| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   V   [1]   [2]  


V/A - "The Dark Side of the Blues - A Tribute To Danzig"

(CD 2010 / Black Fox Records)

Szacunek, jakim białostocki NOVEMBER - jedyny w Polsce cover band DANZIG - darzy twórczość Glenna Danziga, tym razem znalazł swoje ujście w postaci płyty. Z inicjatywy tej grupy powstał album-trybut po brzegi wypełniony coverami utworów wspomnianego napakowanego kolesia o wielkim głosie, jednak nagranymi nie tylko przez białostoczan, ale też przez inne polskie zespoły. Zaznaczę od razu - zespoły z różnych "półek" stylistycznych (ze zdecydowaną przewagą metalu w wielu odmianach) i o bardzo różnym stażu. Różnią się też one podejściem do "materiału wyjściowego" - jedne potraktowały go z pietyzmem, inne - tak, że chyba tylko najwierniejsi fani DANZIG rozpoznaliby w tych wersjach utwory swego idola. Wbrew pozorom jest to jednak zaleta tej płyty, która przez to (z nielicznymi wyjątkami), zyskuje na różnorodności. Do pierwszej wspomnianej grupy należą NOVEMBER, którego wersja "Heart of the Devil" dobitnie tłumaczy obecność słowa "blues" w tytule tej płyty, nieistniejący już 666 ANIOŁÓW ("Twist of Cain" z - co w przypadku tego cover bandu MISFITS oczywiste - polskim tekstem), COCHISE (coraz bliższy jest moment, kiedy zacznę apelować, żeby Paweł Małaszyński - tak, tak, ten Małaszyński! - w diabły rzucił aktorstwo i zajął się wyłącznie śpiewem), heavy metalowcy z HELLRAIZER oraz HYPERIAL (paradoksalnie, ich wykonanie "Belly of the Beast" jednocześnie jest i dość wierne oryginałowi, i nasuwa skojarzenia z?"Like Rats" GODFLESH). Z utworami DANZIG świetnie poradzili sobie, odciskając na nich jednak swoje piętno, punkowcy z THE CUFFS i THE COLT (ich psychobilly wersja "I'm the One" to jeden z najlepszych utworów na płycie). Do "End of Time" twórczo podszedł ABUSED MAJESTY: to najbardziej mroczny cover, ale zespół nie przesadził z black metalowym ogniem, wplótł zaś w utwór?fragment dialogu z "Pasji", a na koniec - riff z "Mother". Nie podejmuję się natomiast oceniać "Brand New God" w wykonaniu DEAD INFECTION. Tego po prostu trzeba posłuchać, zwłaszcza ścieżek wokali. I tylko nie wiem, czy oni tak dla jaj, czy na poważnie. Po swojemu podeszli do materii także inni białostoccy rzeźnicy - EFFECT MURDER. W "Hellmask" przywalili tak okrutnie, że sam Glenn pewnie potrzebowałby maski tlenowej po wysłuchaniu tego numeru. HUGE CCM chwali się to, że nie kombinował za wiele przy "Unspeakable". Jednak mój wstręt do metalcore'a nakazuje mi podczas kolejnego odsłuchu przepuścić ten kawałek, podobnie jak i dwa kolejne: DUMBS być może nieźle grają covery THE RAMONES, ale niech przy tym pozostaną, natomiast bliskie deathcore'owi podejście ANGERPATH do "God For Light" należy uznać za wypadek przy pracy. Podobnie jak wykonanie SONNEILLON, którego sympho-blackowe zapędy "zdewastowały" świetny w oryginale "Five Finger Crawl". Rozczarował mnie (pewnie dlatego, że darzę go wielką sympatią) THE NO-MADS, choć druga część "Bringer of Death" broni się "darkbluesowym" feelingiem. Za to punkowo przyśpieszoną i agresywną wersję "Possession" w wykonaniu VULGAR uważam (wiem, że teraz bluźnię) za lepszą od oryginału. Na koniec zaś dostajemy jeszcze raz "Mother", który w wydaniu FETO IN FETUS brzmi jak?grind 'n' rollowa NEUROPATHIA. Niezłe, choć dla ortodoksów może okazać się nieakceptowalne. Podobnie jak - przynajmniej w części - cała ta płyta. Ale skoro adresowana jest ona do osobników otwartogłowych, to te 666 sztuk nakładu znajdzie nabywców bez trudu.

ocena: -/10
fox.records@yahoo.com
http://november.com.pl
www.oshc.pl
autor: Semi


VIOLATED - "Only Death Awaits"

(CD 2009 / Duplicate Records)

Wystarczy jeden rzut oka na okładkę debiutanckiej płyty Norwegów, aby, po pierwsze - na pewno nie pomylić ich ze szwedzką kapelą o tej samej nazwie i po drugie - bez namysłu określić graną przez nich muzę. Melodyjny thrash starej szkoły, chociaż, nie tak do końca. Kapel grających podobnie pojawia się ostatnio coraz więcej i to różnej jakości, ale muszę przyznać, że na tle debiutującej konkurencji kwartet VIOLATED prezentuje się całkiem nieźle. Nawiązania i inspiracje muzyczne Norwegów są nie do przeoczenia, lub jak kto woli, nie do nie usłyszenia i kierują się, jeśli chodzi o samą muzykę, wyraźnie w stronę zespołów zza Atlantyku. Nie oznacza to jednak powielania schematów, wręcz przeciwnie, VIOLATED wprowadza wiele naprawdę ciekawych pomysłów aranżacyjnych, dzięki czemu "Only Death Awaits" brzmi dość świeżo. Częste i bardzo dobre zmiany tempa przy nienagannym warsztacie muzyków dają muzyce odpowiedniego powera. Na tym tle naprawdę nieźle wypadły wokale Hansa Wika, które nie bardzo wiem, do czego porównać. Chwilami ich melodyka bardzo przypomina mi KEEP OF KALESSIN, chwilami mamy do czynienia z kopią Roba Flynna w wersji soft. Moim zdaniem Hans Wik świetnie sprawdza się w roli gardłowego, zarówno sama melodyjność wokali jak i sposób aranżacji zasługują na pochwałę i odznaczają się dużą pomysłowością i wyczuciem. "Only Death Awaits" słucha się naprawdę dobrze i trudno wskazać jakieś słabe punkty. Ta płyta na pewno nie nudzi, nie mamy do czynienia z bezmyślną łupaniną. Cały czas cos się dzieje, cały czas do przodu, przy czym każdy utwór, mimo, że bez wątpienia da się upchać w tę samą szufladkę, nie jest łudząco podobny do poprzedniego (stary thrash metal miał pewną wadę - kawałki można było rozróżnić głównie po ich początku, środek był przeważnie prawie zawsze bardzo podobny, jeśli chodzi o szybkość i sposób gry pałkera). Tu ponownie ogromna zasługa wokalisty, którego zarówno głos, jak i sam sposób śpiewania (dokładnie - śpiewania, a nie darcia ryja) przy każdym kolejnym przesłuchaniu tego wydawnictwa coraz bardziej przypadają mi do gustu. Reszta sekcji też się nie obija, ta muza oddycha, jest wręcz przestrzennie namacalna, tu plus za brzmienie. Nie będę wnikał, który z 8 utworów jest najlepszy, który najwolniejszy itp. Ta płyta zasługuje na to, żeby jej posłuchać i samemu wyrobić sobie o niej zdanie. Mi się podoba, mimo, że jak w pewnej reklamie - sceptycznie do niej podszedłem. Dobra muza, dobry warsztat, dobre brzmienie i świetne wokale. Polecam.

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/theviolated
www.duplicate-records.com
autor: "13"


VOTUM - "Metafiction"

(CD 2009 / Mystic Production)

"Jedynce" VOTUM wystawiłem dziewiątkę i zrobiłem to nie bez kozery, bo wracając do tego materiału po iluś tam miesiącach nadal jest to świetny i nadzwyczaj dopracowany debiut kapeli, która pod koniec 2009 roku musiała poddać się pierwszej w historii presji. Na drugi krążek czekało już dużo więcej osób i każda z nich zacierała ręce, a przy tym liczyła na więcej i lepiej. Nie zawiedli się ci, którzy chcieli słyszeć VOTUM jako zespół progresywny i poruszający się w ramach grania klimatycznego, przestrzennego i czarującego dźwiękiem. "Metafiction" zostało nagrane w renomowanym Izabelin Studio i z przykrością muszę stwierdzić, że brzmienie jest zanadto wypolerowane, tracąc tego pałera z "Time Must Have a Stop". Sam zespół jakoś drastycznie nie złagodniał, bo nadal zahacza o szeroko pojęty prog-metal, ale przez ten wypieszczony sound wrażenie jest takie, jakie jest. Pozostałe elementy już są cacy: VOTUM okrzepło, ma wyrazistą wizję jak chce się poruszać w muzycznym świecie i ponownie przyłożyło się, by dostarczyć dotychczasowym oraz nowym fanom kolejny przemyślany, koncepcyjny album. "Metafiction" opowiada dźwiękiem niewesołą historię, ale jednocześnie daje słuchaczowi unosić się gdzieś daleko od szarzyzny życia, przenosi go w inny wymiar, gdzie fantazja miesza się z rzeczywistością. Czy jest to bardzo nostalgiczny fragment albumu w "Falling Dream" i "Home", czy rytmiczne frazy w "Glassy Essence", czy bardziej drapieżne momenty w "Stranger Than Fiction" - VOTUM trzyma się pewnej linii, która jest rozwieszona gdzieś między klasycznym rockiem progresywnym a tym przetworzonym przez współczesne wpływy. Całe szczęście, że warszawska ekipa nie dała się pociągnąć w pułapkę imitowania kogoś z tych uznanych na progresywnej scenie, a dzięki doświadczeniom z pierwszego albumu i coraz lepiej radzącemu sobie z głosem Maciejowi Kosińskiemu nabiera własnej tożsamości i staje się rozpoznawalne. Przestrzegam jednak VOTUM przed spoczywaniem na laurach i zamknięciem się w jednej konwencji, a symptomy tego ostatniego można na "Metafiction" chwilami już usłyszeć. Jeśli muzycy pozbędą się pewnej maniery, to następny album może być już tylko rewelacyjny. Ale to dopiero przyszłość, a tymczasem warto poddać się doznaniom powstałym przy poznawaniu "Metafiction".

ocena: 8/10
www.votumband.pl
www.myspace.com/votumband
www.mystic.pl
autor: Diovis




