| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   S   [1  2  3  4  5  6  7  8]  


SANGRE ETERNA - "Amor Vincit Omnia"

(CD 2009 / Sleaszy Rider Records)

Coś okropnego. Kolejny zespół, który odkrywa dla siebie CRADLE OF FILTH i spóźnia się ze swoją fascynacją przelaną na dźwięki co najmniej o jakieś 10 lat. Tym razem dotyczy to grupy powstałej w Serbii, gdzie przecież dociera internet i przynajmniej teoretycznie są jacyś twórczy muzycy. SANGRE ETERNA usilnie chce zabłysnąć wśród bezkrytycznej zgrai fanów (a może raczej fanek?) jeszcze wciąż maniakalnie wpatrujących się w Daniego Filtha i uważających, że to najlepszy black metalowy zespół wszechczasów. "Amor Vincit Omnia" z przesadną emfazą powiela to, co może było odkrywcze na samym początku, gdy Kredki popełniały "The Principle of Evil Made Flesh" czy "Dusk And Her Embrace", ale na tym krążku nabiera karykaturalnych kształtów. Muzyka opiera się głównie na wysuniętych na pierwszy plan klawiszach, gitara pełni rolę drugoplanową, a wokale to nieudaczna kalka piskliwych i skrzekliwych wyczynów Dani'ego, choć Ilija Stevanovic od czasu do czasu ucieka się w demoniczny growl - też zresztą mało przekonujący. Momentami - tak jak na przykład w "Beautiful Enormity" słychać przebłyski kreatywności, pojawia się melodyjne solo na gitarze, orkiestracje nie są aż tak nachalne i coś tam wnoszą, jednak przez te niecałe pół godziny przeważa jazda na szablonach, monumentalizm jest iście groteskowy, melodie kwadratowe, a produkcja sztuczna, plastikowa i bez mocy. Jak tak słucham tych wszystkich linii melodycznych, to myślę sobie, że nawet demo naszego krajowego ARTROSIS było całkiem niezłe, bo klawiszowiec serbskiego zespołu używa podobnych brzmień, jak wówczas Maciej Niedzielski. Ale to już tak zupełnie na marginesie, bo gdybym miał wymieniać wady tego debiutanckiego albumu SANGRA ETERNA, to zająłbym Wam jedynie cenny czas. A szkoda go tracić nie tylko na czytanie moich wypocin, ale także na powierzchowne choćby zapoznanie się z tą płytą. Zaprawdę powiadam - dajcie sobie spokój i zapomnijcie, że takie coś w ogóle istnieje!

ocena: 2/10
www.sangre-eterna.com
www.myspace.com/sangreeterna
www.sleaszyrider.com
autor: Diovis


SPACE MIRRORS - "Majestic 12: A Hidden Presence"

(CD 2008 / Sleaszy Rider Records)

Może najpierw małe info odnośnie samego zespołu. SPACE MIRRORS to formacja powołana do życia w roku 2001 z inicjatywy stojącego za klawiszami, basem, gitarą, perkusją oraz wokalem, rosyjskiego muzyka płci żeńskiej nazwiskiem Alisa Coral. Niewielu muzycznych odpowiedników posiada ta kobieta, coś tak mi się zdaje i trzeba przyznać, że czego jak czego, ale ambicji i determinacji jej nie brakuje. Rok później dołączył do niej niejaki Michael Blackman, który miał przejąć od niej wówczas (przynajmniej częściowo) instrumenty szarpane. Od tej chwili można mówić o uformowaniu się aktualnego rdzenia grupy, która w roku 2004 zadebiutowała albumem "The Darker Side of Art". Omawiany tutaj "Majestic 12: A Hidden Presence" to trzeci album w ich dorobku. Powiadają, że do trzech razy sztuka, i że to trzecia właśnie płyta jest dla zespołu największym sprawdzianem. Moim zdaniem w przypadku SPACE MIRRORS może wyglądać to inaczej. Na pewno jest to muzyka, w której słychać niemałe aspiracje jej twórców. Gdy po raz pierwszy usłyszałem tę płytę, pomyślałem sobie w duchu: "wow, pierwszy raz słyszę coś takiego...". Istotnie - dźwiękową ucztę celebrowaną pod powyższym szyldem ciężko porównać do czegokolwiek innego. Perkusja pracuje tutaj tak, jakby ktoś, kto za nią odpowiada, pochodził wprost z innego świata. Nie trzeba tu nawet wnikać w kwestię, czy jest ona "żywa", czy syntetyczna, albowiem rytmika całości jest tu po prostu szalenie ciekawa. Gitary i wokal kojarzą mi się miejscami bardzo wyraźnie z dokonaniami klasyków cold wave'u takimi jak JOY DIVISION, czy SISTERS OF MERCY i owych skojarzeń nie burzy fakt, że tam za mikrofonem mieliśmy panów, a tutaj panią. Kilka chwil później spotykamy nieco cięższe, bardziej heavy metalowe partie wioseł, a improwizacje na saksofonie (autorstwa Nika Turnera), czy na flecie, sprawiają, iż muzyka ta może przywołać w pamięci dokonania THE LEGENDARY PINK DOTS. Klawisze to również przykład tego jak można nietuzinkowo zabrzmieć. Czasami aż chciałoby się zamknąć oczy. W odbiorze tych dźwięków jest to wręcz wysoce wskazane. Psychodeliczny charakter materiału gwarantuje naprawdę niezłe doznania i to bez użycia jakichkolwiek, że tak to ujmę: środków dopingujących. Wokale są niesamowicie zróżnicowane i w ich nagrywaniu Alisę wspomogli Amber oraz Lucifer Martyr. Do tego drugiego należy na przykład growling, oraz wszelkie partie krzyczane, choć nie tylko, albowiem często śpiewa on czysto. Jest to jednak płyta, której ze swojej strony mógłbym co nieco zarzucić. Pierwsza rzecz tyczy się bowiem samych wokali, które miejscami sprawiają wrażenie wręcz niedbałych. Nie chcę wyrokować i oskarżać kogoś o fałszowanie. Zdaję sobie sprawę, że niekiedy jest to kwestia stylistyki, w jakiej mieszczą się czyjeś dokonania, ale gdy pierwszy raz odpaliłem wrzucony na otwarcie "Tunguska", nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż obecne w partiach Amber nieczystości, nie są tak do końca zamierzone. Na płycie często pojawiają się melodeklamacje i najróżniejsze zawodzenia, wycia, itp. i w moim prywatnym odczuciu, zamiast budować odpowiedni klimat, zwyczajnie niekiedy zgrzytają. Dużo lepiej prezentuje się jak dla mnie growling, choć i tutaj robi się czasem zbyt nachalnie jak na stylistykę, w jakiej zespół się obraca. Inną kwestią pozostawiającą wiele do życzenia jest sama produkcja, a ściślej - miks. Można było na przykład schować nieco gitary, a wysunąć lekko perkusję i bas, tym bardziej, że rytmika płyty sugeruje takie rozwiązanie. Basu nie słychać właściwie wcale, a całość sprawia wrażenie, jakby wszystkie instrumenty zostały wyrzucone na plan pierwszy i o ile w przypadku pewnych płyt może być to właściwe rozwiązanie, o tyle tutaj - niekoniecznie. Jest to muzyka, która moim zdaniem powinna brzmieć przede wszystkim przestrzennie. Ustawienie wszystkiego w jednym szeregu z miejsca takie brzmienie wyklucza. Na mastering również poświęciłbym ciut więcej czasu. Niektóre partie, zwłaszcza gitar często wydają się jakby stłumione i mało wyraźne... Może warto byłoby zasięgnąć pewnych porad od doskonałych przecież muzyków, z którymi SPACE MIRRORS kiedyś współpracował. W nagrywanie ich debiutanckiej płyty swój niebagatelny wkład miał na przykład Arjen Anthony Lucassen, który skomponował tam dwa kawałki, a w kilku innych zagrał na gitarze i zaśpiewał.. Również "Majestic-12: A Hidden Presence" nie pozostaje bez jego wpływów i w takim "Dreamland I: Time Warp" słychać wyraźnie klimat muzyki AYREON z okresu "Kosmicznego Podróżnika". Myślę po prostu, że frontmanka grupy bierze na swe barki zbyt wiele. Mogę się założyć, że gdyby taki wspomniany Lucassen usiadł przykładowo za konsoletą, ten album śmigałby przecudnie. Same kompozycje to również kwestia, w której niedużo, ale jednak coś tam jest do poprawienia. Utwory na tym albumie często sprawiają wrażenie za bardzo rozmytych i mało konkretnych. Jakby instrumenty przejęły kontrolę nad ludźmi, którzy zamiast realizować pewien muzyczny zamysł- pozwolili wprowadzić się w trans improwizacji i stracili kontrolę nad procesem powstawania płyty. Całkiem możliwe, że tak właśnie miało to wyglądać w samym założeniu. Że chodziło o spontan, o dźwiękowe szaleństwo, lecz doskonały wstęp do "Rosswell 47" ewidentnie pokazuje, że materiał zyskałby zdecydowanie na jakości, gdyby był ciut bardziej przemyślany. Druga część "Dreamland" - "Area 51" to również ujmująca rzecz i generalnie mamy tu wiele momentów, na których warto ucho zawiesić. "Majestic 12: A Hidden Presence" brzmi więc bardziej jak album, na którym projekt zaznaczył swój potencjał, niż arcydzieło w pełni dojrzałego progresywnego duetu. Ja osobiście myślę, że to właśnie następny w ich dorobku krążek może okazać się tym rozstrzygającym. W recenzowanym tu materiale słychać bowiem wyraźnie, że mimo mnogości wskazanych wyżej minusów - niewiele brakuje im do osiągnięcia naprawdę wysokiego pułapu artystycznego. Ta płyta to kawał niezwykle pomysłowego awangardowego space rocka, solidnie doprawionego heavy, a niekiedy wręcz pewnym rodzajem death metalu (pierwsza część "Dreamland", "Liars"). Ja osobiście mam miejscami luźne skojarzenia z CYNIC, czy szeroko pojętymi dokonaniami DEVINA TOWNSENDA. Ciekawe granie, czerpiące z najlepszych wzorców, które przy lepszej produkcji i większej uwadze poświęconej kompozycjom, może bardzo wiele zyskać.

ocena: 6,5/10
www.spacemirrors.com
www.myspace.com/spacemirrors
www.sleaszyrider.com
autor: Kępol




SKARHEAD - "Drugs, Music & Sex"

(CD 2009 / I Scream Records)

SKARHEAD to jedna z kultowych ekip DMS z ulic Nowego Jorku. Założycielem jest znany i ceniony w hard coreowym środowisku - Danny Diablo. Kapela powstała w 1995 roku i grali w niej między innymi muzycy z MADBALL, SWORN ENEMY, SUBZERO oraz CROWN OF THORNZ. Muzyka SKARHEAD jest esencją nowojorskiego, oldschoolowego HC. Warto wspomnieć, że kapelę tworzy aż 7 osób. Jest to już praktycznie kapela - legenda, bardzo szanowana na hard-core'owym podwórku. Materiał "Drugs, Music & Sex" jest pełen melodii i chwytliwych refrenów świetnie sprawdzających się na koncertach. Już od pierwszego kawałka mamy ostrą jazdę i pokaz wku... muzyków na scenę, której poświęcili tytuł "Fuck the Scene", gdzie możemy usłyszeć sporo fucków w referenie. Mamy tutaj typowe hard-core'owe zagrania, podparte mocnymi i melodyjnymi gitarami i jakże charakterystycznymi wykrzyczanymi wokalami. Pojawiają się melodyjne hiphopowe wstawki, mające lekko wprowadzić transowe klimaty. Jednak wolę SKARHEAD w typowo mocnych gitarowych momentach, gdzie nie ma zmiłuj. Klasyka sama w sobie nic dodać, nic ująć, tylko zagłębić się w te dźwięki. Na koncertach musi być ostro przy takich dźwiękach. Warto posłuchać!

ocena: 7/10
www.skarheadmusic.com
www.myspace.com/skarheadd
www.iscreamrecords.com/
www.myspace.com/iscreamrecords
autor: Peter




SINNERS BURN - "Mortuary Rendezvous"

(CD 2009 / No Colours Records)

Już bez Roggi Johanssona SINNERS BURN dalej robi swoje i ciupie oldskulowy do szpiku kości death metal w grobowo - prostolinijnym stylu. Muzycy wywodzący się po części z PAGANIZER z uporem maniaka odgrzebują sound typowy dla pierwszej fali tego gatunku. Mocarny i dla niektórych nazbyt toporny, staroświecki, a jednocześnie ostatnimi czasy wracający do łask u nowych pokoleń metalowców - muzyków i słuchaczy.

