, polecam.

ocena: 10/10
http://paradiselost.co.uk
www.myspace.com/paradiselostuk
autor: Luna




PLUTONIUM ORANGE - "Volume"

(CD 2009 / Firebox Records)

Powszechnie wiadomo, że Finowie pogrywają w kilku kapelach na raz. Jest to czasochłonne, ale wyrabia umiejętność poruszania się w różnych stylistykach i jest pewnego rodzaju ubezpieczeniem, bo gdy nie wiedzie się jednemu zespołowi, może udać się innemu. Albo jest to po prostu odskocznia i możliwość pobycia z kumplami i tworzenia z nimi niezobowiązujących dźwięków, tak jak to jest przypuszczalnie w przypadku PLUTONIUM ORANGE. Dwóch muzyków związanych z gothic / doom metalowym SWALLOW THE SUN od mniej więcej 1999 roku zbiera się ze swoimi kompanami i wtedy liczy się choć na chwilę tylko PLUTONIUM ORANGE. Tu realizują się w rock 'n rollowej, żwawej i prostej muzie. Można to nazwać - jak to zrobił wydawca - melodic stoner metalem, ale ogólnie to taki bujający, ciężki rock, momentami hard rock, a momentami coś, co u nas propaguje CORRUPTION, a ostatnio też BLACK RIVER i LEASH' EYE, więc faktycznie coś na kształt stoner rocka / metalu. Sound gitar nieco przypomina to, co Juha Raivio tworzy w SWALLOW THE SUN, ale tu jest nie tylko melodyjnie grającym gitarzystą, ale też twórcą prostych akordów, na których budowane są poszczególne utwory. Finowie mają skłonności do pisania prostych w wymowie kawałków, ze zgrabnymi refrenami i pohukującymi chórkami. Pomimo ciężaru, właśnie melodyjność i zbyt miękki wokalnie Samuli Liekkinen będą na pewno atrakcyjne dla dziewczyn, znacznie gorzej będzie już z resztą populacji ;) Muza jest wyjątkowo koncertowa, to fakt, jednak na tej płycie (wyobrażacie sobie, że to ich debiutancki pełnograj po 10 latach wspólnego grania?) brzmi to jakoś tak nieprzekonująco. W końcu takich kapel na całym świecie jest sporo, a PLUTONIUM ORANGE nie wyróżnia się niczym szczególnym. I tak też traktuję "Volume" - jako kolejny imprezowy krążek, ale z bardzo rozmydlonymi wartościami artystycznymi.

ocena: 5/10
www.myspace.com/plutoniumorange
www.firebox.fi
autor: Diovis




PROGHMA-C - "Bar-Do Travel"

(CD 2009 / Mystic Production)

Aż tak całkiem źle nie dzieje się w państwie polskim. Działające gdzieś na uboczu formacje mają okazję pokazać swoją twórczość nie tylko dzięki małym niezależnym wytwórniom, ale i taki Mystic Production nie ogranicza się do chełpienia BEHEMOTH'em, Czesławem Śpiewa i Gabą Kulką, bo ma u siebie INDUKTI (vide recenzja w naszym serwisie), a od niedawna także kompletnie nieznaną kapelę o nazwie PROGHMA-C. Nieznaną, nie oznacza wcale, że nieciekawą i nieprofesjonalną. Niewiele mi wiadomo o tej czwórce muzyków, za to "Bar-Do Travel" jest ich niezłą wizytówką. Już pierwszy kawałek na płycie, "Kana", to atak połamanych rytmów, jazzujące zagrywki, muza łącząca w sobie elementy TOOL, MESHUGGAH, CYNIC, OFFICE OF STRATEGIC INFLUENCE (OSI), KING CRIMSON, RIVERSIDE i BLINDEAD. Mechaniczne granie zazębia się z przestrzennymi dźwiękami i wokalizami odśpiewanymi tak jakby od niechcenia, ale w pewnym momencie Piotr "Bob" Gibner zaczyna ostro ryczeć. W podobnej manierze utrzymany jest także następny dłuższy fragment (część utworów oscyluje między sześcioma i dziewięcioma minutami) pt. "FO". Tu z kolei na początku pojawia się deklamacja na tle nisko nastrojonych, miażdżących gitar, a potem walec rozkręca się powoli i zaczyna robić się dość tajemniczo. Szkoda, że ta tendencja rozwojowa zatrzymuje się na dłuższą chwilę w trzecim na krążku "Spiralling To Another", bo muzycy za bardzo się zapętlają i motyw rytmiczny staje się monotonny i nużący, co przekłada się też niestety w dużej mierze na "Spitted Out" oraz część instrumentalnego "Spitted Out (Out)". W "So Be-live" jest bardziej prog-rockowo, chwilami mocno Riverside'owsko, dalej jest rodzaj miniatury "I Can't Illuminate With You" i znów połamany, acz czasem trącający melodyką DEFTONES "Naan", a na sam koniec mała niespodzianka. PROGHMA-C wzięła na warsztat cover znanego przeboju BJORK "Army of Me" i przekształciła go w mocny, rockowo-metalowy numer. Jeśli mnie pamięć nie myli, to twórczością islandzkiej artystki zajęło się do tej pory w Polsce tylko MOONLIGHT, ale co innego zaśpiewanie jej utworów przez kobietę, a co inne - jak tutaj - przez faceta. Wyszło bardzo ciekawie. Cóż można dodać? Ołtarzyka tej płycie nie będę budować, ale zaczątki geniuszu tych czterech muzyków już widać i przede wszystkim słychać. Przy dalszej progresji będzie na co czekać przez następny rok lub dwa.