VIDRES A LA SANG - "Som"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Istnieje powszechna opinia jakoby przyszłość muzyki metalowej, czy ogólnie - rockowej należała do zespołów trudniących się łączeniem różnych jej stylów, choć często dzieje się tak, że wielu metalowych twórców szuka inspiracji poza, i tak już na dzień dzisiejszy, szerokimi ramami ciężkiego łojenia. Czyżby konwencja się wyczerpała? Czyżby odmiany metalu napotkały w swoim rozwoju na granice, za którymi nic już nowego w ich obrębie wymyślić się nie da, a wszelkie ambitniejsze, poszukujące grupy musiały uciekać się do wzbogacania swego własnego stylu grania o wpływy pochodzące z muzycznych rejonów przez nich dotąd nie eksplorowanych? Z pewnością znajdą się tacy, którzy kręcąc nosem nad wszelkimi dźwiękowymi eksperymentami, na powyższe pytania odpowiedzą sobie w duchu: "zdecydowanie tak!" i pewnie ich stanowisko nie będzie w stu procentach pozbawione racji. Zastanówmy się jednak: jak to się stało, że dziś za słowem "metal" kryje się cały kosmos brzmień? Że za terminem tym stoi najprawdopodobniej najbardziej różnorodny gatunek muzyczny na świecie, który rozwinął się i ciągle się rozwija w tempie wręcz porażającym i to na przekór wszelkim przeciwnościom, trendom, czasom. Nie uczyniła tego wszakże wróżka czarodziejka, a właśnie grupy takie jak VIDRES A LA SANG. Może przyznam się od razu, że najświeższe ich dzieło zatytułowane "Som" to mój pierwszy kontakt z twórczością tej obiecującej kapeli, lecz już w momencie, gdy wybrzmiały pierwsze takty otwierającego całość utworu tytułowego mogłem z czystym sercem zawyrokować, że z całą pewnością nie ostatni. Słowo Hiszpania, które jak dotąd (nie licząc oczywiście nazwy państwa) kojarzyło mi się głównie z inkwizycją, oraz dokonaniami tak wybitnych filmowców jak Pedre Almodovar, czy Jose Louis Guerda, za sprawą recenzowanego tutaj materiału przywołuje teraz w mym umyśle skojarzenia z kawałkiem doprawdy wyśmienitego, awangardowego, wymykającego się jednoznacznym podziałom metalowego grania. Zespół operuje zdumiewająco szerokim wachlarzem środków muzycznego wyrazu, o czym dowiadujemy się już na samym początku płyty. Jest to granie rozpięte między heavy a death metalem, gdzie możemy natknąć się na wpływy takich gatunków jak black, thrash, czy nawet doom (środkowa część tytułowego "Som"). Na tym nie kończy się jednak analiza stylistyczna zawartości albumu, oj nie. Jeśli wsłuchamy się uważniej, z całą pewnością dostrzeżemy wplecione tu i ówdzie drobniejsze smaczki mogące kojarzyć się z graniem wręcz rockowym, ze szczególnym naciskiem na melancholijne i atmosferyczne jego odmiany spod znaku późnej KATATONII chociażby. Jest to jednak w pełni luźne skojarzenie z mojej strony. Nie można tu również nie wspomnieć o użyciu brzmień klawiszowych czy to budujących smutny, acz na swój sposób podniosły klimat w pierwszym numerze, czy brzmiących w sposób wręcz kakofoniczny, w zamykającym całość "No Tornare A Ser Jove", czy końcówce "Esclaus De La Modernitat". Wszystko to ubrane jest w rytmikę mogącą sugerować wyraźny ukłon w stronę tak zwanego metalu technicznego. Słychać, że perkusista Carles Olive gustuje w wyczynach takich bębniarzy jak Tomas Haake z MESHUGGAH (ach te talerze!). Partie Marcosa Garcii (bas), oraz Alberta i Eloi (gitary) współbrzmią z jego garami wręcz wyśmienicie szyjąc często w sposób naprawdę precyzyjny. Jak udało im się zbudować z tego zatrzęsienia przeróżnych elementów w pełni logiczną, spójną, a przede wszystkim przemyślaną całość? Cóż... to się moi drodzy bywalcy Mrocznej Strefy nazywa chyba talent, coś tak mi się zdaje... Płyty "Som" słucha się wręcz wyśmienicie. Nie ma tu miejsca na choćby chwilkę znużenia, aczkolwiek nie jest to granie nachalne, przytłaczające nawałnicą dźwięków, jakiego pełno wśród propozycji ekstremalnych grup poszukujących. Podstawowym i śmiertelnym błędem twórców łączących wpływy różnych, pozornie nie pasujących do siebie gatunków jest brak proporcji. Gdyby na "Som" wszystkie elementy zostały bezmyślnie wymieszane w jednolitą masę, całość byłaby wprost nie do przetrawienia. Członkowie VIDRES A LA SANG na szczęście wiedzą o czym piszę. Budując utwory Hiszpanie pokusili się o wykorzystanie poszczególnych elementów niejako "z głową". W utworze "Policromia", czy środkowym fragmencie "A'lombra" rządzą na przykład wpływy thrashowe. W refrenie tytułowego "Som" i przez lwią część "El Crit" przewija się natomiast napierdol blackowy, przybierając w tym drugim postać bardziej tradycyjną, właściwą dla grup norweskich (wczesny SATYRICON byłby tu chyba najbardziej na miejscu). Deathowy jest w moim odczuciu początek i koniec wspomnianego "A'lombra". Nic tu jednak nie jest oczywiste i przewidywalne. Muzycy żonglują na "Som" muzycznymi gatunkami używając ich bardziej jako środków wyrazu, niż szufladek dla swej mrocznej sztuki i nawet jeśli pierwsze minuty "El Crit" przenoszą nas przykładowo w rejony skandynawskie, to dzieje się tak tylko po to, by połamany rytm w dalszej części utworu nas z tego transu wyrwał i rzucił zupełnie gdzie indziej. Wspomniany gdzieś wyżej, psychodelicznie upiorny, klawiszowy fragment "No Tornare A Ser Jove" może podpowiadać nam, że czas na outro, co jak się okazuje jest dość złudne, bowiem kilka chwil później motyw wycisza się delikatnymi, lirycznymi partiami gitar, by zwalić się na nas lawiną deathowo - blackowej masakry. Pośrodku "Esclaus De La Modernitat" jesteśmy zaatakowani miarową, rytmiczną pracą instrumentów i w tym momencie nasze skojarzenia zwrócone są w stronę technicznego, bardziej thrashowego grania. Ale zaraz, zaraz... Słyszycie drugą płaszczyznę wioseł? Toż to ewidentny black! To co dzieje się w początkowej części utworu to już istne szaleństwo. Zapętlone, grane na pojedynczych strunach partie przeplatane są tutaj iście diabelskimi przyspieszeniami. Nie dostajemy jednak mdłości i nie kręci nam się w głowie, albowiem instrumentaliści płynnie przechodzą od jednej techniki gry do drugiej. Jest to więc płyta właściwie niemożliwa do zanalizowania w sposób tradycyjny, albowiem cały czas przynosi niespodzianki. Konwencje łączą się tu i mieszają w przeróżnych proporcjach nadając indywidualnego kolorytu poszczególnym kompozycjom. "Som" to prawdziwe ekstremalne arcydzieło, którego rozłożenia na czynniki pierwsze mogą podjąć się tylko i wyłącznie bezduszni teoretycy. Jest to płyta, której tożsamość gatunkowa przestaje mieć w moim odczuciu znaczenie. Ważniejsze są emocje, a tych tu naprawdę nie brakuje. Gdy zamykam oczy odkrywam intuicyjnie, że "Som" to ludzkie serce bijące w rytm smutku, gniewu, nienawiści, bezsilności, ale również zachwytu, potęgi, rebelii wolnej myśli i tryumfu. Szkoda, że z różnych względów nie było mi dane zapoznać się z inspirowaną dokonaniami katalońskiego poety Miquela Martí i Pola, warstwą liryczną całości, albowiem jak mniemam - może być ciekawa. Jedyne do czego mógłbym się tu przyczepić to okładka. Na profilu internetowym grupy, na stronie ich wydawców Xtreem Music widzimy fronty wcześniejszych ich wydawnictw, które mówiąc szczerze zyskały dużo większą sympatię z mojej strony. Nie wiem... być może cover w założeniu miał już po prostu taki być i w jego brzydocie można jednak pewną metodę dostrzec, ale jednak mimo wszystko nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że tak świetny album powinna sygnować dużo lepsza grafika. Niemniej jednak nawet tutaj można zauważyć poważny ukłon w stronę pewnego artyzmu, albowiem piekielna, groteskowa postać z okładki, trzyma na grubym, zardzewiałym łańcuchu tak zwany "miękki zegar", czyli element nawiązujący ewidentnie do twórczości innego rodaka muzyków - malarza Salvadora Dali, a konkretnie obrazu "Trwałość Pamięci" z roku 1931. Podsumowując: Najnowsze dzieło Hiszpanów to doskonały przykład na to jak można tworzyć ponad ramami gatunkowymi. Jak operując z pozoru dobrze znanymi dźwiękowymi składnikami - uprawiać muzyczną alchemię. Jak nie oglądając się za siebie, ani też na innych stworzyć płytę doskonałą, świeżą, przełomową. Coś mi się zdaje, że trzeba będzie nadrobić zaległości z poprzednimi wydawnictwami i czujnie wypatrywać następnego krążka. Ciekaw jestem również jak wypadają oni na żywo, albowiem jeśli materiał sprokurowany na "Som" VIDRES A LA SANG są w stanie odegrać bezbłędnie, to ja już po prostu nie mam żadnych pytań.

ocena: 9,5/10
www.vidresalasang.com
www.myspace.com/vidresalasangofficial
www.xtreemmusic.com
autor: Kępol




V/A - "100 Way Splatter Fetish 2"

(CD 2009 / Alarma Records & Parkinson Wankfist Pleasures)

