| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   R   [1]  




RIMFROST - "Veraldar Nagli"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Szwecja już dawno przyzwyczaiła nas do pewnego rozpoznawalnego stylu i soundu metalowych produkcji. Celowo piszę Szwecja, nie Skandynawia. Bardzo specyficzne, selektywne i przejrzyste brzmienie gitar, będące swego rodzaju kontrastem dla produkcji z Florydy. Teoretycznie trójka Szwedów z RIMFROST powinna tylko zyskać na rodzimej produkcji. Tu jednak błąd i jak na Skandynawów, brzmienie jest, co tu ukrywać, po prostu spieprzone. Sucha jak piasek na Saharze perkusja i dziwnie wręcz brzmienie gitar, które przypomina albo produkcję demo, albo sesję w kartonowo-filcowym pudle. Brak tej specyficznej soczystości dźwięku, czegoś, co dodało by mu dodatkowego powera. Szkoda, ponieważ ekipa z Hagfors to całkiem dobrzy muzycy i do niczego w kwestii opanowania instrumentów nie można się przyczepić, natomiast z brzmienia, jak wyczytałem w jednym z wywiadów, sami nie są do końca zadowoleni. Drugi album RIMFROST to muza gdzieś pomiędzy thrash a melodyjnym BM, czasami pojawiają się wstawki jakby żywcem wyjęte z pierwszych wydawnictw SENTENCED, chwilami lekki ukłon w stronę AMORPHIS, oczywiście wszystko to nieco ostrzej i bardziej IMMORTAL-owo, lecz wkurzające mnie strasznie brzmienie gitar i tak to wrażenie skutecznie niweluje. (Tytuł albumu jest staroszwedzkim określeniem Gwiazdy Polarnej, to tak na marginesie).Wszystko okraszone dość chwytliwą melodią i zróżnicowane aranżacyjnie, na szczególną uwagę zasługuje na pewno "Mountains of Mána", kawałek będący w sumie kwintesencją całego wydawnictwa oraz prawie czysto instrumentalny "Legacy Through Blood". Ten z kolei, nie wiem dlaczego, ale to właśnie przychodzi mi do głowy, jest jakby stworzony jako podkład muzyczny czytelnikom niezapomnianego Thorgala. Tak, tak, chodzi o komiks, a sama myśl nasunęła mi się spontanicznie, he,he, sam czytałem Thorgala przy "Twilight of the Gods" wiadomo Kogo.

W sumie, poza dwoma wspomnianymi kawałkami, ta płytka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Hehe, pisałem, że jest ok, a teraz się czepiam, więc wyjaśniam. Poprawnie zagrane, z pomysłem na muzykę, lecz nieco mało charakterystyczne. Moim zdaniem tej płycie brakuje właśnie momentów charakterystycznych, nad którymi warto się zatrzymać, słuchać raz za razem, wgłębiając się w muzykę. Gdyby z ośmiu zawartych na "Veraldar Nagli" utworów zrobić 4, byłaby to naprawdę dobra od strony muzycznej EP, a tak mamy ciekawe motywy posplatane przeciętnymi wstawkami i rozciągnięte do długości pełnego albumu. Jak pisałem wcześniej, aranżacje dobre, ale, no właśnie, brak tej kropki nad i. Jednak dla fanów IMMORTAL, SENTENCED gdzieś z okresu "Amok" i AMORPHIS z "Elegy" powinno się podobać.

ocena: 5/10
http://rimfrost-official.com
www.myspace.com/rimfrostofficial
www.season-of-mist.com
autor: "13

"

ROTENGEIST - "Fear Is the Key"

(CD 2009 / Propaganda Promotions)

Jak ja nie lubię czepiać się polskich zespołów?I to nie dlatego, że spotkają wrednego recenzenta na koncercie, piwo na głowę wyleją albo po twarzy dadzą?Wszak - jak mawia jeden z nestorów polskiej sceny metalowej - "taki life". Zresztą w wadze piórkowej od dawna "nie chodzę", więc jakoś bym dał sobie radę. Ale po prostu przyjemnie jest wrzucić do odtwarzacza płytę "swojaków" i wystawić im jak najlepszą notę. A w przypadku "Fear Is the Key" po prostu nie da się dać 10/10. Choć na pozór niemal wszystko jest w porządku: poczynając od oprawy graficznej, przez umiejętności muzyków, po - co przecież najważniejsze - muzykę. Muzykę, która mnie?bardzo ucieszyła. Po krótkim intro dostałem bowiem "Spiritual Collapse", czyli mocarny i żywiołowy, inspirowany nagraniami TESTAMENT thrash, co od razu zaskarbiło moją życzliwość dla zespołu. A to tylko część przyjemności, którymi "karmi" mnie debiut przemyskiego ROTENGEIST. Wysunięty do przodu, agresywny bas autentycznie kopie nie tylko po uszach, perkusista lubi zarówno rytmicznie zamieszać, jak i death metalowo przyśpieszyć (jak we wspomnianym "Spiritual? czy "Slaves of the False Freedom"), a gitarzysta - choć słychać, że niezły z niego "technik" - daleki jest od granicy, po przekroczeniu której zaczyna się muzyczny onanizm instrumentalnymi umiejętnościami. Z tych dziewięciu numerów (intra "Devil's Mask" nie liczę) przynajmniej pięć jest tak dobrych, że dają ROTENGEIST awans do - fakt, że niezbyt licznej - polskiej thrashowej ekstraklasy. Skąd więc moje - zaznaczone już na początku - narzekania? Niestety jest kilka powodów. Bębny - choć jeśli idzie o "obsługę", są bez zarzutu - przyprawiają mnie chwilami swym chałupniczym brzmieniem o wściekłość. Czasem też ROTENGEIST zbyt mocno daje upust progresywnym zapędom ("Preacher of Hate"), przez co niepotrzebnie traci sporo energii i agresji, a kiedy indziej (jak w "Strange") staje się chwilami zbyt nowoczesny jak na moje gusta. Abstrahując od moich upodobań, te numery rozbijają jednorodność wspaniałej mocy większości materiału, składającego się na "Fear Is the Key". Jako się rzekło, "dychy" dać więc nie mogę, ale biorąc poprawkę na to, że jest to album debiutancki, kawałek "Fear Is the Key (Dormo Five)" wybija zęby skuteczniej niż ostatni album TESTAMENT, a płytę można (i trzeba!) kupić od zespołu za śmieszne pieniądze, to ocena jest taka jak poniżej.

ocena: 8/10
www.rotengeist.pl
www.myspace.com/rotengeistband
http://independent.pl/propaganda_promotions
autor: Semi


ROTTING CHRIST - "Aealo"

(CD 2010 / Season Of Mist Records)

Minęły trzy lata od wydania poprzedniego albumu ROTTING CHRIST i można by pomyśleć, że nowy nie będzie w stanie sprostać "Theogonii"... bo ta płyta była świetna... a jednak stało się inaczej. Po czterech miesiącach wytężonej pracy panowie z ROTTING CHRIST pokazali "światu" swoje genialne "muzyczne dziecko", a wytwórnia Season Of Mist może cieszyć się kolejnym porządnym wydawnictwem. Album greckich mistrzów metalu pt. "Aealo" jest kapitalną kontynuacją atmosfery i klimatu "Theogonii", ale oprócz atmosfery mroku, tajemnic antycznej Grecji, mitów i folkloru wnosi nowatorskie aranżacje utworów i nie pozwala się nudzić ani przez ułamek sekundy. "Aealo" mogę porównać do wulkanu w stanie erupcji... dosłownie taka jest ta płyta. Co ciekawe została nagrana ni mniej, ni więcej, a na "boskim" Olimpie i myślę, że to nie bez znaczenia zważywszy na efekt końcowy i charakter całego albumu. W sposób niesamowicie przemyślany muzycy wprowadzili tę miksturę przyrządzoną z wybuchowej mieszanki spuścizny starożytnej kultury oraz stojącej na wysokim poziomie muzyki w obieg i zapewne czekają, jaki będzie efekt... a ten jest piorunujący. Smaczku całości dodają goście zaproszeni do udziału w nagraniu albumu (Alan Nemtheanga z PRIMORDIAL, Magus z NECROMANTII oraz Diamanda Galas - niekoronowana królowa art-performance). Od pierwszego momentu miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie. Cały "Aealo" jest przesiąknięty na wskroś atmosferą pola bitewnego, gdzieś u podnóża greckich gór... Na pewno nie można odmówić tej płycie jednego... to mega ładunek emocjonalnego, melodyjnego metalu i to z tak realistycznym przekazem, że słuchając mam wrażenie, iż moje nozdrza wciągają zapach bitewnego pola, stratowanej ziemi, zakrzepłej krwi i jęku osamotnionych wojowników. I nagle zamiast w pokoju znajduję się pośród maszerujących w swoich złotem i spiżem połyskujących zbrojach Spartan. Niesamowita praca gitary, pulsujący bas i perkusja, obsypane frazami chórków w "Demonon Vrosis". I oto w "Noctis Era" czuję wibrato i drżenie ziemi pod stopami... to marsz po śmierć, wolność i zwycięstwo. "Dub-Sag-Ta-Ke" utrzymany w szybkim, dynamicznym tempie - jakby cała kohorta wojów parła do przodu w ofensywie, ciekawie zaaranżowane elementy folkowych piszczałek.... To wszystko wspierane przez mega ciężkie bębny. Jak ogniste kule z wnętrza krateru bombardują ucho świetnie przemyślane riffy. Mam wrażenie jakby sam Hefajstos przekuwał przy mnie miecze i formował tarcze. Na uwagę zasługuje "Santa Muerte" - świetny, szybki, jakby tętniąca jeszcze życiem aorta wypluwała ostanie pokłady życiodajnego płynu. Urzeka melodyjnością gitary "Thou Art Lord". I te lamentujące głosy w pozwalającym nieco odetchnąć "Nekron Iahes"... to jak chwila na otarcie zlanego potem i krwawymi smugami czoła, obmycie klingi zbroczonego miecza... Niesamowitego smaku nagraniom dodał wpływ celtyckiego vocalu Alana, który tak emocjonalnie potrafił wzbogacić surowość antycznych zmagań. Całe spektrum emocji wojownika, któremu towarzyszą samotność, rozpacz, żal i brak akceptacji dla bezsensu bratobójczych walk. W łączeniu metalu i dziedzictwa swoich przodków ROTTING CHRIST doszedł do perfekcji. Dla mnie ta płyta to jak kipiąca lawą Etna, gorąca i znacząca na stałe swój ognisty, pulsujący szlak. "Aealo" to piroklastyczny sztorm, który opada miliardami cząstek na zwykłego śmiertelnika i pozwala mu swoimi spopielałymi drobinami dotknąć chociaż przez chwilę tego, co dane było tylko Nieśmiertelnym na Olimpie. A jeśli jeszcze to wszystko przyprawimy niesamowitym coverem DIAMANDY GALLAS "Orders From the Dead" z jej niesamowitym, hipnotycznym vocalem - to mogę tylko dodać, że ROTTING CHRIST stworzyło teraźniejszego, stugłowego Tyfona, który postanowił wypełznąć ze swego piekielnego krateru. "Aealo" to album, którego na pewno nie zapomnę.

ocena: 10/10
www.rotting-christ.com
www.myspace.com/rottingchristabyss
www.season-of-mist.com
autor: Luna




RUINS - "Front the Final Foes"

(CD 2009 / Debemur Morti Productions)