ocena: 7/10
www.myspace.com/proghmac
www.mystic.pl
autor: Diovis




PATHOGEN - "Blasphemous Communion"

(CD 2009 / Dead Center Productions & Wings Of Destruction Productions)

Filipiński metal kojarzył mi się dotąd wyłącznie z rip-offami, czyli kolesiami / firmami, grającymi w kulki z klientami. Przykładowo najpierw wysyłało się im kasetę (w czasach tak zwanego tape-tradingu), po czym słuch o takim gostku zaginął i nawet monitowanie nie odnosiło żadnego skutku. Okazuje się jednak, że na Filipinach potrafią też całkiem nieźle łoić oldskulowy metal. Debiutancki pełny materiał PATHOGEN nagrany jeszcze w 2007 roku musiał już zresztą całkiem nieźle namieszać, bo zdążył się już ukazać w kilku formatach: jako CDR, kaseta (i to dwukrotnie!), winylowy LP i już całkiem ostatnio na srebrnej blaszce CD. "Blasphemous Communion" przynosi osiem konkretnie nakierowanych ciosów stylizowanych na obskurny, bezlitosny death metal sprzed prawie dwóch dekad. Właściwie to czterech muzyków w azjatyckiego archipelagu wręcz namacalnie czerpie z ówcześnie powstającej muzy, tak więc mamy tu dość bezpośrednie nawiązania do szwedzkich produkcji z Sunlight Studios, wczesnego MORBID ANGEL, wczesnego KREATOR'a (np. solówka w "Blood Orgy"), TERRORIZER, DEATH z okresu "Leprosy" ("Towards the Infernal Oblivion"), VENOM, SLAYER z czasu "Reign In Blood" (cytat w "The Black Obelisk"), wczesnej SEPULTURY ("Bestial Perversion") i chyba najczęściej przywoływanego tu AUTOPSY ("Blood Orgy", "Pestilent Infector", końcówka "Towards the Infernal Oblivion" i "Necrovore"). Można więc śmiało powiedzieć, że PATHOGEN to taki hołd złożony produkcjom z przełomu lat 80-ych i 90-ych. Wyrazisty, opatrzony odpowiednio przybrudzonym brzmieniem i sprawiający, że ma się ochotę sięgnąć po stare, zakurzone, ale jeszcze dobre jakościowo kasety z nagraniami z tamtych czasów. "Blasphemous Communion" brzmi przekonująco i powinno znaleźć się na półce każdego maniaka starej metalowej szkoły.

ocena: 8/10
www.myspace.com/pathogenonline
www.myspace.com/deadcentreprod
autor: Diovis




PERCIVAL SCHUTTENBACH - "Reakcja Pogańska"

(CD 2009 / własna produkcja zespołu)

