| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   W   [1] 


WHOREHOUSE - "Execution Of Humanity"

(CD 2009 / Mad Lion Records & Defense Productions)

Teraz już wiem, że jeśli TESTAMENT każe nam znowu czekać dziewięć lat na nowy krążek, zamiast biadolić gdzieś przy kuflu piwa, że Amerykanie mogliby coś wreszcie wydać, sięgnę po dokonania krakowskiego WHOREHOUSE. Zasłużona nazwa, jaka pojawiła się w pierwszej linijce tej recenzji, zapłonęła w mej głowie niczym żaróweczka wręcz natychmiast po tym, jak pierwsze takty "Violent Storm" ugotowały powietrze w mym pokoju. Masywny, solidny, bezpośredni, oldshoolowy thrash to chyba wszytko, co można o tym materiale powiedzieć. Skoro jednak przemknęła tu nazwa TESTAMENT, to każdy komu nie obce są dokonania komandosów zza wielkiej wody takie jak "Demonic", czy "The Gathering" wie doskonale, że gdzie oni, tam często i death. Nie inaczej jest też w przypadku "Execution of Humanity". Choć thrash jest tu panem i władcą, wpadniemy czasem na znamiona śmierć metalu. Kolejnym zespołem, do którego twórczość WHOREHOUSE mógłbym porównać jest rodzimy projekt zwany RETRIBUTION i jak się okazuje - nie bez powodu. Gdy zerkniemy na personalia osob, które zasilały niegdyś szeregi WHOREHOUSE, zauważymy, że grał w nim niejaki MR. J. Karson, który maczał palce również w RETRIBUTION. Jeśli prześledzimy z kolei roszady personalne, będące udziałem tej drugiej nazwy z pewnością odkryjemy, że Shambo (to chyba nie ten, który stał za basem na "Black To the Blind" pod wodzą generała Wiwczarka...), który niegdyś w RETRIBUTION śpiewał, dziś w WHOREHOUSIE wali w bębny. Zaiste, niezbadane są wyroki personalnych przegrupowań, zwłaszcza w rodzimym metalu. Do tego jeszcze w "Step By Step" potrafią urzec fajową rytmiką. W "Like a Scum" SLAYER'em lekko zajechać, a w kolejnym na płycie "New Life" skojarzenia z ANNIHILATOR'em przywołać. Nie można tu więc mówić o graniu nudnym i mało ciekawym. Jak byśmy jednak tego materiału nie przetrząsali, na jakie porównania się nie silili, czego byśmy z tej zacnej ściany dźwięku nie wyłowili - i tak będzie jasne, że ten band to hołd złożony potędze klasycznego, amerykańskiego thrashu. Myślę jednak, że może on znaleźć niejednego nabywcę. Tak się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy bombardowałem swe bębenki słuchowe graniem mocno alternatywnym, progresywnym i w ogóle muzyką nie z tego padołu, która częściej niż z wątroby, pochodziła z głów jej twórców. Gdy odpaliłem "Execution of Humanity" jasne stało się, że ewidentnie brakowało mi oldschool'u. Chociaż, z całym szacunkiem dla Seby i jego świty, nikt tu do poziomu takiego Bostapha, czy Skolnicka ani na chwilę nie dobija, można pokusić się o stwierdzenie, że chłopaki swoje instrumenty obsługują sprawnie, a niekiedy grają z prawdziwym polotem (solo z ostatniego "Ex Termin 8"). Nie sądzę by ktokolwiek jednak chciał się tutaj ścigać. Tym bardziej, że nie ma po co. Pierwowzorów zza wielkiej wody i tak nie ma szans w owej dyscyplinie wyprzedzić, czego by kto nie nagrał. Jest to płyta adresowana w moim odczuciu do wszystkich tych, którzy tęskno wzdychają do tak zwanej starej szkoły gatunku, a którzy nie chcą po raz trzy tysiące dwieście osiemdziesiąty dziewiąty odpalać takiego "The Legacy", "Bonded By Blood", czy "Alice In Hell". Ja na przykład odkryłem tu coś, do czego żywię gigantyczny wręcz sentyment. Co prawda dość ulotnie, ale jednak pojawia się w tych nagraniach duch absolutnie jedynego w sowim rodzaju "Kill'em All", aż głupio pisać kogo. Wystarczy posłuchać drugiej połowy "New Life". Miód na każde metallibangerowe serce!

ocena: 7/10
www.myspace.com/alkowhoreinc
www.madlion.eu
autor: Kępol




WARFECT - "Depicting the Macabre"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Muzycy związani w przeszłości między innymi z LORD BELIAL i BESTIAL MOCKERY, wsparci przez mniej znanych kolegów postanowili pograć sobie thrash metal. Z ich doświadczeniem i umiejętnościami można było się spodziewać co najmniej dobrego wydawnictwa. Owszem, sprawni są i osłuchani, a "Depicting the Macabre" odnosi się w bezpośredni lub pośredni sposób do twórczości METALLIKI (w szczególności do tej z "...And Justice For All"), wczesnego MACHINE HEAD, SEPULTURY, PANTERY czy TESTAMENT. Sprawdza się to na pewno bardziej w tych bardziej konkretnych, szybkich fragmentach. Również rozszalałe melodyjne solówki są całkiem do rzeczy. Za to już w samym konstruowaniu utworów Szwedzi popadają w pułapkę, w jaką wpadało przed nimi wielu. WARFECT niepotrzebnie wdaje się w jakieś nowomodne smaczki w rodzaju rwanych gitarowych leadów (przenika to też do pracy sekcji rytmicznej), których nie można nazwać ani hard-core'owymi, ani metal-core'owymi, ale są tak czy siak drażniące. Szwedzka ekipa też nijak nie potrafi wybrnąć z pewnego melo-death metalowego szablonu, czy zagrywek wystarczająco nadużytych przez THE HAUNTED i ich podobnych. W połączeniu z technicznym graniem lub konkretną jazdą wychodzi z tego mało zadowalająca i mało konsekwentna całość. Wynika to prawdopodobnie z tworzenia innych dźwięków w przeszłości, a co za tym idzie z nabytych wówczas nawyków. Thrash metal w wykonaniu WARFECT jest przez to nazbyt siłowy i rozmydlony, a osadzanie go w takiej czy innej estetyce wnosi niepotrzebny chaos. Efekt jest taki, że dużo tu dźwięków, dużo muzyki, a niewiele momentów, które choć na chwilę zwracają uwagę: akustyczne solówki w "Heathen Reigns", wciągająca motoryka i mroczny klimat w numerze tytułowym i na wpół balladowy, bardziej melodyjny i mocno Metallikowski "Never To Return". To za dużo za mało, by uznać ten krążek za interesujący.

ocena: 5/10
www.myspace.com/warfect
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




WAY TO END - "Desecrated Internal Journey"

(CD 2009 / Debemur Morti Productions)

