| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX


ZOMBI - "Spirit Animal"
(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)
Recenzję tej płyty można by było napisać na co najmniej dwa sposoby. Jedną z perspektywy kogoś, kto miał okazję poznać muzykę lat 70-ych na świeżo, w kilka lub kilkanaście lat po jej powstaniu (jak moja skromna osoba), drugą zaś patrząc poprzez pryzmat tego, co i jak zostało nagrane w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Wspólnym mianownikiem obu tych punktów widzenia będzie jeden wniosek: ZOMBI, choć to młody zespół, brzmi jak na rok 2009 wręcz staroświecko i archaicznie. Bo Relapse Records znowu rzeczywiście zaskoczyło. Znane z wydawania hałaśliwych tworów spod znaku grind-core, math-core, death metal i przeróżnych hybryd tychże stylów szuka również zespołów, których nie można nazwać w żaden sposób modnymi, "trendy" itepe. Nazwa ZOMBI też może wielu zmylić, bo pierwsze skojarzenia kierują ku inspiracjom horrorami, ewentualnie stoner rockowi. A tu surprajs, ponieważ tych dwóch gości gra elektroniczno-progresywne dźwięki i to w taki sposób jak gdyby pochodziły prosto z zamierzchłych lat 70-ych. "Spirit Animal" tak właśnie brzmi i podejrzewam, że tak właśnie miało być. Dwóch muzyków, Steve Moore i A.E. Paterra, zapragnęło oddać hołd muzyce i sprzętowi nie spotykanym już praktycznie w ogóle na obecnie powstających produkcjach. Bez babrania się w jakąkolwiek cyfrową obróbkę, wykorzystywanie sampli i stylizowanie się na retro po prostu zasiedli za muzealnymi już zestawami syntezatorów i zagrali kawałek improwizowanej, instrumentalnej muzyki czerpiącej garściami z nieprzebranych setek tysięcy minut muzyki stworzonej w latach 70-ych ubiegłego stulecia. Już czternastominutowa kompozycja tytułowa to mniej lub bardziej bezpośrednie nawiązanie do art-rockowych dokonań GENESIS i PINK FLOYD oraz kosmicznych utworów TANGARINE DREAM. Dużo tutaj rytmicznej pulsacji - wyrazisty bas i perkusja stanowią silne fundamenty na tej płycie. Na tej bazie zaczyna się właściwe tworzenie melodyki, psychodelicznych krajobrazów i niekończących się elektronicznych motywów, z rzadka słychać też dźwięki akustycznej i elektrycznej gitary. Wszystko to zostało świetnie oddane nie tylko w tytułowym kawałku, ale także w następujących po nim "Spirit Warrior" i "Earthly Powers". Do listy inspiracji dla tych utworów można by jeszcze dodać HAWKWIND, GOBLIN, KRAFTWERK, CAN i wczesne ELOY - ogółem rzeczy spod znaku tak zwanego space rocka. Czwarty na albumie "Cosmic Powers" zaczyna się motywem w stylu wczesnych dokonań Jeana Michela Jarre'a, ale pod koniec muzyka się zapętla i zaczyna nużyć. To, co do tego momentu było atutem, także i w ostatnim, bardzo długaśnym "Through Time" po prostu męczy. Szkoda, bo pomimo niemodnego soundu "Spirit Animal" - co zabrzmi bardzo przewrotnie - jest zaiste świeżym tchnieniem na współczesnym muzycznym poletku wypełnionym po brzegi dopieszczonymi do bólu i w sumie nijakimi produkcjami.