A cóż to?! Czyżby USURPER powrócił do grania bardziej diabolicznego i ekstremalnego z czasu ich początków i legendarnego mini-albumu "Threshold of the Usurper"? Nie, to ich australijski odpowiednik - formacja RUINS. Pochodzą z Tasmanii, z miasta Hobart, więc pewnie znają niesławnego Sina Nannę ze STRIBORG, ale podążają zdecydowanie inną drogą. W składzie obok lidera Alexa Pope'a perkusista David Haley, który ma obycie studyjne i sceniczne, bo gra lub grał między innymi z PSYCROPTIC, THE AMENTA i ABORTED. Słychać, że ci kolesie po prostu wiedzą jak dawkować w odpowiednich dozach gęsty jak smoła death metal (wpływy IMMOLATION i ANGELCORPSE) z apokaliptycznym, black metalowym klimatem i - czego nie mogą się wyprzeć - silne wpływy CELTIC FROST oraz wspomnianego USURPER. Alex Pope nawet intonuje teksty w swoich wokalach jak General Diabolical Slaughter, a i te wszystkie "ugh!" w stylu Toma Gabriela Warriora to kolejny dowód popierający moje podejrzenia. Najważniejsze jednak, że wszystkie utwory z "Front the Final Foes" mają iście diabelską moc, naznaczone są piętnem obłąkania i silnie oddziałują na słuchacza. Jest gęsto od dźwięków, granie akordami, mielący bas i mieszające non-stop bębny (przyśpieszenia rządzą!) nie dają ani na chwilę wytchnąć, a wplecione w tę ścianę inteligentnej, choć jednocześnie bestalskiej muzy sample i niepokojące tła jeszcze bardziej akcentują niepokój i grozę. W sytuacji, gdy płyta jest równa trudno wyróżnić konkretne kawałki, ale ja stawiam na genialne "Breath of Void", "The Sum of Your Loss", "Annihilate", "Front the Final Foes" i "Hallways of the Always". Nie spodziewałem się po nieznanym mi wcześniej RUINS tak świetnego albumu, tym bardziej więc kibicuję Australijczykom, by wypłynęli szerzej w undergroundowym świecie metalu. Są tego warci!

ocena: 9/10
www.ruinsband.com
www.myspace.com/ruinsblackmetal
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




RESONANCE ROOM - "Unspoken"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Jestem zdania, że nigdy za wiele ambitnego i klimatycznego grania. Włosi uwielbiają progresywny metal, z gotykiem u nich jest już różnie. Mają jednak słabość na przykład do KATATONII. RESONANCE ROOM to też muzycy włoscy, pochodzący z Sycylii, do niedawna grający jako FRAGMENT i również wielcy pasjonaci dźwięków połamanych rytmicznie, smutnych, na swój sposób pięknych i czasami ciężkich. "Unspoken" to taki konglomerat różnych wpływów, nie dający jednak wrażenia przypadkowego pozbierania odmiennych pomysłów. Założę się, że są fanami DREAM THEATER, ale to chyba mądre chłopaki i stwierdzili, że za dużo już narobiło się mniej lub jeszcze mniej udanych podróbek tych mistrzów, więc wolą czerpać z innych studni. Z jednej strony słychać tu nieco melancholii tak typowej na przykład dla ANATHEMY i desperacji oraz smutku z płyt KATATONII, a z drugiej rzeźbienie w dźwięku i kontrasty tak znane z krążków PAIN OF SALVATION, OPETH czy nawet naszego rodzimego RIVERSIDE, a od czasu do czasu zapuszczają się w bardziej gotycko-doom'owe klimaty SWALLOW THE SUN czy DRACONIAN. Dzięki naprawdę starannie dobranym proporcjom (a nagrywali w domowym studiu gitarzysty Riccardo Failli - pełen podziw dla umiejętności pracy na konsolecie!) słychać każdy instrument, każdy dźwięk i da się wyczuć, że ci muzycy sporo czasu spędzili na graniu razem i oddzielnie. Mają dryg do budowania przemyślanych i nasyconych melodyką utworów, dobrze czują się w krótkich, jak i tych rozbudowanych formach. Właściwe jedyne zastrzeżenie mam do wokali, które w niektórych momentach mają za mało pałera (są tu takie momenty, że przydałby się konkretny growl) i ten element powinien ulec poprawie w przyszłości. Najciekawsze numery na tej płycie to "Far From Grace", ośmiominutowy "Maybe You Are...", krótsze i bardziej żwawe "The Warmth of Life" i "Bloodred" oraz połączone ze sobą, pełne emocji i ekspresji "Instants of Madness" i "While I'll Burn", a bardzo długi, bardzo powoli wyciszający się numer tytułowy na sam koniec sprawia, że z przyjemnością wciska się przycisk "Play" raz jeszcze... Bardzo interesujący debiut Włochów z Catanii! Bardzo!

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/resonanceroom
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




REVOCATION - "Existence Is Futile"

(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)

Sądząc po okładce, spodziewałem się kolejnej death-core'owej kapeli w katalogu zacnej Relapse Records. Tym większe zdziwko mnie chapło, gdy usłyszałem porcję bardzo żwawej i świetnie zagranej muzyki, którą można by sklasyfikować jedynie jako "po prostu metal". Młoda, ale mająca już na koncie epkę i jeden pełen album kapela rzeczywiście zwraca na siebie uwagę niezwykłą wręcz umiejętnością łączenia różnych dźwięków w jedną nośną całość. Drugi krążek w ich dyskografii otwiera instrumentalny, pełen znakomitych zagrywek gitarowych i solówek "Enter the Hall", a potem to już trzej muzycy jadą konkretnie. Dołącza solidny wokal, masywny i wyrazisty bas i nadal roi się od żywiołowych fragmentów, mocnych riffów oraz ognistych solówek. Przez myśl przelatuje tak wiele nazw różnych zespołów, z których czerpie REVOCATION, a mimo to nie można powiedzieć, by przypominać choć kilka bardziej od innych. "Existence Is Futile" wypełniają thrash'owa energia, pałer PANTERY, death metalowa technika i precyzja, elementy tradycyjnego heavy i (sic!) blues rocka w tej zbrutalizowanej i tej bardziej melodyjnej formie, szaleństwo współczesnego death-core'a i dużo by tu jeszcze wymieniać (nawet kilka cięć o black metalowej proweniencji można tu znaleźć...). Podoba mi się w nich to, że nie silą się na granie oldskulu za wszelką cenę, za to odświeżają stare, sprawdzone formuły, przemawiając językiem bardziej zrozumiałym dla młodszego pokolenia. Jako że ten zespół to klasyczne trio (wokal grający na basie, gitarzysta i bębniarz), to na płycie wykorzystali interesujący patent robiony pod koncerty, bo kilka solówek jest zagranych bez podkładu gitarowego i wówczas całą robotę przejmuje sekcja rytmiczna. Od czasu wspomnianej PANTERY mało kto tak robił. Najważniejsze jednak jest to, że każdy z numerów z tego krążka brzmi świeżo, zmusza wręcz do machania dyńką lub chociażby rytmicznego przytupywania nogą. Brakowało tego ostatnio na wielu płytach, a tu ta metalowa magia powraca i jest zapodana klarownie, z finezją i polotem. Nie dajcie się zwieść porównaniom do thrash metalowych gigantów, bo "Existence Is Futile" przynosi o wiele więcej. Brawo REVOCATION!!!

ocena: 9/10
www.myspace.com/revocation
www.relapse.com
autor: Diovis




ROTTREVORE - "Iniquitous"

(CD 1993 - 2009 / Xtreem Music)

A oto i kolejny undergroundowy band, który reaktywował się po kilkunastu latach niebytu. ROTTREVORE nie był może tak znany jak na przykład NECROVORE czy CARNIVORE (to, jeśli chodzi o kapele z "vore" w nazwie), jednak starsi fani brutalnego łomotu powinni kojarzyć tę kapelę z kilku epek lub jedynego nagranego przez nich albumu "Iniquitous", który mógł przemknąć niezauważony w 1993 roku wobec wydania wielu innych, obecnie już klasycznych death'owych krążków. W sumie to więc dobrze, że Xtreem Music zdecydowało się wznowić ten materiał i tym samym zbudować podwaliny pod nowy początek tego zespołu. Tym bardziej, że z oryginalnego składu zostało trzech z czterech muzyków - brakuje jedynie gitarzysty i wokalisty Chrisa Webera. Póki co można sobie odświeżyć, bądź poznać "Iniquitous", który nie odstawał aż tak bardzo od dokonań paru innych brutalistów nagrywających na początku lat 90-ych, ale i jakoś szczególnie nie wyróżniał się w całej masie działających wówczas kapel. ROTTREVORE mieści się w pojemnej szufladzie razem z SUFFOCATION, DEMILICH, INCANTATION czy GRAVE. Na swoim jedynym albumie potrafią zagrać cholernie ciężko, wręcz masywnie, ale i przyśpieszyć, chociaż tu muszę przestrzec, że nie jest to ten rodzaj blastów, do jakiego przyzwyczaiły nas nowsze death metalowe kapele. Przy tym wszystkim panowie starali się trochę kombinować i nie ograniczać się do wtłaczania w jeden utwór wyłącznie kilku riffów na krzyż. Są pokręcone solówki, ekstremalnie niski wokal przepuszczony przez harmonizer, przesterowany bas i dudniąca (zwłaszcza w przejściach) perkusja. W każdym razie lekko i przystępnie nie jest. Jeśli więc oldskul jest czymś, co Was nakręca, a tej płyty jeszcze nie mieliście okazji poznać, można się z nią zapoznać. Dla starszych fanów niezłą gratką są koncertowe bonusy zarejestrowane w Cleveland, Ohio 28 marca 1992 roku, które o dziwo nie mają "studziennego" brzmienia, jak to często w takich przypadkach bywa.

ocena: 8/10
www.myspace.com/rottrevorefanpage
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




RETRA - "Retra"

(CD 2009 / EastSide)

Już "Promo 2006" brzmiało obiecująco. Mało kto w naszym kraju tworzy dźwięki z kręgu epickiego metalu, czerpiąc z tradycji heavy, pagan oraz black metalu i nie naraża się przy tym na śmieszność, szyderstwa oraz złośliwości. Niestety, nagrany w 2006 roku materiał poleżał trochę, a teraz, pomimo wydania, tak naprawdę niewiele osób wie o jego istnieniu. Z jednej strony to dobrze, że w ogóle się ukazał, ale wydawcy radzę się zastanowić nad podstawową promocją, by uniknąć późniejszych narzekań, że jest słaba sprzedaż i małe zainteresowanie. Tym bardziej, że zespół nie ma nawet swojej strony www... A debiutancki album RETRY to rzecz interesująca. Zrobiona z rozmachem i luzem, barwna muzycznie, brzmiąca surowo, a jednocześnie czytelnie, monumentalna i zarazem melodyjna, w tekstach odwołująca się do prehistorii Słowian. Ze wspomnianego promo na krążku znalazły się oba utwory umieszczone w końcówce płyty, zaś wcześniej wrzucono trzy nowe kawałki oraz instrumentalną "Inwokację". Warto zwrócić uwagę na melodyjny numer "Wieleci", z którego można się dowiedzieć jak wiele słowiańskich plemion zamieszkiwało zachodnią część obecnej Polski i część terenów obecnych Niemiec (wschodnich landów), ale oprócz strony edukacyjnej i od strony muzycznej jest interesująco. W linii prostej to kontynuacja tego, co znalazło się na debiucie formacji NÓW, z której wywodzi się jeden z dwóch muzyków RETRY - Trivialis. Bardziej epicko jest w "Dvikti", który momentami do złudzenia przypomina BATHORY z "Blood Fire Death". Zresztą taka estetyka jest bardzo bliska zespołowi z Pomorza i mimo silnych podobieństw pasuje do pogańskiej koncepcji tego krążka. Mocnym punktem "Retry" oraz RETRY są akustyki, melodyjne solówki i potęgujące epicki klimat klawisze. Znajdzie się oczywiście parę osób, którym to się nie spodoba i będą kręcić nosem na nieco pretensjonalne teksty rodem z literatury Sapkowskiego. Czuć jednak, że RETRA w osobach Tomasza i Trivialisa to przede wszystkim szczery hołd złożony naszym przodkom i symboliczne miejsce, w którym realizują swoje dążenia i pasje bez wybujałych ambicji i bez kreowania się na gwiazdy metalowej "sceny". I mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo wypowiedziane przez tę grupę.


ocena: 7,5/10
www.eastside.onestop.pl
autor: Diovis




RIVERSIDE - "Anno Domini High Definition"

(CD 2009 / Mystic Production)

