Relacje

INQUISITION, SETHERIAL, IMPIETY, FOSCOR

11/04/2010  Berlin, K 17

Jeśli miałbym być do bólu szczery, przyznam, że losy tego koncertu zawisły w pewnym momencie na włosku. Mało tego - włosek ów zaczął się już przerywać i chyba tylko siły nieświęte uratowały gig, na który ostrzyłem sobie ząbki nie tylko ja. Nieskromnie przyznam, iż tym razem miałem w organizacji swój udział, a w sytuacji takiej zawsze udziela się coś na kształt niepokoju i nie chodzi tu bynajmniej o pieniądze, które rzekomo szczęścia nie dają, lecz o samo wydarzenie. Zacznę jednak od początku. Dzień wcześniej na równi z wydarzeniem, które utkwi na bardzo długo nie tylko w pamięci Polaków pogrywała w Berlinie jedna ze szwedzkich legend czarnego metalu, której szczegółowy opis występu przeczytać mogliście w poprzedniej relacji. Równocześnie z tymże koncertem miał miejsce w innej części kraju konkurencyjny show, na którym wszyscy zainteresowani obejrzeć mogli paru innych bardziej znaczących przedstawicieli sceny black metalowej. Mowa oczywiście o odbywającym się w Giessen festiwalu Kings Of Black Metal, którego część uczestników wystąpić miała właśnie dzień później w stolicy. Dla mnie samego oraz tych, którzy odpuścili sobie z pewnych względów wyjazd do dalekiej Hesji, skład ów zapowiadał się wybornie: INQUISITION, SETHERIAL, IMPIETY plus dwa inne supporty: FOSCOR oraz I DIVINE. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że trzy pierwsze wymienione powyżej grupy kazały czekać na siebie tak długo - wierzcie mi, ale nerwówka towarzysząca tej czynności zaczęła nas już momentami przerastać, a to dlatego, że zapowiedzianych na 17-tą i tym samym najważniejszych kapel wciąż nie było na miejscu, tym bardziej, że początek gigu zaplanowany został na dwudziestą zero zero, a zegar wskazywał właśnie porę dobranocki. Cóż było robić? Kiedy wrota przybytku stanęły wreszcie otworem i nie pozostało nic innego jak wpuścić pierwszych straceńców do środka, normalną koleją rzeczy był fakt, że pierwszy z anonsowanych bandów musiał odpalić swoje piece, jeśli chodzi zaś o ścisłości - zaszczyt ten przypadł hiszpańskiemu FOSCOR, który zameldował się na miejscu wcześniej. Przyznam już na wstępie, że pomimo całkiem ciekawej oferty muzycznej formacji, nie poświęcałem jej zbyt wiele uwagi, gdyż nieustanne kursowanie pomiędzy pierwszym piętrem klubu, na którym odbywał się koncert a dziedzińcem i tęskne wypatrywanie niczym Tristan za Izoldą, czy przypadkiem nie zbliża się od zachodniej strony jakiś konwój z transportem wcielonych diabłów było jedyną czynnością, której się poświęcałem. W pewnym momencie na plac zajechała jakaś furgonetka, z której wypełzło kilka postaci. Jak się okazało - właśnie wylądował I DIVINE, nowy rozdział historii metalu, pisany przy pomocy byłych członków węgierskiego SEAR BLISS. W porządku - jest drugi support, ale gdzie są ci najważniejsi? Przyjadą czy nie przyjadą? Machnąwszy ręką i chcąc uczynić w tył zwrot usłyszałem w pewnym momencie za plecami podejrzany hałas. Co to, jednak są? Jasne!!! Nareszcie! Dwa kolejne samochody zajeżdżają na dziedziniec klubu, a z nich wypełzają kolejne znajome postaci objuczone wszelkiej maści tobołami. Jak jeden mąż rzuciliśmy się wszyscy do pomocy, przenosząc z dziedzińca na pięterko wszystkie graty przywiezione przez zespoły. Szybka instalacja back-line'u, rozbudowa merchu, a potem to już