O zespole PERCIVAL SCHUTTENBACH usłyszałem od kolegi z Mrocznej Strefy V. Ziutka. Na pierwsze spotkanie z ich muzyką musiałem poczekać aż do drugiej połowy 2009 roku, kiedy to dotarła do mnie ich najnowsza płyta zatytułowana "Reakcja Pogańska". Po rozpakowaniu gustownego digipaka z folii stwierdziłem, że ten lubiński zespół z wielką starannością przygotował się do wydania. Od razu na początku zwraca uwagę okładka z orłem w koronie stąpającym po symbolicznej rybce (znaczek ten powinniście kojarzyć, bo niektórzy naklejają go na tyle samochodu), po otwarciu digipaka natomiast uśmiechnięta kobitka w stroju lekko zakonnym z palcem-fakulcem i opisem poniżej: "folk you". Dalej książeczka z mnóstwem zdjęć zespołów, tekstami i ich opisami. Cacy. Ale jak wiadomo - nie szata zdobi człowieka (czytaj: muzykę), tako też wrzuciłem dysk do odtwarzacza i co ja słyszę? Nad wyraz pomysłowe i oryginalne połączenie ciężkiego rocka (chwilami nawet metalu) i folku, opatrzone bardzo wyrazistym i mocnym brzmieniem. Aby opisać całą zawartość, musiałbym opisać każdy z kawałków oddzielnie, ale tym bym wszystkich jedynie zanudził. Dlatego spróbuję przeanalizować "Reakcję Pogańską" jako całość. Mocnym ogniwem tego krążka są niezwykle barwne dźwięki oparte na brzmieniach gitary, mocno wyeksponowanej wiolonczeli i różnorodnych wokalach. Te ostatnie to i folkowe zaśpiewy Joanny Lacher (ale wydrzeć ta niepozorna dziewczyna też się potrafi), i porykiwania lidera i gitarzysty Mikołaja Rybackiego oraz różne zabawne wstawki. Z kolei muzyka to, jak już wspomniałem, barwny misz-masz, zaskakująco chwytliwy, ale dający kopa. Nie bez kozery na tyle digipaka pod logo zespołu umieszczono napis "New Wave of Polish Heavy Folk", bo bez popadania w heavy metalową sztampę PERCIVAL SCHUTTENBACH umie przyczadzić, ale często odnosi się do ludowej melodyki i quasi-balladowych rozwiązań. I w tym miejscu trzeba wspomnieć o tym, że obok typowo autorskich utworów na płycie znalazły się między innymi żywiołowe, chwilami wręcz brawurowe interpretacje pieśni z Podlasia ("Rosa"), Białorusi ("Aziareczka"), Bułgarii ("Lazare") i Ukrainy ("Pasła") oraz szeregu mniej lub bardziej popularnych pieśni polskich (najbardziej znana to chyba "Jadą Konie"). Dla podkreślenia folkowego charakteru tego krążka użyto tu też różnych ludowych instrumentów, co w połączeniu z rockowym pazurem robi naprawdę wrażenie. Ten album podoba mi się też za poczucie humoru w tekstach i dystans, z jakim podchodzą muzycy (i muzyczki ;) do rocka, metalu, folku, pogaństwa, instytucji kościoła et cetera. Szczytem pure nonsensu jest utwór "Satanismus (Braniewo Song)", w którym poważna i nastrojowa muzyka łączy się z wokalną parodią RAMMSTEIN i tekstem zupełnie od czapy. Ten fragment robi naprawdę wrażenie, chociaż nie powinno się go odbierać z powagą (jak by mogło zrobić na przykład Radyjo i jego odbiorcy w specyficznym nakryciu głowy, hehe), bo powstał on prawdopodobnie "pod wpływem", na którymś z pogańsko-słowiańskich zlotów z udziałem muzyków zespołu ;). Z drugiej strony jest kawałek historycznej prawdy w postaci opowieści o Bolesławie Mieszkowicu, która dała tytuł całej płycie ("Reakcja Pogańska"), teksty autorstwa Kazimiery Iłłakowiczówny i Juliana Tuwima, tak więc miesza się tutaj wiele różnych światów, inspiracji, dając w finale dopracowaną i pełną pomysłów całość na wyśmienitym muzycznym i wokalnym poziomie. Nosz kurde, ja naprawdę muszę dać temu krążkowi 10!

ocena: 10/10
www.percival.pl
www.percivalschuttenbach.art.pl
autor: Diovis




PESTILENTIAL SHADOWS - "In Memoriam, Ill Omen"

(CD 2009 / Pulverised Records)

Mam mieszane wrażenia po zapoznaniu się z trzecim albumem australijskiego PESTILENTIAL SHADOWS. Z jednej strony black metal powstały na odległym kontynencie zawsze odbiegał od tego europejskiego, ale z drugiej za dużo na tym krążku mielizn, dłużyzn i upartego trzymania się brudnego i chwilami nieczytelnego brzmienia. Muzycy dowodzeni przez znanego między innymi z NAZXUL Balama, a w składzie również między innymi kolesie z AUSTERE, chcieli chyba oddać hołd starej scenie, albumom nie do końca zgodnym z obecnymi trendami nawet w tym gatunku, ale chwilami przesadzili z tą smolistością i mrokiem. Na drugim biegunie, po uważnym wsłuchaniu się w zawartość "In Memoriam, Ill Omen" można odnaleźć sporo ciekawych smaczków, rozwiązań i detali, które nie są aż tak ortodoksyjnym odzwierciedleniem wydawnictw sprzed lat, co przynajmniej w kilku fragmentach przykuwa uwagę i sprawia, że pomyślałem o tym zespole jako błyszczącym na firnamencie przeciętności. PESTILENTIAL SHADOWS próbuje zbalansować szybki i bezkompromisowy black z tym bardziej klimatycznym i depresyjnym obliczem tego stylu, ale przez to zaciemnia obraz u odbiorcy. Na dobrą sprawę z całej płyty nie wyróżnia się żaden z kawałków, co nie świadczy o umiejętności pisania dobrych black'owych kawałków. O ile jednak zapomni się o tych niedociągnięciach i ktoś zechce poddać się gęstej i piekielnej atmosferze całości, to może śmiało postawić sobie to wydawnictwo gdzieś obok produkcji stworzonych na przykład przez ENTHRONED, MARDUK i ETERNITY.