Nie spostrzegliśmy się, a RIVERSIDE stał się naszą eksportową dumą w muzyce rockowej, tak jak VADER i BEHEMOTH na metalowej. Nie Górniak, Myslovitz, Kayah czy Feel, a te wspomniane wcześniej stanowią o faktycznej muzycznej sile za granicami Polski i kojarzą się już nie tylko maniakom mocniejszych brzmień. A RIVERSIDE dorobił się we w sumie niedługim czasie już czterech pełnowartościowych albumów, z czego ten najnowszy nosi tytuł "Anno Domini High Definition", został nagrany w Studio X w Olsztynie, a okładkę stworzył sam Travis Smith (OPETH, KATATONIA...). Jest jakoby rozpoczęciem nowego okresu w działalności tej grupy (trylogia została już zamknięta wraz z "Rapid Eye Movement"), choć nosi wszelkie znamiona ambitnej rockowej muzyki, z jakiej warszawski kwartet zasłynął wcześniej. To dokładnie 44 minuty i 44 sekundy muzy, ale tak szczelnie wypełnione dźwiękami, że słuchania jest do oporu. O klasie zespołu świadczy, że każda z minut i każdy z dźwięków są cholernie przemyślane i stanowią pewną całość. Harmonie, aranże, linie melodyczne, połamana rytmika, solówki, smaczki, popisy na organach Hammonda - wszystko tu jest na swoim miejscu. O ile jeszcze dwa pierwsze, nieco krótsze kawałki ("Hyperactive" i "Driven To Destruction") są standardowym pokazem wysokich umiejętności muzyków RIVERSIDE i zespołowego grania, to już trzyczęściowego "Egoist Hedonist" słucha się z zapartym tchem. To niby tylko niecałe 9 minut, ale ileż tu się dzieje! W pewnym momencie pojawiają się instrumenty dęte, ale w tej układance brzmią tak, jakby warszawiacy korzystali z nich od zawsze. Gdzieś wyczytałem, że to mocniejsza i ostrzejsza płyta od poprzednich, lecz to wierutna bzdura, bo "Anno Domini High Definition" operuje tak samo różnymi, często odmiennymi klimatami i nastrojami, lekko i zwiewnie przechodząc od przestrzennych fragmentów do konkretnej rockowej jazdy. Przykładem jest wspomniany "Egoist Hedonist", a po nim następuje spokojniejszy, acz również chwilami łojący "Left Out". RIVERSIDE nie uznaje gotowych szablonów, schematów, jednowymiarowych kompozycji, a przede wszystkim nudy. Czerpiąc z klasycznych dźwięków PINK FLOYD, MARILLION i wczesnego prog-metalu stoi w jednym rzędzie z PORCUPINE TREE, PAIN OF SALVATION czy THRESHOLD, wnosząc własny wkład w rozwój ambitnego grania. Nie nazywajmy tego prog-metalem czy prog-rockiem. To po prostu bardzo dobra muzyka do słuchania. Na długie jesienne i zimowe wieczory jak znalazł.


ocena: 9/10
www.riverside.art.pl
www.myspace.com/riversidepl
www.mystic.pl
autor: Diovis




ROOTWATER - "Visionism"

(CD 2009 / Mystic Production)

Zawsze twierdziłem, że ROOTWATER wypada bardzo dobrze na płytach, zaś na koncertach zwykle tylko nieźle. Inna rzecz, że często są wrzucani do metalowego zestawu i wówczas publika dzieli się na mniejszą, która skacze przy ich muzyce oraz większą, co wychodzi w tym czasie na browara lub pogaduchy (lub na to i na to ;). Nie wiem jak będzie z występami na żywo po wydaniu nowej płyty, ale jeśli chodzi o materiał z "Visionism", chyba najbarwniej pokazuje możliwości tkwiące w tej kapeli. Intro niejednego zmyli, bo kojarzy się ze ścieżkami dźwiękowymi monumentalnych produkcji "made in Hollywood", by po dłuższej chwili huknąć z grubej rury "Venture", w którym to utworze jest Sepulturowato, ale potem następuje melodyjny refren. I na takich właśnie kontrastach zbudowany jest ten krążek. Już wspomniany "Venture" podzieli słuchaczy, bo oprócz wspomnianej zmiany mamy tu też rapowaną wstawkę. Kolejne utwory potwierdzają, że ROOTWATER rozwija się i transformuje muzycznie w bardzo eklektyczny band, czasem płynący z prądem mainstreamu, a czasem jeszcze nadal grający ciężko i przede wszystkim nieobliczalnie. Warszawiacy są coraz bliżej znalezienia własnej niszy, choć mi niebezpiecznie kojarzą się z FAITH NO MORE. Sam wokalista, Maciej Taff, ujawnia tu naturę kameleona - gładko przechodzi od rozwścieczonych partii do czystych śpiewów i szeptów. Czyli polski Mike Patton ;) Swoje umiejętności i talent pokazywał już w GEISHA GONER i NEOLITHIC, ale to właśnie w ROOTWATER realizuje się najpełniej. Po prostu materiał z "Visionism" daje mu rozwinąć skrzydła i śmiało można rzec, że to jeden z najciekawszych wokalistów na krajowej rockowej scenie. Z kolei każdy z pozostałych muzyków znajduje dla siebie miejsce i też pokazuje prawie pełny wachlarz swoich umiejętności, choć nie ma tu zbytnio miejsca na solówki, popisy i fajerwerki. Odczytuję to jako chęć pokazania się w roli kolektywu, dojrzałego zespołu, który chce pisać ciekawe utwory. W większości to się udaje, chociaż ROOTWATER zdarza się tworzyć takie wypełniacze, które trochę odstają od tych najlepszych numerów. Cały czas słyszalne są też folkowe motywy, co najlepiej oddaje bardzo skoczny kawałek stworzony wspólnie z ukraińską formacją HAJDAMAKI, a która to grupa pojawia się ostatnimi czasy nawet w publicznych stacjach radiowych (między innymi dzięki ich wspólnym nagraniom z VOOVOO). Elementy etniczne przewijają się również przez kilka innych kompozycji, np. "Frozenthal", "Timeless" i "Follow the Spirit". Ale już na przykład taki "Freedom" jest z zupełnie innej beczki, bo to bardzo krótkie, agresywne i prawie punkowe uderzenie. ROOTWATER próbuje zmagać się również z bardziej wyważonymi i odmiennymi formami, jak to jest na przykład w spokojniejszym, nie pozbawionym orientalnej melodyki "Realize", lekko jazzującym "The Ministry", nieco bardziej epickim kawałku tytułowym i wspomnianym bonusie nagranym z HAJDAMAKAMI. "Visionism" może niektórym zawrócić nieźle w czaszkach, bo to nie tak znowu jednorodny materiał, w dużej części pozbawiony banalności, a już na pewno schematyczności. Już nie metalowy, ale na szczęście nie bawiący się w podbój list przebojów. Nowoczesny i wpasowujący się w obecnie panujące trendy, ale przy tym trudno znaleźć w Polsce drugi, podobnie grający band. "Visionism" można więc odebrać jako rzecz odmienną od większości aktualnych produkcji, lecz niekoniecznie trafiający w gusty ortodoksyjnych metalowców i rockmenów. Ma sporo plusów, opowiada pewną koncepcyjną historię, ale nie do końca jest przekonujący i czasem potrafi też osiąść na mieliźnie. Spróbować jednak nie zaszkodzi.


ocena: 7/10
www.myspace.com/rootwater
www.rootwater.pl
www.mystic.pl
autor: Diovis




ROSSOMETILE - "Terrenica"
(CD 2009 / My Kingdom Music)
Już nie setki, a tysiące zespołów otaczają nas zewsząd. Globalna wioska, jaką stała się nasza planeta, internet i coraz wyższy poziom techniki ułatwiają zaistnienie różnych muzycznych zjawisk. Wychodzi mnóstwo płyt, z sieci można zassać niedrogie empetrójki, a z drugiej strony mówi się o kryzysie rynku fonograficznego. Składa się na to wiele czynników, o czym nie miejsce tu pisać (możliwe, że "popełnię" jakiś oddzielny felieton, który zostanie zamieszczony w Mrocznej Strefie), ale jeden z nich to fakt, że wciska się nam ogromną ilość bezwartościowego chłamu lub wszechobecnego średniactwa zawiniętego w świecący papierek. Tak jest w świecie popu, hip-hopu, ale i - co piszę z ciężkim sercem - na tak zwanej scenie metalowej i wokółmetalowej. Przy okazji tej recenzji też jestem daleki, a nawet bardzo od entuzjazmu wobec pierwszego oficjalnego albumu włoskiej formacji nagranego prawie 13 lat od chwili jej powstania. Mam też za złe wydawcom, że coraz częściej wprowadzają w błąd słuchacza i mam wrażenie, że tak naprawdę to albo nie przesłuchali dobrze wypuszczanego materiału lub chcą na siłę zachęcić odbiorcę podając nazwy uznanych zespołów jako wzorce dla muzyki z danej płyty. Przykładowo ROSSOMETILE zostało porównane do DREAM THEATER, RUSH i THE GATHERING, podczas gdy tak po prawdzie, to jest to taka mieszanka wczesnego QUIDAM, EDENBRIDGE, KLIMT 1918 (tę nazwę akurat My Kingdom Music przywołuje) i klimatów THE CURE. Po tylu latach funkcjonowania grupy można by było się spodziewać czegoś bardziej dojrzałego, a w rzeczywistości "Terrenica" brzmi chwilami jak dokonanie młodej amatorskiej kapeli. Mają doświadczenie w graniu muzyki, nagrywali w profesjonalnym studiu, więc w czym problem? Ano w tym, że poza próbami nagrania chwytliwych, lekko melancholijnych kawałków utrzymanych w estetyce progresywnego, klimatycznego rocka nic ciekawego z tej płyty nie wynika. Na początek mamy trochę gothic rocka/metalu, po czym robi się coraz spokojniej i coraz bardziej banalnie. Ani wokalistka Angela Grassi nie przykuwa uwagi swoim przeciętnym głosem, ani muzycy, którzy wygrywają sztampowe rzeczy. O zgrozo kilka solówek ledwie trzyma się linii melodycznej, a interesująco zapowiadające się numery inspirowane ambitniejszym prog-rockiem, jak na przykład dwuczęściowe "La Grande Piramide" czy "L'uomo Della Preistoria" nie potrafią się rozwinąć w dobrą stronę. Końcówka to już w ogóle nudy, a popowe "Domani" kopie grób tej formacji i temu wydawnictwu. W sumie trochę szkoda, bo nie ma zbyt wielu kapel, które potrafią wypośrodkować klimatyczne granie z różnobarwnymi nastrojami progresywnego rocka i bardziej agresywnymi momentami. Tu niestety nic nie zostało odpowiednio dopasowane i w żadnym z tych elementów włoski kwartet nie jest mocny. Parę lepszych momentów na "Terrenica" nie ratuje sytuacji...
ocena: 4/10
www.myspace.com/rossometile
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis


RUMPELSTILTSKIN GRINDER - "Living For Death, Destroying the Rest"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
Obdarzony trudną do wymówienia i napisania nazwą amerykański twór powrócił drugim pełnym albumem w barwach Relapse. Dla niektórych dopiero teraz odkrywających oldskulowy metal pewnie będzie to miodzio na uszy, bowiem Amerykańce na jednym dysku wrzucili wszystko co się da. Jest rasowe thrash'owe grzańsko sprzed grubo ponad 20 lat, deathmetalowe przyśpieszenia i growle, blackmetalowe motywy w riffowaniu, drapieżność stareńkiego heavy metalu i hard-core'owe łamańce. Prawie cała historia metalu lat 80-ych i początku 90-ych na jednej płycie - tak przynajmniej mogło by się wydawać. A to tylko pozory. "Living For Death, Destroying the Rest" jest bardzo żywiołową i drapieżną płytą, lecz jednocześnie bardzo chaotyczną. To, co dla kogoś wyda się arcyniszczącym materiałem sięgającym z różnych szuflad, dla mnie osobiście jest próbą przykrycia braku własnego stylu lub choćby szukania osobnej niszy. Na nic zdadzą się tłumaczenia muzyków w wywiadach, że zagrali to, co im w duszy gra, że grają, to co kochają lub inne banalne wywody, bo tak po prawdzie RUMPELSTILTSKIN chce się wkomponować w obecne trendy na thrash metal i coś, co kiedyś nazywało się thrash-core'm, choć sami twierdzą, że powstali po to, by pokazać wszystkim, jak rzeczywiście powinien brzmieć metal. Dlatego tak bardzo rażą mnie te mało zgrabnie brzmiące przeskoki z gatunku do gatunku, usilne nawiązywanie do klasyków oraz rozbudowywanie na siłę utworów, które często trwają po 4 i więcej minut. Można by ewentualnie wyróżnić parę kawałków, jak na przykład agresywne i prące do przodu, a przy tym pokombinowane "Brainwasher C.1655", "Traitor's Blood" i "Sewers of Doom (Dethroning the Tyrant Part I)", ale niewiele ponad to. Za dużo tu zrzynania, bełkotu i niekonsekwencji. Znowu pewnie nie zgodzi się z tym parę osób, ale trudno - taka jest prawda. Ta moja i ta najmojsza ;)

ocena: 5/10
www.rumpelstiltskingrinder.com
www.myspace.com/rumpelstiltskingrinder
www.relapse.com
autor: Diovis