Jest ich czterech, nazywają się WAY TO END i pochodzą z Francji. Tyle wiadomo, ale równie dobrze można by napisać, że są z innego wymiaru i tworzą jakąś dziwną jedność wprowadzającą dekonstruktywny chaos do otaczającej nas normalności. "Desecrated Internal Journey" to faktycznie podróż poprzez zagmatwane, skłębione wewnątrz ludzkiego jestestwa myśli, emocje i ponadnaturalne stany. Black metal jest tu tylko narzędziem, które służy do wytworzenia pewnego klimatu i na dobrą sprawę wprowadza słuchacza w konfuzję i zmieszanie. To, co skutecznie wciela w życie na przykład BLUT AUS NORD, tu jest skierowane w jeszcze inną stronę. Dysharmonie, dysonanse i chorobliwe aranżacje nie są jedynie sztuką dla sztuki, ale zahaczają o konstrukcje współczesnej muzyki poważnej. Złożona melodyka jest przeinaczona, ale na tyle czytelna, że poszczególne utwory nie są tylko chaotycznymi wytworami szalonego mózgu, a pewnym środkiem mającym za zadanie wprowadzić słuchacza w swoisty trans lub przynajmniej go zaintrygować. Udało im się to z całkiem dobrym skutkiem, bo pomimo pokomplikowania muzyki i nagromadzenia kilku wokali (bywa, że tworzą nawiedzony chór) całość jest bardzo sensowna i zaciekawiająca. Swego czasu EMPEROR nagrał trudne do przyswojenia dla wielu dzieło "Prometheus - The Discipline of Fire & Demise", ARCTURUS też stworzył ponadczasowego "La Masquerade Infernale" i pewnie z czasem muzycy tych grup uświadomili sobie, że wypuścili w świat wirusa, który przyczynił się do powstania takich zjawisk, jak WAY TO END właśnie. Ci jednak nie poprzestali na inspiracji, przeszli jeszcze na drugą na stronę lustra i nie do końca stamtąd wrócili, czego efektem jest właśnie ta płyta, która stawia przed innymi niemałe wyzwanie. Aż strach się bać, do czego będą zdolni twórcy za lat kilka, a przecież i WAY TO END nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, a obok ORANSSI PAZUZU są jednym z najważniejszych odkryć 2009 roku.

ocena: 8/10
www.myspace.com/waytoendmetal
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




WHIPLASH - "Unborn Again"

(CD 2009 / Pulverised Records)

Przy każdej okazji, gdy WHIPLASH nagrywa coś nowego, wydawcy przekonują o niesamowitym wkładzie tej kapeli przy powstawaniu thrash metalu w latach 80-ych. Owszem, "Power And Pain" i "Ticket To Mayhem" to bardzo udane krążki ale jeśli by zliczyć wszystkie takie albumy, które wyszły w tamtych czasach, to lista byłaby bardzo długa. Pamiętam też, że znalazła się wówczas pewna grupa osób, które twierdziły, że WHIPLASH to taki ubogi kuzyn METALLIKI. Nie podejrzewam jednak, by liderem WHIPLASH, gitarzystą i wokalistą Tony'm Portaro kierowały koniunkturalne pobudki, bo gdyby tak było, przyjąłby ofertę (a zapewne takie były) któregoś z chcących wyssać jak najwięcej dla siebie molochów wydawniczych, a nie wciąż podziemnej Pulverised Records. Również ci oczekujący, że thrash'owi weterani nagrali część drugą któregoś ze wspomnianych wcześniej albumów poczują się lekko zawiedzeni. Choć nie do końca, bo takie numery, jak "Swallow the Slaughter", "Fight Of Flight" i "Pitbulls In the Playground" czy w ogóle charakterystyczna budowa utworów i specyficzny, trochę piskliwy wokal Portaro (skrzyżowanie młodego Biffa Byforda z SAXON i Dave'a Mustaine'a z MEGADETH) nie uległy znaczącym zmianom. WHIPLASH zachował się przy okazji "Unborn Again" podobnie jak DEATH ANGEL, czerpiąc z przeszłości i własnego dziedzictwa, ale dzięki doświadczeniu i upływowi czasu był w stanie nagrać kawał dojrzałej, choć trochę nierównej pod względem poziomu muzy, w której thrash jest tylko narzędziem dla osiągnięcia czegoś więcej. W paru miejscach odzywają się heavy metalowe, a nawet hard rockowe korzenie. Weźmy choćby brzmiący chwilami jak stary VAN HALEN "Snuff" (tak nawiasem mówiąc, to WHIPLASH nagrał tu też cover "I've Got the Fire" tej kapeli, w którym śpiewa perkusista Joe Cangelosi) albo pierwsze takty "Fight Or Flight", które kojarzą się jednoznacznie z LED ZEPPELIN. Chyba jeszcze większym zaskoczeniem jest klasycznie hard rockowy "Firewater" z indiańskimi zaśpiewami samego producenta, legendarnego Harrisa Johnsa (tak, to ten gostek od płyt KREATOR, PESTILENCE, VOIVOD czy TANKARD). Zresztą to nie jedyny gość na tym krążku, bo dwukrotnie solówkami popisuje się Frank Blackfire z SODOM. Na koniec jeszcze parę słów o okładce, za którą odpowiada inna legenda od thrash'owych front coverów, Ed Repka. Bazuje ona na cyrkowym intro do płyty, a żeby było ciekawiej, wytatuowana cycata blondyna trzyma w prawej ręce "ticket to mayhem". I jak tu nie posądzać kogoś, że chce skorzystać na którymś tam powrocie WHIPLASH, który na dobrą sprawę nigdy na długo nie odchodził? ;)

ocena: 7,5/10
www.myspace.com/whiplashusa
www.pulverised.net
autor: Diovis




WISDOM IN CHAINS - "Everything You Know"

(CD 2009 / I Scream Records)

Gdybym spotkał w ciemnym zaułku takiego gościa, jak Mad Joe, to nie wiem... dostałbym pewnie zajęczych nóg, o ile ten czarnoskóry bysio by mnie wcześniej nie dorwał. Mad Joe to wokalista WISDOM IN CHAINS - postać bardzo ekspresyjna, hard-core w czystej postaci. I taka też jest płyta "Everything You Know" - bezkompromisowa, wściekła, ognista, życiowa, chuligańska, choć przy tym również różnorodna. Bo często jest tak, że krążki z taką muzą zwyczajnie nużą już po kilku lub kilkunastu minutach. Z tą jest nieco inaczej, bo obok typowych, szybkich walnięć w oi'owskim lub punkowym stylu jest sporo bardziej wyważonego stuffu, kilka melodyjnych, iście rockowych (oczywiście w street rockowym stylu) numerów. Dla przykładu "Chasing the Dragon" to ponad trzy minuty rockowego drive'u, w "Perfect Day" mnożą się solowe popisy gitarzystów, chwytliwe i klasyczne w swojej wymowie są "I Go On", "Start Living" i "Girls Lie, Cops Lie, Dogs Love". Z kolei numer tytułowy czerpie silnie z dokonań SLAYER'a, "The Death of Whiskey Finger" to swoista hard-core'owa ballada, która z czasem zamienia się w szybki numer, a na samym końcu został umieszczony prawie hard rockowy "Splinter" z osobistym, pełnym emocji tekstem Mad Joe'a. Ale "Everything You Know" to przede wszystkim bezwzględny i niepowstrzymany pałer o rock 'n rollowym zacięciu, hard-core'owej dynamice i bijących prosto w mordę uderzeniach w stylu street rocka, heavy punk i oi!. Mad Joe przypomina tu swojego starszego zioma Ice'a T, który przyznawał się do inspiracji BLACK SABBATH i taki wzorzec przeniósł na poletko HC w swoim BODY COUNT, podczas gdy frontman WISDOM IN CHAINS znajduje się w konkretnym wykrzykiwaniu tekstów a la New York Hard Core, a wraz z nim ochoczo pokrzykuje reszta ekipy w osobach Richie'go, Evana, Big Show'a, Suicide'a i Shannon'a. Już sobie wyobrażam jakie szaleństwo musi panować na ich koncertach hehe. I chociaż nie uważam się za zagorzałego fana takiej muzy i po tego typu płyty sięgam głównie przy okazji pisania recenzji, to podoba mi się, że WISDOM IN CHAINS nie zamyka się w jednej szufladce, a przy tym jest do bólu tradycyjne, bezkompromisowe i szczere w tym co robi. Jeśli nie jest Wam obojętne grzańsko DISCIPLINE, BIOHAZARD, AGNOSTIC FRONT czy RAMONES - śmiało, szukajcie tego albumu! Byle nie torrentów, bo Mad Joe zapuka do Waszych drzwi i spuści wpier... niemiło będzie, o!