ocena: 6/10
www.myspace.com/pestilentialshadows
www.pulverised.net
autor: Diovis




POEMA ARCANUS - "Timeline Symmetry"

(CD 2009 / Aftermath Music)

Gdy usłyszałem ten zespół po raz pierwszy, był rok 1999. Podejrzewam jednak, że u nas w kraju mało kto miał takie szczęście, bo ówczesny wydawca - mała Picoroco Records z Chile - nie miała siły przebicia, by promować swoich ziomków z POEMA ARCANUS w jakimś szerszym zakresie. Dzięki współpracy z "Ancient Ceremonies Magazine" w tamtym czasie poznałem ten band pisząc recenzję, ale potem o nim zapomniałem na długie lata. Aż do września 2009 roku, kiedy to dotarł do mnie czwarty album Chilijczyków. "Timeline Symmetry" to duży skok jakościowy od debiutanckiego "Arcane XIII" sprzed 10 lat, chociaż czwórka doom'owców zawzięcie porusza się w ramach pewnego kanonu ciężkiej, ponurej i klimatycznej muzy. Powiedziałbym, że grają klasycznie, choć jednak mimo wszystko po swojemu. W czym więc tkwi różnica, że nie brzmią tak jak na przykład MY DYING BRIDE, oczywiście poza tym, że nie są... MY DYING BRIDE? To trudne do uchwycenia, ale choćby i w tym, że czyste wokalizy brzmią inaczej, gitarzyści w inny sposób układają riffy, więcej jest łamania rytmów i odmiennie użyto klawiszy, które są zdecydowanie tylko dodatkiem. Za to już bliżej POEMA ARCANUS do NOVEMBERS DOOM, który też odnalazł swoją formułę w na pozór trudnym do uwolnienia od wpływów MY DYING BRIDE stylu. "Timeline Symmetry" przypomina też chwilami "The Silent Enigma" ANATHEMY. To też ten rodzaj melancholii i smutku, ciężkie fragmenty są zbalansowane odpowiednią ilością akustycznych pasaży, melodyjnych solówek i wspomnianych już czystych wokaliz. Z kolei takie numery, jak "Mars Lullaby" i "Epilogo" wnoszą znacznie bardziej agresywny ładunek i tu już nie ma aż tak wielu miłych dla ucha motywów. POEMA ARCANUS umieszcza też od czasu do czasu - w dość nieprzewidywalnych momentach - sample, ale nie są one do końca typowe. Na przykład w "The Average Man's Odyssey" mamy odgłosy ulicy. Niestety, przewiduję, że ten album podzieli los swoich poprzedniczek i na jej zakup zdecydują się wyłącznie nieliczni maniacy. Swoją drogą po raz kolejny nie rozumiem, czemu wydawcy pomijają przy promocji w końcu duży, 40-milionowy kraj, jakim jest Polska. Ale wrzucę też kamyk do naszego ogródka (właściwie to bagienka), bo wina leży też po stronie krajowych dystrybutorów, którzy wolą wspierać drogie jak żyto, a rzadko rzeczywiście ciekawe produkcje wielkich molochów wydawniczych...

ocena: 7,5/10
www.poemaarcanus.cl
www.myspace.com/poemaarcanus
www.aftermath-music.com
autor: Diovis




PLANAR EVIL - "Mankind Way of Life"

(CD 2009 / MDD)

Nie czas tu i miejsce, by rozstrzygać czy thrash metal w ostatnich latach osiągnął najwyższy pułap od czasu rozkwitu tego gatunku. Jak wszędzie, tak i tu pojawia się sporo ciekawych rzeczy i trochę słabizny oraz bezrozumnego naśladownictwa. Do PLANAR EVIL można było być nieufnym, bo raz, że pochodzą z Włoch, a tam praktycznie poza NECRODEATH nie ma tradycji thrash'owego grania, a dwa, że nie było o nich dotąd głośno nawet w undergroundzie. Ale może się tak stać. Grają od lat dziesięciu, więc nie wyskoczyli na fali trendu i cierpliwie czekali na swoją szansę. Na debiutanckim CD "Mankind Way of Life" można usłyszeć właściwie całą ich twórczość, gdyż obok premierowego materiału znalazły się tu nowe wersje pięciu kawałków z demówki "Land of Doom" z 2002 roku. Zacznę jednak od utworów nowszych. Po przepisowym intro następuje konkretne walnięcie w postaci "Vengeance 'll Come". Co ciekawe, Włosi nie ograniczają się do szybkiego grania, ale cały czas kombinują i nie "jadą" pod kogoś. Oczywiście, ktoś tu usłyszy kapelę "X", ktoś inny skojarzy sobie muzę PLANAR EVIL z zespołem "Y". W każdym razie "Makaroniarze" brzmią świeżo, trochę nieokrzesanie i pomimo takich czy innych podobieństw do grup z kręgu Bay Area przedstawiają to w bardziej dziki i żywiołowy sposób. Tak mogliby grać na przykład, gdyby pochodzili z Ameryki Południowej. Osobiście uważam, że najbliżej im do spontanu znanego z debiutu DEATH ANGEL "The Ultra-Violence". Mocno napierają, wokal ma podobną barwę głosu do Marka Oseguedy, są skandowane refreny i świdrujące uszy gitarowe solówki. Ale PLANAR EVIL oferuje przy tym dużo od siebie i dlatego nie padnie tu żadna inna nazwa. A to już niewątpliwy plus po ich stronie.
Oddzielone od premierowego stuffu introdukcją starsze numery nie odstają in minus. To też konkretny kawałek oldskulowego thrash'u, a takie "Land of Doom" czy "Only Crimes" mogą być niezłymi koncertowymi killerami. Zapomnijcie o przereklamowanych nowych gwiazdkach thrash metalu wydawanych przez możnych wydawców. PLANAR EVIL może to Wam wynagrodzić.
PS. O poczuciu humoru Włochów może świadczyć umieszczony na samym końcu, po dłuższej przerwie, folkowy utwór rodem z italskich Alp z ćwiczącym tekst wokalistą. Nie do końca to zrozumiałe, ale czy zawsze metal musi być śmiertelnie poważny?