REPOSSESSION - "Reign Over Inferno"
(Demo-CD 2008)
REPOSSESSION miało podobno wydać swój materiał w Empire Records, ale jak kilka lub kilkanaście innych kapel nie doczekało się efektów tej współpracy ze względu na zawieszenie działalności przez magazyn "Thrash 'em All", do którego ta firma dołączała własne produkcje. Kapela z Opoczna, w której skład wchodzą muzycy ETHELYN, SOUL DEVOURER i NEMROD rzeczywiście pasowała do linii programowej Empire, gdzie krajowy death metal był przez ostatnie kilka lat jednym z priorytetów. "Reign Over Inferno" to intensywne, acz nie zanadto brutalne granie z mocnym akcentem na zróżnicowaną rytmikę, ciężar, mroczny klimat oraz dość przystępne i czytelne jak na death metal linie wokalne i melodyczne kojarzące się w dużej mierze z DEICIDE czy DIABOLIC. REPOSSESSION nie żałuje gitarowych solówek i wokalowych harmonii (dwa różne wokale nałożone na siebie), które chyba nieprzypadkowo kojarzą się z innymi opoczniańskimi formacjami ETHELYN i NOMAD. Zresztą na bębnach gra tu Morbid z pierwszej z nich, który woli trzymać rytm i czasem trochę mieszać na garkach, aniżeli non-stop atakować blastami. Dzięki temu nie ma się wrażenia, że REPOSSESSION chce być jedną z najszybszych lub najbardziej brutalnych kapel w Polsce. Materiał demo to solidny punkt wyjściowy, by w przyszłości nagrać coś jeszcze lepszego i nietuzinkowego, a sześć zamieszczonych tu kawałków daje taką nadzieję. Wbrew opinii co niektórych, z inspiracji oldskulowym death metalem można jeszcze stworzyć naprawdę wiele świeżych rzeczy. Tylko trzeba chcieć.
ocena: 7/10
www.myspace.com/repossessionpossesseddeathmetal
autor: Diovis


RANDY PIPER'S ANIMAL - "Virus"
(CD 2008 / Locomotive Records & Mystic Production)
Wiadomo, że W.A.S.P. to przede wszystkim charyzmatyczny Blackie Lawless. "Drugie skrzypce" w grupie grał w pierwszej fazie historii tej grupy gitarzysta Randy Piper, który od kilku ładnych lat majstruje na boku w RANDY PIPER'S ANIMAL i ostatnimi czasy nie jest jakoś szczególnie dostrzegany. "Virus" jest moim pierwszym spotkaniem z muzyką tego zespołu i już po pierwszych dźwiękach otwierającego płytę "Cardiac Arrest" odczułem, że "niedaleko jabłko spada od jabłoni". Mr Piper mimo wszystko bardzo nasiąkł W.A.S.P., że chcąc nie chcąc, ten album przypomina chwilami wcześniejszą twórczość tej formacji. Oprócz wspomnianego utworu, także "Don't Wanna Die", "Judgement Day" i "Who's Next" utrzymane są w podobnej stylistyce, nawet wokal przypomina w paru momentach ten Blackie Lawless'a. Ogółem "Virus" to mocny heavy metal w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, chociaż kilka numerów odnosi się do innych popularnych w latach 80-ych dźwięków. Jeśli kojarzycie termin "amerykański rock" rozpropagowany przez BOSTON, KANSAS, STYX, JOURNEY, FOREIGNER czy WHITESNAKE, to tutaj takiego grania jest sporo. Melodyjne kawałki w rodzaju "Crying Eagle" lub "Unnatural High" mogłyby być przebojami przed ponad 20 laty. Teraz to może dziwić, ale wówczas listy przebojów wypełniały właśnie rockowe kawałki, a nie wszechobecne w ciągu ostatnich lat pop, r 'n b czy rap. Na bazie ciężkich gitar lekko zmiękczonych delikatnymi klawiszami, chórkami w refrenach i spokojnymi, na wpół akustycznymi fragmentami RANDY PIPER'S ANIMAL udaje się tworzyć naprawdę spoko numery, które pewnie nie przekonają do siebie zwolenników bardziej ekstremalnych klimatów, ale bez problemu strawią je, a nawet polubią choćby fani niemieckiego power/heavy metalu i wspomnianych już wcześniej hard rockowych rzeczy w przystępniejszej formie. Bo wbrew pozorom, "Virus" to wciąż mocne granie, pełne wyrazistych rockowych riffów i ognistych solówek. Nie wiem natomiast po licho na tym krążku znalazła się przeróbka "Zombie" THE CRANBERRIES, bo chociaż brzmi mocniej i jest zagrana z werwą, to jakoś mi tu nie pasuje do reszty. Tak czy siak, mi ten krążek się nawet podoba i gdy tylko będę miał ochotę na tradycyjne i chwytliwe granie w ciężkim rockowym stylu, to pewnie za jakiś czas odświeżę sobie ten materiał w odtwarzaczu CD.
ocena: 8/10
www.animalcave.net
www.myspace.com/randypipersanimal
www.locomotiverecords.com
autor: Diovis


RETH - "Precusors To Extinction"
(MCD 2008 / Anticulture Records)
7 kawałków, intro oraz krótki, industrialny przerywnik między "Convulsive" a "Sowing the Poisoned Hubris". Wszystko skompresowane w 16 minutach i 7 sekundach. Intensywnie, brutalnie, ciężko, technicznie, z zeschizowanym klimatem i totalnie chorymi wokalami. Tak w trzech zdaniach można streścić debiut Brytyjczyków z RETH. Muzycy na co dzień grający w kilku innych, równie mało dotąd znanych zestawieniach udowodnili, że można jeszcze zaintrygować świeżo i spontanicznie zagranym ultra brutal death/grind'em. Że czasy grania szybciej, precyzyjniej, a przy tym z ekstremalnie ciężkimi zwolnieniami jeszcze nie odeszły w niepamięć. Że można jeszcze zrobić coś więcej niż zrobiły swego czasu NAPALM DEATH, BRUTAL TRUTH czy WATCHMAKER lub że wyjdzie to porównywalnie świeżo. Ponadto RETH łączy na "Precursors To Extinction" elementy znane z produkcji wielu czeskich kapel, które zawsze dążyły do zradykalizowania form ekspresji z pokrętnym podejściem do tematu wszelakich formacji skupionych w Relapse Records (np. CEPHALIC CARNAGE, THE DILLINGER ESCAPE PLAN, ANTIGAMA, PIG DESTROYER...). Niby wszystko już było, lecz tutaj jest podane w niezwykle entuzjastyczny sposób i nie wiesz, co spotka Cię za chwilę. Pewnie w 45-minutowej dawce byłoby to nudne i męczące, ale w takiej, jaką zapodano w tym przypadku zawsze pozostaje jedno wyjście: włączyć to raz jeszcze i raz jeszcze i raz jeszcze... Czyżby zrodził się kolejny geniusz mordowania dźwiękiem?...
ocena: 9/10
www.rethgrind.com
www.myspace.com/reth
www.anticulture.co.uk
autor: Diovis


RESURRECTION - "Mistaken For Dead"
(CD 2008 / Massacre Records & Mystic Production)
Powroty, powroty, powroty... Nagle, po wielu latach chce się niektórym wskrzeszać kapele, o których już pewnie nikt nie pamięta. Ci, którzy dogrzebali się ich nagrań przed laty, bawią w tej chwili dzieci, ciężko tyrają lub prowadzą swój biznes, a wszyscy jak - nomen omen - jeden mąż wieczorami siadają w fotelu, by obejrzeć sport albo kiczowaty show na TVN czy na innym Polsacie. Prawda jest taka, że o RESURRECTION naprawdę mało kto już pamięta. Zabłysnęli na początku lat 90-ych zaledwie jednym splitem z HYPOCRISY, AFFLICTED i SINISTER oraz jednym albumem dla Nuclear Blast Records, ale zatonęli w oceanie wydawnictw z death metalem, po czym rzeczywiście słuch o nich zaginął. Nawet nie pamiętam jak brzmiał krążek "Embalmed Existence", ale skoro pochodzą z Florydy, to nie odbiegali od tamtejszych standardów i schematów brzmieniowo-muzycznych. I oto po kilkunastu latach trzymam w ręce nowe dziełko pod tytułem "Mistaken For Dead". Pierwsze, co rzuca się w uszy, to właśnie ten sound, który jest jakby rodem z tamtych czasów, a będący skrzyżowaniem wczesnego OBITUARY i MALEVOLENT CREATION. Zresztą muzyka jest też bardzo zbliżona, a poza tym Paul Degoyler przypomina Johna Tardy'ego z OBITUARY, a i niektóre solówki przywodzą na myśl "Slowly We Rot". Właściwie na tym można by zakończyć tę recenzję, bo na tyle zachęciłem lub zniechęciłem potencjalnych nabywców, że już wiedzą co zrobić. Jak na moje, nie musiałbym słuchać tej płyty, bo gdybym miał ochotę na death metal "made in Florida", to sięgnąłbym po którąś z klasycznych pozycji. Chociaż jeśli już mam wystawiać cenzurkę "Mistaken For Dead" (po to tu w końcu jestem), to uważam ten album za kawał solidnego rzemiosła łączącego w sobie prostotę i pewną dawkę bardziej technicznych smaczków. A fani DIABOLIC powinni się zainteresować faktem, że do nowego składu RESURRECTION dołączył gitarzysta Jerry Mortellaro, który tak jak wielu innych przewinął się przez tę formację.
ocena: 5,5/10
www.resurrectionmetal.com
www.myspace.com/resurrectionfl
www.massacre-records.de
autor: Diovis


REMEMBRANCE - "Silencing the Moments..."
(CD 2008 / Firebox Records & Foreshadow Music)
Kolejny upalny czerwcowy dzień, a mi przyszło recenzować jeszcze jedną płytę wypełnioną po brzegi wisielczym doom metalem. Tyle że tym razem tego typu dźwięki nie zostały stworzone przez ekipę z Krainy Tysiąca Jezior Suomi, a przez Francuza i Francuzkę, którzy do tej pory nie zaznaczyli swojej obecności na mapie funeral doom. Pomijając może MOURNING DAWN, REMEMBRANCE to pierwszy zespół z tego kręgu reprezentujący mimo wszystko bardziej skandynawskie podejście do spowolnionej na maksa rytmiki, melancholijnej melodyki i ekstremalnych growli. Gdybym nie znał autorów tej muzy, strzelałbym, że to płyta, która może być firmowana przez COLOSSEUM czy MY SHAMEFUL. Tu też mamy tak samo łkające i długo wybrzmiewające gitary, leniwie przetaczające się tony gitary basowej, majestatyczne partie pianina i syntezatorów, mozolnie budowany klimat osamotnienia, opuszczenia oraz przygnębienia - stanów, które paradoksalnie przynoszą pocieszenie i ukojenie, są też naznaczone swoistym pięknem. W połowie pierwszego na krążku "Thief of Light" przez moment odzywa się delikatny kobiecy głos, co zresztą jest sygnałem, że Carline van Roos - bo to o niej mowa - zaznaczy swoją obecność jeszcze bardziej w kolejnych kompozycjach. W "Silencing the Moments", "These Hallways Are Eternal" i "Fragments" to właśnie ona przejmuje inicjatywę przekazywania bezbrzeżnego smutku. Ciekawostką jest, że wspomniana Carline oprócz śpiewania gra tu również na klawiszach, basie i perkusji, co jest swoistym novum we funeral doom metalu i nie tylko. Gitarami i growlami zajmuje się natomiast jej partner Matthieu Sachs. Wady "Silencing the Moments..."? Zbyt mało oryginalności i indywidualnego spojrzenia na dźwięki, co zaowocowało płytą solidną, ale bardzo podobną do wielu innych. Poza tym nie rozumiem tego, że następujący po "Thief of Light" kawałek zatytułowany "Death Diaries" zaczyna się identycznym motywem, tak samo rozwija się i kończy. Z drobnymi modyfikacjami jest tak właściwie do końca i wniosek z tego taki, że REMEMBRANCE nie pozwala sobie na wycieczki w nieznane, eksperymenty i fajerwerki. Jest smutno i tęskno, z rzadka onirycznie. I mimo wszystko zbyt zachowawczo, schematycznie i przewidywalnie. Tylko dla bezgranicznie miłujących pogrzebowe oblicze doom metalu.
ocena: 6/10
www.remembrance-band.com
www.myspace.com/remembranceband
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