ocena: 7,5/10
www.myspace.com/wisdominchains
www.iscreamrecords.com
autor: Diovis




WHILE HEAVEN WEPT - "Vast Oceans Lachrymose"

(CD 2009 / Cruz Del Sur Music)

Czasem zdarza się, że dostaję do ręki płytę, która obiecuje swoją okładką i tytułem niezapomniane wrażenia... ale tylko na obietnicy się kończy. Podobnie stało się z albumem pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych (Virginia) formacji WHILE HEAVEN WEPT - "Vast Oceans Lachrymose". Podobno band gra progressive epic doom metal... podobno, bo tylko na deklaracjach się kończy... Wracam jednak do samego albumu. Z tego, co udało mi się wyczytać tu i tam, wydawnictwo to powstało po dosyć długim okresie oczekiwań (delikatnie mówiąc, bo 20 lat to chyba trochę długo :). Do teamu WHILE HEAVEN WEPT dołączył na vocalu Rain Irving (dawniej metalowo-progresywna MAGNA CARTA). Tak więc grupa ustabilizowała skład i oto słucham albumu i nadziwić się nie mogę... Pierwszy kawałek zaczął się dość obiecująco i myślę, że tak jak szybko się rozpoczął, tak szybko powinien się skończyć, bo w chwilę później niebezpiecznie dziwnie zaczął podążać w sobie tylko znanym kierunku... Niby dobra praca gitar, niezły bas i sekcja perkusji, ale vocal???? Z DOOMEM mający chyba tylko wspólną ... literę "O" w samym wyrazie. Drugim utworem "The Furthest Shore" grupa postanowiła wystawić cierpliwość słuchacza na niezłą próbę (ciągnący się 15' 44 kawałek ) - nie powiem, dość melodyjny, to jednak trochę w tym wydaniu za długo. Owszem, mogę posłuchać długodystansowych utworów, ale wtedy gdy w grę wchodzi BATHORY; IRON MAIDEN czy choćby nowe PORCUPINE TREE. Pomijając jednak czas trwania utworu, mogę pochwalić pracę gitary akustycznej, która dodała trochę smaczku i niczym pajęcza sieć pozwoliła się trochę "otulić" dźwiękiem. "To Wander the Void” trochę mnie rozchmurzył ,bo już zrobiło mi się jakoś tak znajomo (ewidentnie lepsze tempo, trochę stylem zbliżony do IRON MAIDEN, QUEENSRYCHE), ale w dalszym ciągu nie mogłam się doszukać czegoś, co pozwoliłoby zapamiętać ten utwór na dłużej... I tak "dopłynęłam" do ostatniego utworu "Vast Oceans Lachrymose - Epilogue". Zupełnie odmienny stylistycznie od pozostałych, wyraźnie w klimacie ambient i co najciekawsze, chyba jedyny, który zapamiętam. Bardzo delikatny, wyciszający i pozwalający na krótką ucieczkę w inny wymiar, przyjemne dla ucha partie gitar elektrycznych, subtelnie wkomponowane pasaże klawiszy, sekcja perkusji w wersji soft... Za oknem szaro, jesiennie już... a ja cieszę ucho wysublimowanym "Oceanem Łez" i chyba to dobre zakończenie tego albumu :). Podsumowując, myślę, że dla muzyków deklarujących tak długi staż muzyczny wydanie albumu zawierającego tylko 4 utwory i tak zagrane - to stanowczo za mało. Podziwiam cierpliwość fanów, których zapewne zespół ma (tak długi czas oczekiwania na album... to jednak sporo). Sam poziom tego wydawnictwa na kolana nie rzuca, a lubię, kiedy dobra płyta mnie emocjonalnie "sponiewiera" :). Jest to zdecydowanie lekki album i chyba nie podpadnę feministkom, gdy zaryzykuję stwierdzenie, że to taka "kobieca muza". Zupełnie nie spełnia jak dla mnie wymagań gatunku doom metal (owszem, lekko epicka, trochę metalu i klasyki, lekki ambient, zdecydowanie delikatne vocale)... było miło :)

ocena: 4/10
www.whileheavenwept.com
www.myspace.com/whileheavenwept
www.cruzdelsurmusic.com
autor: Luna




WSCHÓD / SIMERIS - "Korzenie Zła"

(Split-MC 2009 / Strigoi Records)

Jednoosobowy WSCHÓD i okryty tajemnicą SIMERIS wspólnie stworzyły ideologicznie "niepoprawny politycznie" materiał. Na stronie A - tu zatytułowanej "Stroną Korzeni" - Kriegsminister skupia się na swojej wizji walki z "czerwoną zarazą", czyli innymi słowy - komunizmem. "Krew i Dyscyplina", "Dzień Sznura", "Czerwony Mór" i "Groza Nocy" to opowieści poświęcone tym, którzy walczyli z tym systemem, ale nie są to opisy rodem z historycznych książek, a raczej spisane (uwaga! w języku polskim) odczucia. Trochę zanadto to martyrologiczne na taki rodzaj muzy i niektórym skojarzy się z dokonaniami zakazanego w naszym kraju HONORU. Takie też są linie wokalne - raczej wykrzyczane niż wyskrzeczane. Muzycznie to prosty black metal z rytmiką i melodyką charakterystycznymi dla norweskich kapel z tak zwanego drugiego obiegu. Chwilami tempo zwalnia, pojawiają się próbki gitarowych solówek, ale da się wyczuć, że WSCHÓD postawiło bardziej na przekaz ideologiczny, aniżeli na stworzenie ciekawie zbudowanych utworów. SIMERIS jest jakby jeszcze bardziej na czasie. Na stronie B kasety oznaczonej jako "Strona Zła" opisuje własnymi słowami dokonywane w latach 1944 - 1946 na Kresach (obecne tereny Ukrainy) krwawe rzezie spowodowane religijnym konfliktem. Najlepiej oddaje to kawałek "Lasy Tarnopola" i warto tu zacytować jeden z fragmentów tekstu: "Poznaj prawdziwe oblicze maskarady / której finałem były morderstwa / w imię katolickich wartości / w imię prawosławnych ideałów". Osobiście nie przepadam za mieszaniem się jakichkolwiek metalowych kapel w sprawy polityczne, ale SIMERIS ma swoje zdanie na ten temat, stąd pewnie pomysł, by przekazać to poprzez cztery utwory wypełniające drugą stronę kasety. Całkiem ciekawie prezentuje się ten band od strony muzycznej. Bezlitosne, szybkie, black metalowe granie z wyrazistym basem i wokal z pogłosem pasują do wojennych tekstów. Tu również można by przywołać gro norweskich kapel z tego kręgu, jednak SIMERIS nawiązuje również do polskiego podziemia BM sprzed lat, czyli hord pokroju VELES czy GALGENBERG. Warto tu też wspomnieć, że numer "Pochwała Wojny" to cover KRISTALLNACHT. Tylko nie za bardzo wiem czemu w krótkim intro do "Lasów Tarnopola" pobrzmiewa chińska melodyjka...
Jest więcej niż pewne, że zawartość tej kasety wiele osób uzna jako przejaw tak zwanego NSBM, ale byłbym ostrożny z wyciąganiem takich wniosków. I tak sięgną po te utwory jedynie prawdziwi maniacy ukryci w głębokim undergroundzie i głównie do tych kieruję powyższe słowa.

ocena: 5/10 (Wschód), 7/10 (Simeris)
www.strigoirecords.com
autor: Diovis




WHITE WIZZARD - "High Speed GTO"
(CD 2009 / Earache Records & Mystic Production)