ocena: 8/10
www.planarevil.com
www.myspace.com/planarevil
www.myspace.com/mddrecords
autor: Diovis




PAGANIZER - "Scandinavian Warmachine"
(CD 2009 / Cyclone Empire)

Ileż ten Rogga ma w sobie miłości do death metalu. Napierdala go i młóci w co najmniej dziesięciu kapelach na raz. Oczywiście PAGANIZER nie jest tu wyjątkiem. Zespół ten powołano do życia w 1998 roku. Pod tym szyldem ukazało się już siedem albumów!!! Przyznacie, że tempo iście piekielne. Niemal co roku mamy nową płytę. W tej recenzji zajmę się ostatnim pełno wymiarowym materiałem tej załogi pod uroczym tytułem "Scandinavian Warmachine". Powiem tak, jeśli jako tako znacie nazwisko pana, który za tym stoi, od razu zorientujecie się w czym rzecz. Tak, tak!!! Stary, dobry death metal, pędzony wedle pradawnych szwedzkich receptur. Album chwytliwy, brutalny, czyli.................całkiem fajny. Nie przeszkadza nawet złudzenie, jakbyśmy gdzieś to już słyszeli. Dużym plusem jest zróżnicowanie poszczególnych utworów pomimo tak wąskiej koncepcji. Dzięki temu bardzo przyjemnie słucha się tej płyty. A więc nie będę Was dłużej zanudzał pisaniem pierdół typu och ach. Brać i łykać!!! Svenska death javla gut!!!

ocena: 8/10
www.myspace.com/paganizerband
www.cyclone-empire.com
autor: Narmer


PSYOPUS - "Odd Senses"
(CD 2009 / Metal Blade Records & Mystic Production)
Jestem załamany i zdruzgotany. Martwi mnie takie "siłowe" i bezsensowne przekraczanie pewnych barier. Akurat w przypadku PSYOPUS mam na myśli techniczną zawiłość tego, co niektórzy próbują nazwać muzyką. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość tego gatunku muzyki, to ja najwidoczniej podziękuję. W tych dziesięciu utworach nie ma za grosz emocji!!! Przyczyna jest bardzo prosta. Tu nie ma na nie miejsca!!!! Te kawałki są niezdrowo naszpikowane przeróżnymi akcentami. Każdy dźwięk jest kłodą rzuconą pod nogi słuchacza. Nic nie jest zrozumiałe, ani logiczne. Nawet nie wiem czy pochwalić muzyków za umiejętności, czy też zganić za bezmyślne zapieprzanie po gryfach!? Nie mam zielonego pojęcia co ludzie z Metal Blade w tym widzą. Ale przez takie działanie ginie duch metalu.
ocena: 1/10
www.myspace.com/psyopus
www.metalblade.de
autor: Narmer