ocena: 7/10
www.zombi.us
www.myspace.com/zombi
www.relapse.com
autor: Diovis


ZONARIA - "The Cancer Empire"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Zdziwiła mnie z lekka informacja, że Szwedzi podpisali stosowne papiery z molochem wydawniczym, jakim jest Century Media Records. Debiutancki album "Infamy And the Breed" niczym nie zachwycił, ale widać pewne wnioski ZONARIA wyciągnęła, bo następca przynajmniej sprawia wrażenie rzeczy, nad którą muzycy posiedzieli dłużej i efekt nie jest najgorszy. "The Cancer Empire" to wciąż rzeźbienie w stylistyce typowej dla Szwedów i niektórych Norwegów. Czasem nasączone bardziej agresywnym death metalem, czasem rozwodnione quasi-symfonicznymi brzmieniami, a czasem biorące się "za łeb" z czymś pomiędzy. Nic dziwnego, że tę płytę na pewno będzie się porównywać z kilkoma pierwszymi wydawnictwami HYPOCRISY, niektórzy będą przebąkiwać, że chwilami słychać tu DIMMU BORGIR, BEHEMOTH czy NILE, a nawet chwilami CRADLE OF FILTH, bo tak po prawdzie jest. Początek krążka jest mocny: agresywność i połamana rytmika w "Slaughter Is Passion" oraz mieszanka brutalizmu, orientalnych smaczków i symfoniczności w "Praise the Eradication" mogą zrobić wrażenie nawet na największych koneserach bardziej ekstremalnych form metalu. Dalej efekt już częściej się rozmywa niż powala. ZONARIA popada w banał i pewną manierę, którą nabyli już przy nagraniu debiutu, a tu rozdmuchali ją jak balon, który z czasem pęka. Całości nie ratuje już nawet wybitnie potężne i klarowne brzmienie uzyskane w Studio Fredman z samym Fredrikiem Nordstromem za gałami, bo to wymóg obecnych czasów, gdy nie chce się mieć soundu z bzyczącą osą i skrzeczącym coś w tle wokalistą w rolach głównych. Dlatego po raz kolejny będę propagatorem polskich kapel w rodzaju HERMH i DEVILISH IMPRESSIONS, gdy chodzi o pierońsko diaboliczną formułę symfo-black/death metalowego ekstremizmu. Chociaż stanowczo nie odradzam, jeśli ktoś lubuje się w takim stuffie.
ocena: 6/10
www.zonaria.com
www.myspace.com/zonaria
www.centurymedia.com
autor: Diovis


ZIMMERS HOLE - "When You Were Shouting At the Devil... We Were In League With Satan"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Słuchając tego krążka chwilami nie wiem co o nim sądzić. Nie jest nigdzie powiedziane, że metal musi być tylko i wyłącznie poważną sprawą, choć pewne granice być muszą, i basta! Z jednej strony ZIMMERS HOLE gra jak najbardziej poważny thrash metal: intensywny, agresywny, ale nie pozbawiony przestrzenności. Na drugiej szali mamy specyficzne poczucie humoru muzyków, którzy - ze wskazaniem głównie na wokalistę The Heathena - robią sobie jaja na przykład z VENOM i MOTLEY CRUE (weźmy taki tytuł, jak "When You Were Shouting At the Devil... We Were In League With Satan") czy MANOWAR ("Hair Doesn't Grow On Steel"), chociaż sami wpadają w zrobioną przez siebie pułapkę, bo gdyby pominąć elementy prześmiewcze, to w istocie sami miotają się gdzieś między epickim heavy metalem z thrash'owymi inklinacjami a graniem w stylu STRAPPING YOUNG LAD. Czyżby osobowość lidera tej grupy i zarazem producenta albumu ZIMMERS HOLE Devina Townsenda była aż tak wyrazista, że jego macki sięgają także do grupy współtworzonej przez aż trzech muzyków grających w jego kapeli? Przecież zarówno gitarzysta Jed Simon, jak i jedzący już z niejednego pieca chleb Gene Hoglan (ex-DEATH, DARK ANGEL...) czy basista Byron Stroud (również FEAR FACTORY) są w składzie SYL. Dlatego też mam dość mieszane odczucia przy zapoznawaniu się z trzecim na przestrzeni 