SINNERS BURN na swoim drugim długograju zdaje się być równie minimalistyczne, jak NIHILIST (pierwszy skład późniejszego ENTOMBED) z czasu ich demówek, a z drugiej strony nieco bardziej death 'n rollowe niż na "jedynce". Zapiaszczone, chrzęszczące brzmienie gitar, owszem jest, tak samo jak nieliczne grobowe momenty w stylu AUTOPSY czy GRAVE, ale jednocześnie melodyka jest jakby bardziej rozbujana, a blachy szeleszczą niemiłosiernie. Pewna różnica zaszła też w wokalach, choć nadal jest to taki typowo "szwedzki" growl. Wciąż jednak brakuje temu kwartetowi jakiegoś błysku, czegoś, co by ich odróżniało od wielu innych kapel łupiących tradycyjny, odwołujący się do korzeni death metal. Słucha się tego dobrze, rozbrajająco szczeremu graniu zawsze należy się szacun, jednak trudno mi by było zmusić się do wystawienia wysokiej oceny temu wydawnictwu, skoro już teraz, na świeżo, wiadomo, że SINNERS BURN nie przejdzie do historii szwedzkiego deciora. Pozostaną tym zespołem z drugiego czy trzeciego szeregu, który odnotuje się na przykład w kolejnym tomie opracowania "Swedish Death Metal", tym razem na temat drugiej fali tej muzy, ale inspiracją dla następnych pokoleń z pewnością oni akurat nie będą.

ocena: 6/10
www.myspace.com/sinnersburn
www.no-colours-records.de
autor: Diovis




SO COLD - "Gone With the Storm"

(CD 2009 / Sleaszy Rider Records)

Czasem zastanawiam się, co skłania niektórych muzyków (oprócz czystej pasji) do nagrywania albumów, z którymi słuchający nie bardzo wie, co zrobić... Włoska formacja SO COLD wypuściła właśnie w świat swój pierwszy album "Gone With the Storm" (płyta zawiera 9 kawałków). Niby wszystko jest w porządku, poprawnie od strony muzycznej, tekstowej... ale... Nie bardzo lubię wydawnictwa, które oprócz tego, że udaje im się wkleić jakoś w konwencję gotycko - metalowo - rockowego mainstreamu, tak naprawdę nie wnoszą niczego inspirującego w muzyczny wymiar. Nie chodzi o to, żeby trzymać się sztywno ram gatunków, bo gdzie w takim razie byłoby miejsce na dobrą muzykę... jednak chciałabym, żeby płyta, którą kupuję jakoś się wpisała w moją pamięć. Zaczynając od pierwszego utworu "Black Harmony" i brnąc dalej poprzez "Disapeared" i kolejne... nie dzieje się totalnie nic... Owszem... jest poprawny vocal doprawiony szczyptą pompatyczności, trochę przypominający momentami SENTENCED, jest odpowiednia dawka melancholii, która wytwarza namiastkę nastroju, ale to za mało. Teksty to plus tego wydawnictwa (liryczne, bardzo uczuciowe). Może panowie z SO COLD za jakiś czas dojrzeją muzycznie do tego, by mnie zaczarować jak PARADISE LOST, FIELDS OF THE NEPHILIM czy THE GATHERING... na razie jednak miałam spory problem, by przetrzymać do ostatniego kawałka. Sama linia melodyczna utworów i linia vocalu jest z gatunku tych, które kojarzą się ze stwierdzeniem - nie wiemy jak to ma brzmieć... nagrajmy cokolwiek. Dokładnie takie miałam odczucie, kiedy starałam się znaleźć jakiś pozytyw w tym, co zaproponowało SO COLD. Próżno szukać tu czarownej, klimatycznej ramy, którą bez trudu można odnaleźć chociażby w polskim CLOSTERKELLER czy ARTROSIS. Z całym szacunkiem... w dobie olbrzymiej dzisiaj konkurencji na rynku muzycznym album "Gone With the Storm" raczej platyną się nie pokryje, a próba powielania wzorców nie zawsze dobrze się kończy. Jak na każdej płycie, tak i w tej próbowałam znaleźć chociaż jeden utwór na plus - tu zupełnie letnio wyróżnię "The Deceiver", ale płytę jako całość oceniam chłodno. Biorąc pod uwagę, że jest to pierwszy album, życzę jednak SO COLD powodzenia. Może kolejne ich wydawnictwo sprawi, że pomyślę o nich cieplej, teraz jednak "odchodzę wraz z burzą", ale piorun mnie nie trafił - choć wielu pewnie by chciało :).

ocena: 4/10
www.socold.org
www.myspace.com/socoldtherain
www.sleaszyrider.com
autor: Luna




STRIBORG - "Southwest Passage"

(CD 2009 / Displeased Records)

Już po raz czwarty w ciągu nieco ponad roku jestem zmuszony zmagać się z wypocinami STRIBORG. Nie wiem, może wyglądać na to, że mam czasem ochotę dokonać na sobie masochistycznego czynu, bo jakoś nie obarczam napisaniem recenzji (a przede wszystkim wątpliwą radością wysłuchania płyty) nikogo z współpracowników. A tu nowa płyta Lorda Nanny goni nową płytę, w tak zwanym międzyczasie ukazały się różne re-edycje starszych rzeczy tego gościa ukrywającego się w lasach dalekiej Tasmanii i tylko tytuły się zmieniają. Jest w tym konsekwentny bardziej od RAMONES czy MOTORHEAD, które też co prawda niewiele zmieniały w swojej muzyce przez lata, ale przynajmniej było to zrobione na przyzwoitym poziomie. STRIBORG nic nie robi, by swoją muzykę choćby urozmaicać. DARKTHRONE dokonał chociaż regresu, który miał ręce i nogi, a australijski one-man band stoi w miejscu i uważa, że tak jest najlepiej. Dalej są te koślawe figury grane na przedpotopowej gitarze, bas gra bez ładu i składu, perkusja puka gdzieś z tyłu, klawisz coś tam od czasu do czasu plumka, a wokal niemiłosiernie skrzeczy. Chciałbym napisać, że po uważnym wsłuchaniu się da się wyłapać coś na kształt melodii, że jest specyficzny klimat i że czasami coś zaczyna się dziać. Owszem, tym razem nie mamy do czynienia z trwającym około godziny "klockiem", bo to raptem tylko ze 40 minut, a w "Dwelling In the Fullmoon Forests" o dziwo słychać werbel i blachy, są imitujące dzwonki klawisze i ogólnie jest zdecydowanie czytelniej niż do tej pory, ale to tylko wyjątki potwierdzające regułę i nawet do grania byle czego trzeba mieć talent. Album "Southwest Passage" zamyka krótkie, instrumentalne outro pt. "Requiem For a Lonely Ghost", w którym muzyczka kojarzy się z przejazdem karawanu przez zabitą dechami wioskę. Pochód ubranych na ciemno smutnych ludzi przechodzi z trumną, psy ujadają, jedna babinka powie do drugiej "był człowiek i nie ma człowieka", a życie kręci się dalej... Byle bez obecności STRIBORG.

ocena: 3/10
www.myspace.com/striborg1
www.displeasedrecords.com
autor: Diovis




SUICIDAL ANGELS - "Sanctify the Darkness"

(CD 2009 / Nuclear Blast Records)

Pamiętacie Show No Mercy? Hell Awaits? Extreme Aggression? Agent Orange? Wiadomo jakich kapel i wiadomo z jakiego okresu czasu. Dokładnie - to był czas rozkwitu i rozwoju thrash metalu, czas TYCH WIELKICH, którzy przetrwali i tworzą do dziś. Obecnie muza, jaką serwują SLAYER czy KREATOR - niby w sumie ta sama - nie cechuje się już tą szczególną, młodzieńczą drapieżnością, a na przestrzeni ponad 25 lat powstało multum kapel grających podobnie. Mimo to - dwa wspomniane zespoły są nadal bardzo rozpoznawalne w tzw. ślepym teście - wokale są jedyne w swoim rodzaju (to tak na marginesie).

Grecja. Ładny kraj, ma nawet to do siebie, że od czasu do czasu serwuje nam kapele zdobywające większy rozgłos. Z SUICIDAL ANGELS jest podobnie, ale - tak szczerze - na naszym rodzinnym podwórku, kapela grająca taki rodzaj muzyki raczej szybko nie wyszłaby z podziemia. Dlaczego? Odpowiedź znajdziecie na samym początku tej recenzji - TO WSZYSTKO JUŻ BYŁO. Już po pierwszych minutach "Sanctify the Darkness" nie da się nie zauważyć, na czyich dokonaniach wzoruje się ekipa SUICIDAL ANGELS. Pierwsze wydawnictwa SLAYER (KREATOR i SODOM pomijam). Nawet sposób aranżacji wokalu jest prawie identyczny (gdy na zmianę puszczałem "Black Magic" SLAYER'a z którymkolwiek kawałkiem Greków, moja żona spytała, czy to ta sama kapela). Taka muza w moich oczach (lub uszach) zdobyłaby uznanie ćwierć wieku temu, ale nie dziś. Rozumiem, ze SUICIDAL ANGELS znaleźli swego rodzaju niszę, produkują muzykę obecnie mało popularną, bo prostą w przekazie, czyli - mainstream mają głęboko w d...pie. Z jednej strony - doceniam taki zabieg, trzeba wierzyć we własną twórczość i nie podlegać obecnej modzie. Ale Panowie!!! Tak szczerze - jeśli chcę posłuchać dobrego, szybkiego, wściekłego i maksymalnie energicznego thrash'u - wrzucam stare płyty KREATOR, SLAYER, SODOM czy TESTAMENT i mam pewność, że niewielu z nimi się może równać! Ok, trochę zjechałem tę płytę, teraz kilka pozytywów :). Dobra realizacja - nic dziwnego w stajni Nuclear Blast, ale zawsze coś. Słychać, że muzycy mają opanowany warsztat, ale moim zdaniem - mogliby go bardziej wykorzystać. Z jednej strony - "Sanctify the Darkness" stanowi monolit gatunkowy, kawałki są czyste stylistycznie (czytaj - szufladka jest jedna), zaserwowane w dobrej kolejności , wokal pracuje przyzwoicie, a perkusista robi swoje, siekąc w gary w znanym, typowo thrash'owym tempie. Szybkie, dobrze zaaranżowane riffy i zmiany tempa. Od strony technicznej nie mogę się przyczepić - jest bardzo dobrze, tylko to nieustanne wrażenie, że to wszystko już było, już to słyszałem i znam na pamięć, a każdy kolejny fragment utworu jest przewidywalny jak Sylwester w kalendarzu. Przecież nawet opierając się na wykutych na blachę schematach, tym bardziej mając za plecami potężną wytwórnię, można zaserwować coś świeżego, nowego. Muza SUICIDAL ANGELS na pewno sprawdza się na koncertach. Tego jestem pewien, od headbangingu można stracić głowę (w sensie dosłownym). Poza tym - może jednak zatwardziali thrashowcy powinni zwrócić uwagę na twórczość tej kapeli, nawet z czystej ciekawości. Recenzja, jak każda inna, jest dość subiektywna i jest opisem wrażeń jednej osoby. Wiem, że ta płyta zdobyła uznanie wśród wielu znanych kapel (m.in. KREATOR :), za próbę wskrzeszenia dobrego, starego thrash metalu. Dla mnie jest przeciętna i charakterystyczna tylko ze względu na oczywistą próbę naśladowania mistrzów gatunku.

ocena: 5/10
www.suicideangels.com
www.myspace.com/suicidalangelsgreece
www.nuclearblast.de
autor: "13"




SAMO - "Plexzero"

(MCD 2009 / Tone Industria)

SAMO wywodzi się z tej samej frakcji ekstremalnej muzy, co ANTIGAMA, NYIA czy MOTHRA. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że robią dużo hałasu, w którym mieszczą się zakręcone aranżacje, odważne pomysły i pewna dawka wizjonerskiej psychodelii, cokolwiek to oznacza... "Plexzero" jako mini-album oddaje to wszystko w niedużej pigułce, bowiem 5 utworów trwa łącznie niecałe 20 minut. Już "Insomnia" przygniata gęstwiną dźwięków, kanonadami uderzeń automatu perkusyjnego, odjechanymi partiami nisko nastrojonej gitary i desperackimi okrzykami wokalisty. Dalej jest podobnie, choć złożoność poszczególnych kawałków nie daje wytchnienia - tu ciągle coś się rwie, szarpie, łamie i eksploduje. Nawet pozornie najspokojniejszy z całego zestawu, a ostatni na płycie "Rebirth", odchodzi od standardów kompozycyjnych. Czasem odzywa się w SAMO mechaniczny i industrialny duch zbliżony do dokonań GODFLESH, czasem dochodzą do głosu jazzujące faktury i ozdobniki. Pomimo wyrazistych konotacji do powyższych stylistyk przeważa regularne katowanie wrzaskiem lub zawodzeniem, gitarowymi walcami i wychodzącym od czasu do czasu na pierwszy plan bulgoczącym basem. Wszystko razem wzięte nadaje dźwiękom z "Plexzero" klimat znerwicowania, niepokoju, czegoś nie do końca odgadnionego, wędrówki przez meandry podświadomości i cokolwiek jeszcze Wasza wyobraźnia będzie w stanie wyczarować. Mam wrażenie, że nie jest to jeszcze szczyt możliwości dwóch muzyków kryjących się pod szyldem SAMO: wokalisty Piotra Wasyluka i obsługującego wszystkie instrumenty Roberta Gasperowicza, ale jednocześnie szaleństwo tej muzy już teraz stawia ich w ścisłej czołówce ekstremalnego, noise'owo - awangardowego grania w naszym kraju. Poszukujących innych, zakręconych i odjechanych rzeczy zachęcam do zakupu tego digipaka.