Jestem pełen podziwu dla cierpliwości, jaką mieli wydawcy przy tworzeniu tej kompilacji. Wiązało się z tym pewnie przesłuchanie tysięcy nagrań, często słabych jakościowo, podobnych do siebie i różniących się między sobą wyłącznie nazwą kapeli. Z tego wszystkiego trzeba było wybrać, pewnie bez korzystania z klucza pochodzenia zespołu, 100 utworów i wtłoczyć to na jeden dysk. Równą cierpliwością i wytrzymałością muszą wykazać się słuchacze. Jeśli więc nie jesteś fanem grind-core'a i jego wszelkich form albo nie masz zamiaru słuchać kilkudziesięciu kapel, których kompletnie nie znasz, to cóż... wysiadka. To jest pozycja dla undergroundowych szperaczy oraz maniaków krótkich, schorowanych i zgrzytliwych form. Pośród stu kawałków tylko nieliczne czasowo wykraczają ponad minutę, natomiast pozostałe to kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowe cięcia. Zdarzają się nagrania fatalnej jakości, zarejestrowane w amatorskich warunkach i znacznie ciszej od innych i tu przydałby się jakiś mastering polegający choćby na wyrównaniu poziomu głośności, ale wśród tego ogromu grind'owych wymiocin znajduje się kilka wartościowych rzeczy, a nawet więcej mówiące nazwy. Na przykład DEAD INFECTION, HOLOCAUSTO CANIBAL, ASS TO MOUTH, MIXOMATOSIS i XXX MANIAK to już uznane formacje w światku ekstremalnego grzańska. Nie miałem na tyle czasu, by sprawdzić skąd każda z kapel pochodzi, ale sądząc po nazwach i tytułach nagrań dużo tu reprezentantów Meksyku i w ogóle Ameryki Łacińskiej, ale nie brakuje też przedstawicieli sceny z USA czy europejskiej, a wśród nich między innymi wymienione wcześniej zespoły z naszego kraju. W tekstach dominuje tematyka gore, porno, wszelakich patologii, dewiacji i zboczeń (już rysunkowa okładka daje pojęcie, czego można się tu spodziewać), czasem przedstawionych w krzywym zwierciadle lub opatrzonych specyficznym czarnym humorem. Dla przykładu VAGINAL TORMENTOR zatytułowało swoje dziełko "We Have the Biggest Dicks In This Compilation", VULVULATOR prezentuje "Anal Yog-Sothoth", DUODILDO VIBRATOR śpiewa o "bąbelkach na powierzchni spermy", ULTIMO MONDO CANNIBALE stworzyło pieśń o "Police Gay Muscle", EUSTACHIAN nagrało heavy metalowy na kawałek na grind'ową nutę, a nazwy takich ekip, jak GRANDMA (znajdźcie mi kogoś normalnego, co nazwałby swoją kapelę "Babcia", hehe) ANAL ODER NICHT SEIN, RED HOT PIGGY PUSSYS, VISCERANALSPERMATORGIASTICPUS czy I WILL GUILLOTINE YOUR CHIHUAHUA są po prostu na swój sposób zabawne. Muzycznie mamy tu pełny przekrój prostego, brutalnego i konkretnego grind-core'a: od jego najbardziej ekstremalnych postaci, poprzez klasyczne ujęcie tematu, eksperymentowanie z elektroniką (m.in. MALCHEMIST, WOMB GOO GAI PAN, CHOKED FROM ANUS, FRIED HUMAN MEAT, LADYSCRAPER) i noise (np. R.A.P.E, NOISECONCRETE), a skończywszy na iście punkowych uderzeniach. Większość wokaliz to bulgoty, "prosiaki", growle i skowyty, choć nie brakuje tu też desperackich wrzasków, fałszujących zaśpiewów i przetworzonych przez różne pudełka głosów. Z poziomem też jest różnie, ale tak mniej więcej jedna czwarta tego wydawnictwa może zainteresować. Chociaż przyznam, że na jeden raz trudno wysłuchać tak dużej dawki ekstremy. Szacun dla wydawców, noty nie daję.

ocena: -/10
www.alprods.net
www.alarec.com
www.myspace.com/gorecannibalrecords
www.myspace.com/parkinsonwankfist
autor: Diovis




V/A - "AFOD 2009 Compilation"

(CD 2009 / płyta dołączona do nr #29 magazynu "Parat")

Czeski metal ma ten sam problem, co wiele innych krajów. Za dużo tam tandetnych klonów i pojawiających się i znikających efemeryd, a za mało kreatywnych kapel wnoszących coś świeżego i nowego. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że od czasu ROOT, FORGOTTEN SILENCE, SILENT STREAM OF GODLESS ELEGY i KRABATHOR niewiele się u Czechów dzieje. A przynajmniej tak to wygląda z perspektywy kogoś obserwującego metalowe media, bo od wielu już lat tamtejsze zespoły / wydawcy kompletnie zlewają promocję w Polsce, ale w dużej mierze na tak zwanym Zachodzie również. Po co ten wywód? Ano po to, aby zwrócić uwagę, że zaniechano czegoś, choć z drugiej strony po wysłuchaniu dołączonej do jednego z największych czeskich magazynów metalowych "Parat" składanki nie ma w sumie czego żałować. Przekrój wydawnictw IFA Music wskazuje, że wypuszczają niewiele ciekawych rzeczy i ilość nie idzie w parze z jakością. Z piętnastu numerów można wyróżnić dwa, góra trzy, a reszta - pomimo rozrzutu stylistycznego - trąci przeciętnością, beznadzieją i w najlepszym przypadku - myszką. Już pierwsze cztery numery to przykład, jak grało się lat temu 11-12, a teraz chyba tylko Napalm Records wspiera tego typu muzę. WINSELLAND, MATER MONSTILERA, SECRET OF DARKNESS i EVERLASTING DARK to kapele zainfekowane w mniejszym lub większym stopniu symfo-black metalem, ale przy okazji też jałowym power metalem i czwartoligowym gotykiem. Same numery ale te zastrzeżenia tyczą się większej części tego składaka brzmią jak trochę lepsze demówki, a wnioski niech wyciągnie sobie każdy samemu. Najbardziej powalił mnie "At the End of Heart" EVERLASTING DARK, w którym jakaś dziewoja perfidnie fałszuje, koleś skrzeczy jak stara ropucha, a skrzypiec i fletu użyto chyba tylko po to, żeby były na nagraniu. Totalna amatorszczyzna! Dalej jest ciut lepiej, co nie znaczy, że poziom drastycznie wzrasta. Oto bowiem BELLIGERENCE, pomimo zapędów do technicznego death metalu i prog-metalu, nie wychyla się ani trochę ponad kopiowanie innych, bardziej znanych kapel, choć na przykład w porównaniu z dwiema kolejnymi kapelami, ARCH OF HELL (mierny gothic - melo-death) i ABSTRACT (chaotyczny prog-metal) wypada i tak korzystnie. DIEVISION to jeden z jaśniejszych punktów tej kompilacji. "Mindless Bodymonsters" to 4 minuty melodyjnego, ale przy tym drapieżnego grania na przecięciu death i stoner metalu. F.O.B. można spokojnie pominąć, bo kolesie nie wiedzą czy grać death, thrash czy jak PANTERA, podobnie jak ni to death'owy, ni to nu-metalowy COLP i nijaka, death metalowa STIGMA. Dopiero przy TORTHARRY warto się zatrzymać. To jedna z nielicznych kapel, które mogą być znane polskim fanom i w "Case 7" słychać, że tworzą ją doświadczeni muzycy wierni klasycznej formule brutalnego i technicznego death metalu. Przed końcem mamy jeszcze słaby black/death metal w wykonaniu INFER i taki sobie, death/grind'owy YORPU. Opisywana kompilacja nie świadczy zbyt dobrze o kondycji czeskiej sceny metalowej i niech powie też samo przez się, że jedynym zespołem z Czech, który wzbudza ostatnimi czasy zainteresowanie w świecie metalu jest wracający do żywych MASTER'S HAMMER...

ocena: 3/10
www.ifarecords.cz
www.ifamusic.net
http://afod.ic.cz
autor: Diovis




VEHEMENT - "All That's Behind"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Nie wiedzieć kiedy i skąd poczynają się wydostawać kolejne thrash'owe kapele. Widocznie od kilku lat w salach prób muzycy załapują tego bakcylu i już nie ma prawie miejsca w metalowym świecie, gdzie nie gra się w charakterystyczny dla tego gatunku sposób. VEHEMENT tak sobie "próbuje" od prawie 7 lat i egzystował jak dotąd gdzieś z dala od całego szumu. Włosi radzą sobie zresztą lepiej z prog czy power metalem, stąd pewnie dopiero po nagraniu pełnego albumu dostrzegła ich rodzima My Kingdom Music. Kwartet z Werony nie poszedł na łatwiznę i nie skopiował dwóch, trzech konkretnych i najlepiej znanych kapel, za to skompilował po swojemu różne wpływy. Na "All That's Behind" słychać więc rwane, szarpane granie w stylu PANTERY, bezpośredni drive SLAYER'a, KREATOR'a i ich ziomków z NECRODEATH oraz trochę mocnych cięć TESTAMENT czy EXODUS. W takiej stylistyce czują się swobodnie, choć po wysłuchaniu tego materiału niewiele tak naprawdę pozostaje w pamięci. Wyróżnia się zróżnicowany numer tytułowy z ciekawymi partiami gitar i wokalem, który nie ogranicza się li tylko do jednostajnego siłowego charkotu, bo przez chwilę śpiewa, a w refrenie growluje, wsparty pokrzykiwaniami kolegów z zespołu i zaproszonych gości z zaprzyjaźnionych kapel z rodzinnego miasta. Także energetyczny i szybki "Mask" oraz ciężki i pełen agresji "No Reason To Fight For" są godne zwrócenia baczniejszej uwagi. Nie wiem skąd przyszło mi to na myśl, ale chwilami VEHEMENT przypomina mi naszego KAT-a z okresu "Oddechu Wymarłych Światów" i "Róż...". Inną ciekawostką jest fakt wklejenia w kilku miejscach sampli wypowiedzi w języku włoskim. I jeszcze słówko o okładce. Komputerowo obrobiony obrazek, jak i cała szata graficzna we wkładce drażnią tandetnością i bezpłciowością, co jest kompletnie niezrozumiałe, gdy wiadomo, że zajęli się tym fachowcy przygotowujący w przeszłości artwork między innymi NILE, NECRODEATH i LEGION OF THE DAMNED. Ale cóż, pewnie jaka płaca, taka praca...

ocena: 5/10
www.vehementweb.com
www.myspace.com/vehementweb
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




VETUS OBSCURUM - "Blood Revelations"

(MCD 2009 / Debemur Morti Productions)