10 lat albumem ZIMMERS HOLE. Oferują kawał solidnej muzy, która drapie, kopie i gryzie, ale są tu też takie momenty, że nic tylko usiąść i zapłakać. Nie wiem czemu tak naprawdę ma służyć wplatanie między mielące riffy odgłosów rżenia koni, kwiczących świń, kraczących wron czy bekającego i pierdzącego wokalisty. Tak właśnie zaczyna się zaskakujący w sumie, bluesowo-rockowy "Devil's Mouth". Kompletnie niezrozumiały jest dla mnie również "The Vowel Song" - przegadany przez większą część przez The Heathena. Trzeba jednak przyznać, że gościu ma wokalne możliwości, bo z gracją przechodzi od heavymetalowego piania do growli i wrzasków. O umiejętnościach Hoglana, Simona i Strouda nie muszę chyba wspominać. Reasumując - ZIMMERS HOLE spreparował kawał soczystego mięcha, ale brakuje im trochę konsekwencji i samokrytyki. Ale jeśli zakładać, że nie zrobią kariery (bo nie zrobią), to od czasu do czasu można sobie tę płytę zapodać bez szkody na zdrowiu ;)
ocena: 6,5/10
www.centurymedia.com
www.legionofflames.com
www.myspace.com/zimmershole
serwer
autor: Diovis


ZWARTKETTERIJ - "Cult Of the Necro-thrasher"
(CD 2007 / Displeased Records & Foreshadow Productions)
HAIL SATAN!!!!! Od takich oto słów zaczyna się ten album, moi mili. Już na samym początku panowie dają do zrozumienia o co im chodzi. A tak bardziej "do rzeczy", mamy do czynienia z black/thrash/heavy metalem. Jestem jak najbardziej ZA!!!!! Ten holenderski kwartet zabiera słuchacza w sentymentalną podróż do lat osiemdziesiątych. Serwują nam mieszankę wszystkiego co było najlepsze w metalu tamtych lat. A wszystko podane w zajebiście nowoczesnym brzmieniu!!!!! Zero nieczytelnego mielenia!!!! Wyobraźcie sobie VENOM, SLAYER'a i JUDAS PRIEST na jednej scenie, albo co gorsza zespół złożony z muzyków tych kapel. Czy za bardzo nie popędziłem w porównaniach? Może i tak, ale co mi tam. Ta muza żre jak kwas siarkowy. Nie będe wymieniał tytułów poszczególnych utworów, bo nie ma sensu. Powiem tyle, że każdy z nich jest na tyle dobry, aby mógł się sam obronić w konfrontacji z "twardymi łbami".
ocena: 9/10
www.zwartketterij.nl
www.myspace.com/zwartketterij
www.displeasedrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Narmer


ZION - "Drakula"
(CD 2005-07 / Metal Fighters & Metal Mundus)
Na początku odebrałem tę płytę jako jakiś niesmaczny żart. Słuchałem i uszom nie dowierzałem. Ktoś się wydurnił i zechciał użyć historii Drakuli jako pretekst do nagrania płyty łączącej elementy starego ROTTING CHRIST z równie wczesnym CRADLE OF FILTH. Aż mnie podkusiło sprawdzić, co to za ekipa zebrała się, by zrobić ze mnie i innych wała. A tu proszę - ludzie znani z ANCIENT (Aphazel we własnej osobie!) i NIGTHFALL oraz mniej znani z CROSSOVER, SNOWBLIND i kilku innych. Towarzycho niekiepskie, znaczy się. Ten mini-album w sumie brzmi jak kupa g**na, ale po kolejnym przesłuchaniu ma coś w sobie. Nie dziwię się, że jakoś nikt nie pokusił się o wydanie tego na tłoczonym dysku przez dwa lata, bo gdybym miał zainwestować kasę w ZION, to też bym pewnie szybko zrezygnował. "Drakula" brzmi po prostu jak nienależycie zmiksowany materiał i dopiero po uważnym wsłuchaniu się w te utwory można jako tako uszanować swoisty urok tych kilku utworów. Na wstępie mamy intro, które brzmi jak wybitnie nieudacznie zrobione tło do gry komputerowej. Co z tego, że bardzo obrazowe, gdy jest takie... ech, słowo "amatorskie" wystarczy, by to określić. Zaczyna się "Order of the Dragon" i oto mamy starą grecką szkołę black metalu w czystej postaci. TE gitary, TE wokale, TE