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/samos1
www.toneindustria.com
autor: Diovis




SIEGFRIED - "Nibelung"

(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)

Moim zdaniem płyty w rodzaju "Nibelung" odstraszają od wgłębiania się w muzykę metalową poszukujących mocnego uderzenia, ciekawych dźwięków i tematyki oraz monumentalnego, niespotykanego w żadnym innym gatunku klimatu. Z pozoru wydawać by się mogło, że austriacki SIEGFRIED (ech, co za nazwa! wyobrażacie sobie polską kapelę o nazwie Mieszko lub Bolesław?) posiada te wszystkie cechy, bo szumnie określa się ten album jako "epicko-metalowy". Prawda jest taka, że to grupa, która zamiary może ma, ale z wykonaniem jest naprawdę słabo. Tym razem zaplanowali sobie przygotowanie materiału nawiązującego do twórczości słynnego niemieckiego kompozytora Richarda Wagnera, a szczególnie do jego epickiego dzieła "Pierścień Nibelungów". SIEGFRIED sięga po klawiszowe orkiestracje, (pseudo)symfoniczne aranżacje, chóralne zaśpiewy, dwugłosy (żeński i męski), ale miesza to z pasującymi tu jak pięść do nosa i nieciekawie brzmiącymi skrzekami, growlami oraz muzą czerpiącą z tak zwanego symfonicznego black metalu i nudnego gothic metalu. Z całym szacunkiem dla BAL-SAGOTH, taki rodzaj klawiszowej dominacji, jak na ich płytach zawsze brzmi sztucznie i plastikowo, a jedynym wyjątkiem od tej normy jest THERION. Austriackie kombo na siłę chce stanąć gdzieś pośrodku między BAL-SAGOTH, CRADLE OF FILTH i DIMMU BORGIR a THERION'em właśnie. Efekt jednak jest wymuszony, przerastający ich możliwości, bo wychodzi z tego heavy / power / gothic / sympho / black metalowa papka z przeciętnym wokalem bardzo ostatnio aktywnej Sandry Schleret (m.in. ELIS i EYES OF EDEN) i wspomnianymi porażkami męskich wokali (Werner Bialek i Bruder "Hagen" Cle). Pozory monumentalności i rozmachu już po paru minutach rozwiewają się i pozostaje odczucie, że to kawałek gładko uczesanej, banalnej, oklepanej i naciąganej muzy dla niezbyt wymagających odbiorców.

ocena: 2/10
www.siegfried.co.at
www.myspace.com/siegfriedmetal
www.napalmrecords.com
autor: Diovis




SKITLIV - "Skandinavisk Misantropi"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

O SKITLIV musi być głośno, bo współistnienie w jednym zespole dwóch tak kontrowersyjnych osobistości, jak Maniac (ex-MAYHEM) i Kvarforth (wiadomo skąd) nie mogło nie zrodzić czegoś tak podłego i ohydnego, że nawet zagorzali black metalowi ortodoksi nie przejdą obojętnie wobec pełnego debiutanckiego albumu "Skandinavisk Misantropi". Norwesko-szwedzka koalicja nagrała przy współudziale mniej znanych muzyków, Ingvara, Daga Otto i Tore Morena oraz kilku zacnych gości (o tem potem) jeden z najbardziej dołujących i chorych materiałów w historii muzyki ekstremalnej. Czy wiąże się to także z wysoką jakością - o tym spróbuję trochę pogaworzyć w tym opisie, a wnioski wyciągnięcie sami. SKITLIV gra muzykę z pogranicza black i doom metalu oraz psychodelii i noise. Z tym hałasowaniem to może nie jest tak do końca i dosłownie, bo ważne tu jest przede wszystkim tworzenie opętańczego i depresyjnego klimatu, który kilka osób doprowadzi do szaleństwa lub zwyczajnie odrzuci. Ci, którzy byli przyzwyczajeni do obłąkanych wokaliz Maniaca z czasów, gdy przerażał w MAYHEM (dodam tylko, że Kvarforth ogranicza się tym razem do obsługi gitary, tylko z rzadka pokrzykując coś w tle) otrzymują tu pełną gamę jego możliwości: od szeptów, poprzez przetworzony głos, aż po mrożące krew w żyłach skowyty, skrzeki i wrzaski, a wtórują im proste, ciężkie i pokrzywione dźwięki, czasem wymykające się nawet z metalowych szablonów. Zaskoczeniem będzie na pewno to, że fundamentem dla riffów jest wczesny BLACK SABBATH, lecz w połączeniu z całą chorobliwą, apokaliptyczną otoczką i (a jednak!) black metalową surowością powstaje nowa jakość. Poszczególne utwory ciągną się niebezpiecznie długo i chwilami brakuje w nich czegoś na kształt progresji, ale tak to właśnie miało wyglądać. Monotonnie, obłędnie, psychodelicznie, psychopatycznie i nihilistycznie. Tak brzmi przydługawe intro "Luciferion" i następujące po nim "Slow Pain Coming" i "Hollow Devotion" z gościnnymi wokalizami Gaahla. Niespodzianką jest nieco bardziej spokojny, acz nie pozbawiony szaleństwa " Towards the Sea of Loss", w którym wokale są autorstwa nie często słyszanego na takich płytach Davida Tibeta (kontrowersyjna postać z neofolkowo-industrialnego CURRENT 93). Utwór ten przechodzi w połączony z nim "Vulture Face Kain", gdzie wokalną pałeczkę przejmuje już Maniac. Po kolejnym przytłaczającym numerze "A Valley Below" i najszybszym na płycie "Densetsu" apogeum obłędu czeka na nas w ponad 13-minutowym "ScumDrug". Maniaca wspiera tu swoimi pojechanymi wokalizami sam Attila Csihar (widać nie ma wojny między dwoma frontmanami MAYHEM), gitary rozjeżdżają się w różne strony lub tworzą monotonne tło, pianino szaleje, perkusista gdzieś wyszedł, a w końcówce następuje eksperyment, który może doprowadzić do rozstroju nerwowego... pełna paranoja! "Skandinavisk Misantropi" to niełatwy w odbiorze album, który chyba najlepiej i najpełniej oddaje słowa wypowiadane przez wielu norweskich, szwedzkich i fińskich muzyków (między innymi w filmie Nocturno Culto - "The Misanthrope") o specyficznej mentalności Skandynawów. Pozycja tylko dla osób o mocnych nerwach!

ocena: 9/10
www.myspace.com/skitliv777
www.season-of-mist.com
autor: Diovis




STINY PLAMENU - "Mrtva Komora"

(CD 2009 / Naga Productions)

Przesadą byłoby określanie STINY PLAMENU mianem rewelacji, ale jedną z ważniejszych formacji black metalowych w Czechach bez wątpienia są. Do tej pory byli związani z zbijającą bąki niemiecką Barbarian Wrath, dla której nagrywali "prawdziwi" i rasowi oldskulowcy, choć teraz to pies z kulawą nogą nie pamięta o większości z nich. Dobrze się więc stało, że nowy, piąty album wydali ich rodacy z Naga Productions (to drugi rezultat tej współpracy), bo przynajmniej kłopotów z kontaktem nie mają. "Mrtva Komora" jest wypełniona po brzegi siarczystym black/death metalem, mocno inspirowanym szwedzką szkołą czarnej jazdy. Nie zdziwcie się więc, że tu co rusz słychać podobne patenty, jak na krążkach DARK FUNERAL, SETHERIAL, NECROPHOBIC czy wczesnego MORK GRYNING. Czesi nie ograniczają się jednak do totalnie rozpędzonej tyrady dźwięków i specyficznej, rozpasanej melodyki, czasem zwalniając i czerpiąc garściami z rytmicznego, europejskiego thrash'u. Pewną ciekawostką będzie dla niektórych fakt, że STINY PLAMENU to nie tylko czeska nazwa, ale również również czeskojęzyczne teksty, które chcąc nie chcąc nasuwają skojarzenia z MASTER'S HAMMER. Zresztą podobieństwo tkwi też w używaniu uzupełniających tradycyjny zestaw perkusyjny kotłów, ale piszę to tylko tak "nawiasem mówiąc". Dodam jeszcze, że wśród tych czterech smutnych fanów z corpsepaintami na buźkach i odzianych w jednakowe prochowce, skórzane spodnie i buty a la kalosze jest prawdziwy tytan pracy, jakim jest udzielający się w TROLLECH, UMBRTKA, WAR FOR WAR i QUERCUS Lord Morbivod. Nota bene, pozostali muzycy też używają lordowskich tytułów, co mnie śmieszy od kiedy na płycie jakiegoś amerykańskiego black metalowego znalazłem kogoś tytułującego się Lord Klopek ;) Ale pomijając ten nie tak znowu ważny fakt, trzeba przyznać, że "Mrtva Komora" to całkiem dobry kawałek melodyjnego i rwącego do przodu black metalu a la Szwecja.

ocena: 7/10
http://stinyplamenu.net
www.myspace.com/diveintothewastewater
http://naga-productions.com
autor: Diovis




SYBREED - "The Pulse of Awakening"

(CD 2009 / Listenable Records & Mystic Production)

Ten szwajcarski zespół, wykonujący bezkompromisowy industrial metal ze świetnymi wstawkami elektronicznymi, tworzy świetną hybrydę energii i melodii zamkniętej w dźwięki. Muzyka naprawdę świetna, momentami zahaczająca o progresję, połamane rytmy. Jednak na pierwszy plan wysuwa nam się wokal, momentami melodyjny, momentami wrzaskliwy i ciekawa rytmiczna struktura utworów okraszona elektroniką. Na pewno na zespół wywarły spory wpływ FEAR FACTORY i MESHUGGAH, co jest tutaj słyszalne. Muzyka płynie równym rytmem, połączona z melodią. Trochę może za długa płyta, bo trwająca aż 75 minut i zawierająca 12 kawałków. Długość tego materiału nie jest jakimś minusem, jednak jest tu sporo ciekawej muzyki. "I Am Ultraviolence” wyróżnia się na tle pozostałych kawałków szybkością, pojawiającymi się blastami, manierą wokalną przypominającą DIMMU BORGIR. "Elektronegative" jest jednym z najlepszych numerów na tej płycie, ze świetnym melodyjnym wokalem i wspaniałym refrenem. Bardzo dobre połączenie mocnych metalowych riffów z elektroniką. "In the Cold Light" to typowy zimny elektroniczny kawałek, świetny przerywnik, wolny relaksujący numer. Natomiast "Lucifer Effect" to marszowy kawałek przypominający trochę SAMAEL'a z "Solar Souls", na pewno sprawdzający się na koncertach. Ostatni numer na płycie, "From Zero To Nothing" jest najdłuższym kawałkiem na tej płycie. Trwa prawie 20 minut i jest typowym elektronicznym numerem, gdzie pod koniec mamy możliwość słyszenia dziwnych dźwięków przez ponad 10 minut.

Na pewno SYBREED spodoba się osobom szukającym nowych ciekawych rozwiązań w muzyce metalowej, połączenia metalu z elektroniką i melodią. Warto sięgnąć po ten krążek. Dla mnie rewelacja.

ocena: 9/10
www.sybreed.com
www.myspace.com/sybreed
www.listenable.net
www.myspace.com/listenable
autor: Peter




SYMBOLYC - "Engraved Flesh"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

W obecnych czasach, gdy trudno o stworzenie czegoś oryginalnego, niektóre kapele wyznają zasadę "wszystkiego po trochu". W końcu jest z czego czerpać, bo metal - jak by nie patrzeć - jest grany od około 40 lat, wliczając w to całą historię hard rocka z lat 70-ych. Zasadę mieszania w ramach death metalu wciela w życie włoski SYMBOLYC. Ich debiutancki album "Engraved Flesh" to istny przekrój tego, co działo się w "śmiertelnej" muzie przez ostatnie 13-14 lat. Od melodyjnego i opartego na specyficznej rytmice IN FLAMES, poprzez pokłosie późnego CARCASS i DEATH w postaci charakterystycznych solówek (chyba nie na darmo grupa zaczerpnęła nazwę od tytułu jednej z ważniejszych płyt DEATH, raczej ze względów prawnych zmieniając jedną z literek), aż po ekstremizm i poszarpane struktury nowej fali deathcore'a, twórczość DECAPITATED, NILE i BEHEMOTH oraz styl gry całej rzeszy brutalnych kapel ze Stanów. Metoda to na tyle sprytna, że w efekcie dała dość klasyczny i mocny w wymowie krążek, może pozbawiony indywidualnych cech, ale bez wątpienia dość bezpieczny i trzymający się sprawdzonych wzorców. Z jednej strony zadowoli tych, którzy uważają, że nie powinno się mieszać death metalu z nowoczesnymi wynalazkami w rodzaju metal-core'a (choć odrobinę tego tutaj mamy), a z drugiej powinien zainteresować tych, których edukacja tego stylu nie sięga ponad to, co zostało stworzone przez ostatnie 10 lat, z naciskiem na mocno promowane u nas rodzime kapele. Nic dodać, nic ująć. Paradoks jest w tym, że to właśnie w Polsce, gdzie death metal jest wciąż wiodącym gatunkiem, Włosi mogą znaleźć fanów, a wyraz temu dał wydawca, pisząc, że nowy wokalista SYMBOLIC, niejaki Diego, przybliżył ten zespół do stylu BEHEMOTH, DECAPITATED i VADER.

ocena: 7/10
www.myspace.com/symbolyc
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




SALTATIO MORTIS - "Wer Wind sat"

(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)

Jedni lubią zbierać kapsle od piwa, inni jak im śmierdzą skarpetki ;) Różne są zainteresowania i upodobania jak różni są ludzie. Dlatego w tolerancji swojej jestem w stanie wyobrazić sobie, że można lubować się w muzyce tworzonej przez SALTATIO MORTIS. Wiem, że w niemieckojęzycznej części Europy takie dźwięki są nawet popularne. Rozumiem, że wydawcy inwestują w takie płyty, jak "Wer Wind sat", bo jest zapotrzebowanie ze strony fanów. I że faktycznie parę osób to kupi. Ale jestem tu także po to, by przestrzec przed błędem popełnianym przez takich ludzi. Bo ten kawałek srebrnej blaszki nie służy kompletnie niczemu. Ani nie słucha się tego z zainteresowaniem, ani nie daje się przy tym tańczyć, ani nawet nucić przy goleniu. "Wer Wind sat" to dwanaście utworów, które podobno łączą ze sobą metal i muzykę średniowieczną. Jeśli brać pod uwagę, że gitary grają z przesterem, a użyto tu takich instrumentów, jak dudy, tudzież kobzy, to paru naiwnych znajdzie się i łyknie, że tak rzeczywiście to brzmi. Ale dlaczego wciska się ludziom taki kit?! Te utwory to po prostu toporne granie, które z metalem ma tyle wspólnego, co Feel z muzyką rockową, a muzyki z czasów Średniowiecza to chyba członkowie SALTATIO MORTI (a jest ich w składzie aż dziewięciu) i co gorsza - także wydawca, który tak to reklamuje - nigdy nie słyszeli. Dobrze radzę - trzymajcie się z daleka od tego czegoś i przestrzegajcie innych. Może dzięki temu kolejnej płyty tego typu nie będzie i świat będzie nieco lepszy...