KROHM to już uznana firma na scenie depresyjnego i progresywnego black metalu. Jej lider Numinas w przerwie między kolejnymi albumami swojego naczelnego przedsięwzięcia odrodził VETUS OBSCURUM, a w składzie pojawili się dwaj wokaliści: Death z (nomen omen) death metalowego DRAWN AND QUARTERED i Nihilist (ex-ABAZAGORATH). Zawartość "Blood Revelations" mieści się w konwencji BM, tyle że nie da się odrzucić wpływu KROHM na ten materiał. W końcu Numinas (tu również obsługujący wszystkie instrumenty) ma specyficzny styl pisania i grania swoich utworów. Stąd słychać tu charakterystyczne zwolnienia, zeschizowane motywy, melodyczne wstawki i melancholijne solówki. Obok tego egzystują na pełnych prawach partie bardzo szybkie i gęste od dźwięków, necro klimat, plugawe wokale obu amerykańskich członków zespołu i - co dla niektórych ważne - zero klawiszy. Można by tu przywołać sporo różnych nazw - począwszy od JUDAS ISCARIOT i XASTHUR, a skończywszy na MAYHEM, GORGOROTH, MARDUK i całej rzeszy hord z Francji, ale VETUS OBSCURUM nie ogranicza się do grania pod kogoś i chociaż materiał nie skłoni ani do użycia brzytwy czy popuszczenia z radości w gacie, to jest bez wątpienia kawałkiem solidnego, rzetelnego i lekko pokręconego black'u z nawiedzoną, bluźnierczą otoczką (początek numeru tytułowego to wycinek śpiewów podczas bliżej nieokreślonej mszy). A jesienią i zimą takie płyty oddają autentyzm nastrojów w tych porach roku. Dlatego ten krążek można sobie dołożyć do kolekcji, lecz oczywiście pod warunkiem, że ten rodzaj grania Wam odpowiada.

ocena: 7/10
www.myspace.com/vetusobscurum
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




VISCERAL GRINDER - "Cannibal Massacre"

(CD 2009 / Alarma Records & Gore Cannibal Records)

Obrzydliwa okładka, obrzydliwe dźwięki. Tego można było spodziewać się po kolejnej meksykańskiej ekipie inspirującej się najbardziej krwawymi i sadystycznymi horrorami. "Cannibal Massacre" zaczyna się introdukcją wyciętą z jakiegoś nieokreślonego filmu grozy, po czym odzywa się bulgoczący wokal na tle opętańczo pukającego werbla, świszczących i bzyczących gitar oraz dudniącego basu. Pierwszy kawałek pod znaczącym tytułem "Mexicannibal Gore Pride" szybko przemyka, a po nim następują kolejne, poprzetykane różnymi dialogami i odgłosami z horrorów. Tak pokrótce można opisać tę płytę, która poraża - niestety in minus - piwnicznym brzmieniem prawie z sali prób. Chwilami tylko, gdy następuje jakieś zwolnienie lub pozostaje na pierwszym planie jedynie gitara, słychać wyraźniej stworzone przez Meksykańców dźwięki, choć z kolei wyłażą niedostatki w obsłudze instrumentów. Nawet debiut DISGORGE przynosił trochę lepszy sound i bardziej interesujące pomysły... Cóż, niski budżet niskim budżetem, ale VISCERAL GRINDER mógł postarać się o ciut bardziej czytelną produkcję, a nie coś, co poziomem dorównuje najsłabszym black metalowym demówkom. Z tego bulgotu i cieniutkiej produkcji trudno wyłowić coś ciekawego, choć gdyby nagrać to lepiej, kilka fragmentów można by pochwalić. Z przykrością stwierdzam, że Intestinal Crusher, Necrocannibal i Axe Grinder od tej kąpieli we "krwi" i picia niezliczonej ilości piwa (vide zdjęcie we wkładce) stwierdzili, że zagrają niewyraźnie, wokół tego roztoczą gore'ową otoczkę i wystarczy. Niestety, panowie - underground też się zmienił przez te wszystkie lata i teraz ludzie nie "łykają" już wszystkiego co szokuje, burczy i jest zagrane tak szybko, jak się da. Wielu ludziom przejadł się nawet MORTICIAN, a właśnie jego tropem poszła opisywana meksykańska kapela.

ocena: 3/10
www.myspace.com/visceralgrindermx
www.alprods.net
www.alarec.com
www.myspace.com/gorecannibalrecords
autor: Diovis




VIRGIN SNATCH - "Act of Grace"
(CD 2008 / Mystic Production)
Jeśli ktoś spodziewał się, że VIRGIN SNATCH spocznie na laurach i że otrzyma kolejny kawałek thrash'u granego pod TESTAMENT, a co za tym idzie, spłynie na niego "akt łaski", to grubo się myli. Nie udało mi się poznać poprzedniego albumu pt. "In the Name of Blood" z 2006 roku, ale mam wrażenie, że muzycy jeszcze bardziej zbrutalizowali swój przekaz muzyczny, a i wokale chwilami podchodzą bardziej pod death metal. Owszem, bazą tego materiału jest konkretny, dynamiczny i kopiący w ryło thrash, jednak mocą nie ustępuje wielu bardziej ekstremalnym wydawnictwom. Świadczą o tym już dwa otwierające numery, tytułowy i "Slap In the Face". Szybkość, pałer, kwieciste solówki, potężnie uderzająca sekcja rytmiczna i różnorodne wokalizy. Zielony poczynił na tym polu duży postęp, bo na przykład w drugim ze wspomnianych kawałków nagrał dwie różne barwy głosu, co dało efekt iście Benton'owski (DEICIDE), ale nie zapomina też o czytelnych, prawie że czystych wokalach. Zawodowo brzmią partie gitar obsługiwanych przez starego wyjadacza Jacka Hiro i równie doświadczonego Grzegorza "Grysika" Bryłę. Obaj nie ograniczają się tutaj do katowania słuchacza masywnymi riffami, ale tak jak już wspomniałem, zasuwają w odpowiednich momentach z melodyjnymi lub konwulsyjnymi wręcz solówkami, budując klimat również innymi wyćwiczonymi na dziesiątkach koncertów i setkach prób patentami. "Act of Grace" jest również debiutem zaprawionego w bojach z DEVILYN, DIES IRAE, VADER i BEHEMOTH Novy'm, który bez problemu "dogaduje się" z perkusistą Jackiem "Jacko" Sławeńskim. Dodatkowo w kończącym płytę "It's Time" swoje solo wykonał Vogg z DECAPITATED. Bracia Wiesławscy z Hertz Studio też wiedzieli jak wszystko poustawiać i pozgrywać, dlatego też sound jest mocny, czytelny i na poziomie światowym. Symboliczna i dopracowana w szczegółach okładka również przykuwa uwagę. Zapytacie więc, czy płyta ta ma jakieś wady? Pewnie i wyjdą przy postawieniu jej w jednym szeregu z klasykami thrash'owego łomotu, lecz generalnie żaden z utworów nie odstaje od całości i trzyma się standardów wymaganych nawet przez koneserów mocarnej muzy. Ktoś czekał na TESTAMENT'owy kawałek? No to ma "Daniel the Jack". Nawet miłośnicy spokojniejszego grania doczekają się umieszczonej na koniec kompozycji "It's Time", przy której i łezka może popłynąć z wrażliwszych oczu ;). Brawo VIRGIN SNATCH!
ocena: 8,5/10
http://virginsnatch.net
www.myspace.com/virginsnatch
www.mystic.pl
autor: Diovis


VOODOO CIRCLE - "Voodoo Circle"
(CD 2008 / AFM Records & Mystic Production)
Niemiecki SINNER poszedł trochę w odstawkę, choć miał swoje pięć minut, gdy nagrywał albumy dla Nuclear Blast Records. Ostatnimi czasy ucichło o tej grupie, chociaż nadal działa i nagrywa. W przerwie w funkcjonowaniu SINNER, gitarzysta Alex Beyrodt (również SILENT FORCE) wraz z basistą (a w swoim najważniejszym zespole także wokalistą) Mattem Sinner'em powołali do życia VOODOO CIRCLE. W sumie niedaleko pada jabłko od jabłoni, a pewne nawyki i upodobania dają o sobie znać po raz kolejny. "Voodoo Circle" to spora porcja stareńkiego hard rocka wzbogaconego o akcenty heavy i power metalowe. Album rozpoczyna energiczny numer "Spewing Lies", który brzmi nieco podobnie do dokonań STRATOVARIUS, po czym zaczynamy wędrówkę po latach 70-ych i 80-ych, bo na tym krążku nie brakuje pośrednich i bezpośrednich nawiązań do takich tuzów, jak DEEP PURPLE, LED ZEPPELIN, WHITESNAKE czy RAINBOW, może w troszkę bardziej nowoczesnej formie. Doskonale radzi sobie w takiej manierze lider grupy, Alex Beyrodt, który wycina naprawdę konkretne riffy, wygrywa Purplowskie solówki, a i akustycznych czy orientalnych patentów jest tutaj sporo. Jego styl grania wywodzi się w prostej linii od Ritchie Blackmore'a, Uli Jon Roth'a, Yngwie Malmsteen'a i Axela Rudi Pell'a, jest barwny i wirtuozerski, ale kiedy trzeba, także prosty i efektywny. W swoją nową rolę wczuł się też wokalista znany między innymi z ADAGIO czy PINK CREAM 69, David Readman, ale mamy tu w sumie pokrewny rodzaj muzyki, więc wokalnie nie musiał zbyt wiele zmieniać i jakoś szczególnie ćwiczyć, by poradzić sobie ze śpiewaniem trochę w manierze Davida Coverdale'a z WHITESNAKE. Zresztą wokalne harmonie w starym hard rockowym stylu ma opanowane w sposób prawie że perfekcyjny, bo przecież sprawdzało się to wielokrotnie na płytach tytanów tego stylu, a dobrych wzorców nigdy dość. O sekcji rytmicznej nie potrzeba wiele pisać, bowiem wszystko jest na swoim miejscu, zaś o klawiszach również można pisać w superlatywach. Raczej mało znany muzyk, Jimmy Kresic, nie przesadził z ich nadmiarem, a stare brzmienia Hammondów a la DEEP PURPLE świetnie współgrają z kompozycjami autorstwa Alexa Beyrodt'a. Wszystkim fanom starego hard rocka i nieco nowocześniejszych form takiego grania powinno się spodobać.
ocena: 7/10
www.voodoocircle.com
www.myspace.com/voodoocircleband
www.afm-records.de
autor: Diovis