melodie, TEN klimat. Aż się nie chce w to uwierzyć. W "Dracula - The Son of the Devil" jest w sumie podobnie, tyle że dodano jeszcze żeńskie wokale niejakiej Ifigenii i chcąc nie chcąc, zaczyna tu "pachnieć" również Kredkami. Da się wytrzymać i to, jak i dalsze utwory, w których "antyczna Grecja" (sound) walczy z "Transylwanią" (koncept). W sumie mini jak to mini szybko się kończy, ale dysk szumi dalej, ścieżka za ścieżką epatują na odtwarzaczu błogą ciszą, gdy wtem pod numerem 66 coś zaczyna grać. Ukryty track jako się patrzy. Mroczne klawisze, a po chwili żeński, a potem męski głos przemawiają po grecku. Kolejne minuty mijają i nic więcej ponad to się nie dzieje. Pozostają już tylko szumy, szmery, niby-ambientalne tła... Podobno to utwór z pierwszego pełnego albumu ZION, ale nikt o nim nic nie słyszał po dziś dzień. Szczerze powiedziawszy, po raz kolejny nie dziwię się, bo jeśli tak ma wyglądać "przemiana" tej grupy, to nie wiem czemu ma służyć i kogo to ma zainteresować. Ten ktoś z Metal Fighters ma jakiś dziwaczny gust i wydaje rzeczy, które egzystują gdzieś w podziemiu podziemia. Sam nie wiem, co mam myśleć na przykład o tej płycie. Wzbudziła we mnie przeróżne, przeciwstawne wręcz odczucia, ale jako że złamałem już niejeden ząb na krążkach CD, to mam czelność napisać, że tak ogólnie, to na miejscu tych muzyków do końca życia bym nie wychodził już z domu. Bo po co?! Jeśli ktoś odkryje prawdę, to kto wie czy nie czeka za którymś z zaułków, by wybić z głowy pomysły na nagranie "Drakuli" i - szczególnie - takich ukrytych ścieżek, jak ta z numerem 66...
ocena: 3/10
www.metalfighters.com
www.zioncrossover.tk
autor: Diovis


ZONARIA - "Infamy And the Breed"
(CD 2007 / Pivotal Rockordings & Foreshadow Productions)
Myślałby kto, że moda na DIMMU BORGIR się skończyła. Skądże, w dalszym ciągu płyty z taką muzyką nieźle się sprzedają i nie brakuje kapel, które idą śladami słynnych norweskich gwiazd. ZONARIA to jeden z takich bandów, czego dowodzi ich debiutancki album "Infamy And the Breed". Jak na pierwsze wydawnictwo po kilku demówkach jest całkiem nieźle, bo kolesie zadbali o naprawdę mocne brzmienie (miksy i mastering w Black Lounge Studios zrobiły swoje), znośne i nie zanadto kopiujące Burgerów kawałki, a przede wszystkim próbują wyłamywać się z koncepcji symfonicznego black metalu. Szczególnie słychać to w partiach gitar, które mielą niczym stare produkcje z Sunlight Studios. Pewnie dlatego na Metal Archives ktoś wrzucił ich dość omyłkowo do szufladki "melodic death metal". Jeśli nawet przyjąć tę wersję, to bliżej ZONARII do dokonań ich ziomków z UNMOORED, bo obie kapele grają dość podobnie, używając klawiszy jako melodyjne tło dla ciekawych poczynań gitarzystów. Zresztą frontman tej kapeli, Christian Alvestam, pojawia się gościnnie w "Attending Annihilation" użyczając swojego charakterystycznego, "czystego" wokalu a la Garm. Nad całością "Infamy And the Breed" unosi się jednak głównie atmosfera znana z "Enthrone Darkness Triumphant" DIMMU BORGIR. To jedna z wad, a inną jest fakt umieszczenia aż 12 kompozycji na płycie, co sprawia, że w pewnym momencie odczuwa się przesyt takiego, a nie innego grania. Bo gdyby na przykład Szwedzi pokusili się o więcej takich smaczków, jak w "The Last Endeavour", gdzie perkusja przez kilkanaście sekund wygrywa typowy bardziej dla MELECHESH rytm, to można by uznać ich za zespół obiecujący. A tak, to pozostaną jednymi z niezłych odtwórców czy imitatorów. W końcu chyba powoli kończą się czasy zachłystywania wszystkim co "szwedzkie"...