Earache Records z pełną premedytacją kreuje trendy na "nową falę" thrash metalu, a od niedawna także tradycyjnego heavy metalu. Co prawda to takie sztuczne i naciągane inicjatywy, bo w różnych zakątkach świata przez wszystkie minione lata grało się te gatunki, tyle że pozostawały w cieniu innych, bardziej popularnych i nie nakręcano koniunktury. Ale to prawo wydawców i jeśli Earache będzie wydawać wartościowe kapele, to bardzo dobrze. Na razie warto się przypatrzeć Amerykanom z WHITE WIZZARD, którzy w lipcu 2009 roku zadebiutowali niespełna półgodzinnym materiałem "High Speed GTO". Otwierający płytę numer tytułowy jest naprawdę świetny przebojowy, kąśliwy, stojący w opozycji wobec nowoczesnych produkcji, z fajnymi partiami gitar, wyraźnym basem i nie nazbyt egzaltowanym wokalistą. Pochodzący z Los Angeles zespół faktycznie nawiązuje tu do klasycznego heavy metalu, zahaczającego o hard rocka i niektóre patenty typowe dla znienawidzonego przez wielu, ale dobrze sprzedającego się przed około 20 laty hair metalu. Przykładem jest kolejny na płycie "Celestine", który w równej mierze jest inspirowany IRON MAIDEN, JUDAS PRIEST, ACCEPT czy SCORPIONS, co na przykład W.A.S.P., L.A. GUNS i PRETTY MAIDS. Nawet pohukiwania w chórkach są podobne, ale obok tego mamy cięte gitarowe riffy. Taka mieszanka soft i heavy metalu przewija się do samego końca, a po drodze mamy naprawdę udany numer "Into the Night" z ciekawymi solówkami i riffem zapożyczonym z płyt Judasów, nieco cięższy "March of the Skeletons", przypominający wczesne nagrania Ironów "Megalodon", melodyjne i trochę banalne w formie "Octane Gypsy", a na sam koniec jeszcze jeden heavy metalowy kawałek "Red Desert Skies". Ogółem warto się przysłuchać propozycji WHITE WIZZARD, ale za chwilę i tak się okaże, że podobnie gra lub zacznie grać niezliczona ilość innych kapel...

ocena: 7/10
www.whitewizzard.com
www.myspace.com/whitewizzard
www.earache.com
autor: Diovis


WITCHMASTER - "Trücizna"
(CD 2009 / Agonia Records)
WITCHMASTER jest niczym HELL-BORN - czym starszy, tym dojrzalszy i wyborniejszy. Bachusowskie pochodzenie (Zielona Góra - kraina winnic i miejsce produkcji wyśmienitej gorzałki) też ma z pewnością wpływ na radosną twórczość grupy, która ma teraz swoją kwaterę główną gdzieś w Anglii. "Trücizna" to długo oczekiwany album black/thrash metalowców i bez wątpienia doskonałe odniesienie do trzech poprzednich krążków. Z jakąż to łatwością wychodzą spod palców tych czterech muzyków chwytliwe riffy, nietrudne do zapamiętania refreny i pobudzające do rytmicznego machania czupryną skoczne motywy! Nie, WITCHMASTER nie sprostytuowało się jak co niektórzy politycy i nadal łupie swoje i - co warto zaznaczyć - już po kilku sekundach można rozpoznać, że to gra ten właśnie zespół. "Trücizna" bez dwóch zdań ukazuje tych muzyków od najlepszej strony i słychać, że są w świetnej formie. Reyash, Bastis, Kali i Bastek (a gdzie Inferno, hej?!) znają się od lat, wiele hektrolitrów alko razem pochłonęli, muzycznie współgrają ze sobą, co można odczuć w każdym z tych dźwięków. Począwszy od wykrzyczanego po polsku tytułowego numeru, poprzez piekielnie szybkie "Total Annihilation", opatrzone zapadającymi w pamięć liniami wokalnymi "Road To Treblinka" czy "Two-point Suicide" i thrash'owe, oparte na prawie marszowym tempie "Bred In Captivity", aż po zagrany ze swadą i nawet szybciej niż w oryginalnej wersji cover "Troops of Doom" SEPULTURY. Mam wrażenie, że ci kolesie mają już taki nawyk, że nie potrzebują przygotowywać się do nagraniowej sesji na wielogodzinnych próbach. Chemia jest między nimi taka, że nadal po tych wszystkich latach ma się wrażenie, że przed nagraniem wzięli do ręki instrumenty i ułożyli spontaniczne dźwięki w konwencji... hm, WITCHMASTER. Bez zbędnego pierdzielenia - hasło "VENOM rządzi, deptaj krzyże!" jest wciąż żywe i aktualne ;) Kupować i machać dyńkami dla Rogatego!!!
ocena: 9,5/10
http://witchmaster.pl
www.myspace.com/wearewitchmaster
www.agoniarecords.com
autor: Diovis


WOLVES IN THE THRONE ROOM - "Black Cascade"
(CD 2009 / Southern Lord Recordings)
Muzycy mogą sobie mieć lewackie poglądy i uprawiać swoją własną politykę ulepszania zastanego świata. Napiszę więcej: mogą zajmować się poprzez muzykę przeróżnymi dziwnymi problemami i dziedzinami, jak na przykład ekofeminizm. Grunt, by nie przekładało się to na przerost formy nad treścią lub nie przesłaniało po prostu badziewiastej muzyki, tak jak to mamy choćby u wielu zespołów z nurtu metal-core. WOLVES IN THE THRONE ROOM wywodzi się z blackmetalowej szkoły, gdzie też nie trudno o epatowanie ideologiami i światopoglądami, podczas gdy na wielu płytach słychać tylko bzyczenie, brzęczenie i skrzeki. "Black Cascade" na swoje nieszczęście jest wypełniony tylko czterema kompozycjami, z czego wniosek, że są długaśne i łatwo w takiej formule o znudzenie słuchacza. Amerykańskie trio opatrzyło te utwory przyzwoitym soundem, który jest przy tym wystarczająco surowy i organiczny. Podobno brzmienie jest analogowe, a materiał nagrano na dwucalowej taśmie i zmiksowano na konsoli z 1973 roku, ale nie mam pojęcia, czy to prawda. Po drugie - inspirują się norweską szkołą BM, ale przywołują przy tym pewien kanon i czerpią z różnych półek, dzięki czemu nie są tylko kolejnymi kopistami dokonań BURZUM (fakt faktem, że jest to jeden z bardziej słyszalnych wzorców) czy innego kultowego tworu, chwilami przypominają w tym wczesne ANCIENT czy również wczesne ...IN THE WOODS, które też próbowały z dobrym skutkiem ożywić jednostajne łupanie na prymitywistyczną nutę. Wilki W Sali Tronowej (śmiesznie brzmi ta nazwa w języku polskim) kroczą przy tym drogą naturalizmu w tym, co robią na swoim trzecim długograju, mamy więc tutaj dość szybkie pochody gitar i perkusji, przeplatane też bardziej przestrzennym, klimatycznym graniem (w czwartym "Crystal Ammunition" nawet akustycznym). Kilka miesięcy temu opisywałem na wirtualnych łamach Mrocznej Strefy płytę formacji FAUNA i duch obu tych wydawnictw jest dość podobny, chociaż "Black Cascade" góruje większym bogactwem środków i większym naciskiem na dopracowane w jakimś tam stopniu aranże, z czego wynika coś więcej niż ciąg przypadkowych akordów i kurczowe trzymanie się jednego kursu. Z nimi jest trochę jak z XASTHUR, który też nie nadweręża się szukaniem nowych dróg, ale ma to swój wewnętrzny sens. Lub z NACHTMYSTIUM, tyle że tu nie mamy aż tyle progresywności i nawiązań do muzyki rockowej z lat 70-ych. Poza tym WOLVES IN THE THRONE ROOM nie są aż tak depresyjni i wisielczy, jak by wypadało obserwując ostatnie trendy w black metalu. A jako że z terminem "ekofeminizm" spotkałem się po raz pierwszy czytając opis tej płyty, to chociaż zupełnie nie widzę związku z tym krążkiem i z tą muzyką, poszperam w necie, by zapoznać się z tym co znowu wymyśliły te Amerykany... ;)
ocena: 6/10
www.wittr.com
www.myspace.com/wolvesinthethroneroom
www.southernlord.com
www.rockers.pl
autor: Diovis