ocena: 1/10
www.saltatiomortis.com
www.myspace.com/mittelalterpunk
www.napalmrecords.com
autor: Diovis




SONIC SYNDICATE - "Rebellion In Nightmareland"

(EP 2009 / Nuclear Blast Records)

Ten zespół jest ostro promowany przez Nuclear Blast. Cóż trzeba przyznać, że jak na muzykę metalową ma możliwość zaistnienia w radio. Utworki melodyjne, śpiewny wokal, miło się tego słucha, nóżka sama tupie w rytm muzyki. I niby wszystko ok, jednak pojawia się małe ale. Czy akurat w tym kierunku ma zmierzać muzyka metalowa? Czy też ta, którą wykonuje zespół, a mianowicie metal core? Trochę to za bardzo przesłodzone jak dla mnie. Na singlu mamy trzy utwory, w tym dwie wersje "Burn This City". Praktycznie do utworów nie ma się co doczepić, bo to wszystko ładnie brzmi, miło podane. Jednak materiał ten znajdzie zwolenników u znacznie młodszej publiczności, starzy metalowcy ominą ten zespół szerokim łukiem. Ja poczekam z ostatecznym wyrokiem do pełnego albumu, by mieć cały obraz muzyki, jaki serwuje nam SONIC SYNDICATE. Na razie daję mocną szóstkę, co będzie później - zobaczymy ...

ocena: 6/10
www.sonicsyndicate.com
www.myspace.com/sonicsyndicate
www.nuclearblast.de
autor: Peter




STORMCROW / MASS GRAVE - "Split-CD"

(Split-CD 2009 / Selfmadegod Records)

Okładka tego splitu to taki czysty oldskul. Fantazja odnosi się do rzeczywistości, rzeczywistość do fantazji. Druty kolczaste, oprawcy, "fabryka śmierci", terror, przerażenie, śmierć. Z takim obrazkiem na front coverze nie można grać na pół gwizdka. Jeszcze STORMCROW mogło by grać coś innego, bo już MASS GRAVE raczej nie. Jednak różnią się od siebie te dwie grupy. Ci pierwsi grają ciężko, mozolnie budując dość długie utwory (tylko jeden z trzech, "Lost Hopes", przemyka nie wiadomo kiedy ;), podczas gdy ich koledzy z MASS GRAVE nie cackają się i walą prosto z rury grind / crust / punkowym hałasem. Ale może po kolei i zacznę od STORMCROW. Amerykanie z kalifornijskiego Oakland mogą kojarzyć się z niektórymi sludge-core'owymi kapelami, ale opierają się wyłącznie na gitarach i nie improwizują tyle co na przykład CULT OF LUNA. Bardziej natomiast nawiązują do archaicznego (ale bynajmniej nie brzmiącego archaicznie) grania w stylu DEVIATED INSTINCT, AMEBIX, GALLHAMMER, AXEGRINDER i tym podobnych. Potężne bębny i charczący bas budują fundament dla prostych w wymowie gitarowych riffów i charczącego wokalisty, a wrażenie bycia wgniatanym w ziemię będzie chyba najbardziej wymownym opisem. Surowy death metal łączy się tu z chropowatym crust metalem, nieliczne przyśpieszenia tylko potęgują odczucie ogólnego zniszczenia, jakie pozostawia po sobie STORMCROW. Z kolei MASS GRAVE odnosi się do szybkiego młócenia w stylu EXTREME NOISE TERROR, DOOM, DISGUST i całej masy ich naśladowców (np. już bardziej death / grind'owego ROTTEN SOUND). Krótkie, najczęściej oscylujące wokół minuty kawałki w zmasowany sposób przemykają, chociaż nie można powiedzieć, by każdy kolejny był jota w jotę podobny do poprzedniego. Kanadyjczycy raz nawet zwalniają, stawiając na ciężar i nieco upodobniając się do STORMCROW. Dzieje się tak w jedenastym na splicie "Corporation Mind Control", ale to tylko chwila na złapanie oddechu, bo potem już wraca bezpośrednia i brutalna jazda do przodu. W przypadku obu kapel brzmienie jest mocne, chropowate, ale zdecydowanie czytelne i odpowiednio zbalansowane oraz właściwie wyważone. Dodam jeszcze na koniec, że pierwotnie oba materiały znalazły się na winylowym splicie wydanym przez Agipunk Records, zaś na cedeku dodatkowo znalazły się numery ze splitu MASS GRAVE z innymi hałaśnikami z IN DISGUST.

ocena: 7,5/10 (Stormcrow), 7/10 (Mass Grave)
www.stormcrow.lidtoker.com
www.myspace.com/stormcrowcrust
www.myspace.com/massgrave
www.selfmadegod.com
autor: Diovis




SANCTIFICATION - "Black Reign"

(CD 2009 / Pulverised Records)

Szwecja, death metal... lista kapel zajęłaby tutaj ogrom miejsca, a do tego grona dołączyło jakiś czas temu SANCTIFICATION. Twór ten powstał w 2001 roku dzięki inicjatywie kilku muzyków, w tym członków IN BATTLE. Historia grupy przebiegała wręcz podręcznikowo a to zmiany w składzie, koncerty tu i tam (głównie w Szwecji i Norwegii), demówki, materiały promo i wreszcie debiutancki album "Misanthropic Salvation" wydany w 2004 roku. Dopiero 2009 rok może przynieść jakiś lekki przełom, bo późną wiosną ukazał się kolejny krążek pt. "Black Reign", przy którym oprócz muzyków SANCTIFICATION maczali palce i struny głosowe (czy to w ogóle możliwe?...) Tommy Tagtgren (Abyss Studio), jego bardziej znany brat Peter (miksy, mastering i gościnne wokalizy w "Black Reign" i "Eternal") oraz Emperor Magus Caligula (wokal w "Black Reign" i od niedawna stały śpiewak w SANCTIFICATION). Marketingowo jest całkiem nieźle, w zespole muzycy, którzy jedli chleb z niejednego pieca (m.in. wspomniane IN BATTLE, a poza tym GOD AMONG INSECTS i SOULDRAINER), ale muzycznie to co prawda klasowy i świetny technicznie death metal w amerykańskim stylu, tyle że "jadący" na kilometr MORBID ANGEL, HATE ETERNAL i DEICIDE. Przesyt klonami Morbidów i ekipy Glena Bentona mieliśmy już kilka lat temu, również w Polsce i trochę szkoda, że niczego ponad to nie oferuje szwedzkie kombo. Co z tego, że grają to co lubią i robią to na wysokim poziomie, gdy za grosz w tym oryginalności, za to rzemiosła i zżynek co niemiara. Fajowo się tego słucha, bo to taka niezobowiązująca muza i na wskroś death'owa, ale nie wnosi nic nowego i włazi w buty innych, co rzadko owocuje czymś wartościowym. Dlatego SANCTIFICATION to po prostu kolejna pozycja na liście szwedzkiego death metalu, bez szans na dołączenie do klasyków.


ocena: 5/10
www.myspace.com/sanctificationband
www.pulverised.net
autor: Diovis




SATHANAS - "Nightrealm Apocalypse"

(CD 2009 / Pagan Records)

SATHANAS trzyma poziom. Nigdy nie stanie się "wielką gwiazdą", ale kultowy status już ma. Nie polubią ich wielbiciele wycyzelowanych do bólu produkcji, modnych zespołów i przereklamowanych tytułów, bo nie o to tutaj chodzi. Ci kolesie mają oldskulowy metal we krwi, oddychają plugawymi emocjami, grają prosto, wyraziście i bez udziwnień. Trzeba jednak przyznać, że nowy album amerykańskiego tercetu brzmi wystarczająco czysto, a przy tym zgodnie z kanonami undergroundowego metalu sprzed 15 czy 20 lat, a nawet ciut więcej. Sporo tutaj pierwotnego death metalu, amerykańskiego grania w stylu ACHERON czy SADISTIC INTENT, nieco "szwedzkich", black metalowych naleciałości. Wszystko to słychać jak gdyby od zawsze na krążkach SATHANAS i jest z płyty na płytę coraz bardziej udoskonalane, nasączone dość chwytliwymi refrenami, orientalnymi smaczkami i niezbyt skomplikowanymi gitarowymi solówkami. Szkoda tylko, że wdziera się w to za dużo schematyzmu... Za to ponownie na uwagę zasługują wokale, bo pomimo skrzeczenia i growli można zrozumieć teksty, które nie grzeszą może wybitną poetyką, ale powtórzę to raz jeszcze - nie o to w tym wszystkim chodzi. SATHANAS podąża sobie znaną drogą gdzieś po obrzeżach death/black metalu i nie przejmuje się panującymi trendami. Pewnie kiedyś tam w przyszłości nazwa będzie powtarzana przez kolejne pokolenia metali, ale mało kto sięgnie po ich płyty (i tę obecnie najnowszą też), ale Paul Tucker z kolegami (przypomnę, że w składzie między innymi Jim Strauss z ACHERON na bębnach) swoje zrobili i jeszcze coś tam spod swych palców oraz z gardeł powyciągają ku chwale Rogatego i Metalu. A już tak zupełnie na marginesie, w związku z "Nightrealm Apocalypse" muzycy postarali się o sprawdzoną już w przeszłości metodę, czyli mastering materiału w szwedzkim Necromorbus Studio (WATAIN...), natomiast novum jest świetna i dopracowana w szczegółach okładka wykonana dla nich przez Juanjo Castellano.


ocena: 7/10
www.sathanas.net
www.myspace.com/sathanasmetal
www.paganrecords.com.pl
autor: Diovis




SILENT MEMORIAL - "Retrospective"

(CD 2009 / Limb Music Products & Mystic Production)

Prog-metal musi mieć sporo zwolenników, skoro co rusz na powierzchnię starają się wypłynąć kolejne kapele ujawniające swoje skłonności do lekko udziwnionej muzyki, która czerpie silnie z bogatej historii art-rocka, progresywnego rocka i metalu lat 70-ych, 80-ych i 90-ych. Z "lektury" najnowszego albumu szwajcarskiego SILENT MEMORIAL od razu można wyczytać ciągoty do tak różnych, wciąż działających lub już nieistniejących zespołów, jak QUEENSRYCHE, FATES WARNING, RUSH, DREAM THEATER czy PAIN OF SALVATION. Do tych starszych i bardziej zasłużonych próbują upodobnić się poprzez specyficzne harmonie wokalne, w miarę przystępne linie melodyczne, skłonności do improwizowania, położenie nacisku na wysoki poziom instrumentalny i złożone, czasem bardzo długie kompozycje (tu mamy na przykład nudnawy, trwający ponad 22 minuty numer tytułowy). Z kolei do tych nowszych upodabnia ich połamana rytmika, brzmienie gitar, dbałość o kwestie brzmieniowe i bolesne wręcz kopiowanie pomysłów DREAM THEATER. Ten niedościgniony wzorzec jest wręcz biblijnym fundamentem dla wielu wyznawców kultu prog-metalowego kwintetu i SILENT MEMORIAL także hołduje tej zasadzie, na swoją zgubę niestety. Na nieszczęście Szwajcarów ich mistrzowie wymyślili to wszystko co oni już znacznie wcześniej, a ich utwory są już tylko mniej lub bardziej udanymi wariacjami na temat utworów z "Awake" czy "Falling Into Infinity". Wentylem bezpieczeństwa dla tej płyty jest pewne - nie wiem czy do końca świadome - inspirowanie się amerykańskim, ambitniejszym rockiem z lat 80-ych (np. KANSAS), a nawet RAINBOW czy DEEP PURPLE gdzieś tak mniej więcej z okresu "Perfect Strangers", ale koniec końców i tak wszystko jest przesycone zbyt mocno twórczością Jamesa LaBrie i jego kolegów. A to wychodzi raz nieco lepiej, raz nieco gorzej, a czasami po prostu wtórnie. Z takiej muzy zdecydowanie bardziej polecam ostatni krążek takiej włoskiej kapeli, jak AURA.


ocena: 5/10
www.myspace.com/silentmemorial
www.limb-music.de
autor: Diovis




SUN OF THE BLIND - "Skullreader"

(CD 2009 / Avantgarde Music)