RUNEMAGICK - "Dawn of the End"
(CD 2007 / Aftermath Music & Foreshadow Music)
RUNEMAGICK się nie zmienia. Nie wiadomo czy to dobrze, czy to źle, ale po trzech latach, które minęły od ostatniej znanej przeze mnie płyty "On Funeral Wings" nie zmieniło się w ich muzyce praktycznie nic. Norweska ekipa dalej łupie ten swój doom/death metal - bardzo ciężki, bardzo walcowaty i same utwory mają odpowiednio długie czasy trwania. Na "Dawn of the End" średnia jednego kawałka znowu oscyluje wokół ośmiu minut i to już wystarczająco odstrasza co niektórych. Bo co w sumie można wymyślić w estetyce ponurego, mozolnego grania? Zmienić producenta? Nie. Na to trzeba być mistrzem, jak MY DYING BRIDE, by wyciągać z jednego człowieka tak samo dobre brzmienie i wciąż zadziwiać jak może być lepiej. Dorzucić dodatkowe instrumenty? Nie. Ponieważ RUNEMAGICK zawsze dodawało odrobinę klawiszy dla umrocznienia całości i nie kwapiło się do wzbogacania swojego grania o skrzypki i elektronikę. Wrócić do korzeni? Nie. Oni wciąż są blisko korzeni, podczas gdy inni już odeszli w niebyt lub zamienili siekierkę na kijek. Co więc można zrobić? Ano dalej łupać po swojemu i rozwijać znane tematy. Niestety, nawet i to mnie ociupinkę zaczyna nudzić w przypadku tego zespołu. Wrzuciłem sobie krótko wcześniej "Darkness Doom Death" i "Requiem of the Apocalypse" i na tym nowym albumie słyszę podobne motywy. Podobne jest zresztą wszystko. Ja, kuźwa, lubię ciężki doom i lubię, gdy z głośników sączy się odpowiedni klimat, ale jeśli tu samo intro trwa prawie 6 minut, a w kolejnym kawałku, "Voyage To Desolation", wokal odzywa się gdzieś w szóstej minucie (wyznaczyli sobie drugie intro w jego ramach?), to mnie szlag trafia. Bo nawet rozgrzewka na sali treningowej nie trwa do momentu, gdy wszyscy popadają ze zmęczenia. Prawda? No chyba tak. Podziwiam RUNEMAGICK za konsekwencję, podoba mi się, że jeszcze nie wypadli z obiegu, jednak chyba potrzebują coś do odświeżenia swojej formuły. Choćby drobiazgów, kosmetycznych zmian, bo w końcu sami się znudzą tym co tworzą i zostawią po sobie "jeno smród", jak to mawia poeta. I dodam jeszcze, że nie miałem złego humoru, gdy to pisałem ;)
ocena: 5/10
www.runemagick.se
www.aftermath-music.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


REDRUM - "War Blood Honour"
(CD 2007 / Metal Fighters & Metal Mundus)
Kapel o nazwie REDRUM obrodziło na całym świecie całkiem sporo, jednak żadna jak na razie nie zaistniała szerzej w świadomości fanów. Podobnie jest z rosyjskim REDRUM, który ma już na koncie trzy albumy i w zeszłym roku wypuścił na nowo materiał pod tytułem "War Blood Honour". Nie jest to jednak re-edycja, gdyż muzycy po prostu postanowili raz jeszcze nagrać utwory z debiutu, który ponoć brzmiał bardzo syficznie. Zabieg to ostatnio często stosowany, ale zazwyczaj czynią tak dużo bardziej znane formacje. Rosjanie uczynili to na własną odpowiedzialność i nie powinni oczekiwać zbyt wiele. Raz, że płytę wydała bardzo podziemna firma, a dwa, że zachwytów nad tym materiałem nie będzie. REDRUM gra, owszem, dość znośną odmianę death/black metalu z archaicznie brzmiącymi partiami syntezatorów, ale robi to bez szczególnego zaangażowania w bycie odkrywczymi czy oryginalnymi. Oni sami nazywają to war metalem, ale ja generalnie słyszę tu motywy znane z pierwszych płyt ROTTING CHRIST czy NIGHTFALL z czasu "Macabre Sunsets", czasem przemknie bardziej skandynawska (głównie szwedzka) nutka, z kolei łączenie klawiszowego klimatu z deathmetalowymi patentami przypomina też na przykład HYPOCRISY. Czego jednak można się spodziewać po grupie będącej wciąż pod przemożnym wpływem kapel pokroju SATYRICON, SEPULTURA, METALLICA czy BEHEMOTH, których covery w dużych ilościach zasilają ich wszystkie wydane do tej pory płyty? Tu też mamy dowód na to, że oni sami nie wiedzą co grać i jak wymknąć się z pewnych schematów. Oto bowiem na warsztat wzięli tym razem "The Memory Remains" METALLICY, które ani nie jest bliskie oryginałowi (death/blackmetalowa sieczka po prostu), ani nie wnosi nic interesującego. Z przykrością stwierdzam, że w epoce recesji w świecie metalu za dużo wydaje się przeciętnych i nudnych wręcz krążków znajomym i przyjaciołom. A na pocieszenie dodam, że rosyjski metal z nielicznymi wyjątkami nadal goni gdzieś w ogonie peletonu i choć metal to nie dyscyplina sportu, to wcale nie żal mi tego REDRUM. Jeśli płyta nie wzbudza żadnych silniejszych emocji, a jedynie obojętność, to czemu tu się dziwić, że prawie nikt nie zna tego zespołu i nie poszuka jego nagrań?...
ocena: 2/10
www.metalfighters.com
http://murderredrum.narod.ru
www.myspace.com/murderredrum
autor: Diovis


REVENGE - "Infiltration. Downfall. Death"
(CD 2008 / Osmose Productions)
Trzeci, pełno wymiarowy atak commanda z Kanady. Grupa, która kultywuje stary death/black metal, dla mnie będąca kontynuatorem tego, co zrobiło BLASPHEMY czy też ORDER FROM CHAOS przed laty. Zresztą w ten projekt byli lub są zaangażowani członkowie tych zespołów. Kolejny album nie przynosi jakichś zaskakujących zmian. Dalej jest ciężko, obskurnie, dziko i niezwykle brutalnie. Zespół przypomina maszynę do masowej zagłady, anihilacji wszystkiego co żywe. Brzmienie jakoś cholernie kojarzy mi się ze starymi dokonaniami CARCASS, szczególnie niektóre wokale jakoś nasuwają mi takie skojarzenia. Płyta nie jest długa, ma zaledwie 35 minut, ale absolutnie taka dawka dźwięku skutecznie wystarcza na cały dzień po jej wysłuchaniu. Na pewno nie jest to dzieło kultowe, gdyż podobnych płyt wychodzi sporo, a w podziemiu powoli zaczyna być już tłoczno w tym gatunku metalu. Z pewnością jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy kultywują starą scenę, uważają, że wypieszczone w superstudiach produkcje są do niczego, że prawdziwy metal to skóry, łańcuchy i zagłada dokonana przy pomocy instrumentów. Taka jest właśnie ta płyta. Odradzam fanom VADER, gdyż dla nich będzie to 35 minut bezładnego hałasu. Tu nie ma miejsca na olśniewającą technikę, brzmienie i wentylatorki na koncertach. Jest duszno niczym w komorze gazowej, a ciężar muzyki REVENGE po prostu miażdży. Jeśli jesteście gotowi na coś takiego, to zapraszam. W innym przypadku omijać z daleka. Czekam z niecierpliwością na koncerty w Polsce, zapowiada się III wojna światowa :)
ocena: 8/10
www.osmoseproductions.com
www.myspace.com/revengeattackbloodrevenge
autor: sThor


RAUNCHY - "Velvet Noise" (extended version)
(CD 2007 / Mighty Music & Foreshadow Productions)
RAUNCHY nazywano swego czasu duńską odpowiedzią na FEAR FACTORY. Dlaczego o nich w czasie przeszłym? Z dwóch powodów. Pierwszy to fakt, że "Velvet Noise" to debiutancki album nagrany i wydany w 2001 roku przez Drug[s] - pododdział Mighty Music, a w zeszłym roku wznowiony przez tę samą firmę z bonusowymi utworami (stąd to "extended version" przy tytule). Drugi jest taki, że o Duńczykach słuch zaginął po drugim albumie "Confusion Bay" i utracie kontraktu z molochem wydawniczym Nuclear Blast. W rzeczy samej działają dalej, a nawet doczekali się trzeciego albumu, o którym jednak mało kto słyszał. A RAUNCHY to rzeczywiście przykład korzystania z doświadczeń ich starszych kolegów z FEAR FACTORY. Nie jest to oczywiście żadna kalka, a jedynie wzorzec, na którym piątka rodaków Egona Olsena budowała swoją wizję modernistycznego metalu. Stąd ta charakterystyczna rytmika, na przemian krzykliwe i melodyjne wokale, specyficznie tworzona atmosfera, ale obok tego RAUNCHY stara się zabrzmieć po swojemu, korzystając z wszelkich dobrodziejstw technologii studiów nagraniowych (w tym przypadku studia Jacoba Hansena i po części Antfarm Studio Tue Madsena) oraz sięgania po różne środki wyrazu - od melodyjnego, a nawet dość ciężkiego death metalu, poprzez mocarne brzmienia współczesnego thrash metalu, aż po eklektyzm i rozmach FAITH NO MORE. No i padła w końcu druga nazwa-klucz, bo Duńczycy zgrabnie przeskakują od gitarowych eksplozji do bardziej atmosferycznych pasaży, a to był przecież znak firmowy ekipy Mike?a Pattona. RAUNCHY składa zresztą im hołd nagranym podczas sesji "Confusion Bay" coverem "From Out To Nowhere" - tu wznowionym jako czwarty z bonusów. A pozostałe dodatki uzupełniające właściwy album? "Never Be" to fragment demówki, dzięki której zespół został zauważony przez wydawcę. Mamy tu zaczątki tego, co znalazło się na obu albumach tej formacji. "Decemberklar" to zaśpiewana po duńsku popowa piosenka w stylu LIQUIDO, co można odebrać jako żart albo flirt z mainstreamowymi nurtami, jednak nie odbiera o jej siły przebicia, która zaowocowała tym, że swego czasu grały ją podobno wszystkie duńskie stacje radiowe. Oprócz wspomnianej już przeróbki FAITH NO MORE jest tu też druga, będąca mocno ryzykownym posunięciem, bo RAUNCHY wzięło na warsztat chłamowate WHAM! i ich przebój z lat 80-ych "Last Christmas". Co z tego, że zagrany szybciej i z przesterowanymi gitarami, gdy na przykład takie ATROCITY robiło takie rzeczy lepiej i z większą klasą na "Werk 80"?
Jeśli ktoś woli bardziej metalowe oblicze tej grupy, to polecać dotrwać do dziewiątego numeru, a potem wybrać numery 10 i 13. Ekstremiści i czciciele blastów pewnie i tak wyłączyliby po minucie, góra dwóch...
ocena: 7,5/10
www.mightymusic.dk
www.raunchy.dk
www.myspace.com/raunchy
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ROTENGEIST - "Promo 2007"
(Demo-CD 2007)
Wraz z opisywanym w innym miejscu demo formacji UNDERDARK otrzymałem materiał promocyjny innej kapeli o wdzięcznej nazwie ROTENGEIST. Rzadko mi się zdarza, by otrzymywać stuff od dwóch różnych bandów na jednej płycie, ale w zamian za to muzycy otrzymają dwie recenzje ;) Przypadek ROTENGEIST to przykład na to, jak mylna potrafi być nazwa. Oto bowiem nie mamy tu do czynienia z death metalem, a z amerykańskim thrash metalem zmieszanym z tą bardziej techniczną odmianą niemieckiego thrash?u. Sześć kawałków z "Promo 2007" zabiera nas w przejażdżkę do dość odległej przeszłości, gdy MEGADETH jeszcze nie miał skłonności do wygładzania brzmienia, METALLICA nie myślała jeszcze nawet o popełnieniu "Czarnego Albumu", a fani thrash?u zachłystywali się nie tylko KREATOR?em i DESTRUCTION, ale także formacjami pokroju VENDETTA, PROTECTOR czy MEKONG DELTA. Muszę przyznać, że ta mikstura w wykonaniu ROTENGEIST robi wrażenie, bo obok wyrafinowanych gitarowych riffów i solówek słychać tu mnóstwo ciekawych smaczków wykonanych nie tylko przez utalentowanego gitarzystę Piotra Winiarskiego, ale także basistę Alka Partyńskiego (charakterystyczne klangi). Swoje "trzy grosze" dokłada Piotr wokalami podobnymi nieco do wyczynów Dave?a Mustaine?a z MEGADETH i perkusista Ziemowit Gawlik (jedyne ogniwo łączące ROTENGEIST z UNDERDARK - tu niestety wypadający słabiej przez słabo nagłośnione, zbyt cicho "pukające" bębny). Dzięki temu nawet te dłuższe, ponad pięciominutowe numery nie nużą i można śmiało włączać co rusz funkcję "repeat". Jednocześnie muzycy nie bawią się w wydziwianie czy głupawe melodyjki i konkretnie dokładają do pieca. Jest motorycznie, energicznie, technicznie i bańką też przy okazji można pomachać. Thrash metal za granicami Polski powraca do łask, więc może naszą skromną scenę ożywi właśnie ROTENGEIST. Niestety, aby to uczynili, powinni wejść do profesjonalnego studia nagraniowego, bo "Promo 2007" ze swoim niezbyt czytelnym brzmieniem gubi wiele walorów tego zespołu i ci, którzy słuchają muzyki po łebkach nie zauważą nawet jak ciekawe są te kawałki.
ocena: 7/10
www.rotengeist.pl
www.myspace.com/rotengeistband
autor: Diovis