ocena: 5/10
www.zonaria.com
http://label.pivotalalliance.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


ZATOKREV - "Bury the Ashes"
(CD 2007 / Firebox Records & Foreshadow Productions)
Czuję się osaczony. Nie widzę przeciwników, którzy czyhają na mnie i czają się gdzieś w głębokim listowiu dżungli. Może to mroczne widma, może przybysze z innego świata... Ożywione drzewa bezładnie przemieszczają się i przesłaniają mi widok. Jakaś wilgotna gorączka rośnie we mnie, a cisza w głowie wbija myśli coraz głębiej jak jakiś potężny, bezlitosny młot. Znienacka nieludzkie głosy narastają zewsząd. Krzyki, wrzaski, skowyty. Poruszam się coraz wolniej. Majaczę w gorączce. Rzężę z bólu. Cierpię i wiem, że nikt mi nie pomoże. Konam. Obraz się coraz bardziej zaciera...
ZATOKREV pojawiło się jakby z nikąd. "Bury the Ashes" to już drugi, bezkarny atak tej formacji w poszukiwaniu żeru, którym jest słuchacz, niewątpliwie narażony na trwały fizyczny i psychiczny szwank. Bo obcowanie z muzyką tego szwajcarsko-czeskiego bandu jest jak zderzenie z betonową ścianą. Nagromadzony tutaj ciężar może wgnieść głęboko w posadzkę i trudno się z tego potrzasku wydostać przez wiele godzin. A spędziłem już nie mało tych godzin, obcując z tym dźwiękowym buldożerem. Niech nazywają tę muzę ekstremalnym sludge-core'm, apokaliptycznym industrial-doom metalem, czymś piekielnie neurotycznym i totalnie zeschizowanym lub też połączeniem MY DYING BRIDE, NEUROSIS i GODFLESH... to po prostu płyta, która pozostawia szramy, nie gojące się blizny, kłopoty z błędnikiem, efekt jak po ciosie bokserskim pięściarza wagi superciężkiej. Transowe rytmy, opętańcze wokalizy, dewastujące gitarowe riffy, motoryczny bas, ogień i krew, agonia i śmierć, ostateczne spełnienie. I tak przez 72 minuty. Tego albumu nie sposób zapomnieć. I nie sposób się od niego uwolnić. A już prawie 18-minutowy "The Fire" na sam koniec dobija najbardziej wytrzymałych zawodników. Firebox Records pozwoliło poznać światu personifikację Apokalipsy - ohydny twór dla wybranych, karę dla świętych i nagrodę dla grzeszników. REWELACJA!!!