Drugi projekt Zhaarala - muzyka szwajcarskiego DARKSPACE - wyemitował w tym roku swoją kreację pod kryptonimem "Skullreader". W odróżnieniu od trumienno - podziemnego (w dosłownym tego słowa znaczeniu) DARKSPACE tu jest nieco bardziej wyraziście, choć nie ma co liczyć na radosne pitolenie i nastrojowe piosenki. SUN OF THE BLIND koncentruje się na emanowaniu ponurą, nieco mistyczną aurą, która jest efektem i jednocześnie przekaźnikiem nieokreślonej kosmicznej energii. Posługując się językiem depresyjnego black metalu, monumentalnego doom metalu i onirycznego gothic metalu nakreśla pewne ramy wyimaginowanego świata pełnego magii, okultyzmu, cierpienia, metafizyki i alchemicznych eksperymentów. Procentuje przemierzanie mrocznych rubieży przez DARKSPACE, bowiem i tutaj jest dużo odnośników do nadrealnych zjawisk, klaustrofobicznych doświadczeń i ponadzmysłowej percepcji. Każdy z pięciu utworów to jakaś niedokreślona opowieść bez początku i końca. Zasnute mgiełką tajemnicy, rozbudowane kompozycje rozwijają się niespiesznie, głównie operując muzyczną sferą, a wokale (nawet te żeńskie w formie zaśpiewów) stanowią jeden z instrumentów i raczej rodzaj przekaźnika dla negatywnych, bądź sekretnych emocji niż wykrystalizowany, samoistny element stanowiący front wewnętrznych dramatów. Tak na dobrą sprawę SUN OF THE BLIND to nieco pomijana siostra (a może brat?) DARKSPACE, co odzwierciedla fakt zbliżonej melodyki, snujących się w tle dźwięków oraz akustycznych ozdobników. Taką estetykę propagował niezapomniany DEINONYCHOUS i po części również SAMAEL, z tym że - z całym szacunkiem dla Vorpha i jego kolegów - SUN OF THE BLIND o wiele bardziej penetruje mroczne zakamarki ludzkiego jestestwa i posługuje się ambitniejszymi i przez to trudniejszymi w odbiorze formami. Z kolei gdyby odrzeć tę płytę z jej metalowych akcentów, blisko by było do przestrzennych dokonań fińskiego DECORYAH. Pomimo pewnych cech monotonii i transowego charakteru dźwięków warto zawitać do tego mistycznego świata, a najhojniej obdarzeni będą poszukiwacze niezgłębionych tajemnic i oryginalności w sztuce muzycznej.


ocena: 8/10
www.transientenigma.com
www.myspace.com/sunoftheblind
www.avantgardemusic.com
autor: Diovis




SYRACH - "A Dark Burial"

(CD 2009 / Napalm Records & Mystic Production)

SYRACH to taka formacja, która od czasu nagrania swojego jeszcze świeżego albumu zdążyła ponownie przemeblować skład. Nie powinno to dziwić, bo w Norwegii, będącej przede wszystkim kolebką drugiej fali black metalu, nie ma tradycji grania doom metalu. Wyjątki w postaci VALHALL i FUNERAL potwierdzają tylko tę regułę, a więc tym bardziej warto się przypatrzeć SYRACH'owi, który przez prawie 14 lat z przerwami wypuszczał jedynie demówki, by dopiero w 2007 roku doczekać się pełno wymiarowego debiutu. A korzenie ich muzyki tkwią głęboko w latach 70-ych, 80-ych i częściowo 90-ych ubiegłego stulecia, a więc wiadomo - BLACK SABBATH, COUNT RAVEN, ST. VITUS, WINTER, CATHEDRAL... Są masywne riffy, potężne bębny, przestery i sprzężenia, szeleszczące blachy, grobowy wokal i melodyjne solówki. Brzmieniowo na pewno wypełniają współczesne standardy, choć starają trzymać się kurczowo i na ile mogą tradycji. Dla niektórych ta płyta zabrzmi staroświecko, dla innych będzie to miód na uszy. Aż dziwne, że inwestuje w nich epatująca cukierkowatymi produkcjami Napalm Records. No chyba że przekonało ich pochodzenie muzyków ;) Na Norwegię już co prawda nie ma takiego szału, jak powiedzmy 10 czy 15 lat temu, ale zawsze bezpieczniej wydać coś stamtąd niż na przykład z Macedonii... "A Dark Burial" to płyta z cyklu tych bezpiecznych, bo muzycy nie przesadzają z bardzo wolnymi tempami, jest wystarczająco ciężko i bujająco. I bardzo gitarowo, gdyż na tym instrumencie opiera się struktura wszystkich utworów. Wokalista Kenneth "Ripper" Olsen przepisowo growluje, sekcja odpowiednio podkręca lub tonuje tempo. Można by rzec, że jest OK., lecz na dłuższą metę jest trochę nudnawo i zbyt statycznie. Przekonująca może być prostota tych kawałków i pogrzebowy, wczesnosabbath'owski wręcz nastrój numeru tytułowego. A to trochę mało, by ukuć jakiś termin w rodzaju "najciekawszy przedstawiciel norweskiego doom'u"...


ocena: 6/10
www.syrach.com
www.myspace.com/syrach
www.napalmrecords.com
autor: Diovis




SAD - "Enlightened By Darkness"
(CD 2009 / Old Temple)

SAD to młody black metalowy duet założony w okolicy 2005 roku. Grecy podjęli się nie tak znowu łatwego wyzwania, by tworzyć dźwięki depresyjne i melancholijne, a jednocześnie nie wystające nadmiernie poza black'ową konwencję. Nie oznacza to nic innego, jak skrzeczącego wokalistę (w tej roli niejaki Nadir), dość miarowy, nieśpieszny rytm, wibrujące partie gitar i cofnięty, prawie niesłyszalny bas (wszystkie instrumenty obsługuje Ungod) oraz ogólnie niewesoły nastrój. Na szczęście nie zasugerowali się modą na necro-sound i materiał brzmi stosunkowo czytelnie, a poszczególne instrumenty zostały w miksie równomiernie rozłożone. Szkoda tylko, że "Enlightened By Darkness" nie poszło bardziej w stronę greckiej szkoły BM czy niedoścignionego ostatniego wzorca w tworzeniu samobójczych dźwięków SHINING, uporczywie trzymając się fascynacji dokonaniami BURZUM i w mniejszym stopniu także DARKTHRONE. Ogólne wrażenie byłoby znacznie lepsze, gdyby ta dwójka potraktowała odważniej materię, w której rzeźbi. Bo potencjał mają i umieją komponować dość ciekawe kawałki. Należą do nich choćby "Sweet Loss", "Ignored", szybszy i bardziej agresywny "Destroy Them" oraz wyśmienity, operujący dołującym klimatem, acz kroczący śmiało do przodu "Let Snow Covers the Earth". Pozostałe są już tylko gorszymi kopiami wspomnianych kawałków. Zganić też muszę SAD za słabiutką, przypominającą kreskę rodem z czeskiej bajki o Żwirku i Muchomorku okładkę, która może i jest mroczna, ale poziom jaki jest, każdy widzi. Najważniejsze, że tragedii nie ma, bo spodziewałem się czegoś znacznie gorszego. Jeśli Grecy wyzwolą się spod przemożnych wpływów swoich ulubieńców, jeszcze mogą coś znaczącego osiągnąć.

ocena: 6/10
http://users.forthnet.gr/ath/thimios
www.oldtemple.com
autor: Diovis


SELF-MADE BOMB - "Give Me Chance"
(CD 2009 / Self Records - własna produkcja zespołu)

To jest jedna z tych załóg, których nie ima się moda na metal-core'a, a mimo to grają szybką, motoryczną i powiązaną w jakiś tam sposób z hard-core'm muzę. Powstały w 2004 roku w Łasku band wycina kawał prostolinijnego, pędzącego do przodu thrash-core'a. Tak, kiedyś mówiło się tak o bezlitosnej, łamiącej karki mieszance thrash'owych riffów i energii rodem z HC, a nawet punka. SELF-MADE BOMB nieźle udało się odczytać muzyczne intencje umieszczone na płytach M.O.D., D.R.I., SUICIDAL TENDENCIES, a nawet ANTHRAX. Bez obciążenia bagażem przeszłości rypią aż miło. Kawałki są krótkie, konkretne, z tak zwanym "wygarem". Czwórka muzyków nie bawi się w techniczne zawijasy i wymyślne figury rytmiczno-melodyczne, po prostu opierając swoją muzę na mocy i czytelnych gitarowych motywach. Oczywiście przez cały czas trwania tej płyty nie grają tak samo - czasem nieznacznie zwalniają i dorzucają trochę solówek, dzięki czemu utwory takie, jak "Until I Fall Down" mają lekki posmak MOTORHEAD, SODOM (podobna barwa głosu wokalistów), późnej KONKHRY czy ENTOMBED. Chwilami z kolei skręcają nieco bardziej w rytmikę i estetykę HC ze skandowanymi wersami tekstów i charakterystycznym biciem w werbel. Tu i ówdzie dopatrzyłem się pewnych podobieństw do niektórych kawałków ACID DRINKERS i - już bardziej - do FLAPJACK. Jeśli kojarzycie te wszystkie kapele, to złóżcie je sobie do tak zwanej kupy i macie SELF-MADE BOMB jako żywe. Aha, na koniec nagrali swoją wersję znanego w kręgach hc/punk polskiego bandu THE CORPSE - "Terror". Tu nareszcie mamy trochę polskiego słownictwa, bo pozostałe numery - jak się domyślacie - mają anglojęzyczne teksty. A tak podsumowując - słucha się tego dobrze, nośnik CD (nie żaden CDR) chodzi ładnie w odtwarzaczu i jest w sumie dobrze. I mam nadzieję, że w przyszłości będzie jeszcze lepiej. O ile grupa nadal pogrywa, bo płytka dotarła do mnie aż z Irlandii... Ech, takie to mamy czasy...

ocena: 7/10
www.selfmadebomb.pl
www.myspace.com/selfmadebomb
autor: Diovis


SPIRITUS MORTIS - "The God Behind the God"
(CD 2009 / Firebox Records & Foreshadow Music)

Miałem kiedyś okazję zasiąść w towarzystwie, które nie było aż tak świetnie zorientowane w niuansach i meandrach metalowego świata. W pewnym momencie padło hasło "doom metal" i ktoś odpowiedział "to nieślubne dziecko death metalu". Od razu odparowałem, że korzenie tego stylu są het het starsze od death metalu, a na przykład MY DYING BRIDE (wszyscy znali ten zespół) jedynie wcieliło na swój użytek pewne elementy doom'u. Prekursorów zaś należy szukać w odleglejszej przeszłości, a praojcami jest nie kto inny, a BLACK SABBATH. Przynajmniej tego klasycznego doom'owego nurtu - bez ozdobników i mieszania z innymi gatunkami. W ten oto sposób narodziły się w latach 80-ych i 90-ych na przykład COUNT RAVEN, SOLITUDE AETERNUS, CATHEDRAL, a potem to już poszło z górki. Do tej grupy, które wywodzą się w (prawie) prostej linii od Sabbath'ów jest istniejące już od ponad 20 lat fińskie SPIRITUS MORTIS, które - w co aż trudno uwierzyć - jest podobno pierwszym doom metalowym zespołem w tym kraju. Utwory budują na prostych, można by rzecz, że siermiężnych riffach, wolnej, jakby ospałej sekcji rytmicznej i powoli cedzącym słowa wokaliście, który od czasu do czasu kieruje się innymi emocjami, stąd zdarza się coś w rodzaju śpiewu, wrzaski, growle lub inwokacje zombiaka. Na tej płycie nie jest aż tak apokaliptycznie jak na krążkach RIGOR SARDONICOUS, ale na pewno dominuje klimat grozy, opętania i wszechobecnej śmierci. Z rzadka SPIRITUS MORTIS się ożywia, np. w otwierającym album "The Man of Steel" (czyż to nie nawiązanie do "Iron Man" BLACK SABBATH?), w końcówce "Death Bride", w dość melodyjnym "Heavy Drinker" i wręcz agresywnym "Perpetual Motion", umieszczonym na samym końcu tej płyty. Zresztą zasadniczo zdarza się tej kapeli czerpać garściami z głębokiego i pojemnego kufra wypełnionego hard rockiem i heavy metalem, choć generalnie jest złowieszczo, ponuro i pogrzebowo. Jednak gdybym miał nausznie przekonać wspomnianą na samym początku grupę ludzi jak brzmi tradycyjny doom, wolałbym zapodać któreś z dokonań ST. VITUS, WINTER czy CANDLEMASS. Zdecydowanie za wcześnie (a może i za późno?) jeszcze klasyfikować SPIRITUS MORTIS do grona klasyków apokaliptycznego łomotu.

ocena: 6/10
www.spiritusmortis.com
www.myspace.com/spiritusmortis
www.firebox.fi
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


SWASHBUCKLE - "Back To the Noose"
(CD 2009 / Nuclear Blast Records)

Moda na piratów nie ominęła również metalu. Najbardziej znaną kapelą operującą takim przesłaniem pozostaje oczywiście niemiecki RUNNING WILD (albumy "Under Jolly Roger" i "Port Royal" to prawdziwe klasyki "pirackiego" thrash'u), natomiast z zespołów działających obecnie należy wspomnieć o szkockim ALESTORM, elementy marynistyczne można znaleźć w twórczości TYR z Wysp Owczych czy - o zgrozo! - fińskiego TURISAS, a Nuclear Blast prezentuje swoje nowe odkrycie z New Jersey, USA - SWASHBUCKLE. Ci ostatni mają na wskroś piracki image i na swoim debiucie "Back To the Noose" wyśpiewują o swoich "wyczynach", o rumie, grogu, życiu na statku, poszukiwaniach skarbów, hulankach, bitwach na morzu, sztormach i innych rzeczach w ten deseń. Ilustrują to dość dosłownie różnymi krótszymi i dłuższymi akustycznymi wstawkami (w dużej mierze pochodzenia latynoskiego i hiszpańskiego) oraz zaimprowizowanymi muzycznymi scenkami. Zasadniczo jednak amerykańscy piraci odnajdują się w graniu szybkiego i zadziornego thrash metalu z punkowo-hard-core'owym pazurem. Brzmi to zaskakująco świeżo, zważając na to, że inspirują się dość silnie ANTHRAX, S.O.D., EXODUS, SLAYER czy SUICIDAL TENDENCIES. SWASHBUCKLE patrzy na thrash z perspektywy młodej kapeli zafascynowanej starszymi kolegami, ale przepuszcza to przez sito własnych pomysłów. Prostotą i energią przypominają wczesne DEATH ANGEL, może po trochu też MACABRE i stare punkowe załogi. Muzycznie wypowiadają się krótko, węzłowato i na temat. Prawdopodobnie dlatego 21 utworów wypełniających ich debiut przemyka tak szybko i pozostawia po sobie prawie wyłącznie pozytywne odczucia. Oby tylko wystarczyło im energii i pomysłów w przyszłości. Ostatnio pojawiło się lub powróciło wiele kapel gustujących w takiej estetyce, ale to właśnie "Back To the Noose" poraża brakiem wyrachowania, świeżością i radością grania. Nawet jeśli to ich piractwo wywodzi się z wysiadywania z otwartą japą na kilkunastu seansach pod rząd wszystkich części "Piratów z Karaibów" - hollywoodzkiego wymysłu, któremu jest daleko do prawdziwego morskiego terroryzmu zdesperowanych i żądnych kasy Somalijczyków porywających statki na wodach Oceanu Atlantyckiego...