REVERENCE - "Chamber of Divine Elaboration"
(CD 2007 / Avantgarde Music)
Jest to drugi album kapeli, której muzyka zmieniała się z czasem od black metalu po industrialno/klimatyczne granie. Taka właśnie jest ta płytka. Zaczyna się eterycznym intrem, dość niepokojącym, powiedziałbym, że nawet chorym. Utwory są długie, wolne i świetnie nadawałyby się do jakiegoś chorego spektaklu, lub jako ścieżka dźwiękowa do porządnego horroru. Grupa osiąga takie stadium zdeprawowania dość zwykłymi środkami, nie ma tu jakiegoś wielkiego, przerośniętego nadmiarem elektroniki syfu. Wszystko niby poukładane, a stwarza wrażenie obcowania z jakąś kakofonią. Całość, szczególnie klimat tego krążka przypomina mi zapomniane już chyba, szczególnie przez młodych maniax włoskie MONUMENTUM, mniej więcej z okresu "In Absentia Christi". Również tutaj mamy do czynienia z mnóstwem niekonwencjonalnych zagrań, wystarczy posłuchać sobie dokładnie partii perkusji, wsłuchać się we wszystkie przeszkadzajki, ledwo słyszalne czasami gdzieś w tle. Dla mnie rewelacja, właściwie od ostatniego albumu MONUMENTUM nie słyszałem niczego podobnego. O ile Włosi nie wydali niczego nowego od sześciu lat, o tyle REVERENCE stało się godnym kontynuatorem dzieła zapoczątkowanego na "In Absentia...". Myślę, że każdy znajdzie zapewne swoje analogie, być może do zupełnie innych kapel czy nurtów muzycznych. Jedno jest pewne - REVERENCE nie jest kapelą dla ludzi o zamkniętych i bardzo konkretnych horyzontach muzycznych.
ocena: 10/10
www.reverence-imc.fr
www.myspace.com/reverenceimc
www.avantgardemusic.com
autor: sThor


ROMAN KOSTRZEWSKI - "Woda"
(CD 2007 / Mystic Production)
Chyba nikt nie spodziewał się po ROMKU takiej płyty. Już dość dawno temu miałem okazję usłyszeć próbkę jednego z utworów i zaskoczył mnie mroczny klimat wykreowany jedynie przez klawisze i magiczny głos frontmana legendarnego KAT'a. Nie myślałem jednak, że właśnie w tę stronę pójdzie pan KOSTRZEWSKI na swoim solowym debiucie. Chociaż stwierdzenie, że klawisze plus głos byłoby zbytnim uproszczeniem. "Woda" mieni się naprawdę różnymi barwami, ale zaznaczam, że gro utworów to dość nastrojowe granie, którego nie da się jednak zaszufladkować. I bardzo dobrze! Jak się okazuje, gdy się chce, to można jeszcze wymyślić coś naznaczonego oryginalnością. Podstawą instrumentarium są tutaj klawisze, ale ROMAN KOSTRZEWSKI używa tu niezliczonych brzmień (pianino, organy, imitowane dźwięki fletu, akordeonu i gitary) i naprawdę nieważne jest to, czy głównie posiłkował się komputerem, czy też obsługiwał je w dużej części samemu. Najistotniejsze na tym krążku jest jednak to, że na dobrą sprawę nie można jego zawartości porównać do czegokolwiek. Sakralne lub mistyczne ozdobniki wskazywałyby może na dokonania ENYI, ENIGMY lub CLANNAD, pewne fragmenty kierują skojarzenia w stronę DEAD CAN DANCE lub PINK FLOYD, ale zasadniczo wszystkie te porównania są jak trafienie kosy na kamień. "Woda" to zupełnie niezależna i oryginalna całość łamiąca wszelkie bariery stylistyczne i będąca daleko od pompatyczności, nudziarstwa czy jakiegokolwiek konkretnego gatunku muzyki. ROMAN KOSTRZEWSKI zachwyca tutaj tak balladowymi, spokojnymi fragmentami, jak i tymi mocniejszymi, bardziej dramatycznymi. I to tylko on od początku i końca jest tutaj kompozytorem, twórcą, pomysłodawcą, wykonawcą i producentem w jednej osobie. A jeśli ktoś powątpiewał, że jeszcze potrafi śpiewać i operować naprawdę różnymi barwami głosu, to tutaj boleśnie przekona się o tym, że się mylił. Także warstwa liryczna nie pozostawia złudzeń, że ROMAN jest jednym z najbardziej oryginalnych tekściarzy w naszym kraju. Z jednej strony nawiązuje do poetów Młodej Polski, a z drugiej sięga po słownictwo własnego pomysłu. Dla kogoś niektóre zwroty będą chwilami czymś śmiesznym, ale już w KAT, jak również w ALKATRAZ nie brakowało pomysłów świadczących o niesamowitym piórze pana KOSTRZEWSKIEGO, jak i jego specyficznym, często bardzo swojskim poczuciu humoru i "niepoprawności politycznej". Na przykład opisujący wesele na wsi "Kielich Dla Mnie" lub bardzo życiowe poprzez swoją tematykę "Anioły Nocnych Burz". Lub mistrzowsko operujące słowem i metaforą "Żyj Szybko i Gnij" oraz zamykająca całość "Kijanka". Oczywiście, motywem przewodnim wszystkich tekstów jest woda i wszystko, co się z nią wiąże. Czy będzie to padający w tle deszcz, czy wino w dzbanie, czy cieknące po licach łzy, przez cały czas mamy do czynienia z jednym z czterech żywiołów, który towarzyszy różnym zdarzeniom, przemyśleniom i emocjom przekazanym poprzez słowa. Sama idea takiego właśnie concept-albumu jest w ogóle pewnym novum i chyba jednak ewenementem na skalę światową i da się odczuć, że płyta powstawała bardzo długo, ale oczekiwanie lub zaskoczenie były i są tego warte. Sięgnijcie po "Wodę", a tego nie pożałujecie!
ocena: 9/10
www.mystic.pl
www.roman-kostrzewski.com.pl
autor: Diovis


REVELATION OF DOOM - "Shemhamforash"
(CD 2007 / Pagan Records)
No i mamy jedną z najbardziej oczekiwanych płyt tego roku, bynajmniej jeśli chodzi o tzw. nurt old school. O ile większość kapel bezmyślnie stara się, podążając za modą wypłynąć na tej fali, o tyle chłopakom z ROD trudno cokolwiek zarzucić. Przede wszystkim mają swój styl, doskonalony już od pierwszej płyty, moim zdaniem jakoś niedocenionej w naszym grajdole. Nie wiem, być może była to sprawa dystrybucji, bo jakoś niewiele działo się wokół kapeli po wydaniu debiutu. W końcu po roszadach w składzie mamy nowy album. Na pewno bardziej dojrzały, z lepszą produkcją, ale oczywiście utrzymany w konwencji, jaką zespół obrał na początku swojej drogi. Utwory nie są zbyt długie, monotonne i nudne. Każdy z nich to murowany koncertowy killer, który pozwoli naszej zmanierowanej do bólu publiczności, pewnie od niechcenia pomachać banią. Kapela miażdży od samego początku zwalniając od czasu do czasu, aby ponownie pierdolnąć stalową pięścią między oczy. Maniacy starych brzmień, starego feelingu poczują się jak w domu. Dla nich bowiem jest ta płyta. Mamy w końcu kapelę, która obok THRONEUM, AZARATH, HELL-BORN czy DECEPTION jest wyznacznikiem naszego undergroundu, bynajmniej jeśli chodzi o death metal. Bezkompromisowo, diabelsko jak cholera, po prostu z jajami! Dobrze, że grupa trafiła w końcu do Tomka Krajewskiego, bynajmniej płyta nie przejdzie bez echa. Nie wyróżniam żadnego numeru, bowiem krążek ten to całość, jeden smolisty pomiot rzucony w mordę miłośnikom blaścików, solóweczek i innego gówna. Brać i słuchać w ciemno - polecam!
ocena: 9/10
www.paganrecords.com
autor: sThor


ROSA ANTICA - "Seven"
(CD 2007 / My Kingdom Music & Foreshadow Productions)
Po tym zespole nie spodziewałem się niczego wyjątkowego. Również pierwsze dźwięki "Seven" nie zapowiadały się zbyt atrakcyjnie. Ot, takie nowoczesne granie trochę w stylu KORN i FEAR FACTORY. Z czasem jednak zaczyna się na tym krążku dziać całkiem sporo i na pewno nie można ich posądzić o pójście za koniunkturą lub flirtowanie z nowomodnymi trendami. Włosi dość mocno kombinują, mieszają elementy progressive i death metalu z mocniejszym rockiem i bardziej klimatycznym graniem, podając to w energetyzującym sosie. Coś takiego jak by PANTERA spotkała się z PAIN OF SALVATION, SADIST z okresu płyty "Lego" i zapomnianym już nieco PHLEBOTOMIZED. Eklektyzm to najlepsze słowo na podsumowanie zawartości "Seven". Wokale zmieniają się jak w kalejdoskopie (od growli, poprzez czyste prog-metalowe wokale, aż po głos zbliżony do Aarona z MY DYING BRIDE), gitarzyści wycinają mocne riffy, ale i akustyków czy solówek nie żałują, sekcja nie ogranicza się do wybijania jednorodnego rytmu, a klawisze w ciekawy sposób urozmaicają całość różnymi smaczkami i brzmieniami. Melodia łączy się z ciekawymi rozwiązaniami rytmicznymi i agresywnością. Pamiętać wszelako należy, że to dopiero debiut tego zespołu, a widać, że piątka muzyków przyłożyła się mocno i poukładała te dźwięki w bardzo dojrzały sposób. Weźmy na przykład taki numer "Inner Fears" - przestrzenny i atmosferyczny, a jednocześnie nie pozbawiony mocy. Albo "Recommended Suicide", który zaczyna się prawie deathmetalowo, po czym przekształca się w przestrzenną kompozycję, by na końcu powrócić do bardziej agresywnego grania. Także "healing wouNds" pozostaje na dłużej w pamięci ze względu na charakterystyczny motyw grany unisono przez gitarę i klawisze, mądrze też rozłożono akcenty growlingów i czystych wokali. To naprawdę godny uwagi kawałek - krótki i konkretny. Takich numerów jest tutaj więcej i zaprawdę powiadam, że starcza tej płyty na wiele przesłuchań. Warunek jest jeden: należy być otwartym na różne oblicza metalu pomieszane ze sobą i wciśnięte w czterdziestu minutach materiału. Bardzo obiecujący debiut i odczuwa się tu ten błysk geniuszu, który warto by było wykorzystać w przyszłości.
ocena: 8,5/10
www.mykingdommusic.net
www.myspace.com/rosaantica
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