VEDONIST - "The World of Reversed Decalogue"
(CD 2008 / Metalbolic Records)
Uparte "bestie" z tych VEDONIST'ów. Po średnio udanym epizodzie z Trinity Records z dalekiego wschodu Azji i naszą Death Solution nie poddali się i rozesłali promo kolejnego materiału po całym świecie. Może i amerykańska Metalbolic Records nie jest jakąś znaczącą marką, ale ważne, że ktoś docenia niebanalną twórczość techników z VEDONIST. W naszym kraju stawia się na inne, często o wiele mniej zaawansowane twórczo grupy, podczas gdy "The World of Reversed Decalogue" powinno usatysfakcjonować każdego fana bardziej wyrafinowanego death/thrash metalu. W pierwszym rzędzie powinni się tą płytą zainteresować wszyscy rozczarowani odejściem w niebyt SCEPTIC i kilku innych kapel inspirujących się późniejszymi dokonaniami nieodżałowanego DEATH. Podobieństwa nie są oczywiście aż tak nachalne, bo są tylko punktem wyjścia dla dość złożonych kompozycji warszawskiej ekipy. Ci muzycy po prostu nie lubują się w schematycznym graniu niby już ogranych na wszelkie sposoby dźwięków spod znaku death/thrash. Oni stawiają na gitarowe leady, w które należy się wsłuchać wielokrotnie, bo zmieniają się co rusz, nie tracąc przy tym myśli przewodniej i wigoru. Do tego dopasowują się solówki, które nie następują zawsze w podobnym miejscu i nie są po to tylko, by być, a także odpowiednio naoliwiona sekcja rytmiczna, również będąca na miejscu, a przy tym mieszająca ostro. To dość równy i ładnie poukładany materiał świadczący o obyciu z instrumentami i niełatwą materią kompozycyjno - wykonawczą. Tym razem panowie zwrócili też uwagę na sferę tekstów, które opowiadają bez zbytniego epatowania przemocą i historycznymi faktami o niełatwej kwestii istniejących podczas II Wojny Światowej faszystowskich obozów koncentracyjnych. Poruszanie tej tematyki nie jest mile widziane w niektórych rejonach świata, stąd pewnie rozsyłane mediom tłumaczenia tekstów. Bez obaw - VEDONIST nie jest na tym albumie pro-takie czy pro-owakie, a i IPN nie zainteresuje się poprawnością czy niepoprawnością ich przekazu ;) Grający na basie Gerhalt stwierdził zwyczajnie, że jest to temat, którego nie należy się obawiać, a przypomnienie o tego typu działalności nazistów w obliczu błędnej propagandy co niektórych pseudo-historyków jest sensowne, a w połączeniu z mocną muzą wywiera odpowiednio wyrazisty efekt. Bo tak naprawdę nic nie jest w pełni białe lub czarne. A ten stuff jest nietuzinkowy, choć wielu osobom będzie w to trudno uwierzyć...
ocena: 8/10
www.vedonist.metal.pl
www.myspace.com/vedonist
autor: Diovis


VOTUM - "Time Must Have a Stop"
(CD 2008 / Insanity Records)
Przyznam, że intrygowało mnie, jak wiele osób obwołało ten band i ten album jednym z największych objawień minionego 2008 roku. W zasadzie wiem, że Insanity Records wygrzebuje naprawdę ciekawe rzeczy z naszego kraju, jednak VOTUM wcześniej było takim - bez obrazy - trzecioligowym heavy metalowym zespołem. A tu proszę, rzeczywiście nagrali kawał bardzo dobrej muzy, która wychodzi poza ramy typowego i tradycyjnego metalu. Ba, nawet nie można zawartości "Time Must Have a Stop" określić jako zwyczajowego grania w stylu progressive metal. Muzycy przez ostatnie kilka lat okrzepli, dojrzeli i podjęli przemyślaną decyzję, by w końcu zakończyć okres inkubacji precyzyjnie przygotowywanych utworów i w efekcie nikt, kto lubi ambitną, zaawansowaną technicznie i pełną emocji ciężką muzykę nie powinien przegapić tego wydawnictwa. I tak być powinno, bo kompozycje, wykonawstwo i pomysły są w większości ponadprzeciętne i osiągnęły poziom, z którym można stawać w szranki z najlepszymi zespołami z Westu. Już otwierające ten krążek "Me In the Dark" to prawdziwy killer: zaczyna się podejrzanie spokojnie, by zaraz potem eksplodować gitarowymi riffami z klawiszami w tle, a w pewnym momencie przystopować i pociągnąć resztę bardziej ekspresyjnym, przestrzennym graniem. Jeszcze tu i ówdzie przez wokalistę przemawia heavy metalowa maniera - tak jest na przykład w drugim na płycie "The Pun", ale okazuje się, że Maciej Kosiński tak samo dobrze radzi sobie z liniami melodycznymi dalekimi od klasycznych, kombinuje z barwą głosu, operuje szeptem, monologiem i jest bardzo mocnym punktem zespołu. Nie sposób też nie pochwalić sekcji rytmicznej, która jak trzeba, jest lokomotywą danego fragmentu, a kiedy można łamie stereotypy metalowego grania. Gitary z kolei zgrabnie balansują między mocnymi riffami i akustycznymi motywami, ale czasem tworzą łagodne tło i tworzą odpowiedni nastrój dla całej muzyki, w czym zbliżają się już do kapel grających w prog-rockowej estetyce czy jej pokrewnej. Na przykład taki "Train Back Home" to przemieszanie wpływów MARILLION, COLLAGE, DREAM THEATER i TYPE O NEGATIVE (jeden z motywów to wręcz nawiązanie do charakterystycznych współbrzmień gitary i klawiszy znanych z płyt tego ostatniego zespołu). Z kolei następny na albumie "The Hunt Is On" operuje dramaturgią i emocjami podobnymi do tych stosowanych przez OPETH, "Look At Me Now" ma zaskakująco drapieżne fragmenty, zaś na koniec mamy długi i rozbudowany numer tytułowy. Wbrew pozorom, nic tu nie jest oczywiste i kojarzące się jednoznacznie z tym czy innym zespołem lub nurtem muzycznym, ale przy tym sprawia wrażenie logicznej i przemyślanej całości. Już za to należy się tej płycie tyle punktów, ile widzicie poniżej.
ocena: 9/10
www.votumband.pl
www.insanity-records.pl
autor: Diovis


VERZIVATAR - "In the Shadow of Sombre Clouds"
(CD 2008 / Old Temple)
Niektórzy to nie mają nigdy dość generowania bzyczących dźwięków. VERZIVATAR może i ma kultowy status na Węgrzech, ale dla mnie to kolejna, w najlepszym przypadku, przeciętna formacja hołdująca wieczystej miłości do BURZUM. O ile na przykład taki DARKTHRONE rozwija się grając coraz bardziej anachroniczne rzeczy, to nigdy nie zrozumiem, jak bardzo wiele kapel chce się koniecznie upodobnić do czegoś, co kiedyś miało swój specyficzny smak (i często ma to do dziś), a co jest w wykonaniu adeptów "norweskiego" black metalu zwyczajnym i niezbyt udanym klonem. VERZIVATAR męczy i dręczy jak gro włoskich hord i nie ratuje tego fakt, że do strawienia jest jeszcze pierwszy, nie rozdmuchany do gigantycznych rozmiarów czasowych "Sadness of the Night Forest". Jest takie powiedzonko, że ktoś jest jeszcze z czymś "daleko w lesie". Najwidoczniej mózg tego zespołu Elzeril nadal bawi się w bieganie wśród drzew w pełnym rynsztunku i wykrzykiwanie swoich trosk grzybom, leśnym owocom i zwierzynie wszelkiego rodzaju, czym podobno udowadnia jakim jest mizantropem i jak bardzo nienawidzi społeczeństwa. Jego gra na gitarze pokazuje coś innego - edukacja jaką pobrał jest bardzo hermetyczna, bo nie wychyla się poza ułożone w jednej pozycji na gryfie palce, a wrzaski wzmagają żołądkowe problemy. Perkusista Khrul, choć uczył się w wielu innych, mniej lub więcej znanych formacjach, nie pomaga zbytnio swojemu koledze, bo ten nie daje zbyt wiele okazji, by czymś się wykazał. Trochę monotonnych jak gitarowe riffy postukiwań, parę przejść na krzyż i tyle. Pozycja wyłącznie dla masochistów i ortodoksów.
ocena: 2/10
www.myspace.com/verzivatar
www.oldtemple.com
autor: Diovis


VIRUS - "The Black Flux"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Zastanawiacie się cóż to za wynalazek ten VIRUS? Pewnie nic Wam to nie mówi, mi w każdym razie z niczym konkretnym toto się nie kojarzyło. Surprajs, oto bowiem kolejna próba wskrzeszenia klimatów stworzonych na debiutanckim i niestety, jedynym albumie norweskiego VED BUENS ENDE "Written In Waters". Po niepowodzeniu z reaktywacją zespołu powrócił niejako ten sam band w postaci VIRUS, który, o dziwo, działa już od jakiegoś czasu, a w składzie są właściwie ci sami muzycy, co podczas sesji nagraniowej pamiętnego krążka wydanego w 1995 roku: wokalista i gitarzysta Czral (Carl-Michael Eide), bębniarz Esso (Einar Sjurso) i basista Plenum (Petter Berntsen). Jak może wiecie (lub nie), VED BUENS ENDE było 13 lat temu sporym zaskoczeniem, bowiem w czasach, gdy tryumfy święciły kapele pokroju EMPEROR, DARKTHRONE, SATYRICON czy ENSLAVED, zaproponowało coś nieco odmiennego, choć w jakimś tam stopniu nawiązujące do norweskich blackmetalowych brzmień. Więcej było w tym jednak przestrzenności, akustycznych brzmień i czystych wokali. Na "The Black Flux" jest podobnie: gitara gra akordami, pojawiają się rozwiązania bliższe alternatywnego rocka, muzycy eksperymentują i improwizują, tu i ówdzie słychać partie pianina, barytonowej gitary i skrzypiec, za które jest odpowiedzialny producent albumu Bard Ingebrigtsen. Nie na darmo mówi się o VIRUS, że proponują ekscentrycznego rocka i porównuje się ich do kanadyjskiego VOIVOD. Samo brzmienie nie należy do wygładzonych, odnosi się wręcz wrażenie, że słuchać nie oczyszczone dźwięki nagrane w sali prób. Ma to pewne wady, ponieważ niedbałość, która sprawdza się przy stylistyce sludge-core'a czy black metalu tu nie oddaje w pełni specyficznej atmosfery. Same kawałki też są zanadto przewidywalne i zbyt podobne do siebie. Całość ratuje mimo wszystko inność i oryginalność materiału mieszczącego się w małej niszy gdzieś między stereotypowo pojmowanym metalem i rockiem. Trochę to może za mało, ale nie na co dzień rodzą się wyrastające ponad przeciętną albumy.
ocena: 6/10
www.myspace.com/czral
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