WINO - "Punctuated Equilibrium"
(CD 2009 / Southern Lord Recordings & Rockers Publishing)
Trzeba naprawdę kochać muzykę i to, co się robi, by trwać przez 25 lat i pomimo jedynego sukcesu, jakim jest poważanie i szacunek u pewnej grupy słuchaczy nagrywać kolejne albumy. Scott "Wino" Weinrich pewnie zarobił na graniu niewiele, a i to wolał wydać na whisky czy nową gitarę niż udawać, że jest bogaczem i kupić na kredyt hipoteczny posiadłość w Kalifornii czy na Florydzie. Ani ST. VITUS, ani THE OBSSESSED, ani tym bardziej SPIRIT CARAVAN czy THE HIDDEN HAND nie interesowały nigdy mass-mediów, a doom rock nie był na tyle atrakcyjny, by robić wokół tego jakikolwiek, nawet najmniejszy szum. Wszystkie te zespoły w taki czy inny sposób tkwiły mocno w rockowej tradycji lat 70-ych, a kolejne, coraz bardziej plastikowe i komercyjne dekady nie tolerowały długowłosych brodaczy w "dzwonowatych" spodniach tworzących jakieś archaiczne dźwięki. Gitarzysta Scott "Wino" Weinrich zawsze lubował się w Sabbath'owskich, prostych i charczących riffach, klimatach psychodelii, używkach i zabawie w starym rock 'n rollowym stylu. Temu wszystkiemu hołduje otwierający jego pierwszą solową płytę "Release Me". Toż to lata 70-te jak żywe! Analogowy sound, staroświecko brzmiące instrumenty, niekończące się gitarowe solówki, przesterowany bas... Przyszło to Wino'wi naturalnie i z taką lekkością, choć dla wielu będzie to wyłącznie muzyka dla zdychających dinozaurów. Jako stary pierdziel zasłuchujący się w bardzo młodych latach w BLACK SABBATH, LED ZEPPELIN czy BUDGIE znajduję w tym coś dla siebie, a że nieobce były mi korzenie stoner rocka, klasyczny doom czy nawet prostota oldskulowego, autentycznego punka, tako też z przyjemnością słucham takich archaizmów, jak wspomniane "Release Me", żywiołowe "Punctuated Equilibrium", zwariowany instrumental "The Woman In the Orange Pants", tradycyjnie hard rockowe i nasycone bluesem "Smilin' Road" czy ciężkie, doom'owate "Eyes of the Flesh". Te dźwięki są autentyczne, nie poparte żadnymi studyjnymi wynalazkami i mocarne, że hej! Niestety, im bliżej końca "Punctuated Equilibrium", tym bardziej uchodzi z tej muzyki energia, a WINO popada w szablony grania pod ST. VITUS i chociaż to jak najlepsze źródło inspiracji, to każdy fan oczekiwał czegoś innego. Co najmniej takich rzeczy, jak przez pierwsze 20 kilka minut.
ocena: 7/10
www.myspace.com/winoschopper
www.southernlord.com
www.rockers.pl
autor: Diovis


WITCHKING - "Hand of Justice"
(CD 2008 / Insanity Records)
Nic dziwnego, że w tak krótkim czasie (przynajmniej jak na polskie standardy) WITCHKING doczekał się już drugiego pełnego albumu. Nie chciałbym, aby nasi heavy metalowcy urośli w przysłowiowe piórka i wpłynęło to na ich bezkrytyczną samoocenę, ale prawdą jest, że niewiele jest w Polsce kapel tak ciekawie przenoszących tego typu dźwięki z tak zwanego Westu na nasze podwórko. "Hand of Justice" nie jest oczywiście arcyoryginalnym krążkiem, jednak wnosi świeżość i bije od niego pałer opakowany w epicką szatę. Odmienność od debiutu polega na silniejszym akcentowaniu klasycznego ujęcia tematu, a mniejszej dozie bombastyczności. Praktycznie wszystkie numery są oparte na prostych riffach, które są jednak na tyle przekonujące i powiedziałbym - ponadczasowe, że trudno posądzać gitarzystów o sugerowanie się nowymi trendami w muzyce metalowej, nawet w tej spod znaku power metalu. WITCHKING daje odczuć, że ich idolami są sprawdzeni klasycy tego jednak starszego pokolenia, jak na przykład JUDAS PRIEST, MANOWAR, BLIND GUARDIAN czy GRAVE DIGGER. Już następujące po bardziej wzniosłym "Intro" kawałki "Magic Number", "Greed & Fear" oraz tytułowy o tym przekonują. Każdy dźwięk jest na swoim miejscu i sprawia, że czerep kiwa się rytmicznie. Po prostu jest wszystko, czego potrzebuje tradycyjnie skonstruowany heavymetalowy kawałek: wyrazista linia melodyczna, konkretne riffy, odpowiednia dynamika, chóralne zaśpiewy w refrenie, gitarowe solo, zdarzają się też nieliczne akustyczne wtręty, a nawet pewne nieśmiałe nawiązania do thrash'u. Mam trochę zastrzeżeń co do wokali Toma The Storma, bo w natłoku wysokich partii i tych stojących wobec nich w opozycji zapomniał o tak zwanym "środku", dlatego niewiele tu śpiewania w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Stąd też wielu osobom, w tym również mi, wokalizy skojarzą się chociażby ze stylem Tima Owensa z ICED EARTH, który - nie ukrywajmy tego - dysponuje mimo wszystko dużo większym wachlarzem pomysłów i większymi umiejętnościami. Potencjał frontmana WITCHKING jednak ma, co stara się przekazać na "Hand of Justice". Zresztą tyczy się to również gitarzystów i sekcji rytmicznej. Oni wszyscy są osłuchani w tym, co heavy ma najlepszego do zaoferowania i potrafili to umieścić na swój sposób na płycie wypełnionej po brzegi rasowym metalowym grzańskiem. No i trafili do dość prężnie rozwijającej się firmy wydawniczej, co niebawem powinno zaprocentować większym rozgłosem niż przy okazji debiutanckiego krążka.
ocena: 7,5/10
www.witchking.pl
www.myspace.com/witchkingband
www.insanity-records.pl
autor: Diovis