ocena: 7,5/10
www.swashbuckle.info
www.myspace.com/swashbuckle
www.nuclearblast.de
autor: Diovis


SEMLAH - "Semlah"
(CD 2009 / Cyclone Empire Records)
Niektórzy to nie mogą uwolnić się od jednego stylu grania. Ten Tommy "Wilbur" Eriksson to taki ortodoks w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Związany przez lata z COUNT RAVEN łupał może siermiężny, ale dla wielu prawdziwy doom metal bazujący na tradycji BLACK SABBATH. Swoje dotychczasowe doświadczenia postanowił przekuć po raz kolejny na szwedzkim gruncie pod szyldem SEMLAH. Już po okładce widać, że nie będzie radośnie. Nota bene front cover jest świetny i przykuwający uwagę: przedstawia truposza z kosą i klęczącego przed nim śmiertelnika, a wszystko to w żółtawo-brązowych tonacjach i stylizowane na średniowieczny fresk lub malowidło. Bo też doom traktuje często o sprawach wiecznych i wieczystych i sądząc po fragmentach wysłyszanych na tym krążku tekstów tak właśnie jest i tutaj. Wtóruje temu ciężka, utrzymana w wolnych i średnim tempach, tylko od czasu do czasu przyśpieszająca muza. Od razu czuć skąd się wywodzi. Korzenie tkwią w głębokich latach 70-ych, a więc BLACK SABBATH przede wszystkim. Dalej pobrzmiewa też niedoścignione CANDLEMASS i nie do końca doceniony SOLITUDE AETERNUS. SEMLAH nie omieszkało też nasączyć całości sosem tego mniej żwawego power metalu (wokale, melodyjne solówki). Tak to mniej więcej prezentuje się na tym albumie, na którym jest niespiesznie budowany klimat, a co za tym idzie kawałki często rozciągają się w czasie. Żaden z muzyków nie nagina się niepotrzebnie, zna swoje miejsce w szeregu i dzięki temu kawałki są spójne, choć nie zawierają zbyt wielu ozdobników, a już na pewno wtrętów z innych muzycznych gatunków. No chyba że ktoś za urozmaicenie uzna akustyczny kawałek "Perennial Movement II"... To również sprawia, że ten materiał jest zbyt statyczny, zbyt przewidywalny i jakoś tak negatywnie znajomy. We fragmentach dobrze się tego słucha, w całości jest nie do końca strawny. No i wokalista nie jest Messiah Marcolin'em, męczy się i chwilami schodzi z linii melodycznej. Bierzcie na swoją odpowiedzialność, ale paru fanom wspomnianych w recenzji kapel powinno się spodobać.
ocena: 5/10
www.semlah.se
www.myspace.com/semlah
www.cyclone-empire.com
autor: Diovis


SLOUGH FEG - "Ape Uprising!"
(CD 2009 / Cruz Del Sur Music)
W czasach, gdy przejada się już chyba wszystkim prawdziwym maniakom ciężkiego grania nowoczesny i sterylny do bólu sound, SLOUGH FEG jest pewnego rodzaju wybawieniem. Bo kto powiedział, że klasyczne brzmienie, klasyczna budowa utworów i tradycyjny łomot na gitary, bas, bębny i wokal są przejawem staroświeckości, a jeśli już są uznawane przez fanów, to że są zarezerwowane wyłącznie dla uznanych dinozaurów? Amerykański SLOUGH FEG to już też nie nowicjusze, bo grają swoje od 20 lat, a na koncie mają 7 pełnych albumów docenionych w podziemiu i ciut wyżej. Wyróżniali się (i nadal się wyróżniają) specyficznym, wzorowanym na tradycyjnym hard rocku i New Wave Of British Heavy Metal graniem, które dla kogoś będzie czymś archaicznym, dla innych czymś tak samo ekscytującym, jak rzeczy powstałe przed dwudziestoma pięcioma, trzydziestoma czy nawet więcej laty. Na "Ape Uprising!", tak jak i na poprzednich albumach jest mnóstwo charakternych riffów, melodyjnych solówek i solidnego łojenia, a wszystko to opatrzone analogowym brzmieniem, tworzącymi swoisty koncept tekstami i nie operującą sztampą i banałem okładką autorstwa amerykańskiego twórcy komiksów Larry'ego Luny. SLOUGH FEG zawsze płynęło pod prąd, co już słuchać w otwierającym płytę "The Hunchback of Notre Doom", który jest rzeczywiście utrzymany w Sabbath'owskiej konwencji będącej odwieczną już inspiracją dla wszelkich protoplastów i następców grających doom metal, stoner rock czy nawet sludge-core. To oznacza ciężkie riffy, pulsujący bas, szeleszczące blachy i na pozór beznamiętny głos wokalisty. Dalej jest jednak już znacznie bardziej żwawo - powiedzmy w stylistyce znanej z kilku pierwszych płyt IRON MAIDEN, z dużą ilością gitarowych unisono, solówek i zmian tempa. Są tu przede wszystkim utwory krótsze, na swój sposób przebojowe, ale i jeden rozbudowany, ponad 10-minutowy utwór tytułowy. Jeśli mam tu jeszcze przywoływać nazwy z odległej przeszłości, które w jakiś tam sposób będą mogły przybliżyć Wam zawartość tego krążka, to na pewno trzeba tu wspomnieć o BUDGIE, WISHBONE ASH (solówki rozpisane na dwie gitary, często grające różne rzeczy w tym samym czasie), wczesny MANOWAR i THIN LIZZY. Tyle, że SLOUGH FEG robi to w swoim niepowtarzalnym stylu. Uwierzcie mi - za dzieciaka i potem też nasłuchałem się tyle hard rocka i wczesnego heavy, że mam porównanie.
ocena: 8/10
www.sloughfeg.com
www.myspace.com/sloughfeg
www.cruzdelsurmusic.com
autor: Diovis


STRANDHOGG - "Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis)"
(CD 2009 / Pagan Records)
Jeśli by mówić o polskim brzmieniu w ekstremalnym metalu, należy postawić obok siebie produkcje BEHEMOTH, AZARATH, WITCHMASTER, STILLBORN, TRAUMY i STRANDHOGG. Wszystkie te zespoły zmiatają intensywnością swoich dźwięków większość kapel z państw, które są umiejscowione na mapie tam, a nie gdzie indziej i dzięki temu są bardziej forowane przez wydawców. Korespondowałem kiedyś z pewnym znanym czeskim muzykiem i pisał mi, że w żadnym innym miejscu na świecie nie ma tak wielu szczerych i mocnych kapel metalowych i był szczerze zdziwiony tym dlaczego zachodni wydawcy nie potrafią dostrzec olbrzymiego potencjału tkwiącego w polskiej scenie ekstremalnego metalu. Fakt, zawsze panował i rządził na niej ekstremizm i jakkolwiek tłumaczyć ten fenomen (nie miejsce na takie rozważania w tej recenzji), warto wsłuchać się w debiutancki album STRANDHOGG. Poznaniacy w ciągu kilku lat wypełnionych zmianami w składzie i częściowym niebytem wyrośli na jedną z ciekawszych kapel proponujących polską odpowiedź na dokonania black metalowych mistrzów ze Skandynawii, jak na przykład MARDUK, WATAIN czy DARK FUNERAL. A wszystko to dodatkowo zintensyfikowane soundem kojarzącym się raczej z formacjami spod znaku black/death metalu, którego formuła pełna furii i wszechobecnego Zła świetnie przyjęła się w wykonaniu STRANDHOGG. Materiał zawarty na "Ritualistic Plague" jest znakiem, że zespół nie ogranicza się do grania pod kogoś czy wpasowania się w obecny trend tak zwanego evangelic black metalu. Owszem, pewne symptomy tu występują, ale na tej kanwie poznańska horda stworzyła swój własny manifest nihilizmu, prezentując niszczące partie gitar, teksty rozpisane na dwa wokale, potężne brzmienie basu, perkusyjne blasty i bluźnierczą otoczkę. Nie od czapy będzie określenie STRANDHOGG jako braci STILLBORN. Obie kapele grają nieco odmiennie, ale podstawa i przekaz są naprawdę podobne. Wystarczyć posłuchać tych szybszych fragmentów "Ritualistic Plague", podczas gdy umieszczony na koniec potężny walec "Mortuus Evangelium" to manifestacja antyreligijnych poglądów w nieco odmiennej postaci.
ocena: 7,5/10
www.strandhogg.org
www.myspace.com/strandhoggofficial
www.paganrecords.com.pl
autor: Diovis


SAMMATH NAUR - "The Forever War"
(CD 2008 / Redrum666)
Wraz z wydaniem materiału "The Forever War" bydgoskiego SAMMATH NAUR padł dość niepochlebny rekord związany z opóźnieniem w wydaniu. Zapowiadany jeszcze w okolicach daty ukazania się drugiego albumu "Self-Proclaimed Existence" (2005 rok), ujrzał światło dzienne jakieś dwa lata później. Może to wprowadzić w błąd tych, co nie śledzą na bieżąco wydarzeń na krajowym poletku metalowym, bo o ile wydawnictwo dołączone swego czasu do magazynu "Thrash 'em All" pokazuje kapelę tworzącą progresywny black/death, to wcześniejsza demówka "The Forever War" z 2004 roku jest obrazem jeszcze nie do końca dojrzałego zespołu, który fascynuje się przede wszystkim agresywnym obliczem tak zwanego symfonicznego black metalu. Mieliśmy i mamy dość pokaźną ilość bandów parającym się takimi dźwiękami i SAMMATH NAUR w ówczesnym czasie jeszcze nieco odbiegał od tych najlepszych. Tu już nie chodzi o samo brzmienie, bo jest jakie jest, chociaż istotną sprawą przy takiej wielości używanych instrumentów (dwie gitary, bas, klawisze, perkusja i wokale) jest pewna klarowność i czystość soundu, a takowej tu niestety niewiele. Kwestia jest raczej w tym, że "The Forever War" posiada pewne cechy pomysłowego materiału, ale nie jest za cholerę zwarty i sypie się aranżacyjnie. Słychać, że muzycy chcieli nagrać zróżnicowane kawałki i jednocześnie nie uciekać daleko od na wskroś złego grania, lecz pewne detale umykają uwadze przez zbyt niewielkie doświadczenie w konstruowaniu utworów. Da się to wyczuć zwłaszcza w dwuczęściowym, łącznie trwającym ponad 14 minut numerze tytułowym. W pewnym momencie już nie wiadomo czy dalej słuchamy tej samej kompozycji, czy to już kolejny fragment tego materiału. Jeśli ktoś chce przekonać się, że niewiele później część z tych wad została zniwelowana, polecam zapoznanie się z albumem "Self-Proclaimed Existence", a zajawkę tego mamy z numerem 6 na "The Forever War", ponieważ "True Mankind Desire" ma w sobie pewne cechy rozwinięte w późniejszym czasie przez SAMMATH NAUR. Na drugim albumem nie ma już także tych rażąco prostych partii klawiszy i wszystko przeszło na wyższy poziom. Już tylko w ramach informacji podam, że bonusami na wydawnictwie są: studyjny kawałek "On the Altars of Mars", video clip do tegoż oraz koncertowe nagranie "Nobile Prophets".

ocena: 6/10
www.sammath-naur.com
www.myspace.com/sammathnaur
www.redrum666.net
autor: Diovis


SHENANIGANZ - "Open Your Eyes Or Cover Your Head"
(CD 2009 / Silverwolf Productions)
Z tych Bawarczyków są rockandrollowcy jak się patrzy! Znaleźli sobie nazwę, która bardzo mi się kojarzy z irlandzkim folkiem, a w rzeczy samej ci kolesie wycinają konkretnego rocka mocno osadzonego w klasycznych dźwiękach, a jednocześnie cholernie świeżego. Już początek kopie dupsko inspirowanym starym dobrym LED ZEPPELIN "Roses Are Red" i trochę nawiązującym do AC/DC "The Cost of Rock". Przed oczami przelatuje mi zresztą cała historia ciężkiej i bujającej muzyki, począwszy od Beatlesów, THE ROLLING STONES i THE WHO, poprzez punkowców z RAMONES, rockowców z GUNS 'N ROSES, aż po wszystkie te retro-bandy w rodzaju THE WHITE STRIPES. Ależ energii w tych czterech młodych Niemcach! A nie wyglądają na to, hehe. Stawiają na proste kawałki oparte na kilku riffach, przebojowe refreny i niezbyt skomplikowane solówki gitarowe. Z rzadka na chwilę się uspokajają (np. w początku blues rockowego "Don't Tell the Fire" i we wpół balladowym "Nowadays"), by ponownie przygrzmocić porządnym i żywiołowym rock 'n rollem. Przy takim "We Are the Underground", w którym któryś z muzyków przygrywa na harmonijce ustnej, nóżka tupie do rytmu, a "Brand-New Chucks", chociaż kompiluje pomysły znane z płyt AC/DC, po prostu porywa. Również w tany ;) SHENANIGANZ nie tylko grają tak, jak się grało sto lat temu, ale nawet brzmieniowo starają się oddać ducha muzycznej przeszłości. W "Because I Am" odkurzyli sound starych organów i w połączeniu z wigorem tych młodzieńców oraz wyssanym chyba z mlekiem matki talentem do tworzenia chwytliwych kawałków sprawdza się to doskonale. Do tego nieźli z nich jajcarze, a przykładem na to jest skoczny numer "Bavaria" z jakże swojskim trąbieniem i klezmerską gitarową solówką. Tu właściwie nie ma słabych momentów, co jest już nie lada sztuką przy okazji debiutanckiego albumu. Co prawda wyczytałem coś o "Four Finger Fist Fight", ale tak po prawdzie nie wiem czy ktokolwiek słyszał ten krążek. Nie dziwi więc, że już wcześniej, nie mając na koncie praktycznie żadnych studyjnych nagrań wygrywali różne przeglądy muzyczne (w 2006 roku zostali na przykład uznani najlepszym szkolnym zespołem w Niemczech), a wkrótce potem dostali zaproszenie na duży festiwal Rock am Ring, a nawet do dalekiej Korei, gdzie zagrali na szóstej edycji International Junior Art Festival. Teraz powinni im się przyjrzeć nie tylko bywalcy takich imprez i niekoniecznie tylko rock 'n rollowcy. Obok THE BULLETMONKS jak dotąd największe pozytywne zaskoczenie 2009 roku w świecie cięższego grania.