VOODOO SIX - "First Hit For Free"
(CD 2008 / Locomotive Records & Mystic Production)
Po raz kolejny dziwię się, skąd tak mało w sumie znacząca na rynku wydawniczym firma, jak Locomotive Records wyciąga tak różnorodne i w większości solidne kapele. Oto kolejny przykład: kompletnie nieznane dotąd VOODOO SIX, które czadzi aż miło. Kiedyś takie dźwięki promowali w radiu panowie Mann i Rogowiecki, ostatnimi czasy chyba zapomniano, że poza modnym garage rockiem istnieje coś takiego, jak stara szkoła mocnego grania. Brytyjczycy czerpią garściami z amerykańskiego southern rocka, a przy tym zahaczają o kanon w postaci legend hard rocka. Tu aż roi się od iskrzących gitarowych solówek, wyrazistych riffów i konkretnych, acz niebanalnych melodii. Tak kiedyś grało LYNYRD SKYNYRD, a później także Zakk Wylde i jego PRIDE AND GLORY czy BLACK LABEL SOCIETY. Wystarczy posłuchać eksplodujących energią numerów... i tu można by wymieniać prawie całą tracklistę tego albumu. Na dobrą sprawę to naprawdę równy i mocny materiał z rodzaju tych, których nie usłyszycie w radiu, nie zobaczycie w telewizji, a założę się, że takich zespołów, jak VOODOO SIX jest jeszcze co najmniej kilkanaście i znają je tylko nad wyraz cierpliwi poszukiwacze rockowych brzmień. Nawet zapowiadające się na balladowe "Saints & Sinners" to gitarowa uczta i jedynie przebojowa linia melodyczna może kojarzyć się ze święcącym swoje tryumfy w latach 80-ych "amerykańskim" rockiem. Chyba nieprzypadkowo tak samo zatytułowany utwór miała w swoim repertuarze źle kojarzona z lukrowatymi piosenkami formacja WHITESNAKE, która przecież też potrafiła rasowo przygrzać. Wokalista też ogólnie sobie radzi, choć nie chrypi jak należy i bliżej mu z barwą głosu do Mike'a Trampa z WHITE LION. Dlatego nie ograniczałbym potencjalnych fanów "First Hit For Free" do jakiejś niszowej grupki miłośników blues rocka czy hard rocka, ale poleciłbym posłuchać tego krążka także tym, którzy grunge kojarzą z SOUNDGARDEN, dobre granie kojarzy się z AUDIOSLAVE, a nieobce im są także dinozaury pokroju Jimmy Hendrixa, LED ZEPPELIN i BLACK SABBATH. A wszystko to wymieszane i opatrzone odpowiednio czytelnym i nie obrabianym cyfrowo brzmieniem. Ech, miło się tego słucha!...
ocena: 8/10
www.voodoosix.com
www.myspace.com/voodoosix
www.locomotiverecords.com
autor: Diovis


V/A - "4-Way Spermholocaust"
(CD 2008 / Alarma Records)
UWAGA!!! NIECENZURALNA TEMATYKA I ARTWORK!!! Wspólnym mianownikiem wszystkich czterech zespołów uczestniczących w tym projekcie jest biały płyn wydostający się podczas ejakulacji z męskiego narządu płciowego. Słowem chodzi o spermę, a konkretnie o to, że każda z tych kapel ma w nazwie słówko "sperm", a tematyka kręci się obsesyjnie wokół pornografii i wszelkich seksualnych wynaturzeń. Ale po kolei. Na pierwszy rzut idą 4 numery nagrane przez niejakiego Morbid Pimp'a pochodzącego z kanadyjskiego Quebec. Do rejestracji porn/grind/gore'owych kawałków utrzymanych w antyfeministycznej estetyce a la MEAT SHITS zaprosił Dominę, która wykrzykuje orgiastyczne dźwięki w "You've Been a Bad Girl". Pozostałe numery to: "Vaginal Squeeze Torture", "Dirty Sex Addict Slut Hole" i "XXX Secret Garden" i wszystko jasne. Automat perkusyjny, trochę sampli z "filmów przyrodniczych", proste gitarowe riffy i głębokie growle. Chwilami kojarzyło mi się to z wczesnych BLASPHEMY, ale pamiętajmy, że to jednak inna stylistyka. SPERM OF MANKIND to Słowacy z Bratysławy, więc wiadomo, że również lubują się w klasycznym gore/grind z lekkimi deathmetalowymi naleciałościami. Całkiem nieźle brzmi te pięć numerów, które tematycznie obracają się wokół pornusów, choć niczym szczególnym się nie wyróżniają. Ot, kolejna hałaśliwa ciekawostka dla maniaków prosto zagranej rzeźni. Tym razem obyło się bez sampli. Włoskie SPERMBLOODSHIT to grind-core z nisko nastrojonymi gitarami, co z jednej strony kojarzy się z masą czeskich i słowackich kapel z tego kręgu, ale chwilami również z "zapiaszczonym" szwedzkim brzmieniem uzyskiwanym w przeszłości w Sunlight Studios. Cztery kawałki pochodzą z "Demo 2007" i wzbogacono je o jakieś śmieszne dialogi z włoskich programów telewizyjnych. Nie trzyma się to kupy ani d**y, ale muzycznie jest całkiem nieźle, szczególnie w znacznie lepiej brzmiącym numerze "Polar Torsion Syndrome" pochodzącym z ich najnowszego materiału. Na koniec splitu mamy SPERM OVERDOSE, które stworzył gość o nicku PornoGore JeSus. Umieścił tu aż 10 swoich wypocin pochodzących z różnych demówek i kompilacji. Jego twórczość to już zdecydowanie inna "bajka", bo nagrania zostały zarejestrowane na amatorskim sprzęcie w domowym zaciszu i składają się ze skrzyżowania dźwięków z Atari, przypadkowo zdobytych sampli, chaotycznych wrzasków i zniekształconych wokali, odgłosów piardnięć, techno-bitów oraz szczątkowych partii gitar. Nie wiem, czy to żart, czy może ten kolo jest naprawdę maniakiem różnych odchyłów i chciał zabłysnąć tutaj czymś odmiennym, ale nie bardzo mi się to podoba. Takie na siłę naśladowanie tych bardziej eksperymentalnych dokonań amerykańskiego MEAT SHITS. Pozycja wyłącznie dla odważnych i podzielających poglądy występujących na splicie artystów perwersyjnego porn/gore/grind-core'a.
ocena: 6/10 (Spermswamp), 5/10 (Sperm Of Mankind), 7/10 (Spermbloodshit), 2/10 (Sperm Overdose)
www.myspace.com/spermswamp
www.myspace.com/spermofmankind
www.myspace.com/spermbloodshit
www.alarec.com
www.myspace.com/alarmarecords
autor: Diovis


VOLUNTARY MOTHER EARTH - "Unacceptable Vegetable"
(CDR 2007 / własna produkcja zespołu)
Nie powiem - zaintrygował mnie przysłany któregoś dnia mail z Japonii zapytujący czy jestem zainteresowany eklektyczną twórczością absurd-rockowego zespołu z Japonii. Wkrótce potem otrzymałem płytkę z dziewięcioma numerami nagranymi w 2007 roku i można rzec, że jestem pod wrażeniem. Oto bowiem mamy do czynienia rzeczywiście z czymś z jednej strony groteskowym i dziwacznym, a z drugiej z kawałkiem muzyki nawiązującej do klasyki awangardowego rocka i stareńkiego rocka w jego czystszej postaci. Gdyby pominąć specyficzny humor tekstów, komiczne wtręty i przesłane informacje od zespołu, w których wyjaśniają swoje przesłanie, można by powiedzieć, że wróciła końcówka lat 60-ych oraz szalone rockowe lata 70-te i wciąż panoszą się artyści pokroju JIMMY HENDRIX'a, DEEP PURPLE, QUEEN oraz FRANKA ZAPPY. "Unacceptable Vegetable" roi się od brzmień, rozwiązań i bezpośrednich nawiązań typowych dla tamtych barwnych dla muzyki czasów. Improwizowane solówki, art-rockowy patos, bombastyczne aranżacje, wyraziste riffy, bluesowe korzenie - to wszystko przecież charakteryzowało tamte czasy. Akihiko Hayakawie i jego kolegów nie wystarczyło jednak tylko odgrzewanie starych patentów, dlatego postanowili ubarwić swoje utwory różnymi motywami niekoniecznie z cyklu tych szablonowych i w każdym z utworów cytują swoich mistrzów, ale przy tym je wykręcają, przekręcają i udziwniają. Dodają do tego wszystkiego sporo "pure nonsensu", znienacka wyskakują jazzowe wstawki, pobrzmiewają motywy z muzyki country & western, a tu i ówdzie wykorzystywane są wręcz dosłownie dźwięki z telewizji. Przoduje w tym szósty na płycie "A Story of the Typical Week of a Starving Musician". Cóż tam się nie dzieje!... Dyskotekowe rytmy, żarty z muzyki country, ciężkie riffy, fragmenty reklam, jazzowe improwizacje, samurajskie okrzyki i cholera wie co jeszcze. Co ciekawe, grupa stacjonowała do niedawna w Teksasie, tak więc wyjaśnia to czemu mimo wszystko więcej na tym krążku "amerykanizmów" niż czegokolwiek innego. Inną ciekawostką jest fakt, że masteringem albumu zajął się współpracujący przed laty z JIMMY HENDRIX'em, THE DOORS i JEFFERSON AIRPLANE muzyk THE BYRDS Harvey Gerst. Z drugiej strony VOLUNTARY MOTHER EARTH szydzi sobie z amerykańskiej mentalności, pop-artu oraz ikon tamtejszej kultury (vide tekst o Stevie Wonderze w "Makes Me Wonder" lub parodia Michaela Jacksona w "Forgive My Penis"), ale dodaje też dużo ekscentrycznych pomysłów i tyczy się to głównie tekstów. Bo któżby zaśpiewał, że rozwiązaniem wszystkich problemów współczesnego społeczeństwa są pomidory lub rozważał nad tym, że podano mu w barze zamiast zamawianej szklanki wody Sprite'a?! W tym szaleństwie jest metoda, bo tak surrealistyczna otoczka świetnie wiąże się z mimo wszystko poważnymi, rockowymi dźwiękami. Japończycy nie pojechali aż tak śmiało jak ich amerykańscy koledzy ze SLEEPYTIME GORILLA MUSEUM czy słynny prześmiewca "Weird" Al Yankovic, ale środki, jak by nie patrzeć, są chwilami dość podobne. I powiadam wam, że warto choć na chwilę uwolnić się od śmiertelnie poważnych i oklepanych dźwięków z metalowych płyt, bo "Unacceptable Vegetable" przynosi dawkę niezłej rozrywki, nie epatując przy tym głupotą i kiczem.
ocena: 8/10
www.voluntarymotherearth.com
www.myspace.com/voluntarymotherearth
autor: Diovis