WEEPING BIRTH - "Anosognosic Industry of the I"
(CD 2008 / Conatus Records)
W głębokich i przepastnych czeluściach podziemnych otchłani funkcjonuje tak wiele nie rozpoznawanych formacji i choć wiele z nich nigdy nie zostanie pupilkami wielkich korporacji wydawniczych, to sprawiają sporo radochy prawdziwym maniakom metalowego grania. Jako, że spora część tytanów ekstremalnego metalu jest w wyraźnym odwrocie lub kseruje swoje własne pomysły na kolejnych, taśmowo produkowanych albumach, tako też WEEPING BIRTH jest przynajmniej świeżym rozbłyskiem na spowitym ciemnością firmamencie. "Anosognosic Industry of the I" od pierwszych sekund atakuje piekielnymi plwocinami i chwilami wręcz niewyobrażalnie gęstymi dźwiękami spod znaku black/death metalu. O dziwo, w tym wszystkim jest miejsce na zmyślnie zagrane gitarowe solówki, zupełnie odjechane motywy i quasi-symfoniczne aranże. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie, że pod tym szyldem ukrywa się tylko jedna osoba, która tak to wszystko poukładała i zagrała. Vladimira Cocheta niektórzy mogli poznać z jego majestatyczno-black metalowych dokonań w nagrywającej dla Red Stream jednoosobowej (a jakże!) formacji MIRRORTHRONE, jednak to w WEEPING BIRTH nagromadził duuużo więcej złości, agresji i zniszczenia. Bez chwili wytchnienia (tak, bez przerw między utworami!) masakruje lawiną gitarowych zawijasów, mieszającą perkusją (jeśli to automat, to wybitnie dobrze brzmi) i gardłowymi wrzaskami, ozdabiając to wszystko gdzieniegdzie rozwiązaniami o bardziej klasycznej proweniencji. Wychodzi to zgoła nie gorzej niż w najbardziej ekstremalnych fragmentach pierwszych płyt ANAAL NATHRAKH, a dodając do tego jeszcze ściśle dopasowane do przekazu, choć stosunkowo nieliczne klawiszowe smaczki (liczniejsze są w końcówce albumu, który zbliża się stylistyką do bardziej rozpasanych aranżacyjnie dokonań MIRRORTHRONE), to nic, tylko poddać się tej destrukcyjnej masie dźwięków. Niektórzy będą błagać o litość już przy trzecim z kolei "Totalitarian Grievance", inni zdołają tylko wykrzyczeć "jeszcze!!!". Aż dziw, że o WEEPING BIRTH nie jest jeszcze głośno w świecie tych ortodoksyjnie nastawionych mediów, ale oni widocznie poddali się już propagandzie tych przereklamowanych medialnie tworów. Niech żałują, a raczej niech sczezną w piekle przeciętności! Vladimir nie zamierza poprzestawać na epatowaniu intensywnością, bo dopracował wszystko w najdrobniejszym szczególe. 13 zawartych na swoim drugim albumie opatrzył pokrętnymi tekstami w języku angielskim, francuskim i niemieckim. A resztę, jak już wspomniałem, odnajdziecie w dźwiękach.
ocena: 8,5/10
www.weepingbirth.com
www.myspace.com/weepingbirth
www.conatusrecords.com
autor: Diovis


WINTERMOON - "Beyond the World"
(Demo-CD 2008)
Zaskoczeniem dla wielu (w tym i dla mnie) jest fakt, że grupa pogrywa już z przerwami od 12 lat i doczekała się dotąd jedynie kilku demówek. Żadnych pełnych albumów, większych ekscesów i tras koncertowych z gwiazdami krajowej sceny. Trochę czasem przykro, że muzycy się starają, robią coś, co lubią, a od życia dostają zwykłą figę z makiem. Może kiedyś, gdy odwieszą gitary na kołki wspomni ich kilka osób, może ktoś któregoś dnia podczas porządkowania kartonu z płytami na chwilę zawiesi oko na którejś z płytek demo... A może jednak ich cierpliwość zostanie nagrodzona i "Beyond the World" zainteresuje więcej osób niż poprzednie materiały. Za dużo tych "może", skupmy się na samej muzyce i tak zwanej warstwie wykonawczej. Na demo składa się sześć numerów zamykających się w niespełna 20 minutach. Próbuję sobie przypomnieć co WINTERMOON grał w przeszłości, ale niestety w tym momencie ogarnia mnie pustka... zwyczajnie nie wiem... Obecnie, w odmienionym przez dni codzienne składzie krośnieńska kapela mieści się gdzieś w szerokiej szufladzie pod tytułem "heavy metal z deathmetalowymi growlami". W każdym razie koneserzy technicznego i brutalnego grania nie będą zadowoleni, blackmetalowcy również. "Beyond the World" może trafić jedynie do tych, którzy lubią tradycyjne granie z lekkim melodyjnym (czytaj: "gothenburskim") posmakiem. Sporo tu nawiązań do wczesnego PARADISE LOST (tak od "Gothic" do "Icon"), trochę zacięcia a la wczesne IN FLAMES, nieco klasycznego riffowania. Szczególnie gitarzyści próbują urozmaicić te kawałki na ile mogą, bo niestety, sekcja sprawia wrażenie dostającej zadyszki, a wokalista to taki standardowy growl na zmianę z równie nie wyróżniającymi się powrzaskiwaniami. Trochę to za mało na zespół z takim stażem i nie można tu zrzucać winy na to, że część muzyków jest w WINTERMOON od niedawna. Może lepiej było wystartować pod nowym szyldem, bo zawsze byłoby łatwiej wytłumaczyć się, że ta maszyna nie jest tak dobrze naoliwiona, jak być powinna. Prawda to, niestety...
ocena: 5/10
www.wintermoon.pl
autor: Diovis


WARREL DANE - "Praises To the War Machine"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Kto nie zna takiego nazwiska jak Dane? WARREL DANE. Fani NEVERMORE już mają wypieki na twarzach, bo frontman ich ulubionej grupy postanowił zrobić skok w bok i nagrać coś pod swoim własnym szyldem. Z drugiej strony, parę osób na pewno zastanawiało się nad tym, czym zechce się parać ich idol na "Praises To the War Machine". Nie wystarczy bowiem zaproponować byle czego owiniętego w złoty papierek i zareklamować to jako genialny twór genialnego artysty. Chyba dlatego do współpracy WARREL DANE zaprosił ludzi, którzy już nieco w przeszłości stworzyli i byli w stanie oddać jego własną ideę. Eks-muzyk SOILWORK Peter Wichers obsługuje tutaj gitarę i bas, i wiecie co? Chyba po raz pierwszy, również dzięki talentowi głównego pomysłodawcy, skomponował naprawdę różnorodne i mające ręce i nogi kawałki, bo po tym co zaserwował na płycie NUCLEAR BLAST ALL-STARS miałem co do tego obawy i wątpliwości. Tak właściwie to nie on skomponował całość, a zajął się złożeniem w całość linii melodycznych stworzonych przez DANE'a, ale przy tym postarał się o kilka ciekawych riffów, smaczków i solówek czerpiących przede wszystkim z klasyki metalu i ciężkiego grania (skojarzenia z twórczością OZZY OSBOURNE'a będą nieprzypadkowe). Nie spodziewajcie się więc thrash'owych kanonad czy melo-deathmetalowych partii gitar, a raczej tradycyjnego podejścia do tematu. Nic dziwnego - WARREL DANE chciał nagrań coś odmiennego niż to co robi NEVERMORE - bardziej chwytliwego i nie tak skomplikowanego. Dodam, że Dirk Verbeuren z SOILWORK zrobił swoje na bębnach, a drugą gitarę obsługiwał eks-członek HIMSY, Matt Wicklund.
Wspomniałem o wpływach rockowo-metalowych, ale na "Praises To the War Machine" jest też sporo akcentów gotyckich. Weźmy na przykład taki cover "Lucretia My Reflection" THE SISTERS OF MERCY czy klimat takiego numeru, jak "August". O dziwo i w tej estetyce wszechstronny i dysponujący silnym głosem WARREL DANE sprawdził się perfekcyjnie. Już nie wspomnę o na wpół balladowych "Your Chosen Misery" czy "This Old Man", których nikt nie spodziewałby się z pewnością po wokaliście NEVERMORE.
"Praises To the War Machine" to płyta na tyle solidna, by zasmakować wielu słuchaczom o różnych gustach. Cóż z tego, że nie wybitna i ponadczasowa? Słucha się jej naprawdę dobrze.
ocena: 8/10
www.centurymedia.com
www.warreldane.com
www.myspace.com/warreldane
autor: Diovis