ocena: 9/10
www.shenaniganz.de
www.myspace.com/badassrocknroll
www.silverwolf-productions.com
autor: Diovis


SPHERE - "Damned Souls Rituals"
(CD 2007 / Empire Records)
W Polsce każdy śpiewać może. Tak samo grać. Jedni pchają się do uwielbiającej kicz, blichtr i komercję (czytaj: pieniążki) telewizji, inni rzeźbią swoje w niszach, do których zaglądają tylko (i aż) ci najbardziej zawzięci fani. W death metalu trudno o sukces, bo śpiewanie o śmierci i zombiakach nie jest modne, a poza tym w naszym kraju nie każdy miał tyle wytrwałości i samozaparcia jak VADER czy HATE. Dlatego SPHERE należy do tych kapel, które chcą sobie pograć i nie wiedzieć kiedy zasną snem wieczystym. Nie mam pojęcia, jaki jest obecny status tej warszawskiej kamandy, gdyż album "Damned Souls Rituals" ma już pokaźną brodę, a nic mi nie wiadomo o jakimkolwiek nowym stuffie. Nagrań dokonano wiosną 2006 roku, więc to już kawał czasu, a materiał zarejestrowano w ZED Studio, co w sumie da się wyczuć, choć słyszałem już lepsze rzeczy, które tam powstały. Ale tak czy siak, wszystko brzmi czytelnie i naprawdę poprawnie. Może aż zanadto, ale jeśli ktoś chce osiągnąć pewne standardy, to wyrzeka się brudu, piwnicy (bądź garażu) i brzmi tak, by spodobać się tym znienawidzonym przez większość twórców death metalu pozerów, sezonowców i gimnazjalistów. Jedno trochę gryzie się z drugim, zwłaszcza że w SPHERE na wokalu jest naczelny pewnego popularnego, acz nie najlepszego, jak parę osób twierdzi, serwisu internetowego zamykającego się prawie wyłącznie na death i black metal, a który raczej para się tępieniem wyżej wymienionych zjawisk, powiedzmy stricte socjologicznych. Rzeczony Analripper ryczy solidnie, słychać większość tekstów, a tak zwanych "prosiaków" wrzucanych tu i tam nie trzeba rozumieć ;) W sumie niedaleko ten element upadł od dokonań PYORRHOEA, w której to grupie pan wokalista SPHERE również maczał (macza?) paluchy, czyli strony głosowe. Mam jednak przy tej okazji wrażenie, że teksty nie traktują do końca serio o tym, o czym można z nich wyczytać i są raczej napisane z dużym przymrużeniem oka. Z kolei muzycznie też jest podług pewnego schematu - w tym przypadku "kłaniają" się różne naleciałości z amerykańskiej sceny DM, najczęściej CANNIBAL CORPSE, MONSTROSITY i MALEVOLENT CREATION, choć na przykład melodyjne solówki niebezpiecznie zbliżają się do późnego (bez takiej wirtuozerii oczywiście...) czy ostatnich produkcji DEICIDE. Nihil novi, znaczy się. Może się podobać, bo ładnie wyważono szybkie blasty i średnio-szybkie tempa. Lekcję klasycznego deciora muzycy SPHERE odrobili całkiem dobrze i dokładnie. "Damned Souls Rituals" jest zadziornym, nie zanadto brutalnym materiałem, nie krzywdzącym słuchacza i zgodnym z kanonami death'owego grzańska. Dziwi mnie natomiast sensowność wrzucenia na sam koniec płyty piętnastominutowego zapisu mrocznych inkantacji, które ani nie straszą, ani nie intrygują, a zdecydowanie usypiają. Do tego momentu, czyli przez jakieś 36 minut nie jest najgorzej. Po zakończeniu jedenastego kawałka radzę jednak sięgnąć po coś innego z death metalu. W końcu mamy trochę wybitnych kapel w naszym kraju, i tych działających w głębszym podziemiu też.

ocena: 5/10
www.sphere.metal.pl
www.myspace.com/sphereband
autor: Diovis


SATANOCHIO - "From Beyond"
(CD 2009 / Diachell Musik)
O SATANOCHIO słyszeli pewnie tylko zagorzali szperacze undergroundowego metalu. W sumie nic w tym dziwnego, bo rumuńska scena ogranicza się do małej grupy ciekawych kapel, a wszystko i tak kręci się wokół nowatorów z NEGURA BUNGET i ich ubocznych projektów. A tu proszę, mamy kolejny interesujący twór, który może trochę namieszać na obecnej tak zwanej scenie. Sami określają to, co tworzą mianem "evil metalu" i coś w tym jest. Jednak aby przybliżyć nieco zawartość drugiego już albumu pt. "From Beyond", między innymi z tej racji, że jako piszący o muzyce mam już takie zawodowe wypaczenie, rzucę kilkoma innymi określeniami i nazwami zespołów, które mogą, choć nie muszą kojarzyć się, gdy słucha się tych dźwięków. Fundamentem jest oczywiście black metal. Chorobliwy, czasem wściekły i brudny, a jak trzeba dość awangardowy. W tym przypadku można wspomnieć o tak różnych hordach z tego kręgu, jak SATYRICON, SEMARGL, THORNS i już wiadomo, że lekko nie jest. Dalej mamy dość odważne nawiązania do sludge-core'a, a więc na miejscu będzie tu napomknąć i o NEUROSIS, i o MINSK. Death metalu są tu śladowe ilości i jeśli już, to odnoszą się do technicznego i pokręconego grania CYNIC, ATHEIST i PESTILENCE (np. w instrumentalnym "Melatonin"), a pewnym zaskoczeniem dla wielu będą prawie że rockowe solówki w "Perpetuum Horrible" i wieńczącym płytę "I'm Not Me But Tomorrow I Can Be". Tu można by przywołać ostatnie dokonania NACHTMYSTIUM, które też przecież wywodzi się z czystego black metalu, a obecnie silnie odpływa w rejony ambitnego rocka z lat 70-ych, wnosząc zarówno artyzm, jak i dźwiękowe zło w czystej formie. SATANOCHIO również odnosi się do obcych do niedawna w black metalu naleciałości i chociaż aż takiej odwagi nie ma, by odpłynąć silniej w progresję czy psychodelię, to na swój sposób kształtuje nową formułę na wskroś złego, ale na pewno nieortodoksyjnego grania. Spodoba się to tym, którzy z różnych powodów niekoniecznie sięgną po rockowe starocie, ale lubią gdy black metalowe ekipy eksperymentują i poszukują nowych rozwiązań w skostniałej bądź co bądź formule. A jako ciekawostkę podam, że w ostatnim numerze na płycie, "I'm Not Me But Tomorrow I Can Be" gościnnie zaprezentował się Kvohst (ex-DODHEIMSGARD).
ocena: 8,5/10
www.satanochio.com
www.myspace.com/satanochio
www.diachell-musik.com
autor: Diovis


SEANCE - "Awakening of the Gods"
(CD 2009 / Pulverised Records)
Powroty różnych starych zespołów stały się już normą. Któż by pomyślał, że niektóre z nich po latach zbiorą się w tym samym lub zbliżonym składzie, by kontynuować to, co przerwali z takich czy innych przyczyn? SEANCE był na początku lat 90-ych tylko jedną z wielu deathmetalowych kapeli, bo przecież wysyp szwedzkich kapel grających w tym stylu był w owym czasie taki, że trudno do dziś ułożyć pełną ich listę. Powstawało to na zasadzie "kto żyw, bierze instrument i gra" ;) Rzeczony SEANCE zaistniał przede wszystkim debiutanckiemu albumowi "Forever Laid To Rest", ale jeśli by wymieniać te najważniejsze formacje z tamtych czasów, mało kto o nich wspomni. Muzycy tej grupy po rozpadzie nie odwiesili gitar na kołki, bo przecież w tak zwanym międzyczasie łupali metal choćby w SATANIC SLAUGHTER i WITCHERY, a w pewnym momencie zachciało im się wskrzesić swój pierwszy ważny zespół. Ktoś popuka się w głowę, że po co komu kolejny reunion, który za jakiś czas stanie się historią, ktoś inny wywęszy w tym chęć zarobienia kilku szybkich groszy, lecz w rzeczy samej nikt chyba nie spodziewał się, że "Awakening of the Gods" będzie dziełem wiekopomnym. I tak też jest, bo to płyta wypełniona po prostu zawodowo zrobionym i brzmiącym death metalem z lekkimi thrash'owymi naleciałościami i kilkoma niespodziewajkami. Takową jest na przykład instrumentalny "Flight of the Wicked", zagrany wyłącznie na basie. To nota bene prawdziwy majstersztyk! Albo praktycznie death 'n rollowy i pełen gitarowych solówek "Choose Your Eternity", bliższy późniejszym dokonaniom ENTOMBED czy KONKHRY. Pozostałe numery (za wyjątkiem jeszcze jednego akustycznego przerywnika, "Revel In Death") nawiązują głównie do samej schedy po starym SEANCE, ale gdy słucha się niektórych riffów czy solówek lub samych struktur utworów przychodzi na myśl jedna nazwa: VADER! Nie wiem czy wynika to z tego, że taka maniera ostała im się po kilkuletnim stażu w latach 90-ych, a teraz wychodzi na jaw kto kim się inspirował, czy też może był to pewien archetyp powielający się na wielu powstałych w tamtym czasie w Europie deathmetalowych wydawnictwach. W każdym razie tu takiego, w sumie brutalnego thrash metalu bazującego na "Reign In Blood" wiadomo kogo jest całe mnóstwo. SEANCE próbuje trochę kombinować w ramach pewnej konwencji, stąd nie naparzają wyłącznie w szybkim tempie, ale bez obaw - poza wymienionymi przypadkami nie oblekają tworzonych przez siebie w nowoczesne "wynalazki" i nie próbują przypodobać się na siłę nikomu. Za to zespołowi i płycie szacun, chociaż za lat kilka lat pewnie już mało kto będzie pamiętać o tym "przebudzeniu bogów".
ocena: 7/10
www.myspace.com/seanceseance
www.pulverised.net
autor: Diovis


SILVER - "Wolf Chasing Wolf"
(CD 2008 / Rodeostar Records & Mystic Production)
W Skandynawii, a szczególnie w Norwegii i Szwecji dość prężnie działa tak zwana scena rock 'n rollowa. Wystarczy tu wspomnieć o święcących swoje sukcesy w przeszłości szwedzkim THE HELLACOPTERS kierowanym przez Nicke Anderssona z ENTOMBED czy norweskim TURBONEGRO. Do tego grona może wskoczyć równie energetyczne SILVER, także pochodzące z kraju Edvarda Griega i black metalu. "Wolf Chasing Wolf" to spora dawka mocnego gitarowego grania, które z jednej strony zahacza o cały ten retro-ruch popularny w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a z drugiej nawiązuje do starego grania wywodzącego się od THE ROLLING STONES czy wszystkich tych punkowych załóg działających przed niemalże 30 laty. W SILVER gitary to kluczowy instrument i jest aż trzech muzyków szarpiących sześć strun. Słychać to wyraźnie przez słuchawki - hałasu i nakładających się na siebie przesterów jest co niemiara, ale w tym szaleństwie jest metoda. Pomimo prostoty wygrywanych dźwięków w warstwie gitar dzieje się naprawdę sporo. O dziwo, SILVER nie stroni od bardziej ekstremalnych stylistyk muzycznych, a uważne ucho wyłapie tu i ówdzie trochę... blackmetalowych wpływów. Na przykład w "Drenched Incomfort" wychodzi to ciekawie i dość oryginalnie. Nie obyło się też bez paru folkowych nut, choćby w krótkim instrumentalnym "Norge Kneler". Nie śledzę na bieżąco tego, co dzieje się obecnie na mainstreamowej rockowej scenie, bo za dużo tam chłamu, a za mało wartościowych kapel, jednak wydaje mi się, że norweski band wyróżnia się szczerym, niezwykle ekspresyjnym i pewnie świetnie sprawdzającym się na koncertach w małych klubach łomotem, który przekonuje też chwytliwymi liniami melodycznymi. Nie jest to rewolucja czy przełom na miarę żywiołu pod nazwą NIRVANA czy THE WHITE STRIPES, ale słucha się tego naprawdę nieźle, nóżka przytupuje miarowo i aż się chce poszaleć pod sceną przy takich dźwiękach. Dzięki takiej płycie prawdziwy rock 'n roll żyje i ma się dobrze!
ocena: 7,5/10
www.thesilverband.com
www.myspace.com/thesilverband
www.rodeostar.de
autor: Diovis