VADER - "XXV"
(2 CD 2008 / Regain Records & Mystic Production)
VADER to klasyk. VADER to nasza wizytówka w świecie metalu. Jakkolwiek oklepane zdają się być te banały, oddają wielkość jedynego w swoim rodzaju zespołu, który nigdy nawet na chwilę nie zatrzymał się i nie spoczął na laurach. No może z tym drugim to trochę przesada, bo z wydawnictwami VADER'a bywało różnie i pewnie gdyby nie wytrwałość Petera i dopływ świeżej krwi do zespołu, to byłoby znacznie gorzej. W obliczu ostatnich dużych przemeblowań w składzie grupy nieco dziwnie słucha się tej płyty, która podsumowuje w swoisty sposób 25-tą rocznicę istnienia deathmetalowej legendy. Nie ma już perkusisty Daraya, gitarzysty Mausera i basisty Novego, a ci osobnicy przecież nagrywali w tym roku w Hertz Studio z mozołem to dwupłytowe wydawnictwo. Dlatego ten album jest również specyficznym zamknięciem pewnego okresu w historii VADER. Raczej tak dla przypomnienia wyjaśnię, że muzycy postanowili na nowo zarejestrować kawałki z wszystkich regularnych albumów kapeli, ale i dorzucić kilka niespodzianek dla fanów. Opinie są różne, tak jak to bywa przy okazji takich przedsięwzięć. Na pewno niektóre numery wyszły ciekawie, inne nieco mniej.
Zacznę od dysku numer 1 zawierającego numery od drugiego demo "Morbid Reich" aż po trzeci pełny album "Black To the Blind", choć nie powstawały one do końca chronologicznej kolejności, ale o tym za chwilę. Całość poprzedza klawiszowe intro "InVaders" nagrane przez Siegmara z VESANII i w najlepszy sposób podkreślające inspirację filmową trylogią rozpoczynającą się od "Gwiezdnym Wojen". Dalej mamy "Chaos" ze wspomnianej już demówki. Zagrane bardziej precyzyjnie i zdecydowanie po "nowemu". "Vicious Circle" i "Crucified Ones" to już zajawki rozpoczynającej się kariery VADER na Weście. To między innymi te kawałki, które rozeszły się w owym czasie po całym świecie, doprowadziły do podpisania kontraktu z bardzo liczącą się wówczas angielską Earache Records. Bez dwóch zdań to prawdziwe klasyki formacji dowodzonej przez Petera. Czy tylko ja mam wrażenie, że na "XXV" są szybsze od oryginałów? "Dark Age" to prawdziwy start VADER'a poza granicami Polski i część z nas pamięta jak z bijącym sercem oglądaliśmy pierwszy w historii polskiej muzyki rockowej video clip w hermetycznym MTV, w nadawanym z niedzieli na poniedziałek programie "Headbangers' Ball". Tu na płycie, chyba tylko dla wzmożenia mrocznego efektu, dorzucono partie klawiszy, a ponadto nieco bardziej pokombinowane solówki. I tak wolę pierwszą wersję ;) "Reign - Carrion" to łącznik między starym VADER'em a kolejną fazą rozwoju, kawałek wolniejszy i bardziej nasycony brzmieniem syntezatorów (także autorstwa Siegmara), natomiast "Silent Empire" otwiera wspomnienia wiążące się z ulubioną dla wielu płytą "De Profundis". Tu niestety efekt psuje niszczący klimat klawisz. Z tego albumu można na jubileuszowym wydawnictwie usłyszeć również nowe wersje "Reborn In Flames" z gościnnym udziałem Seth'a z holenderskiego SEVERE TORTURE, "Incarnation" i "Blood of Kingu". Przed nimi znajdują się na krążku tytułowy numer z zaskakującego w czasie jego wydania mini-albumu "Sothis" (umieszczonego później także na "De Profundis"). "Carnal" to chyba najbardziej znany i kojarzony do dzisiaj kawałek VADER'a. W Polsce można go było poznać najwcześniej na wydanym tylko tutaj singielku i co tu więcej dodawać?... Miażdży i w tej wersji, choć nie wiem akurat po co zmiękczono go symfonicznymi motywami. W 1997 roku ukazuje się album "Black To the Blind", uważany przez niektórych za bardzo dobry, ale opatrzony słabym soundem. Teraz to poprawiono, a reprezentują go numer tytułowy, "Fractal Light" oraz "Red Passage", na szczęście bez syntetycznych dodatków. Podsumowując pierwszy krążek, to kawał historii, ale mnie osobiście trochę zdegustowała tak duża ilość klawiszy, co jest moim zdaniem tanim chwytem skierowanym ku wychowanej na symfonicznym metalu młodym pokoleniu słuchaczy.
Dysk numer 2 przynosi kilka spodziewajek i tyleż samo niespodzianek. Na początek raczej mało ciekawy, eksperymentalny okres działalności legendy death metalu w postaci "Kingdom", które złym numerem nie jest, jednakże wielu fanów nie ma z nim związanych zbyt miłych wspomnień. To wówczas zatraciła się gdzieś ekstrema ich muzyki, a wielu wydawców zaczęło chętnie zarabiać na popularności zespołu wydając mało potrzebne nikomu kompilacje i epki. Na szczęście zaraz potem następuje mocne uderzenie albumem "Litany", z którego słyszymy na "XXV" aż cztery odsłony: piekielnie mocny "Wings", lekko pokręcony "Xeper", "Cold Demons", który był taką jakby drugą częścią "Carnal" oraz jeden z najchętniej odświeżanych przez VADER numerów, czyli "The Final Massacre". To przy okazji tej płyty Peter przyznał w nieoficjalnej rozmowie, że to ostatnie stare riffy, które wykorzystał i nie wiadomo czy przyjdzie wena na nowe. "Reign Forever World" był zlepkiem różnych nowych pomysłów i tych już nieco ogranych, co zaowocowało kolejnym wydawnictwem z cyklu "zapychaczy", choć akurat tytułowy kawałek z tego mini-CD jest i w nowej wersji dość udany. Następujący po nim "Epitaph" to wspomnienie CD "Revelations", a jednocześnie hołd złożony wieloletniemu bębniarzowi VADER'a Docentowi. O "Dark Transmission" można tylko napomknąć, bo to już współczesność i kolejny ukłon ku nowych fanom kapeli. Trzy ostatnie utwory to już spore niespodzianki. "Fear of Napalm" to cover TERRORIZER (wcześniej, na "Future of the Past" VADER przerobił już ich "Storm of Stress") z gościnnym udziałem Hala i Pierścienia z grind-core'owego DEAD INFECTION dedykowany zmarłemu nie tak dawno gitarzyście TERRORIZER oraz NAPALM DEATH Jesse Pintado. Z kolei "Wyrocznia" jest niejako powrotem do wydanej w 1998 roku płyty "Czarne Zastępy: W Hołdzie KAT", na której ten utwór pojawił się w deathmetalowej wersji z growlami Petera, a tutaj zaskakujący jest udział samego Romana Kostrzewskiego, który objawia się w naprawdę bardzo dobrej formie. Całość zamyka najstarszy kawałek, ogrywany we wczesnym składzie, z którego do dziś pozostał tak czy siak tylko Peter. Zowie się on "Tyrani Piekieł" i jest najbardziej klasycznie heavymetalowym kawałkiem w całym dotychczasowym płytowym dorobku naszej legendy death metalu oraz pierwszym zaśpiewanym przez Mr. Wiwczarka po polsku.
Jak sami widzicie, mocno się rozpisałem, ale komu jak komu należała się tak długa recenzja. Na koniec mam jeszcze pytanie: czy jest jeszcze jakiś fan VADER'a, który nie kupił tego wydawnictwa??... A oceny nie daję, bo a nuż znowu management się znowu na mnie obrazi... ;)
ocena: -/10
www.vader.pl
www.myspace.com/panzervader
www.regainrecords.com
autor: Diovis


VOËTSEK - "Infernal Command"
(CD 2008 / Selfmadegod Records)
Przy odsłuchiwaniu takich wydawnictw ożywają wspomnienia beztroskich czasów, gdy każda kolejna thrash- czy deathmetalowa płyta (wówczas jedynie na kasetach) była po raz pierwszy słuchana z biciem serca. W latach 80-ych istniało coś takiego jak thrash-core, co nie kojarzy się jakoś specjalnie komukolwiek urodzonemu w tychże latach 80-ych, bo obecnie mało kto gra bardzo szybki thrash z elementami hard-core'a. A jednak w Stanach, a pewnie i w kilku innych miejscach na świecie, działa trochę kapel, które inspirują się brzmieniami S.O.D, wczesnego SUICIDAL TENDENCIES czy D.R.I., a przy tym bardzo, ale to bardzo hałasują. VOËTSEK pochodzi z San Francisco i tam już zdążyło stać się popularne, przynajmniej w podziemnych kręgach fanów ostrego grania. Teraz dzięki Selfmadegod Records ich najnowszą płytę można będzie zakupić bez problemu i w Polsce. Jako że powrót thrash metalu stał się faktem, tako też jestem przekonany, że i u nas ta grupa znajdzie grono osób zainteresowanych ofertą VOËTSEK. "Infernal Command" to aż siedemnaście numerów łącznie trwających tylko nieco ponad 21 minut. Ale ileż w tych krótkich cięciach energii, żywiołu i mocy! Piekielnie szybkie tempa, trochę melodyjnych zwolnień i cały czas unoszący się duch thrashmetalowych brzmień Bay Area sprzed ponad 20 lat. Można powiedzieć, że ta muza ma buntowniczy charakter, ale przy tym dużo tu zabawy, humoru i aż się chce moshować pod sceną przy takich dźwiękach. Na czele grupy stoi niejaka Ami Lawless - babeczka "przy kości", ale energia ją nosi tak, że Billy Milano z S.O.D. pewnie z dumą przypatruje się swojej następczyni. Ta dziewczyna wypluwa z siebie teksty jak karabin maszynowy i tylko kwestią czasu jest przyzwyczajenie się do jej "kwiczącego" wokalu. Można jej to wybaczyć, bo ta muza musi mieć taką nieco niedbałą oprawę. Teksty są z tych "prosto z mostu", a tytuły takie jak "Sorry Don't Mean Shit", "Self-Righteous Fuckdom" czy "Dismember Momma" wiele mówią. Zresztą prześmiewczość w VOËTSEK objawia się również w ksywkach muzyków: Jef Leppard, Ben Reduction, Athena Dread, Scotty Karate i wspomniana już Ami Lawless to w taki lub inny sposób nawiązania do starych czasów, gdy w TV można było zobaczyć sporo glam metalu, wrestlingu czy filmów ze scenami sztuk walki. A już w ogóle rozwalił mnie tekst do kawałka o Lemmym z MOTORHEAD. No właśnie, "what would Lemmy do?" Pewnie zaprosi ich kiedyś do supportowania swojego zespołu i wtedy świat dowie się o tym pięciorgu muzyków gotowych rozwalić świat w drobny mak swoich ultra-szybkim graniem.
ocena: 7,5/10
www.selfmadegod.com
www.tankcrimes.com
www.myspace.com/voetsekthrashers
autor: Diovis