PLEROMS GATE - "Pass the Gate of Pleroma"
(MCD 2009 / własna produkcja zespołu)
O tym materiale powinno być głośno. Raz, że poza dość anemicznymi próbami kilku kapel i jednorazowym na razie "wybryku" formacji DEGRADE w naszym kraju nikt nie próbował tak odważnie wymieszać death metal z elementami etnicznymi i orientalnymi. Dwa, że jak na debiut jest oryginalnie, dość intrygująco i bardzo dobrze wszystko brzmi. A trzy, że dwudziestominutowy materiał robi smaka na pełno wymiarowy materiał, który mam nadzieję, że już pomału powstaje. Pierwszy na płycie, "The Great Panspermia", rozkręca się powoli. Mroczny klimat budowany jest z mozołem, trochę w tym inspiracji EMPEROR czy BEHEMOTH, ale dopiero w drugiej połowie otrzymujemy konkretną dawkę blastów, a quasi-symfoniczna końcówka po prostu zaskakuje. W drugim "Ipsos" pojawiają się orientalne zaśpiewy, egzotyczne instrumentarium i bliskowschodnia rytmika, co w połączeniu z gitarowymi zagrywkami tworzy interesującą całość. Tu już nie można mówić o tym, że fundamentem tych dźwięków jest inspiracja NILE i poniekąd też MELECHESH (ale nie należy tego odbierać dosłownie - to w sumie inna estetyka...), bo PLEROMS GATE bardziej kombinuje i momentami nie można doszukać się w tym w jakikolwiek sposób czystego gatunkowo death metalu. Może trochę dzięki niektórym riffom i solówkom, ciężkiemu zwolnieniu w środku i wokalowi przypominającemu Petera z VADER. Z pozoru typowo jest w kolejnym na płytce "Skinwalkers", ale pod względem rytmiki i tego, co dzieje się w tle całość nabiera nowej, odważnej jakości. Ostatni właściwy numer na krążku, "Dead Shall Rise", to już bardziej typowe podejście do szybkiego i nasyconego starą szkołą death metalu. Niespodzianką jest bonusowy "Rise To the Glory", który jest swoistym hołdem złożonym Quorthon'owi z BATHORY. Symfoniczno-egzotyczny początek, a dalej na deathmetalowej bazie jest budowany epicki klimat z growlami i czystymi wokalami. Całkiem udany eksperyment, niewiele odstający od pozostałych kawałków na tym mini-CD. Co jest do poprawki przy okazji następnego wydawnictwa? Jedynie dodanie mocy gitarom i dopracowanie przejść na bębnach, bo jeśli muzykom starczy pomysłów i będą konsekwentnie rozwijać to, co znalazło się na debiucie, to może być rewelacyjnie. Ale już teraz należy zawiesić ucho na tej naprawdę interesującej muzie zapakowanej w starannie wykonane wydawnictwo z trochę nijaką okładką.
ocena: 8,5/10
www.myspace.com/pleromsgate
autor: Diovis


PRELUDIUM - "Raping Mankind Disorder"
(CD 2008 / Redrum666)
No, w końcu i mieleckie PRELUDIUM, po czterech latach ciszy uraczyło swych fanów drugim długograjem mile zatytułowanym "Raping Mankind Disorder". Ci, co znają pierwszą płytę zespołu "Eternal Wrath", od razu poznają, któż to taki gra. Niemal identycznie "wyglądający" stuff. Mam tu na myśli podobnie rozłożone proporcje pomiędzy death a black metalem. Przeważają średnie tempa, jednostajne riffy (wada!!!), kilka sampli o lekko orientalnym charakterze. Dużo naleciałości kojarzących się z MORBID ANGEL i IMMOLATION. Nie wiem, czy to plus czy też minus, skoro znakomita większość kapel death metalowych korzysta z wzorców w/w zespołów. Takie czasy dziwne nastały. Natomiast wokale pana Jana Skowrona jakoś nieznośnie przypominają Adama z HATE. Nie, żebym był przeciw. Tak to po prostu wygląda i widocznie tak musi być. Od razu przyznam się, że za wiele sobie nie obiecywałem po tej płycie. I tak też jest - zero ciśnienia. Tylko dla oddanych maniaków!!!
ocena: 7/10
www.preludium.metal.plk
www.profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendID=195393263
autor: Narmer