WARBRINGER - "War Without End"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Napotkałem ostatnio sporo opinii na temat tej młodej kapeli ze Stanów. Szumnie reklamowani jako nadzieja thrashu, dlatego też z lekkim drżeniem rąk wkładałem płytkę do odtwarzacza. Czy aby rzeczywiście jest tak rewelacyjnie? Odnoszę wrażenie, że jednak nie!!! Jakoś mnie nie powaliło przy pierwszym przesłuchaniu. Ale nie strudzony tym faktem postanowiłem puścić jeszcze raz, potem kolejny raz?. i znowu NIC. Osobiście nie rozumiem tej euforii wywołanej wokół tej kapeli. Nie wiem, pewnie się nie znam albo co gorsza jestem głuchy. Sądzę, że w dzisiejszych czasach ludzie szukają czegoś co urwie łby przy dziewiczym kontakcie. Jakoś kolejne klony (w tym wypadku SODOM, DESTRUCTION, SLAYER) nie robią na mnie żadnego wrażenia!!! Jeśli jesteście odmiennego zdania, proszę piszcie do Diovisa z prośbą o usunięcie tego ponurego, nie znającego się na "dobrej muzie" typa. NIC WIĘCEJ NIE POWIEM.
ocena: 4/10
http://www.myspace.com/warbringer
www.centurymedia.com
autor: Narmer


WIDOW - "Nightlife"
(CD 2007 / Cruz Del Sur Music & Metal Mundus)
Pierwsze wnioski po sięgnięciu po tę płyty nie były dla mnie zbyt pocieszające. Pomyślałem, że cosik się tej amerykańskiej kapeli pokręciło. Moda na glam metal dawno się skończyła, więc co u licha taki WIDOW szuka na metalowej scenie z taką nazwą, okładką z uwidocznionym na niej miastem nocą i jakimiś dźwiękami zahaczającymi o ten komercyjny W.A.S.P. sprzed lat? Nawet chórki przypomniały mi o tych wszystkich natapirowanych facetach poprzebieranych jak ździry. Już uspokajam - nie jest tak źle. Okazało się, że to kolejna ferajna kolesiów zafascynowanych heavy metalem z wczesnych lat 80-ych. W muzyce WIDOW słychać inspiracje IRON MAIDEN, JUDAS PRIEST, jak również wspomnianego W.A.S.P. czy tego bardziej rockowego VAN HALEN sprzed epoki "Jump" i innych przeboików, z których niestety są kojarzeni do dziś. Amerykanie potrafią być drapieżni i nawet jeden z wokali brzmi dość agresywnie (jak to kiedyś robił Blackie Lawless z W.A.S.P.). Umieją ostro przywalić i zagrać melodyjne solówki na tak zwanych "dwudźwiękach", a jednocześnie ułożyć zgrabne kawałki z nośnymi refrenami, a nawet stworzyć nieco łzawą, lecz nie tak znowu banalną balladkę ("Cult of Life"). Trochę powielają riffy, ale pal licho, jeśli brzmi to konkretnie od strony wykonawczej, jak i produkcyjnej. Kariery pewnie nie zrobią, jednak mogę się założyć o dobrego browara, że na koncertach wypadają ciekawie. "Nightlife" to trzeci album WIDOW i pozwolili sobie na dodanie do dziewięciu autorskich kawałków dwóch przeróbek, które dla niektórych będą zaskoczeniem, a dla innych nie. "Ain't Talking ?bout Life" VAN HALEN to niestety numer z czasów, gdy holendersko-amerykański team robił przede wszystkim kasę na swojej muzie, jednak ten charakterystyczny gitarowy motyw broni się nawet w nieco uboższej od oryginału wersji. Z wyborem "I Stole Your Love" KISS też bym dyskutował, ale nawet lepiej, że młody kwartet z Północnej Karoliny nie sięgnął po jakiś stokrotnie przerabiany kawałek innych kapel z tamtych czasów. Mimo wszystko wolę posłuchać WIDOW w ich własnym repertuarze. Pozory czasem mylą i cieszy mnie, że "Nightlife" to nie znowu taki niewypał.
ocena: 7/10
www.cruzdelsurmusic.com
www.widowusa.com
www.myspace.com/widow
www.sklep.metalmundus.pl
autor: Diovis


WAR FOR WAR - "Kovy Odjinud"
(CD 2007 / Naga Productions)
Ekspansja czeskiej muzyki ekstremalnej jest dla mnie zaskakująca. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, iż na większości produkcji, które otrzymaliśmy w ostatnim czasie do recenzji wykorzystuje się język naszych południowych sąsiadów. Oczywiście część osób się ucieszy, reszta będzie kręcić nosem, może nawet i zrazi się do albumu zanim go jeszcze zdąży przesłuchać. Prawdopodobnie ci drudzy nie stracą niczego, bo takich zespołów pewnie by się i kilka na tym ziemskim padole znalazło. Ale jako, że trzeba ten materiał przedstawić w jakimkolwiek świetle uczciwie muszę przyznać, że Lord Morbivod (TROLLECH, STINY PLAMENU) stworzył w pojedynkę (!) płytę zupełnie słuchacza nie irytującą. Wszyscy wiecie pewnie czym się kończą takie samodzielne inicjatywy - w większości przypadków totalnym nieporozumieniem. Tymczasem "Kovy Odjinud" (to już trzecia płyta w dyskografii tego projektu!) może służyć za jeden z wzorcowych albumów nagranych przez tzw. "one-man band". Mogę z miejsca wskazać wieloosobowe załogi nie mające w swojej muzyce do zaoferowania niczego ponad przepisowy hałas, wypadające na tle tego albumu naprawdę nieciekawie. Wydawca określa tę płytę mianem eksperymentalnego i epickiego black metalu - trudno się z tym nie zgodzić, bowiem nie ma tu miejsca na oldschool?ową obskurność czy bluźnierczą jatkę. Długie kawałki obfitują w liczne zmiany nastrojów - od skocznych melodii, poprzez akustyczne partie gitar, nie trącące banałem klawiszowe zagrywki, na szybszych, ale wciąż melodyjnych fragmentach skończywszy. Trudno wyróżnić jakiś kawałek za coś konkretnego, bo każdy przyciąga słuchacza innymi elementami. Jednak mnie najbardziej utkwiła w pamięci "Scientia", ponieważ ma zupełnie nie black metalowy początek, dopiero z czasem utwór rozkręca się w coś bardziej pasującego do etykietki nadanej przez wydawcę. Najdłuższy na płycie, bo ponad ośmiominutowy kawałek tytułowy jest jednocześnie najbardziej rozbudowaną pod względem klimatu czy stylu kompozycją - w zasadzie ten jeden numer może śmiało reprezentować to, co znajduje się na całej płycie. To w nim znajdują się najdziksze momenty, to tu wyczuwalny jest epicki duch BATHORY, to on uwodzi słuchacza ciekawymi melodiami i zaskakuje aranżami. Jak więc wynika z powyższego - naprawdę nie ma się czego obawiać - L.Morbivod całkowicie sprostał zadaniu i nagrał więcej niż poprawny album, który z pewnością znajdzie posłuch wśród polskich fanów. Rozglądajcie się za płytką po rodzimych wydawnictwach oraz różnej maści distrach.
ocena: 7,5/10
www.naga-productions.com
www.warforwar.wz.cz
autor: kaReL