ocena: 10/10
www.firebox.fi
www.zatokrev.com
www.myspace.com/zatokrev
autor: Diovis


ZUUL FX - "Live Free Or Die"
(CD 2007 / Equilibre Music)
Gdybym był Francuzem i zachwycał się nowomodnymi odmianami metalu, napisałbym o ZUUL FX sporo ciepłych słów i tak jak niektórzy, nazwałbym ich na przykład "nowym liderem francuskiej sceny". Ale tak się składa, że mnie to nie dotyczy, a ich nowy album nie sprawił, że zmoczyłem się w gacie. Co nie znaczy, że "Live Free Or Die" to kawał gówna, a czas przeznaczony na słuchanie tego krążka uważam za zmarnowany. Po prostu problemem tego kwartetu jest to, że zapatrzyli się kiedyś tam w - nazwijmy to w ten sposób - ekstremalniejsze oblicze nu metalu, który media oraz wydawcy swego czasu podniosły do rangi fenomenu i fascynującej nowinki. "Live Free Or Die" jest na wskroś przesiąknięte motoryką i wokalizami typowymi dla SLIPKNOT, SOULFLY (bez tego etnicznego balastu oczywiście), nowszej SEPULTURY i mylnie zaliczanego do nu-tone'u FEAR FACTORY. Te zespoły wyraźnie ukształtowały muzyczną formułę ZUUL FX, a dzięki pomocy emitowanych w telewizji video clipów i występów u boku MOTORHEAD, NAPALM DEATH oraz kilku innych udało im się zaistnieć gdzieś bliżej mainstreamu. Przynajmniej we Francji. Nie raz już czytałem przekazane gdzieś między wierszami wypowiedzi zespołów grających zbliżone dźwięki, że celem ich grania nie jest jakieś tam dryfowanie w podziemiu, a zrobienie kariery. A to dlatego, że ci muzycy nie potrafią się przyznać do tego, że underground brzydzi się taką postawą, co moim zdaniem jest sensowną reakcją na takie gwiazdorskie podejście. Bo nie rusza mnie na przykład, że wokalista ZUUL FX - Steeve "Zuul" (nawiasem mówiąc były frontman deathmetalowego NO RETURN) rzuca w tekstach dziesiątkami "fucków" i groźnie wykrzykuje "Hate Me Bastard!!!", "I Never Forget" i "Fuck Them All!!!" (to autentyczne tytuły utworów z "Live Free Or Die"), bo to jakieś takie naciągane, nieszczere i sztuczne. Muszę jednak przyznać, że sama muzyka na tym albumie jest niczego sobie. Mocne, ciężkie, gitarowe granie oparte na masywnej sekcji rytmicznej, dyskretnie wklejone sample... słychać, że muzycy mają opanowane rzemiosło i potrafią nieźle poturbować tymi dźwiękami. U mnie mają też plusa za odważny, ukryty track zatytułowany "One Breath of Ours", utrzymany wręcz w klimacie tych bardziej epickich kawałków TYPE O NEGATIVE. Nie czaję natomiast kompletnie co na płycie robi pseudo-gotycki numer "French Kisses" (THE 69 EYES i HIM się kłaniają...). Cóż, ZUUL FX wzbudził we mnie mieszane wrażenia. Jeśli macie ochotę, sprawdźcie sami jak to smakuje, choć ze zdobyciem tego krążka w naszym kraju mogą być niemałe kłopoty.
PS. Francuzi sprytnie sobie zażartowali z cięcia promocyjnych wersji płyt na 99 tracków, też to stosując, ale unikając w tym wyrachowania wydawców, którzy myślą, że w ten sposób znaleźli sposób na piratów...
ocena: 6/10
www.equilibremusic.com
www.zuulfx.com
autor: Diovis


ZARATHUSTRA - "In Hora Mortis"
(CD 2006 / Agonia Records)
"In Hora Mortis" to trzeci duży album niemieckiego ZARATHUSTRA i zarazem kolejny ciekawy black metalowy krążek w katalogu wydawniczym Filipa. Zespół porusza się po mniej ekstremalnym terytorium gatunku, przyjmując za priorytet budowanie złowieszczej atmosfery. Na krążku dominują średnie tempa. ZARATHUSTRA nie stroni również od melodyjnych patentów, które stanowią istotny element płyty. Zespół eksploruje terytoria dawno odkryte, jednak ich zasoby naturalne przekuwa w atrakcyjną dla ucha formę. Najczęstsze podróże odbywa na ziemię norweską (a któż tego nie czyni J?). Twórczość szwedzkich mistrzów również stanowi dla Niemców bodziec dla kreowania własnej twórczości. Słucha się tej muzyki bardzo swobodnie, bez popadania w znużenie. Na płycie obecne są mroczne intra i sample, które nie mają charakteru wypełniaczy, lecz nadają kompozycjom odpowiedniego klimatu. Na "In Hora Mortis" ważną rolę pełni rytmika, która w znacznym stopniu kształtuje jej muzyczny obraz.. W muzyce ZARATHUSTRA usłyszałem patenty zainspirowane twórczością posiadającą swe źródło poza black metalową estetyką, co najbardziej objawia się w ostatnim w setliście "Towards Perdition", będącym najbardziej "progresywnym" i dojrzałym utworem. O tym, czy wyznacza on nowy kierunek ewolucji kapeli przekonamy się w przyszłości.