tylko banany na ryjach i peany wychwalające łaskę Rogatego, który czuwał chyba nad wszystkim. Cud się stał! Wszyscy w komplecie i możemy właściwie jechać z koksem. To jazda! IMPIETY na pierwszy ogień. Jak do tej pory nie miałem niestety okazji oglądać tych singapurskich szatanów w akcji i jak się okazuje - straciłem naprawdę baaaardzo wiele. Diabelskie komando egzystuje już przecież dwie dekady, jak do tej pory na koncie sześć długograjów i dwie koncertówki, a wydawać by się mogło, że w rankingach ekstremalnej sztuki pomimo wysokiej jakości swoich wyziewów wciąż plasuje się na uboczu, jeśli nie na tyłach. Pamiętam doskonale moment, kiedy to świat zwrócił na nich bardziej uwagę przed ośmioma laty za sprawą "Kaos Kommand 696" , którą wydała wówczas sławetna Osmose, sprawy jednak nie zawsze układają się tak jak powinny, bo Herve zapieprzył sprawę i kariera zespołu nie potoczyła się tak jak powinna. Całe szczęście, że istnieją tacy ludzie jak Filip z Agonia Records, dzięki którym grupy pokroju IMPIETY wciąż mogą skutecznie deprawować i szerzyć w młodych umysłach moralną zgniliznę. Kolejnym owocem tej determinacji jest m.in. zeszłoroczny krążek "Terroreign (Apocalyptic Armageddon Command)", którego zawartość w wersji live kopie aż miło! Shyaithan i jego podopieczni stają się na żywo niesłychanie niebezpieczną hordą, która zostawia po przemarszu nic innego jak kupę zgliszcz. Przez ok. 35 minut Azjaci zarzynali bestialskim black/thrash/death metalem najwyższej próby, nie zapominając oprócz najnowszych kompozycji także o starszych kawałkach, aby zmierzając do (nie)szczęśliwego finału posiekać na koniec wszystkich własną interpretacją "Equimanthorn" BATHORY. Ha,ha! To ci było dopiero. Przypuszczam, że gdyby nie czas, który przez to niefortunne spóźnienie tak został zmitrężony, z pewnością dane by nam było przeżyć przy ich dźwiękach większą ekstazę. No, ale cóż - wyszło jak wyszło, a przed nami przecież występy kolejnych piekielników. W ten oto sposób na podest wypełzł SETHERIAL. Po raz jedyny i ostatni widziałem Szwedów jak do tej pory podczas edycji Party San '06, gdzie zagrali koncert jakości bardzo przeciętnej. Holender, w życiu bym się nie spodziewał, że po czterech latach będzie mi dane obejrzeć ich gig, który oceniłbym jako więcej niż wyborny! Czy to dlatego, że tego wieczoru zabrzmieli super, a kawałkami na które postawili były w przeważającej ilości starocie? Chyba tak! Nie ukrywam, że największy sentyment mam przecież do SETHERIAL z czasów dwóch pierwszych albumów. Dzisiejszy zespół występuje wprawdzie w zupełnie innej konfiguracji składowej niż w tych pięknych dniach, według oficjalnych przekazów medialnych głównymi postaciami wciąż pozostają jednak perkusista Sjödin oraz Kraath, który na potrzeby show zajął się męczeniem sześciu strun i okazjonalnym darciem gardła. Wokalistę Infaustusa udało mi się również rozpoznać stosunkowo łatwo, trudno mi już było z kolei ustalić któż to dzierży drugą gitarę i bas. Ach, mniejsza o szczegóły, bo bez względu kto by tam nie grał koncert SETHERIAL był prawdziwą petardą. Łeb samoczynnie kołysał mi się przy "Shadows Of The Throne", "Shades Over Universe", "In The Still Of Northern Fullmoon" (cudowny 11-minutowy otwieracz z mojego ukochanego "Nord"!), "Hell Eternal" czy "Summon The Lord With Horns"... Na sam koniec zaprezentowany został także przedsmak nadchodzącej