PANTHEIST - "Journey Through Lands Unknown"
(CD 2008 / Firebox Records & Foreshadow Music)
Coś mi się zdaje, że w natłoku wciskanej chały i z braku czasu wiele osób może przeoczyć tę pozycję. Inna rzecz, że jest to wydawnictwo wypełnione niełatwą, nieortodoksyjną, a przy tym nad wyraz barwną i wielopoziomową muzyką. Zgodnie z tytułem, to podróż przez nieznane krainy, która rozpoczyna się odjazdem pociągu w zmieniającym się jak w kalejdoskopie numerze "Deliverance". Już po tym dziewięciominutowcu wiadomo, że nie będziemy mieli do czynienia z czystym doom metalem tego gorszego sortu, czyli rozciągniętymi w nieskończoność i powtarzającymi się trzema riffami na krzyż. "Journey Through Lands Unknown" to więc nie tylko wędrówka palcem po mapie i wodzenie oczami wyobraźni, ale również niezła lekcja muzyki i przegląd różnych epok oraz stylistyk w mrocznym graniu, które jednocześnie stanowią tu zaskakująco jednolitą całość. Po eksplodujących szybkimi fragmentami wplecionymi w te bardziej klimatyczne kawałkach "Deliverance" (skojarzenia z TIAMAT czy wczesnym NIGHTFALL) i "Unknown Land" (przyśpieszenie a la stary CELTIC FROST) następuje prawdziwa sentymentalna wędrówka w "Dum Spiro Despero", w którym pobrzmiewają archaiczne klawisze, a muzycy inspirowali się na pewno BLACK SABBATH, ST. VITUS, HAWKWIND, CATHEDRAL i (co było też nieuniknione) wczesnym MY DYING BRIDE, czyli całą śmietanką doom rocka, doom metalu czy psychodelii. Zaskakujące jest instrumentalne "Haven" oparte na akordach gitary klasycznej, partii harmonijki ustnej i delikatnych dźwiękach syntezatorów. Zresztą najnowszy album PANTHEIST różni się od poprzedniego pod wieloma względami: jest bardziej składny, choć przy tym też bardziej eklektyczny, lepiej brzmi (nie tracąc przy tym takiego staromodnego, lekko "zakurzonego" klimatu), jest bogatszy w brzmienia, mniej epatuje elementami sakralnymi, a wokalizy są bardziej urozmaicone. Właściwie dopiero piąty na krążku "Oblivion" i następujące po nim "The Loss of Innocence" i "Eternal Sorrow" zawierają typowe ciężkie riffy i growlowane partie wokalu, natomiast na sam koniec grecko-brytyjski kwartet pozwolił sobie na odśpiewane (inna rzecz, że nie całkiem czysto...;) a capella buddyjskie inkantacje, które opatrzono o dziwo anglojęzycznym tytułem "Mourning the Passing of Certainty (Despair As the Sky Turns Grey)". Na tym albumie PANTHEIST stało się bardziej multi-kulturowe, nie całkiem przy tym odchodząc od motywów kojarzących się z kolebką cywilizacji europejskiej - Grecją. Po kilku dogłębnych przesłuchaniach można być naprawdę oczarowanym tym niezwykle przemyślanym i złożonym materiałem.
ocena: 9/10
www.pantheist.co.uk
www.myspace.com/pantheistuk
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


PARAGON - "Screenslaves"
(CD 2008 / Massacre Records)
Niemiecki PARAGON wypuszcza kolejne materiały z pewną taką stałą częstotliwością, toteż w ciągu osiemnastu lat działalności doczekał się dziewięciu pełnych albumów i kilku pomniejszych wydawnictw. Nie wiem jak wy, ale ja znam ich twórczość słabo. Pewnie dlatego, że są znani głównie w Germanii i przyległych państwach, w których hołubi się tradycyjne heavy jak prawie nigdzie indziej. Stąd pewnie zawsze znajduje się jakiś chętny wydawca i PARAGON może swobodnie działać w przerwach między ich obowiązkami w pracy. Fajowo i mocno zaczyna się "Screenslaves". Takie pomieszanie ACCEPT i JUDAS PRIEST z ciekawie pracującymi gitarami, chóralnymi zaśpiewami w refrenach i smakowitymi solówkami. "Hellgore" i "Disconnection" przynajmniej nie są przegadane w wersji promocyjnej, więc z przyjemnością słucha się tej - jak się zdaje - szczerej muzy spod znaku skóry, ćwieków i elektrycznych gitar ;) Niby nic nowego, bo motywy znane z płyt powyższych kapel i chwilami rozwiązania bardzo, bardzo podobne, ale całość wchodzi bez problemu i gładko. Wokalista Andreas Babuschkin to może nie Udo Dirkschneider, ani Rob Halford, lecz chrypieć i ryknąć potrafi, a gdy doda się do tego, że reszta muzyków zgrabnie i rytmicznie układa resztę dźwięków, to nic, tylko słuchać albo potrząsać dyńką. Czasem nawet zalatuje mocnym thrash'em. W Niemczech istnieje mnóstwo podobnie grających kapel, jednak PARAGON jest na "Screenslaves" znacznie ciekawszy od ostatnich dokonań gigantów pokroju przereklamowanych i "jadących" na nazwie HELLOWEEN, GAMMA RAY czy RUNNING WILD. Odważę się wręcz napisać, że dawno nie słyszałem tak mocnej, klasycznej w wyrazie i atrakcyjnej w odbiorze płyty z metalowym graniem powstałej u naszych zachodnich sąsiadów. Mocna pozycja w chwilami bardzo słabiutkim katalogu Massacre Records. Tylko zastanawiam się, co sprawiło, że Germańcy wybrali na cover "Larger Than Life" Backstreet Boys, choć i ten numer w wersji PARAGON rocks!!!
ocena: 8/10
www.paragon-metal.com
www.myspace.com/paragonlegions
www.massacre-records.com
autor: Diovis