ocena: 7/10
www.zarathustra-online.net
www.agoniarecords.com
autor: Warzych


ŻALVARINIS - "Żalio Vario"
(CD 2005 / Primor Musica)
ŻALVARINIS powala! Połączenie tradycyjnych pieśni litewskich z metalowym uderzeniem w ich wykonaniu to prawdziwy majstersztyk. Nie jest to typowy black pomieszany z elementami ludowizny, tylko konkretne pieśni zrobione na hard'n'heavy. Zamiast typowego wokalu - babeczki śpiewają typowymi dla muzyki ludowej wielogłosami. Nie ukrywam, ze tego typu próby już zdarzało mi się słyszeć (głównie pochodziły zza Buga), ale w przypadku ŻALVARINIS jest to jedno z najlepszych połączeń tradycyjnych pieśni (wokale) z muzyką metal-rock-progresywno-jazzową i folkiem (gitary i sekcja rytmiczna). Jest tu zachowana tradycja przodków, a jednocześnie duch młodości i przyszłości. Jedno nie gryzie się z drugim, a w pełni współpracuje. Coś, co teoretycznie powinno mocno się ze sobą sprzęgać - tu idzie ręka w rękę zupełnie bezboleśnie, więcej - kawałki skomponowane są tak, że granica między stylistyką folkową i rockową jest bardzo płynna - i często okazuje się, że granicy nie ma bo przekaz i rytm jest ten sam! Poza tym pięknie "chodzą" dudy z gitarami (w "Żelektelis"), a takich "dialogów" instrumentalnych jest na tej płycie dużo, dużo więcej. Tak właściwie cała płyta jest dialogiem między tradycją a nowoczesnością, dialogiem między ludowością a szeroko rozumianym rockiem i jeszcze szerzej metalem z podkreślaniem własnych korzeni (u kapel z Litwy na porządku dziennym, za co czoła chylę!!!), ale marszem do przodu. Stare Bogi w XXI wieku i alternatywa dla skostniałych form. Im dalej, tym płyta staje się bardziej ciekawa. Oby więcej takich płyt w nadchodzących latach !!!
ocena: 10/10
autor: V. Ziutek


ZARATHUSTRA - "Contempt"
(CD-R 2005 / Undercover Records)
Odkąd sięgam pamięcią ZARATHUSTRA była dla mnie zespołem z drugiego planu i nie zawracałem sobie głowy jakąś tam niemiecką kapelką black'ową. I to był mój błąd... Chyba jednak zbyt pobieżnie podszedłem do tematu, bo muzyka tego zespołu, każe mi z innej perspektywy spoglądać na ten nieświęty niemiecki kwintet. Masakra trwa zaledwie 20 minut, ale możecie być pewni, że ten mini-album nie zawiedzie Waszych wygórowanych oczekiwań. Pod warunkiem, że oczekujecie old school'owego, średnio melodyjnego black'u nieskalanego klawiszowymi ekspresjami (wyjątek stanowi końcówka "Of Serpents and Swords", ale ten akurat motyw wpasował się doskonale w ogólny klimat nagrań) z ciągotkami w kierunku death/thrash metalu, chociaż te dwa ostatnie pierwiastki występują akurat w śladowych ilościach. Niby nic nowego, a jednak nie doprowadzają mnie swoimi dźwiękami do szewskiej pasji. Mało tego, zupełnie przestałem zwracać wagę na formę, a skupiłem się tylko i wyłącznie na pomysłach stricte aranżacyjnych, które nie pozwalają nam ziewać podczas przesłuchiwania "Contempt". Jest to EP-ka, która lirycznie stanowi koncept obracający się wokół tematyki Panów i ich poddanych - problemu naświetlonego przez niemieckiego filozofa Nietzsche'go - ale czego można się spodziewać po kapeli, która wybrała sobie 'taki' szyld... Brzmienie nie jest, jak w większości podobnych