REACTOR - "Updaterror"
(CD 2007 / Mad Lion Records)
Kolego Przemku, ciekawe co skłoniło Cię do wydania drugiego albumu ukraińskiej formacji REACTOR? Czy były to osobiste preferencje, pochodzenie muzyków, czy może praktycznie brak tego typu wydawnictw ostatnimi czasy? Określenie "cyber death metal" kojarzy mi się tak samo jak "cyber punk" - kiedyś toto było może modne, odkrywcze i świeże, ale z czasem zaczęło pachnieć stęchlizną. Do tego REACTOR gra na wskroś archaicznie, co gryzie się z ideą futurystycznego gatunku muzyki i tu wystarczy za przykład jak biedny jest sound organów i syntezatorów. A więc do grona odkrywców i innowatorów nie należeliby ci dwaj panowie i te 10 lat temu. Co więc, do cholery ciężkiej, sprawiło, że "Updaterror" był atrakcyjny dla kogoś takiego jak Ty, w końcu doświadczonego wydawcy? Nie mam za diabła pojęcia, ale brnę dalej w przemyśleniach na temat REACTOR. Brzmienie płyty jest na niezłym poziomie, ale za to obnaża prostackie wręcz linie gitar i oklepane riffy, jednorodne wokale (teksty przemilczę, bo składają się z kilku powtarzanych przez utwory słów) i dowodzi, że takie MINISTRY czy FEAR FACTORY - w końcu czołowe kapele mechanicznego industrial metalu - już dawno temu prezentowały się o piekło lepiej. Pomimo skłonności do komputeryzacji i odhumanizowywania własnej muzyki potrafiły przekazać różne emocje i nastroje. Na "Updaterror" jest jakby jeden numer pocięty na 12 kawałków, czasem jest trochę żwawiej, ale przeważa monotonna rytmika i średnie tempa. Wiesz Przemku, dałem szansę temu materiałowi i słuchałem go w porze dziennej i nocnej, w domu i w pracy (ups! wyznaję to tylko Tobie), jednak na tle większości wydawnictw, z jakimi się ostatnio zetknąłem, nie był ani czymś w rodzaju odskoczni, ani nie przyniósł ukojenia, ani nie zaintrygował. A wiesz sam przecież, że obecnie nic, co mocniej nie pobudza, nie ma szans wypłynięcia na powierzchnię. Pozostań lepiej przy wydawaniu death metalu czy grind'u. Tam trafiasz prawie zawsze bezbłędnie. Z poważaniem - Diovis.
ocena: 3/10
www.madlion.eu
www.myspace.com/reactorukr
autor: Diovis


RIVERSIDE - "Rapid Eye Movement"
(CD 2007 / Mystic Production)
Z dużą niecierpliwością czekałam na trzecią część riverside'owej trylogii. Przedsmak tego, co przyniesie kolejny album, miałam dzięki singlowi "02 Panic Room" - kilka utworów niosących ze sobą mini charakterystykę "Rapid Eye Movement". " Beyond the Eyelids" otwierający płytę, przez pierwsze sekundy pozornie spokojny, wprowadzający trochę magii i tajemniczości, po to by uderzyć po chwili z wielką siłą dźwięków. Nazwałabym to prawdziwą instrumentalną walką - riverside'owy klasyk. Warto zwrócić uwagę nawet na najmniejsze szczegóły, jak pojedyncze dźwięki klawiszy czy gitary - choć nieskomplikowane muzycznie - dodają charakteru i oryginalności. Nie można pominąć wkładu wokalnego Mariusza Dudy, bez którego nie byłoby klimatu RIVERSIDE. Poruszamy się dalej, bardzo rytmiczny " Rainbow Box", tu prowadzą całość dość wyraźne linie basu, klawiszowe pasaże. Jest to utwór najkrótszy z płyty, ale jeden z tych bardziej charakterystycznych. Po tych dwóch kawałkach przychodzi czas na "02 Panic Room", który jako singiel zapowiadał "R.E.M.". Co można dodać? - kolejny typowo progresywny kawałek, rytmiczny, ciekawe poczynania gitarzysty Piotra Grudzińskego, pulsem przez cały czas jest rytm basu, całość otoczona zewsząd syntezatorowymi refleksami i kosmicznymi klawiszami. W czwartej minucie szaleństwo dźwięków zamiera przybierając spokojną wersję, prowadzoną głownie rytmiką bębnów, pojedynczymi dźwiękami gitary i głosem Mariusza. Następuje wyciszenie, łączące się jednocześnie z "Schizophrenic Prayer" utrzymanym w podobnym stylu, czyli przywództwo bębnów, gitary i basu i jak sam tytuł wskazuje, schizofreniczne szepty wokalisty. "Parasomnia" - znajdujemy się jakby w stanie hipnozy czy kompletnego transu zbudowanego burzą rozmaitych dźwięków, może nie do końca psychodelicznych, ale na pewno baaardzo progresywnych. Tu zdecydowanie świetności dodaje gitarowe solo Grudzińskego - świetnie wypadające również na żywo, jak i przejście od cicho wyszeptanych słów do instrumentalnego "pojedynku" zakończonego w świetnym zadziornym stylu. Wyciszenie następuje w spokojnym " Through the Other Side" - z tym kawałkiem wkraczamy jakby w drugą część płyty. Częściowo akustyczny "Embryonic" budowany harmonią delikatnych dźwięków, przechodzi w "Cybernetic Pillow". Na zakończenie 13-minutowy " Ultimate Trip", jest jakby kwintesencją tego, co reprezentuje nam RIVERSIDE, każdy z muzyków ma w tym kawałku jakby swoje "5 minut", oczywiście solowe popisy Grudzinskiego, jak i Łapaja dodają progresywności i drapieżności. Zmiany tempa i różnorodność dźwięków nie pozwalają znudzić się słuchaniem. Cała płyta, tak jak poprzednie, wciąga i uzależnia. Porównywać "Rapid Eye Movement" z poprzedniczkami moim zdaniem nie ma sensu, łączy się znakomicie w całość, tworząc jakby jedno dzieło z riverside'owej serii "Reality Dream". Polecam...
ocena: 10/10
www.riverside.art.pl
www.mystic.com.pl
autor: Trinity


RECKLESS TIDE - "Helleraser"
(CD 2006 / Armageddon Music & Mystic Production)
Nie wiem czemu, ale od razu da się wyczuć, że RECKLESS TIDE to niemiecka ekipa. Nawet jeśli grają prawie że podręcznikowy thrash metal w amerykańskim stylu. Zawsze jednak w kapelach z Niemiec da się wyczuć jakąś taką swoistą hardość i toporność (tę ostatnią w dobrym tego słowa znaczeniu). Czy jest to KREATOR, SODOM, DESTRUCTION czy ktoś z tych ciut bardziej zapomnianych, jak ASSASSIN, POISON (oczywiście mowa o tym niemieckim!), VENDETTA czy EXHUMER, to wszystkie one charakteryzowały się podobnymi cechami grania thrash'u. Podobnie jest z sześcioosobowym RECKLESS TIDE. Na wskroś przesiąknięta METALLICĄ z "and Justice For All", TESTAMENT czy EXODUS muza ma taki "niemiecki posmak". Właściwie nie można zbyt wiele zarzucić "Helleraser" - drugiemu albumowi w dorobku tej kapeli. Produkcja jest odpowiednia, riffy konkretne (na jednej z gitar gra blondwłosa Susanne Swillus), trochę ciekawych solówek i linii melodycznych, dwóch wokalistów (jeden krzyczy, a drugi śpiewa i growluje) i wszystko na pozór sztymuje. Nie da się jednak ukryć, że to pozycja głównie skierowana do oddanych maniaków takiego, a nie innego grania. Myślę, że niektórych nawet zrazi to zbytnie podobieństwo do wymienionych wcześniej zespołów ze Stanów. Chyba zresztą nieprzypadkowo jeden z utworów nosi tytuł "The Preacher", który prawie wprost jest inspirowany "Practice What You Preach" TESTAMENT'u. Ale jeśli założyć, że coś takiego komuś nie wadzi, a na przykład bardzo lubi twórczość naszego krajowego HORRORSCOPE, który też nie ukrywa swoich fascynacji thrash metalem z Bay Area, to jak najbardziej polecam ten krążek. Chwilami słychać też echa grup pokroju NEVERMORE, co niewątpliwie wzbogaca zawarte tutaj dźwięki. Są też bardziej humorystyczne fragmenty, jak na przykład "Kleemähendeäbte" z różnymi wstawkami w stylu country & western. Dla miłośników ciekawostek wszelakich dodam jeszcze, że gościnnie udzielają się na "Helleraser" Hendrik Bache z DEW-SCENTED i sam maestro Jeff Waters z ANNIHILATOR.
ocena: 7/10
www.armageddonmusic.de
www.recklesstide.de
autor: Diovis


RAIN PAINT -"Nihil Nisi Mors"
(CD 2003 / My Kingdom Music & Foreshadow Productions)
Skandynawia to prawdziwa skarbnica zespołów grających klimatyczne odmiany metalu. Ale stało się tak, iż to sławna KATATONIA wyznaczyła pewne standardy w kanonie tej muzyki, stąd liczne porównania do innych zespołów. RAIN PAINT też czerpie pewne wzorce z twórczości swych rodaków. Na szczęście panowie mają własne pomysły i nie ograniczają się do jednego stylu, bo twórczość ich to mieszanka muzyki melancholijnej, progresywnej nawet z elementami death'u. Sama okładka świadczy o tym, z jaką muzyką przyjdzie nam obcować - samotny człowiek stający na rozstajach dróg szarej, pędzonej czasem metropolii. "Nihil Nisi Mors" jest zróżnicowanym krążkiem, oprócz zawodzenia nad marnością ludzkiej egzystencji usłyszymy tu też próby walki z niesprawiedliwością losu objawiającej się w pewnej muzycznej agresji i wybuchowi buntu. Wokale są urozmaicone, a to za sprawą tego, iż na albumie wokalnie udziela się aż trzech muzyków znanych choćby z FRAGILE HOLLOW czy RAPTURE. Chwilami więc mamy do czynienia z matowym wokalem, za chwilę zaś z growlem. Szczególnie podoba mi się kwestia nałożenia obu wokali na siebie. Jak to zwykle bywa w takiej muzyce postawiono na klimat i przekaz. Nie ma tu podobnego do HIM'a słodzenia. Każdemu wybuchowi złości towarzyszy jakiś muzyczny cel, zadaniem słuchacza jest zaś go znaleźć i zinterpretować. Często więc przydają się analizy tekstów czy większe skupienie. Płyta nie jest wybitna, ale na pewno dużo powyżej średniej, najważniejsze, że chce się do niej wracać i nie idzie na półkę po pierwszym odsłuchu.
Dla lubujących się w takich klimatach powinna to być zachęta do zapoznania się z jej treścią, bo może niekiedy samemu ma się cel stworzyć "deszczowy malunek", ludzkimi łzami...
ocena: 8/10
http://personal.inet.fi/musiikki/allurocks/rainpaint/news.html
www.mykingdommusic.net
www.foreshadow.pl
autor: Tomasz "Powróz" Powrózek