WISHMASTER - "Hunting the Man"
(Promo-CDR 2007)
Poprzednie demo WISHMASTER miało naprawdę niezłą, mroczną okładkę. To taki PS do recenzji "Dance of the Hanged Man", którą możecie przeczytać na naszych stronach. Nie minęło aż tak wiele czasu i jest kolejna demówka, a w zasadzie gotowy do wydania materiał "Hunting the Man", a na okładce znów mamy ciekawy obrazek, jakże wymownie zatytułowany "Diabeł i rybak", a będący autorstwa niejakiego Rajmunda Lewandowskiego i powstały w 1977 roku. Ale nie tylko obrazek zdobi muzykę, więc czas wspomnieć coś o muzyce zawartej na tej płytce. Szczecińska ekipa nadal serwuje bardzo oldskulowe granie spod znaku thrash/heavy/black. Black?owe są właściwie tylko wokale i może po części też partie gitar, ale kiedyś przecież tym terminem określano muzę MERCYFUL FATE, a to jedna z głównych inspiracji WISHMASTER. To dość dziwne, że w naszym kraju właściwie jedynie SONHEILLON do tej pory jawnie czerpał z dokonań formacji dowodzonej przez KINGA DIAMONDA. I nie chodzi tu o wokale, bo tych nikt chyba nie jest w stanie podrobić, ale o pewien klimat i sposób grania. "Hunting the Man" w znacznie ciekawszym stylu niż debiut "łapie" o co chodziło Duńczykom, chociaż szkielet ich muzyki to wciąż klasyczne podejście do tradycyjnego, melodyjnego i przy tym jadowitego heavy metalu oraz stareńkiego thrash?u. Nie podoba mi się za bardzo pierwszy zasadniczy utwór na demo pt. "Conquest of the Plague", bo jest jakiś taki mało spójny, za to już drugi, tytułowy to kawał mięsistego grania, w którym jest miejsce i na chwytliwe linie melodyczne, ciekawe solówki i nóżka sama przy nim przytupuje. Po nim następuje nieco podobny "Requiem For Heaven", a brawa należą się nie tylko gitarzystom, ale i basiście, bo jego partie są bardzo wyraziste, o czym zapomina wiele współczesnych kapel. Przy tej okazji warto wspomnieć, że to jedna z najlepszych produkcji nagranych przez Wojciecha Cenajka w jego Metal Sound Studio. Gitarzysta MONASTERY świetnie wyczuł intencje szczecinian i opatrzył ich muzykę odpowiednim brzmieniem bez zbytecznych bajerów. Niektórych może to odstraszy, innych zachęci. Mnie szczerze mówiąc trochę przeraziło na początku, że kawałki są dość długie - aż cztery z pięciu trwa ponad pięć minut, w tym jeden grubo ponad 8 minut. Na szczęście nie nużą i dzieje się w nich całkiem sporo. WISHMASTER może nie powalił mnie na kolana, ale na pewno odczuwalny jest progres ich umiejętności kompozycyjnych i aranżacyjnych, a i przysłowiowa "łezka" też popłynęła podczas słuchania tego demo. Oby tak dalej!
ocena: 8/10
www.wishmaster.com.pl
www.myspace.com/wishmastermetal
autor: Diovis


WALLS OF JERICHO - "The Bound Feed the Gagged"
(MCD 2000/07 / Trustkill Records & SPV & Mystic Production)
Ależ dużo energii jest na tym krążku! Wystarczyłoby chyba na rozświetlenie sporej wielkości miasta! A to tylko 22 minuty z sekundami piekielnie motorycznego grania z pogranicza metalu i hard-core'a. Ale WALLS OF JERICHO nie jest wbrew pozorom kapelą metal-core'ową. Zresztą gdy nagrywali ten mini-album w 1999 roku ten gatunek nie był jeszcze tak popularny, a ta amerykańska załoga wpatrzona była raczej w SLAYER'a, a nie melo-deathmetalowe granie w stylu IN FLAMES, co zrodziło tak wiele powtorków egzystujących na obecnej scenie muzycznej. Po wymieszaniu SLAYER'owskiego feelingu z ekstremalnym hard-core'm uzyskujemy właśnie efekt w postaci jedenastu uderzeń składających się na "The Bound Feed the Gagged". Na wokalach mamy kobitkę, która nazywa się Candace Kucsulain i przyznać należy, że gardziołko to ono ma potężne. Wydziera się jak szalona, skrzeczy, warczy i tylko z rzadka pozwala sobie na śpiewanie. To ona w głównej mierze sprawia, że moc i obłęd wylewają się z głośników. Towarzyszą jej koledzy, którzy nie bawią się w ozdobniki i wycinają konkretne i walące między czoło riffy. Rozpędzają się i gwałtownie zwalniają, co na pewno kosztowało ich jako początkującą wówczas kapelę wiele potu i krwi na próbach. Bo to co wyprawiają tutaj gitary i sekcja nie ogranicza się do bezładnej jatki w stylu byle szybciej do przodu. Wbrew pozorom to mini jest materiałem dość urozmaiconym, ale jeszcze raz zaznaczę, że cholernie intensywnym bez miejsca na głęboki wdech. Jedynie umieszczony pod numerem 10 "Angel" to akustyczna balladka, w której Candace po prostu śpiewa. Trzeba też pamiętać o tym, że był to debiut tego bandu z Detroit, a od tego czasu - jak zauważyłem - doczekali się kilku kolejnych wydawnictw i sporej gromadki zwolenników swojej muzy. Dostępne dopiero od niedawna w Europie dzięki SPV i w Polsce dzięki Mystic Production "The Bound Feed the Gagged" jest dobrym wstępem, by poznać i przekonać się do WALLS OF JERICHO. Polecam!
ocena: 8/10
www.trustkill.com
www.spv.de
www.wallsofjericho.tv
www.myspace.com/wallsofjericho
autor: Diovis


WINDS - " Prominence And Demise"
(CD 2007 / The End Records & Foreshadow Productions)
Pierwsze info na temat WINDS, które spotkałam, nakreśla minimalnie orientację na temat kapeli, mianowicie wiemy, że pochodzą z Norwegii i poczynają sobie z symfonicznym metalem. Nie mówi to za dużo, biorąc pod uwagę ile kapel spod tego rodzaju dokonań było i jest. Zerkając w skład WINDS można nabrać mniej więcej orientacji z czym, lub tez z kim mamy do czynienia, a trzeba przyznać, że jest on dość ciekawy. Za bębnami zasiada sam Jan Axel von Blomberg, znany większości jako Hellhammer (DIMMU BORGIR, MAYHEM, ARCTURUS), gitara - Carl August Tidemann (ex-ARCTURUS), wokal - Lars "Eikind" (AGE OF SILENCE). Szeregi WINDS zasilili jeszcze Lars Nedland (BORKNAGAR, SOLEFALD) oraz Agnete M. Kirkevaag (MADDER MORTEM). Z takiego oto połączenia powstał " Prominence And Demise". Album pod względem brzmieniowym dopracowany bardzo starannie, wszelkie elementy symfoniczne nagrane zostały z orkiestrą symfoniczną z Oslo. Wśród 9 kawałków znajdziemy miraż progresji, symfonii, czasem coś z klasyki, a nawet folkowe wstawki. W większości przeważa jednak klimat progresywnego rock-metalu. Głos - gościnnie występującej Agnete M. Kirkevaag z MADDER MORTEM - wnosi charakterystyczny klimat do albumu. Chociaż jej udział nie jest aż tak duży, to podejrzewam, że bez niej wkradłoby się trochę nudy i monotonii... Od strony muzycznej "Prominence And Demise" jest dobrą płytą. Jedyne, co wydaje mi się być nie spójne z całością, to kwestie wokalne Eikind'a. Nie wiem dlaczego, ale jak dla mnie, styl jego wokalu w niektórych kawałkach do mnie nie przemawia - ja widzę go zdecydowanie w chociażby powermetalowym repertuarze. Mimo to, płyta od każdej strony dopracowana na 5, a reszta to kwestia gustu - ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje :).
ocena: 7/10
www.winds.ws
www.myspace.com/windsrocks
www.theendrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Trinity

INDEX   W   [1]