PERIHELLIUM - "The New Beginning"
(CD 2008 / Insanity Records)
Tarnowskie PERIHELLIUM będzie dla wielu nie lada zaskoczeniem. Zwłaszcza dla starszych fanów progresywnego rocka, którzy zasłuchują się również w kapelach odświeżających formułę takiego grania w mocniejszej, prog-metalowej postaci. Liderujący grupie gitarzysta Gerard Wróbel wraz z dwoma pozostałymi muzykami: basistą Bartkiem Bachulą i perkusistą Sewerynem Blasiakiem musieli słuchać dużo rzeczy powstałych w siódmej i ósmej dekadzie ubiegłego stulecia, bo "The New Beginning" nawiązuje bezpośrednio lub pośrednio do estetyki i stylu kompozytorskiego tamtych czasów. A to przemyka melodyka RUSH i UK, a to połamane struktury typowe dla utworów YES czy KING CRIMSON, a jeszcze w innym momencie epickość i rozmach GENESIS. Wszystko to jest podane w nieco, ale tylko nieco mocniejszym brzmieniu zahaczającym o twórczość DREAM THEATER i FATES WARNING. Taki jest instrumentalny "Chrome" na "dzień dobry" i taki jest "Redd", już z wokalami sesyjnego muzyka, Marcina Sułka. Robi się naprawdę ciekawie... "The Traveller" zaczyna się spokojnie i kojarzy mi się osobiście z tymi półakustycznymi kawałkami ALICE IN CHAINS, natomiast kolejny instrumentalny utwór "Dream Within a Dream" wkracza w rejony improwizowania oraz inteligentnego łączenia kilkunastu motywów w logiczną całość. Dźwięki są pokręcone i jednocześnie wzniosłe, bez przerostu formy nad treścią czy zbędnego chaosu. Na koniec PERIHELLIM zmaga się z formą mini-suity w trwającym 19 minut "Beyond the Time". Próby tworzenia czegoś własnego i oryginalnego są jeszcze chwilami nieśmiałe, ale czuć olbrzymi potencjał tych muzyków i ich naprawdę niezłe zgranie, zaprawdy kolektywne. Teraz słów kilka o samym brzmieniu, nie powalającym mocą, ale za to mającym ten feeling starych płyt i niejeden przy słuchaniu zastanowi się, czy to faktycznie muzyka, która powstała w ubiegłym roku. To niewątpliwy atut, choć dla kogoś będzie to przejawem staroświeckości. Ale czy na dobrą sprawę może to przeszkodzić w przypominaniu lub poznawaniu sprawdzonej i ponadczasowej formuły dobrego rockowego grania?
ocena: 7/10
www.perihellium.com
www.myspace.com/perihellium
www.insanity-records.pl
autor: Diovis


PSYCROPTIC - "Ob(servant)"
(CD 2008 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)
Jakoś tak bez większego echa przeszło podpisanie papierów przez wielką korporację Nuclear Blast Records z australijskim PSYCROPTIC. Tułające się wcześniej po różnych bardziej efemerydalnych firmach "tasmańskie diabły" (tak, kapela pochodzi z wyspy Tasmanii wchodzącej w skład Australii!) mają w końcu szansę zabłysnąć choć przez chwilę na metalowym firmamencie, choć osobiście widzę w tym ruch Nuklearnych, aby w razie czego ich inny nabytek NILE miał z kim jeździć w trasy. Tak to już jest w tym biznesie, ale zaznaczam, że nie chodzi tu o podobieństwa między obydwiema grupami, gdyż mimo wszystko jest więcej różnic między muzyką Amerykanów i Australijczyków. PSYCROPTIC wywodzi się z bardziej technicznej szkoły grania i nie epatuje orientalnymi smaczkami, za to stara się wytwarzać pewien specyficzny klimat nie bazując na graniu blastów non-stop, tak samo jak nie przesadzając z wirtuozerskimi popisami czy zakręcaniem tworzonych przez siebie dźwięków. Cechą wspólną PSYCROPTIC i NILE jest jednak gładkie granie soczystych riffów, które zmieniają się wraz ze zmianami tempa i rytmiki. Dzięki temu jest na "(Ob)servant" sporo przestrzeni, a przy tym parcie do przodu, jak na wydawnictwach naszego VADER'a. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Tasmańczycy swobodniej niż nasi rodacy radzą sobie z gęstwiną gitarowego grania, a i sekcja rytmiczna inspirowana amerykańską szkołą death metalu wnosi więcej do tej dalekiej od kompromisów szybkiej jazdy. Duża w tym zasługa doświadczeń kilku muzyków zespołu działających między innymi w grających nieco odmienną muzę formacjach THE AMENTA i BLOOD DUSTER. W dużo, dużo mniejszym już stopniu PSYCROPTIC posiłkuje się elektroniką będącą elementem potęgującym niepokój i jeszcze większe odhumanizowanie tradycyjnie pojmowanego death metalu. Zresztą ten album brzmi bardzo nowocześnie, nie uciekając jednocześnie aż tak bardzo od klasyki. Niewątpliwym atutem tego wydawnictwa jest to, że nie jest wykalkulowane i na siłę nie stworzono go pod jakikolwiek konkretny band z tego kręgu lub określony rodzaj fanów. Wystarczy lubić ekstremalny, a najlepiej "śmiertelny" metal wysokiej klasy.
ocena: 7/10
www.psycroptic.com
www.myspace.com/psycroptic
www.nuclearblast.de
autor: Diovis

INDEX   P   [1  2  3]