wielkimi krokami nowej płyty "Ekpyrosis" pod postacią "A World In Hell" i to było na tyle. Trzeba było się streszczać, więc sprzątnąwszy szybko graty Szwedzi przygotowali plac boju dla INQUISITION. Po kilku niedługich chwilach na podeście pojawiły się dwie znajome postaci, które swoim koncertem sprzed dwóch lat, granym notabene w tym samym miejscu zamiotły mną podłogę klubu na glanc. Kiedy opowiadałem wszystkim nie znającym jeszcze INQUISITION, że jest to zespół, który gra koncerty w wyłącznie dwuosobowym składzie i wychodzi mu to wręcz porażająco, niejeden zadawał mi pytanie: "jak to w ogóle możliwe?" Możliwe, a tak to! Horda tworzona przez dwóch nawiedzonych osobników - Dagona (voc/g) i Incubusa (dr) - założona już dwie dekady wstecz w kolumbijskim Cali, a od kilku lat pomieszkująca w Stanach Zjednoczonych to w moim odczuciu jeden jedyny chyba band, który to potrafi. Uważam, że każdy powinien sprawdzić to sam, ale tak ubogie instrumentarium potrafi przy dobrym nagłośnieniu miażdżyć nieziemsko, a tego niniejszego wieczora nie zabrakło. Przekonanie Dagona "minimum is maximum" odzwierciedla się w każdym calu, a surowy i brutalny black metal w wykonaniu to miazga i rozpierdol stuprocentowy! Nie widzieliście jeszcze? Jak najszybciej nadróbcie to niedopatrzenie - nie będziecie żałować! Rytuał mordu i zła rozpoczął się od "Embraced By The Unholy Powers Of Death And Destruction" z drugiego krążka "Invoking The Majestic Throne Of Satan". Już w tym momencie dało się czuć ten diabelski jad emanujący z twórczości zespołu, następujące zaś po nim "Command Of The Dark Crown" oraz "Nefarious Dismal Orations" wspaniale dopełniły bluźnierczego klimatu. W następnej kolejności w publikę rzucone zostały "Baptized In Black Goat Blood", "Desolate Funeral Chant" oraz "Ancient Monumental War Hymn". Przy ostatnim poczułem nawet coś co nazwać można małym podnieceniem, gdyż "Nefarious Dismal Orations", z którego już notabene usłyszeliśmy tytułowca, to najlepszy (i ostatni) jak dotąd album grupy, a kawałki z niego grane na żywo po prostu rozrywają na strzępy. Zwieńczenie nastąpiło poprzez małą wycieczkę w rejony "Magnificent Glorification Of Lucifer" pod postacią "We Summon The Winds Of Fire", następnie zapowiedź i wykonanie utworu z nadchodzącej coraz większymi krokami nowej płyty i... to wszystko. Tak, niestety ze względu na fakt, że zegary wybiły północ INQUISITION musiało zakończyć swój blasfemiczny spektakl, satysfakcjonując nieziemsko wszystkich, którzy przybyli ich obejrzeć, z drugiej strony powodując jednak malutki niedosyt z powodu braku kilku ważnych psalmów (chociażby "Crush The Jewish Prophets"). Bądź co bądź jednak dzięki należą się przeogromne szczęśliwemu zbiegowi okoliczności bez względu na to, czym by to nie było. Żal tylko trochę chłopaków z I DIVINE, którzy tłukli się taki szmat drogi tylko po to aby się przejechać, gdyż konieczność zakończenia dżamprezy nie pozostawiała choćby szczypty złudzenia na cokolwiek. Miejmy nadzieję, że spotka ich jeszcze w przeciągu niedawno rozpoczętej działalności więcej niż jedna okoliczność do zaprezentowania się przed publicznością. Tutaj w Berlinie, of course... Taki lajf, ale warto mimo wszystko trwać i iść do przodu... A Węgrzy to ponoć niezłe twardziele, więc - beware!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

Impiety

Setherial

Inquisition



<<<---powrót