ROOTWATER - "Limbic System"
(CD 2007 / Mystic Production)
Nie mam pojęcia, jakie były oczekiwania fanów względem nowego albumu ROOTWATER. Faktem jest, że debiut tego zespołu stworzonego przez muzyków, którzy z niejednego pieca chleb jadali pokazał, że i w Polsce można grać nowocześnie, a przy tym nie popadać w trwające przez jeden lub kilka sezonów trendy. Jednocześnie było słychać na "Under" więcej dźwięków w stylu późnej SEPULTURY niż przykładowo NEOLITHIC, SPARAGMOS czy GEISHA GONER (bo w tych zespołach między innymi grali i śpiewali ROOTWATER'owcy). Trochę czasu minęło i powstał materiał na "Limbic System", jeszcze dobitniej świadczący, że w miejscu to oni akurat nie zamierzają stawać. I zaproponowali miksturę ciężkiego rocka (od biedy można to nazwać też "modern metalem") i etnicznych elementów z różnych zakątków świata, co już nie jest dla nich czymś zupełnie nowym, gdyż najbardziej charakterystycznym numerem z debiutu była orientalna "Hava Nagila". Tu jednak ROOTWATER jeszcze śmielej porusza się w motywach zaczerpniętych z tradycji Bliskiego Wschodu ("Catatonia", "The Nomad Al' Rub Al' Khali"), Półwyspu Iberyjskiego ("Dorico"), folku bałkańskiego (singlowy "Caje Sukarije") i paru innych, już nie tak prostych do umiejscowienia. Nie wiem jednak, czemu na przykład ROOTWATER zapragnął skorzystać z takich rzeczy (oprócz nasyconych folkiem utworów znalazł się tu także stylizowany trochę na francuską piosenkę "Climchoque"), a nie naszych słowiańskich, ale pewnie poszło tu też o to, że chcieli zainteresować zagranicznych słuchaczy. A dla wzmocnienia tego efektu zaprosili muzyków grających na różnych, nie do końca typowych dla rocka i metalu instrumentach, jak didgeridoo, konga, dudy, flet i skrzypce. Na pewno bardzo mocnym punktem tej płyty jest Maciej Taff, który wyrasta powoli na takiego polskiego Mike'a Pattona. Robi ze swoim głosem, co mu się żywnie podoba - krzyczy, mruczy, śpiewa, moduluje go na dziesiątki różnych sposobów, przy tym wpasowując się w brzmienie i klimat poszczególnych utworów. Prawdziwy kameleon ;) Zresztą podobieństwa z FAITH NO MORE (np. "Greed"), SYSTEM OF A DOWN i tym podobnymi są tutaj wyczuwalne co rusz. Najważniejsze, że warszawska ekipa nie poszła na łatwiznę i poza ewidentnymi hiciorami, jak "Caje Sukarije" nie podaje na tacy łatwych dźwięków. Materiał jest bardzo różnorodny, muzycy nie uciekają na nim i od bardziej zakręconych rozwiązań, potrafią umiejętnie zrównoważyć ciężar z melodyką, agresję z wyrafinowaniem. W tych piętnastu kawałkach dzieje się naprawdę dużo i nawet wiedząc, że większość fanów u nas w Polsce unika takiej muzy, mogę ją śmiało polecić wszystkim, którzy nie boją się nowych wyzwań i po prostu dobrze zrobionych dźwięków z kopem. W końcu do odważnych świat należy ;).
ocena: 8/10
www.mystic.com.pl
www.rootwater.pl
www.myspace.com/rootwater
autor: Diovis


REGIN - "Her Hvor Intet Lys Finnes"
(CDR 2006 / Strigoi Records)
Młody zespół z Norwegii, który doczekał się reedycji swojej demówki z 2005 roku na cdr. Kapela gra surowy, zimny i bardzo prosty black metal. Jakość nagrania wiadomo jaka, w końcu jest to demo, ale i tak nie brzmi to źle. Słyszałem już całe pseudo płyty brzmiące gorzej, szczególnie te z kręgu "true" hehe. Na krążek składa się pięć utworów utrzymanych w niezłych tempach, gdzieś tam mamy totalne przyspieszenie, np. drugi utwór to bezlitosna sieczka. Słuchając tej pozycji, odniosłem wrażenie, że słucham demówki z początku lat 90. Gdzieś tam pobrzmiewa stary dobry STRID, może trochę MANES. Na pewno nie jest to materiał, który rzuci na kolana. Można powiedzieć, że przeznaczony jest dla miłośników głębokiego podziemia, którzy nie sięgają po oficjalne wydawnictwa, zbierając wszystkie cdr-y, kasety itp. Kapel tego typu jest dużo i nie sądzę, aby ta nazwa gdzieś głębiej namieszała. Z jednej strony szkoda, bo w zalewie tego typu gównianej muzyki, REGIN jest jaśniejszym punktem. Oprócz nienajlepszej produkcji, mankamentem są nieco długie numery. Chłopaki trochę przynudzają czasami. Poza tym zastanawiam się czy czasem nie zostało to nagrane na próbie. Najciekawszymi momentami są zwolnienia, tam kapela pokazuje nawet niezłe klimaty. Myślę, że gdyby ich muzyka poszła właśnie w kierunku wolniejszych partii, bardziej psychodelicznych, wręcz depresyjnych byłaby o wiele ciekawsza.
ocena: 5/10
strigoirecs@interia.pl
autor: sThor


RETRA - "Promo 2006"
(Promo-CD 2006)
Opisywałem już na naszych wirtualnych łamach materiały demo formacji MORITURUS i KALOT ENBOLOT, a jednym ze współtwórców obu projektów jest niejaki Tomasz (znany też jako T.). Czas więc na trzecią odsłonę twórczości tego muzyka, który eksploruje za jej pośrednictwem szerokie i głębokie pokłady bardziej monumentalnego black metalu. MORITURUS stawia na klimatyczny, mocno inspirowany norweską sceną sprzed około dziesięciu lat B.M., podczas gdy KALOT ENBOLOT zwraca się mocniej ku bardziej surowemu obliczu takiego grania (vide: recenzje). W sumie niedaleko od obydwu wymienionych można znaleźć inspiracje trzeciego z projektów, który zowie się RETRA. Na debiutanckim materiale Tomasz wraz z Trivialisem, znanym z kapeli NÓW (jakoś cicho od nich od czasu bardzo interesującego krążka pt. "Nowia"), również zwracają się ku pogańskiemu, epickiemu black metalowi, z tym że tutaj słychać też ciut więcej naleciałości klasycznego heavy metalu. Jeśli znacie debiutancki album zespołu NÓW, to wiele na tym promo odnośników do twórczości Torunian. Począwszy od czystych zaśpiewów (którym nota bene brakuje czasem "czystości" i zdarzają się fałsze), poprzez teksty czerpiące ze słowiańskiej mitologii, a skończywszy na melodyjnym graniu. "Promo 2006" składa się z dwóch utworów: pierwszy, "Retra", trwa prawie 7 minut, a drugi, "Pieśń Wojny", prawie 10. Szczególnie ten drugi kojarzy się mocno z BATHORY z okresu "Hammerheart", co chwali się twórcom, bo na kanwie tego monumentalnego dzieła można wytworzyć całkiem ciekawe dźwięki z epickim klimatem, co akurat projektowi RETRA nawet się udało. Melodyjny gitarowy lead, wplecione w to motywy gitary akustycznej, dyskretnie podkreślające bitewny nastrój klawisze i chóralne zaśpiewy. Ciekaw jestem, czy będzie kontynuacja tego promo, bo w naszym kraju wciąż brakuje takiej muzyki i błędnie kojarzy się ją jedynie z niektórymi wydawnictwami firmy EastSide. Jak widać (i słychać), również w jeszcze głębszym podziemiu pojawiają się różne pomysły na granie epickiego metalu.
ocena: 7/10
conclusion@poczta.onet.pl
autor: Diovis


RWAKE - "Voices of Omens"
(CD 2007 / Relapse Records & Mystic Production)
A cóż to za pomysł umieszczać na okładce obdarzonego obfitym porożem łosia lub innego jeleniopodobnego stwora?! A za nim dwa kolejne, równie rozjuszone i płonące żądzą mordu? I do tego nazwać zespół RWAKE (czytane "łejk"), a pod logo umieścić rysunek ćmy czy innej moty?! Bo co można wywnioskować z takiej symboliki? Albo sobie panowie jaja robią, albo są mocno zeschizowani lub byli po prostu pod "wpływem", gdy to wymyślali. Ja wiem, że estetyka grania zakręconych dźwięków wymaga czasem niezrozumiałego dla szaraczków przesłania, ale czy to aby nie przesada? Jak zwał, tak zwał - ta ekipa pochodzi ze stanu USA określanego jako "wieśniacki" (a może farmerski?), czyli Arkansas, ale do rolniczego poziomu tego RWAKE bym nie zniżał. Relapse Records miało zwykle nosa do wyciągania na światło dzienne mało znanych, oryginalnych kapel, a ich specyficzny gust znany jest już od lat. "Voices of Omens" to godzina muzyki, nad którą można się sporo nagłowić, zanim przyjdzie do głowy coś konkretnego o niej napisać. Mamy tu sporo odniesień do stoner rocka, sludge-core'a, klasycznego doom metalu, psychodelii, prawie czystego gatunkowo rocka, a wszystko to wymieszane w jednym kotle. Wrzaskliwe wokale, mocarne riffy, narkotyczna otoczka, trochę akustycznych pasaży i dziwacznych sampli - to wszystko tutaj jest obecne. Tradycyjne ujęcie tematu z lekkim posmakiem nowoczesności. W ciemno mogą brać tę płytę miłośnicy zadymionych i smolistych dźwięków spod znaku EYEHATEGOD, GRIEF i KYUSS, trochę gorzej będzie wchodziła tym, którzy lubią nieco bardziej lajtowe dźwięki CORRUPTION czy CATHEDRAL. Chociaż parę zaskakująco melodyjnych fragmentów też tu można napotkać (np. w "Of Grievous Abominations"). Ogółem jednak "Voices of Omens" to album ciężko przyswajalny, o czym samemu się przekonałem. Ale wart więcej niż kilku przesłuchań. Żre mocno i wgryza się w psychę. I nie jest wcale tak głupawy jak okładka.
ocena: 7/10
www.relapse.com
www.myspace.com/rwake
autor: Diovis


REGURGITATE - "Sickening Bliss"
(CD 2006 / Relapse Records & Mystic Production)
Uroczy front cover, nieprawdaż J??? Cóż za wzruszający wyraz matczynej troski o swoje potomstwo J. W mym osobistym rankingu na okładkę roku, ta bezapelacyjnie zdobywa główne trofeum J. REGURGITATE stuknęło w tym roku już szesnaście lat, a przejawiają taką kreatywność jakby zaczęli w zeszłym roku. Imponujące i godne podziwu. Nie inaczej sprawa się ma odnośnie muzyki zapisanej na "Sickening Bliss". Jak kurna oni to robią, że w tak hermetycznym gatunku jakim jest death/grind potrafią uczynić tak atrakcyjne dźwięki??? Myślę, że to doświadczenie, totalne oddanie i miłość do grindowej sztuki powoduje w muzykach REGURGITATE tak wysoki poziom energii i wspomnianej kreatywności. Na "Sickening Bliss" znalazło się dwadzieścia sześć piosenek przepełnionych grindowym szaleństwem oraz death metalową siłą i brutalnością, a wszystko opatrzone zostało brzmieniem tak charakterystycznym dla szwedzkiej szkoły death/grindowego łojenia. Trzydzieści sześć minut muzyki zawartej na tym cedesie to muzyka pisana przez duże M. Zawodowa robota!!! Słuchając tego stafu przypomniała mi się treść informacji zamieszczanych na budowach w okresie późnego PRL-u. Na jednej z maszyn czytałem: "Nie podchodzić podczas pracy glebogryzarki!", a na kolejnej: "Niebezpieczeństwo zmiażdżenia!". Wydaje mnie się, że wydawca powinien zadbać aby informacje podobnej treści znalazły się w buklecie płyty. Poczucie strachu o swoje życie nie opuszcza mnie podczas odsłuchu "Sickening Bliss". Musicie być świadomi moi mili, że po wysłuchaniu zawartości tego albumu może pozostać po Was tylko to co znalazło się na okładce nowego dzieła REGURGITATE. Wątpię, że wtedy ktoś zechce Was jeszcze przytulić... Najlepsza death/grindowa rzecz w tym roku obok najnowszej propozycji GENERAL SURGERY.
ocena: 8/10
www.regurgitate.net
www.relapse.com
www.mystic.com.pl
autor: Warzych

INDEX   R   [1]