SINNERS BURN - "Pre-mortal Autopsy"
(CD 2008 / No Colours Records)
Ileż to już wydawnictw popełnił był Roger "Rogga" Johansson! Wystarczy tu wspomnieć PAGANIZER, RIBSPREADER, THOSE WHO BRING THE TORTURE czy PUTREVORE. A wszystkie obracają się w podobnym klimacie odkopującym i przywracającym do życia oldskulowy death metal sprzed niemal dwóch dekad. Jedni takie granie obchodzą szerokim łukiem, innym w to graj. Oznaczać to może tylko to, że szwedzko-amerykański w dużej mierze wynalazek nadal cieszy się zainteresowaniem lub co najmniej wzbudza jakieś emocje w słuchaczach. SINNERS BURN to właśnie kolejny przykład takiego pozagrobowego łupania w starym stylu, a kto mógł lepiej czuć tę atmosferę, jak nie muzycy PAGANIZER i THOSE WHO BRING THE TORTURE? Uboczny projekt side-projectów, można by powiedzieć, a wcale niedużo gorszy od swoich poprzedników. Jasne, ktoś się przyczepi, że po co nagrywać następny materiał pod innym szyldem, skoro tamte brzmią podobnie? Ale na dobrą sprawę, "Pre-mortal Autopsy" nie jest złym stuffem. Brzmi surowo, w stylu wczesnych lat 90-ych, gruchoce kości i wychwala śmierć. Pobrzmiewają tu echa wczesnych dokonań GRAVE, DISMEMBER, AUTOPSY, REPULSION, MASSACRE czy CARNAGE. Jeśli ktoś nadal lubuje się w takiej estetyce lub odkrył ją niedawno i też bije pokłony, to nie będzie miał żadnych "ale". Sam nadal lubię się sponiewierać produkcjami wyżej wspomnianych kapel i pewnie mi to nigdy nie przejdzie, ale... Jest jednak to "ale"... SINNERS BURN nie wnosi nic nowego. O ile jeszcze BLOODBATH, KAAMOS czy DEMONICAL odwołują się bezpośrednio do swoich inspiracji, lecz przy tym rozwijają pewną koncepcję sprzed lat na swój sposób, to ten projekt bierze dużo, a niewiele daje. Po prostu jest tak, że jeden kawałek jest pod coś (np. DISMEMBER), a drugi pod coś innego (np. AUTOPSY). Aż wstyd, że muzycy, którzy ograli się na setkach prób nie znajdują wśród swoich umiejętności czegoś więcej ponad to, że odgrywają to, co inni wymyślili wcześniej. Gdyby nie to, ocena byłaby znacznie wyższa.
ocena: 6/10
www.myspace.com/sinnersburn
www.no-colours-records.de
autor: Diovis


SUIDAKRA - "Crogacht"
(CD 2009 / Wacken Records)
Po takich sobie wczesnych płytach i bardzo słabiutkiej przedostatniej z 2006 roku, niemiecka SUIDAKRA spróbowała zrobić coś z większym rozmachem. Nie dysponując pewnie wielkim budżetem, ale mając za sobą powiązaną z jednym z większych letnich festiwali w Niemczech Wacken Records postanowiła nagrać coś mocniejszego, a jednocześnie na wskroś folkowo-metalowego. Czy im się to udało, czy też nie? W dużej mierze tak, ponieważ utwory mają przysłowiowe ręce i nogi, a cośkolwiek pozostaje w pamięci po wybrzmieniu ostatnich dźwięków. Niemiaszkom udało się zagrać na pewno bardziej agresywnie niż na "Caledonii", a nie zapomnieli przy tym, że fascynuje ich też ta bardziej epicka strona metalu. Z uporem maniaka przywołują też te nie całkiem popularne legendy i opowieści z czasów Celtów. Tym razem sięgnęli do irlandzkiej mitologii i piórem bardziej znanego z malowania obrazków na okładki wielu metalowych płyt Krisa Verwimpa prowadzą słuchacza w zawiłą podróż herosa Cuchulainn'a. Nie mi wnikać, czy strona merytoryczna jest zgodna z rzeczywistym mitem, bo artyści mają prawo do swobodnego interpretowania czy wręcz manipulowania prawdą i fałszem, a bardziej skupię się na samej muzyce. Sporo na "Crogacht" patosu, mieszania tradycyjnych folkowych brzmień rodem z Irlandii z ciężkimi gitarami, melodyjnych, acz nie przesłodzonych fragmentów oraz wspomnianej już agresywności i mocarności. To trochę zaskakujące, ale w wielu momentach to wypaliło. Na szczęście SUIDAKRA nie poszła tropem swojej poprzedniej, zanadto bombastycznej płyty i przede wszystkim nie pozazdrościła niezasłużonego sukcesu różnym fińskim formacjom, stąd nie zalatuje tutaj wiochą i karczmą, a solidnym metalem nasączonym folkowymi melodiami. Nawet użycie prawdziwego instrumentarium w postaci kobzy i kilka nieco ckliwych fragmentów ("Feats of War" z żeńskimi wokalami czy całkowicie instrumentalny "Ar Nasc Fola") dobrze wpasowało się w całość. Nie ma też przesady z czystymi wokalami lub fałszującymi chórami, co zdarzało się choćby na "Caledonii". Trochę to wszystko dziwne, że dopiero dziewiąta płyta w dyskografii ma zaczątki oryginalności, ale jak to się mówi - lepiej późno niż wcale.
ocena: 7/10
www.suidakra.com
www.myspace.com/suidakra
www.wackenrecords.com
autor: Diovis


SYMPHONY - "Mind Reflections"
(CD 2008 / Insanity Records)
Pamiętam, że lat temu kilkanaście działał taki zespół jak SYMPHONY OF DESPAIR, ale szczegółów na temat jego twórczości już nie pomnę. Był to czas mojej współpracy z wówczas prężnie działającym magazynem "Morbid Noizz", tyle wiem i tyle pamiętam. Grupa powróciła w odświeżonym składzie osobowym i pod nieco zmienionym szyldem SYMPHONY i mam przy tym nie do końca jasne wrażenie, że nieco tylko odmieniła swój muzyczny styl, przyprawiając go może ciut większym obyciem z instrumentami. Trafiła przy tym na pewną taką posuchę na krajowym polu grania czegoś między progresywnym i tradycyjnym metalem. "Mind Reflections" składa się z ośmiu kawałków, w których konkretne i mocne granie uzupełniają ciekawie rozłożone linie melodyczne, nieco połamana rytmika i dobrze wplecione między to wszystko klawisze w postaci odpowiedniego tła lub ozdobników (w "Deviantasia" brzmią jak z solowych płyt Petera Gabriela). Studyjnie to wszystko brzmi całkiem dobrze, choć wkrada się też brak interwencji ze strony jakiegoś konkretnego producenta. Nie każdy dźwięk jest podbity w taki sam mocny sposób, na czym najwięcej tracą - nie wiedzieć czemu - wokale. Przy nich grzebano chyba najwięcej, a wyszły najsłabiej. W pierwszych dwóch, trzech numerach są zniekształcone, a później wyłazi z nich to, że wokalista Tomasz Ośka ma przynajmniej chwilami pewne kłopoty z wymową angielskich słów. Pisałem to już w kilku recenzjach i teraz uparcie też stwierdzę, że może to być przeszkodą, gdy muzyka danego wykonawcy trafi do krajów, gdzie językiem Szekspira posługuje się większość społeczeństwa. Szczęśliwie same linie melodyczne nie ograniczają się do robienia dobrej miny do złej gry, bo każdy z kawałków ma swój charakter, co uwidacznia się już przy utworach numer 2 i numer 3. "Whisper" jest ciężki i mozolnie wbija się w uszy słuchacza intrygującą melodyką, podczas gdy następujący po nim "Timechanger" ma bardziej skoczny charakter i atakuje od samego początku. Jeśli SYMPHONY na koncertach nie wypada tak samo bezpłciowo jak wiele pseudo-rockowych kapel występujących na lokalnych koncertach w ramach WOŚP Jurka Owsiaka (z całym szacunkiem dla samej idei tej imprezy) i jakieś bohomazy inspirujące się Feel i Comą, bo "to najlepsze rockowe kapele w tym kraju", to życzę tej pochodzącej z Ostrowca Świętokrzyskiego grupie jak najlepiej. I oby nagrali co najmniej jedną, jeszcze lepszą płytę. Tylko wciąż i wciąż irytuje mnie podobieństwo okładki "Mind Reflections" do legendarnego debiutu KING CRIMSON...
ocena: 6,5/10
www.symphony.pl
www.myspace.com/symphonypoland
www.insanity-records.pl
autor: Diovis


STIGMA - "New York Blood"
(CD 2008 / I Scream Records)
Vinnie Stigma, Vinnie Stigma... a któż to taki? Ano nikt inny, jak wieloletni wokalista legendy hard-core'a AGNOSTIC FRONT, który zahaczył też swego czasu o inny ważny dla tego gatunku zespół MADBALL. Po dwudziestu kilku latach weteran sceny HC stwierdził, że czas nagrać pierwszy solowy album pod mało wyszukanym szyldem STIGMA. Efektem jest 13 dość prostych i żwawych numerów bliskich punk rockowej estetyce (chwilami przypomina to stare dobre RAMONES) i mimo wszystko dość zróżnicowanych. Duża w tym zasługa, że nie omieszkał też oczywiście dodać do tego trochę core'owego i metalowego łomotu, ale nic dziwnego, bo przy płycie majstrowali Jamey Jasta z HATEBREED oraz znany z wielu ciężkich produkcji Zeus. Ponadto wytatuowanego wokalistę wspomagał w nagraniach były gitarzysta MONSTER MAGNET Phil Caivano. Zresztą gitarzystów gra tu wielu, dlatego nie słyszymy tu tylko i wyłącznie prostych riffów, ale i akcenty bliższe rockabilly ("My Reflection"), country ("Blurry Nights") czy starego rock 'n rolla. Jest rytmicznie, czasem nawet przebojowo ("NY Blood", "Hole In My Heart", "15 Pints"), panowie pokrzykują w refrenach, w tekstach poruszane są sprawy zwykłych ludzi, a sam twórca projektu pewnie nagrywał również z myślą o kampanii prezydenckiej. Tak, panie i panowie, Vinnie Stigma pozazdrościł Jello Biafrze (DEAD KENNEDYS) i Arnoldowi Schwarzeneggerowi (pierwszemu się nie udało, drugi został gubernatorem Kalifornii) i startował na fotel najważniejszej persony w USA. Z góry był skazany na porażkę, ale co szumu medialnego się doczekał, to już jego "brocha". Zresztą u zwolenników nowojorskiego hard-core'a z całego świata będzie miał poparcie tak czy siak, bo kupią ten krążek i z przyjemnością będą się w niego zasłuchiwać. Na co więc czekacie??
ocena: 7,5/10
www.iscreamrecords.com
www.vinnystigma.com
www.myspace.com/vinnystigma
autor: Diovis


STILLBORN - " Esta Rebelion Es Eterna"
(CD 2008 / Dissonance Records)
W niecały rok po genialnym "Manifesto de Blasfemia", mielecka grupa STILLBORN pod dowództwem jenerała Killera przygotowała kolejny niszczycielski kawałek black/death metalowego łomotu. Jednak tym razem chłopcy postanowili pomieszać troszeczkę, mieszając własny repertuar z cudzym, że tak to ujmę. Żeby było sprawiedliwie zamieszczono po czterech reprezentantów plus intro pod wiele wszystkim mówiącym tytułem "E.R.E.E. ". Następnym w kolejności jest nowy, autorski utwór pod tytułem "Abandon All Hope". W sumie jest to stary dobry STILLBORN, bez zbędnego zapędzania się w jakieś bajery i inne tego typu gówna. To samo można powiedzieć o pozostałych trzech utworach, czyli o "Quickly You Rot"; "Into the Mouth of Madness" i "March Again". Odpowiednio budowany klimat bez utraty wściekłości, prędkości i obowiązkowej jadowitości. A ja tak właśnie lubię, myślę, że Wy też?! Natomiast jeśli chodzi o covery, tu mamy na samym początku niespodziankę i spore zaskoczenie. "Soldiers of Hell" RUNNING WILD!!! A ja myślałem, że tylko totalnie zapijaczeni power metalowcy łapią się za takie rzeczy!!! Ale powiedzieć muszę, że chłopaki cało wybrnęli z tej "opresji", poprzez nagranie typowych dla siebie wokali. Piania bym w tym cudzie nie zdzierżył. Dalej "Sodomize the Dead" PILEDRIVER'a. No no, cacy, cacy. Kolejny z coverów to "The Third of the Storms" przeogromnego HELLHAMMER'a. Bez niespodzianek, co zdecydowanie wyszło tej interpretacji na dobre. I w zasadzie na sam koniec pozostawiono "Nightmare" zespołu SARCOFAGO. Powiem krótko: FENOMENALNE wykonanie. Te popierdolone wokale wywołują u słuchacza uczucie strachu, przez co utwór nabiera wiarygodności. Ten cały koszmar staje się niemal rzeczywistością. I o to chodzi!!! Wielkie brawa panowie!!!
ocena: 9/10
www.dissonance.pl
www.legion-of-death.com
www.stillborn.pl
www.myspace.com/naturalborndestroyers
autor: Narmer

INDEX   S   [1  2  3  4  5  6  7  8]