VERJNUARMU - "Ruatokansan Uamunkoetto"
(CD 2008 / Dynamic Arts Records & Foreshadow Music)
Rozumiem, że różne muzyczne ciekawostki są potrzebne, by wydawcy mieli czym zaskakiwać słuchaczy. Rozumiem nawet rozrzut stylistyczny w obrębie jednej firmy wypuszczającej płyty. W końcu wydawanie przez lata na przykład tylko klonów DARKTHRONE nikomu nie przyniesie chwały, a skoro już prowadzi się wydawnictwo, to chciałoby się mieć parę groszy na kolejne krążki i na tak zwany "kieliszek chleba". Do czego dążę? Ano do tego, że Dynamic Arts Records zechciało mieć u siebie wątpliwą ciekawostkę lingwistyczno-muzyczną. Już za samą nazwę VERJNUARMU ktoś powinien dostać porządne wpierdeńko, bo nijak się tego nie da wymówić. To tak jakby polska kapela o nazwie CHRZĄSZCZ próbowała robić karierę za granicami naszego kraju. Zresztą podobno teksty na "Ruatokansan Uamunkoetto" są napisane w dialekcie Savo, którego nawet rodowici Finowie nie rozumieją do końca ;) Cóż, pewnie wkrótce i ktoś u nas wpadnie, by stworzyć metalowy zespół śpiewający po kaszubsku... ;) Całe to zamieszanie i zjawisko byłoby z pewnością godne odnotowania, gdyby wraz z tym w parze szła choćby trochę intrygująca muza z ciekawym klimatem i rozwiązaniami. Tymczasem całe to VERJU-mniam mniam pretenduje do bycia drugą AJATTARA - tworem równie nudnym i zdecydowanie przereklamowanym. Trochę prostackiego black'u w postaci kraczącego coś wokalisty, trochę topornego death i heavy metalu, kwadratowe i oklepane riffy... Przypomina to taki koszmarek z Niemiec pod nazwą EISREGEN. Cóż, chciałoby się być tak sławnym jak koledzy z FINNTROLL, prawda panowie od tej płyty?? I tak sobie myślę, kiedy w końcu dobiegnie kres forowania pewnych nacji w metalu? Niektóre zespoły ze Szwecji, Norwegii, Finlandii czy Niemiec powinny dostać zakaz wychodzenia poza granice swojego kraju. Bo po co tak naprawdę zaprzątać sobie głowę tak bezbarwnymi zespolikami jak ten tutaj? Demokracja to jednak nie do końca przemyślany system, ech...
ocena: 2/10
www.verjnuarmu.net
www.myspace.com/verjnuarmu
www.dynamicartsrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


VESPERS DESCENT - "Reality Dysfunction"
(MCD 2008 / Prime Cuts Music)
Muzycy VESPERS DESCENT spóźnili się jakieś 8-10 lat, by osiągnąć komercyjny sukces i być nowatorami w dziedzinie melodyjnego death metalu. Z drugiej strony zaczynali już w XXI wieku, więc siłą rzeczy dzięki obraniu takiego, a nie innego kierunku muzycznego zostali skazani na bycie naśladowcami. Na szczęście moda na powstawanie kolejnych, najczęściej nieudanych klonów IN FLAMES została zatrzymana przez ich nadmiar oraz brak zainteresowania ze strony wydawców i wytrwałe poczynania Aussies powinny być w końcu docenione. Bo "Reality Dysfunction" to zbiór bogatych w zawodowo wykonane dźwięki utworów, które sięgają po wypróbowane wzorce DEATH, DARK TRANQUILLITY oraz IN FLAMES. Jeszcze w otwierającym płytkę "Spectral Awakening" jest typowo "szwedzko": są rytmiczne bicia rodem z "The Jester's Race", melodyka z "Whoracle" i wokale w stylu Andersa Fridena, ale już "Reality Dysfunction" oferuje większy ładunek mocniejszego i czasem bardzo szybkiego, a jednocześnie technicznego grania. Tak samo udany jest wzbogacony delikatnymi klawiszami, bogaty w solówki i rytmiczne łamańce "Deceiver". W tym momencie już wiadomo, że VESPERS DESCENT nie jest tylko jedną z wielu kopiujących gothenburskie brzmienie kapel, choć "Cryptic Visions", jak i zamykający materiał instrumentalny "Eclypse" znowu bezpośrednio nawiązują do starszych dokonań IN FLAMES. Metalowcy z krainy kangurów wzięli też na warsztat utwór praojców melo-death metalu AT THE GATES. Cóż, "Blinded by Fear" to jedynie poprawne wykonanie tego klasyka, nic poza tym. Ogółem "Reality Dysfunction" zawiera przebłyski kreatywności, które winny w przeszłości zaprocentować pełnym albumem, przy czym "Kangury" muszą przestać słuchać wyłącznie innych, a dodać coś więcej od siebie. Na razie jest solidnie i po części interesująco.
ocena: 7/10
www.vespersdescent.com.au
www.primecuts.com.au
autor: Diovis


V/A - "Thrashing Like a Maniac - 16 Ripping Cuts of New School Thrash"
(CD 2008 / Earache Records & Mystic Production)
Nie lubię wszelkiego rodzaju składanek, chyba, że zawierają kapele mało znane, które warte są poznania i które reprezentują naprawdę wysoki poziom. Szczególnie nie lubię składanek dodawanych do pism, które zawierają znane kapele. Po co tego słuchać, skoro i tak każdy kupi sobie pełną płytę? Do opisywanej płyty dodano zina poświeconego thrash metalowi. Wkładka zawiera opis każdej z grup, fotkę, jest to taka profesjonalna prezentacja młodych kapel. Niektóre z nich, jak np. TOXIC HOLOCAUST, DEKAPITATOR, FUELED BY FIRE, WARBRINGER i MERCILESS DEATH nie wymagają takowej promocji, gdyż są znane, wydały już swój debiut, albo nawet kilka płyt. Płytę otwiera BONDED BY BLOOD. Oczywiście nie muszę mówić skąd wzięła się nazwa zespołu. Bardzo mocny thrash w klimatach starego EXODUS. Następnie EVILE i świetna muza rodem z debiutu TESTAMENT. Kolejny utwór to MUNICIPAL WASTE. Cóż, tutaj klimaty ANTHRAX z okresu "Among the Living". Następny DEKAPITATOR, czyli ex-członkowie EXHUMED i REPULSION w utworze "Deathstrike Command" nasuwającym skojarzenia z pierwszą płytą DEATH. FUELED BY FIRE zaatakował numerem ze swojej ostatniej, świetnej zresztą płyty. Znowu Bay Area najwyższych lotów. DECADENCE to z kolei utwór "Corrosion" i charyzmatyczna wokalistka Kitty Saric. To już bardziej współczesna odmiana thrash metalu, takie granie lekko trącące corowymi wpływami. Jako siódmy zespół zaprezentował się WARBRINGER, którego płyta jest już dostępna w Century Media. Stare, dobre granie i utwór "Total War" - chyba wszystko jasne. Mieszanka starego SLAYER i TESTAMENT. Ósemka to SSS - jeden ze słabszych utworów na płycie. Nie lubię crossover i wszystkich tego typu odmian. Taka mieszanka DRI i SOD. Dziewiątka z kolei to GAMA BOMB i "Zombi Brew" - taki wesoły thrash, trochę FLOTSAM AND JETSAM z późniejszego okresu. MERCILESS DEATH to kapela mająca już swój status na scenie Utwór "Exumer" przenosi nas w czasy "Show No Mercy" wiadomo kogo, z wokalami przypominającymi mi niemiecki odpowiednik tytułu utworu. Dalej mamy DEADFALL i znowu nieco współczesnego grania. Szału nie ma, ale utwór nie męczy, wokale w stylu Machine Head z debiutu. LAZARUS to melodyjny thrash metal z Winsconsin, taki późny TESTAMENT z czasów "Practice..."... całkiem niezłe granie. TOXIC HOLOCAUST to chyba najbardziej znana kapela z tego grona, szkoda tylko, że umieszczono numer z płyty z 2003 roku. Spodziewałem się czegoś nowszego. Pomimo tego jeden z mocniejszych numerów tej składanki. Jako czternasty na płycie prezentuje się nam angielski MUTANT. Utwór "Psycho Therapy" to znowu współczesne granie, szczególnie brzmienie, aczkolwiek mam wrażenie, że już gdzieś słyszałem te riffy. Oj, zalatuje KREATOR z "Extreme Aggression" i "Coma of Souls". Przedostatni na płycie jest VIOLATOR i "Atomic Nightmare". Utwór ten otwiera ich ostatnią płytę. Brzmienie nieco zbliżone do SEPULTURY z okresy "Schizophrenii", pomieszane z typowym amerykańskim graniem. Płytę zamyka SEND MORE PARAMEDICS - nazwa rodem z filmu o zombie, niestety teraz nie pamiętam tytułu, zapamiętałem tylko tę scenę i tekst zombiaka przez CB radio: "send more paramedics" hehe. Kapela zresztą używa takiego image, ale muzycznie mamy do czynienia niestety znowu z jakimś thrash/crossover. Na szczęście numer trwa około dwie i pół minuty, więc można jakoś przez to przebrnąć. Reasumując, całkiem ciekawa płyta prezentująca to co się dzieje w thrash metalu. Oczywiście zespołów równie dobrych jest mnóstwo i zaprezentowanie tylko tych najciekawszych graniczy z cudem. Warto jednak posłuchać, gdyż jest to dowód na to, że thrash metal wcale nie umarł, wręcz przeciwnie - ma się całkiem dobrze. Fajna płyta, szczególnie do samochodu, przy niektórych numerach ma się ochotę wcisnąć gaz do oporu ;)
ocena: -/10
www.earache.com
autor: sThor

INDEX   V   [1]   [2]