wynaturzeń, jakoś specjalnie upodlone, według mnie niewiele brakuje mu do ideału - wszystko słychać bardzo dobrze i co najważniejsze naturalnie, nie ma efekty zlewanie się dźwięków, wpadki praktycznie się nie zdarzają, a album dzięki szwedzkiemu Necromorbus Studio ma stosowną moc, która jest oczywiście jednym z wielu atutów tego krążka. Pomimo tego, że mam wersję CD, to dograny został do niej bonusowy kawałek - cover starego niemieckiego zespołu blackmetalowego, POISON. Ten numer to swoisty rodzynek na "Contempt", bo jako jedyny ma tak oczywiste konotacje z klasycznym thrash metalem - dziwne, ponoć w oryginale POISON grał black! (POISON D.A. - bo tak się zwali ze względu na istnienie komercyjnego zespołu o nazwie POISON - to stara thrashmetalowa załoga ;) - dop. Diovis) Nie wiem, nie słyszałem kapeli, ale już żałuję, bo wersja ZARATHUSTRA sprawia, że zaczynam się ślinić na samą myśl o tym kawałku, który jest wypadkową amerykańskiej (SLAYER) i germańskiej (KREATOR) szkoły thrash z domieszką black'u (głównie w warstwie wokalnej). To naprawdę morderczy, buchający ogniem, plujący kwasem, energiczny numer, o którym mogę pisać same dobre rzeczy, ale lepiej go samemu posłuchać. Natomiast cała reszta to już klasyczny black metal zagrany na norweską nutę - dwie gitary odpowiedzialne są za cholernie odurzające i hipnotyzujące motywy (pod tym względem "Slave Morality" przoduje!), tempa raczej średnie z tendencją do porywistych zapędów, wokalista charczy obrzydliwie, nieprzeciętny perkusista gra z ułańską fantazją, jeno basista coś uszedł mojej uwadze, ale przy tak gęstym instrumentarium nie ma się co dziwić. "Contempt" to dwadzieścia minut, które powinno bez problemu usatysfakcjonować wszystkich wielbiących takie dźwięki maniax! Pamiętajcie, że wersja CD nie zawiera dodatkowego utworu, a w przypadku takich hord jak ZARATHUSTRA wejście w posiadanie ich muzyki zapisanej na czarnym krążku jest naturalnie bardziej wskazane!
ocena: 8/10
www.zarathustra-online.net
headquarter@zarathustra-online.net
alex@undercover-records.de
www.undercover-records.de
autor: kaRel


ZEDHER - "Metal Possession"
(CD 2004 / własna produkcja & Kick Promotion Agency)
Jeśli jesteś fanem thrash metalu z mocniejszym vokalem, to ta pozycja jest dla ciebie, hehehehe i na tym powinienem zakończyć recenzję. Nie ma jak krótka reklama rodem z supermarketu ;) Poważnie, włoski ZEDHER wzorujący się podobno na dokonaniach SLAYER czy swoich rodakach z całkiem niezłego NECRODEATH, nie odbiega właściwie od kanonów thrash-death metalu. Thrashowe, lekko zalatujące Szwecją brzmienie (klimaty DARK TRANQUILITY, IN FLAMES), no i deathowy growling połączony z blackowym skrzekiem. Generalnie wszystko już gdzieś było. Po prostu dobrze nagrany i zrealizowany materiał, który w najmniejszym stopniu nie ma w sobie nic oryginalnego. Płytka, którą po przesłuchaniu oddam Naczelnemu, zostanie tylko ta krótka recenzja i nic więcej. Na koniec dodam tylko, że teksty inspirowane są horrorami. Może działa to na makaroniarzy, ale u mnie wywołuje co najwyżej uśmiech na twarzy.
ocena: 5/10
www.zedher.com
autor: sThor

| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX