Relacje

FESTUNG OPEN AIR 2010

22.05 - 23.05.2010  Renneritz bei Bitterfeld, Niemcy

W zeszłym roku miałem przyjemność zakosztować po raz pierwszy wrażeń wywoływanych za sprawą odbywającego się na obszarach malowniczego landu Sachsen - Anhalt festiwalu Festung Open Air, a że w przeważającej części zaliczały się one do pozytywnych, przy szczęśliwym zbiegu okoliczności obiecałem sobie powtórkę z rozrywki. Los okazał się łaskawy i tak też się stało. Po raz kolejny mogłem uczestniczyć w obronie twierdzy Bitterfeld (pierwsze słowo nazwy festiwalu to właśnie niemiecki odpowiednik tego, co kojarzy się nam z niedostępnym i obleganym przez nieprzyjacielskie wojska silnie obwarowanym obiektem), choć przy okazji początkowo w celach czysto organizacyjnych wypadałoby nadmienić o małych zmianach, które przy niniejszej edycji miały miejsce. Niewykluczone, że ci, którzy czytali moje zeszłoroczne wspomnienia z tegoż przedsięwzięcia wiedzą o tym, iż pomimo bliskości dzielącej teren festiwalu od wspomnianego już wcześniej miasta, sam festiwal nie odbywa się bezpośrednio w jego granicach, lecz lokacja jego przypada zazwyczaj w okolicach którejś z leżących w jego pobliżu większych wiosek. Rok temu właściwym miejscem akcji był Friedersdorf, tym razem natomiast wybór organizatorów padł na położony nieopodal Renneritz. Zmienił się też troszkę czas, w którym festiwal się odbył, gdyż w stosunku do ostatniej edycji przypadło to tydzień wcześniej. Przyczyny upatrywać należy tu jednak w dacie Zielonych Świątek, które w chrześcijańskim kalendarzu należą do świąt ruchomych, a tradycją stało się, że jakby na przekór tymże, organizatorzy FOA corocznie pragną sprawić przyjemność w tych właśnie dniach miłośnikom diabelskiego noizzu, którzy mając w perspektywie następujący po zielonoświątkowej niedzieli wolny poniedziałek wykorzystują niniejszą okazję do bliższej lub dalszej konfrontacji ze swoimi idolami, bo jak sami wiecie - jeden metalowiec drugiemu nie równy.

Być może nie będzie zbyt wiele oryginalności w słowach, od których zacznę właściwy opis, bo chciałbym wspomnieć o pogodzie, którą zaliczyć można do wymarzonych na tego typu spędy. Niezbyt przypiekające słońce, brak deszczu czy wichury, która w zeszłym roku dała się na przykład we znaki - to jest to! Skracając sobie czas pozostający do występu pierwszego z anonsowanych na dzień pierwszy zespołów udałem się na rekonesans najbliższych okolic, a mianowicie - znajdującego się naprzeciw pola namiotowego lasu, uznając jednak z żołnierskiego punktu widzenia, iż jego znaczenie strategiczne należy raczej do małych, powróciłem na teren festiwalu aby szwendając się od stoiska do stoiska oferującego zazwyczaj ofertę płytowo - koszulkową, poprzyglądać się nieco soundcheckowi oraz napływającym maniakom, których w porównaniu do zeszłego roku wydało mi się jednak (i to nie tylko na początku) zdecydowanie mniej. Trudno mi oszacować ogół tych, którzy zdecydowali się tym razem odwiedzić festiwal, ale typowałbym raczej na połowę tego co stanowiło go blisko 12 miesięcy temu. Ach, nieważne. Bierzmy się do roboty, bo podobnie jak wówczas o godzinie 15.00 nastąpił start, a zainaugurował go nieznany - przynajmniej mi - NOCTURNAL. Nazwa w sumie mało oryginalna, co do muzyki i imidżu - tutaj można by z kolei polemizować. Owszem, sam uwielbiam w każdym calu oldskulowy, zadziorny i galopujący black / thrash, naboje, ćwieki, pieszczochy, skórzane portki czy obszyte po brzegi katany, uważam jednak, że nawet tego typu trend musi mieć w sobie to trudne do zdefiniowania "coś", pozwalające ślinić się przy każdym wychodzącym spod palców muzyków riffie. Nie mam oczywiście zamiaru w tym miejscu zgnoić NOCTURNAL do ostatka, bo dzięki wydzierającej się pannie czy całkiem przyzwoitych interpretacjach "Tormentor" (tu akurat autorstwa KREATOR) oraz RAZORowskiego "Evil Invaders" na pewno jakiś plusik się należy, jeśli chodzi o tę szufladkę, osobiście wolę już jednak chociażby taki DESASTER... Nawiasem mówiąc, band pochodzi z tego samego landu co wymieniona przed chwilą horda z Koblenz, czy w grę wchodzą tu jednak jakieś wpływy bądź kumoterstwo - nie mam pojęcia. Jako następni w grafiku - Serbowie z THE STONE. Zespół, którego nie widziałem strasznie długo - aż 9 godzin, hehe! To tylko dlatego, że dzień wcześniej kapela grała w K 17 obierając Berlin jako jeden z przystanków na europejskiej trasie z NEGURA BUNGET, występ na FOA był z kolei następującym po tymże. Grupę oglądałem więc łącznie już cztery razy i przyznać muszę, że jest w tym szaleństwie jakaś metoda, gdyż black metal na słowiańską modłę brzmi całkiem inaczej i nawet trochę żałuję, że recenzując kilka lat temu jedną z płyt THE STONE oceniłem ja zbyt nisko. Ach, tak to już jest z wiecznymi malkontentami miewającymi huśtawki nastrojowe. Do niektórych rzeczy trzeba zatem albo dojrzeć albo nie słuchać gdy się jest nie w sosie... Z tego co widziałem, show Serbów się podobał całkiem niemałej grupie, przypuszczalnie ze względu na obowiązkowe farbki na pysiach, kolce, podarte ciuchy i plucie ogniem, które dla co niektórych mogą być wyznacznikami jakości black metalowego gigu, ale to tylko moja opinia. Całkiem nieźle to zabrzmiało, jeśli miałbym podsumować ogólnie, więc jedyne co zespołowi się w takim przypadku należy to odwzajemnienie nieśmiertelnego "SŁAWA!". Festung zawojowany został przez serbską drużynę zwycięsko, pytanie zatem ciśnie się na usta tylko jedno - jak ich krajanie poradzą sobie podczas mundialu w starciu z tak silnym przeciwnikiem jak śmietanka Bundesligi? Choć życzę wszystkiego dobrego, wiem że może być trudno. Odłóżmy jednak te spekulacje, bo czasem zdarzają się niespodzianki, a na bardzo króciutko zatrzymajmy się przy DIE HARD. Na króciutko tylko dlatego, że band ów po prostu mi się nie podobał i nawet ichna interpretacja "Countess Bathory" nie spowodowała, że serce zaczęło mi bić mocniej. Nie chcę też tym samym powiedzieć niniejszym, że Papa Cronos po jej wysłuchaniu dostałby zawału, ale porównując to chociażby z wykonaniem UNLEASHED, rzekłoby się że... nie ma porównania. Widzicie? Szwedzki band drugiemu nierówny, nawet jeśli chodzi o wykonawstwo klasyków. Zmieniamy zatem szerokość geograficzną, a także i klimaty. Nazwa zespołu, który zainstalował się jako czwarty w kolejce padła już kilka linijek wyżej. Och, też się za nimi stęskniłem nielicho, hehe! Podobnie jak w przypadku THE STONE moje bliskie spotkanie trzeciego stopnia z NEGURA BUNGET miało miejsce już po raz czwarty, przenosząc mnie w świat bałkańskich krajobrazów, na które składają się spowite mgłą Karpaty, transylwańskie puszcze oraz chłód oddechu samego Vlada Tepesa, hihihi! Kto oglądał przed laty lekko głupawy, ale w sumie zjadliwy horror "Twierdza" nakręcony na motywach książki Paula F. Wilsona o takiej samej nazwie, potrafi sobie pewnie wyobrazić rzeczony klimacik. Na chwilę obecną dzieci ziemi rumuńskiej promują swój najświeższy krążek "Virstele Pamintului" (co za nazwa, niech się przekręcę!) i choć zawartość jego pozostaje podobnie jak w przypadku poprzednich albumów interesującym kawałkiem czarnego metalu ze sporymi naleciałościami siedmiogrodzkiego folkloru, przyznać muszę, że z pewnością nie jest łatwym zadaniem zagrać taką muzykę podczas koncertu. Ludowe instrumentarium składające się z kotłów, harf, piszczałek, liry korbowej, fletni Pana - przypuszczam, że część nieobeznanych w muzyce klasycznej mogłaby nie mieć zielonego pojęcia o tym, jak część z tutaj wymienionych w ogóle wygląda, ale nawet i bez tego jedno przyznać trzeba: to dzięki nim właśnie muzyka NEGURA BUNGET nabiera tego niepowtarzalnego wymiaru. Nie tylko dzięki dźwiękom, ale także za sprawą umiejętności ich twórców. W tym miejscu pozwolić też sobie muszę na małą prywatę, ale jak dla mnie obsługująca klawisze Inia Dinia to najbardziej atrakcyjny element tejże grupy. Już pewnie nie raz pomyśleliście sobie, że typowy kobieciarz ze mnie, ale cóż - taki to czasem urok tych metalowych lejdis, hehe! Lepiej to chyba jednak abym zachwycać się miał typami z VOMITOR, bo jeśli chodzi o ścisłości - nie było czym absolutnie. Naprawdę! Bardzo wiele słyszałem o tym zespole i tym samym ciekaw byłem ogromnie ich prezencji oraz siły przekazu na żywo, a tymczasem - klapa! Tak, proszę państwa - prawda jest taka, że VOMITOR nie spodobał mi się absolutnie. Nie wiem dlaczego, ale muzyka tercetu z Antypodów wydała mi się w wersji live jakaś płytka, mało wyrazista, nijaka... No, nie wiem do diabła dlaczego! Ani mną to wstrząsnęło, ani poruszyło niczym wiosenny wietrzyk liśćmi wierzby płaczącej... Może i znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że w ogóle nie znam się na rzeczy i wcale się za ten pogląd nie obrażę. Niewykluczone, że faktycznie zrobił się ze mnie już malkontent pierwszej klasy, ale czasem sam jestem przerażony. Czy to fakt, że boginią jest dla mnie Lady Gaga kompletnie zabił we mnie miłość do oldskulowego death/ thrash metalu? Oj, chłopie zrób ty coś ze sobą...

No, ale koniec końców przyszło to, na co tak bardzo czekałem i szczerze mówiąc - właściwie tylko w związku z tym przywlekłem na niniejszy festiwal swoje cztery litery. Jeśli chodzi o ten zespół, był on chyba najbardziej przeze mnie wielbionym kiedy w latach licealnych przeżywałem fascynację norweskim black metalem, szczególnie tym spod znaku bardziej klimatycznego i symfonicznego grania. W tym miejscu jeszcze raz powrócę do kwestii natury feministycznej, bo nie ukrywam, że w pewnym sensie członkini tej grupy dołożyła swoje trzy grosze do mojego zainteresowania poczynaniami formacji i nic dziwnego, że po jej odejściu straciła wiele nie tylko muzyka, ale i ogólny wizerunek kapeli. Meine Damen und Herren - przed Państwem w ramach ekskluzywnego show ekipa ze Stavanger: GEHENNA!!! Tak, to naprawdę duża niespodzianka, biorąc pod uwagę nie tylko mającą miejsce od kilku lat stagnację wydawniczą, ale także i rzadkość występów na żywo. Nie kwestionowałbym faktu, że dla wielu maniaków norweskiego odcienia klasycznej czerni występ GEHENNA był zapewne eliksirem dla duszy, choć osobiście mógłbym mieć kilka zastrzeżeń. No, cóż - faktem jest, że czasy tak cudownych jak na moje gusta płyt "First Spell" czy "Seen Through The Veils Of Darkness" grupa ma już definitywnie za sobą i oscylując od kilku lat w zdecydowanie brutalniejszych dźwiękach, siłą rzeczy postawić musiała na kawałki z ostatnich dwóch płyt. Szkoda, bo gdyby tak posiadająca delikatne azjatyckie rysy klawiszówka Sarcana chciała znowu podbarwić utwory partiami swojego instrumentu, mogłoby być naprawdę kapitalnie. A tak ekipa Dolgara (bas oraz aktualnie główny wokal) musiała poradzić sobie bez tegoż, co nie znaczy jednak, że było drętwo. Jak już wcześniej wspomniałem, set Norwegów oparł się w dużej mierze na kompozycjach z "WW" i "Murder" ("Grenade Prayer", "Devout Dementia", "Flames Of The Pit", "Death To Them All", "Pallbearer"), jedynymi wyskokami w dalszą przeszłość były natomiast "Devil's Work", "Ad Arma, Ad Arma" (jeden z moich ulubionych tracków na "Malice"), czy "Midvinter Forest". Według opinii co niektórych nie był to występ przedniej jakości, ale wyznając zasadę, że rzekomo nie ma rzeczy doskonałych osobiście nie mam zamiaru się czepiać. Przynajmniej zaliczyłem gig kapeli, którą zawsze darzyłem sentymentem. A potem z kolei nadeszły już dwa ostatnie punkty programu dnia pierwszego. Pierwszym z nich był TULUS i przyznać muszę, że jakość wrażeń spowodowanych występem tej grupy należała raczej do średnich. Pomimo uwielbienia dla norweskiej sceny, które to deklarowałem chociażby kilka linijek powyżej, nie mogę powiedzieć że wchodzi mi dosłownie wszystko i wiele wskazuje na to, że TULUS wchodzi raczej w skład tejże mniejszości. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, pozwolę sobie wytłumaczyć, że jest to band mający powiązania personalne z KHOLD, który gwoli sprawiedliwości też nigdy na kolana mnie nie powalił i może po części też to z tego wynika... Jakoś tak czasem wychodzi, że pomimo różnic w brzmieniu fakt taki potrafi zaważyć i szczerze powiedziawszy sam nie mogę pojąć tego fenomenu. No, ale cóż - tak bywa i nic się na to nie poradzi. Starcie uwieńczył natomiast SAHG, którego skład szczyci się posiadaniem w swoich szeregach pana o nazwisku Tom Cato Visnes, jeśli ktoś miałby z kolei wątpliwości kto zacz, tłumaczę, iż człek ów to sam znany z niedawnego pobrząkiwania w GORGOROTH King Ov Hell. Szanowny muzyk ma rzecz jasna mniej lub bardziej znaczące epizody także i w innych grupach, przypuszczam jednak, że przy wymienieniu niniejszego pseudonimu w pierwszej chwili przychodzi na myśl chyba zawsze ta znana swego czasu w Polsce z pierwszych stron brukowców. Od razu pragnę poinformować jednak wszystkich, iż SAHG to zupełnie odmienna propozycja i wszyscy oczekujący surowych bluźnierczych dźwięków w stylu Żorżorota mogliby się rozczarować nielicho. Niniejszy band para się bowiem doom metalem i w tym miejscu sam obwieszczę, że nie jest to mój ulubiony styl. Owszem, chętnie posłucham klasyków gatunku, te nowsze twory nie robią jednak na mnie piorunującego wrażenia, nic dziwnego więc, że nie zrobił go i SAHG. W sytuacji powyższej odpuściłem sobie dalsze obserwacje, a czując nadchodzące wielkimi krokami zmęczenie uznałem, że kurs na namiot będzie w takiej sytuacji najlepszym z rozwiązań.

Obudziwszy się w piękny słoneczny poranek zielonoświątkowej niedzieli, zjadłem śniadanie, po czym przywdziawszy swój nieodzowny festiwalowy uniform, udałem się na rekonesans terytoriów niezbadanych jeszcze poprzedniego dnia. Czasu było sporo, więc nic nie przeszkodziło mi w zwiedzaniu najbliższych miejscowości z położonym tuż obok Renneritz na czele. Niby zwykłe wioski, ale jeśli przy okazji da radę znaleźć ślady historii, a szczególnie tego burzliwego dwudziestego stulecia, to powód do frajdy zawsze jest. Na teren festiwalu powróciłem króciutko przed startem pierwszego z zapowiedzianego na dany dzień bandów, a jeśli chodzi o szczegóły był nim KETZER. Podobnie jak poprzedniego dnia festiwal zaczął się oldschoolowym akcentem, gdyż tak jak u NOCTURNAL ofertą grupy również pozostaje dziki i pazurzasty black/ thrash metal. W wykonaniu KETZER podobał mi się jednak o wiele bardziej i niewykluczone, że jeśli będzie mi dane odwiedzić w tym roku sławetny i tak lubiany przeze mnie Party San, będę oglądał grupę tak samo chętnie. Po występie kwintetu z Nadrenii Północnej - Westfalii nastąpiło jednak dłuższe jak dla mnie rozprzężenie. Rozchodzi się o to, że przy dwóch kolejnych zespołach nieco się nudziłem. Rzekłbym nawet, że nieco więcej niż nieco, bo AFFLICTION GATE i BAPHOMET'S BLOOD nie zaimponowały mi niczym szczególnym (no, może jedynie ci pierwsi, dzięki całkiem udanej interpretacji "Corpsegrinder" autorstwa MASSACRE) i pogawędki ze znajomymi o życiu lub na podobne tematy okazały się dużo lepszym sposobem spędzenia tego czasu. Dopiero szwedzki KILL który wygramolił się na scenę w okolicach pory dobranocki potrafił poprawić mi nieco humor, choć jeśli już mówić o tym w całej rozciągłości, uczynili to występujący w następnej kolejności ich krajanie, a mianowicie - TRIDENT. Do diaska, to ci jest zespół! Tobias Sidegard i Alex Friberg (NECROPHOBIC), Johan Norman (ex-DISSECTION, SOULREAPER) oraz dwaj grajkowie z pomniejszych choć wcale nie gorszych bandów, zrobili mi swoją muzyką wcale niemałą krzywdę! Choć przytoczyłem tu nazwy, które każdemu maniakowi szwedzkiej szkoły na pewno są bliższe niż rodzina, wierzcie mi że nie można mówić o powtórce lub bezczelnej zrzynce. TRIDENT ma swój styl, a mimo tego tak samo skutecznie niszczy, kopie i wybija zęby! Po trzech zaledwie latach egzystencji band wypuścił właśnie na rynek via Regain swojego debiutanckiego długograja "World Destruction", będącego pierwszym w ogóle wydawnictwem grupy, toteż nic dziwnego, że repertuar opierać się musiał na kawałkach wyłącznie z niego pochodzących. Oj, niech tylko Per uważa by nie zapieprzyć sprawy i nie żałuje na TRIDENT kasy, bo naprawdę warto! Osobiście sam ściskam kciuki, aby grupie powiodło się jak najlepiej. Po death/black metalowym barbarzyństwie na skandynawską modłę, nadszedł czas na pierwszy i jedyny podczas tejże edycji amerykański akcent. Przypuszczam, że wszyscy orientujący się choć troszeczkę w jankeskiej czarnej scenie (nie mam tu oczywiście na myśli nowoorleańskiego jazzu) zdążyli już się przekonać z czym się je NACHTMYSTIUM, jeśli zaś jeszcze nie - stracili ogromnie i radzę to niedopatrzenie nadrobić jak najprędzej. Psiakrew, to się nazywa zespół przez duże Z i jeśli ktoś twierdzi, że Amerykanie nie potrafią grać black metalu, to mylił się okrutnie. A do tego nadmienić jeszcze wypada, że NACHTMYSTIUM to już nie podziemna horda, tylko grupa z prawdziwego zdarzenia - no cóż, nie od dziś wszyscy wiemy, że kontrakty z dużymi wytwórniami pomagają w dotarciu do szerszej publiczności i choć Century Media na pewno ma w dzisiejszych czasach inny nieco profil wydawniczy niż w dawnych wiekach, żywię głęboką nadzieję, że nie zaniedba tym samym tej formacji. W dziesiątą rocznicę istnienia formacji na rynku ukazał się piąty długograj formacji "Addicts: Black Meddle Pt. 2", stanowiący z pewnością kontynuację wydanego przed dwoma laty "Assassins: Black Meddle Pt. 1". Z uwagi na świeżość tego dziełka oraz okazję, którą stanowił koncert na Starym Kontynencie część jego zawartości musiała oczywiście zostać przedstawiona i... przypuszczam, że tak się stało. Przypuszczam tylko dlatego, że nie miałem okazji jeszcze się z tymże zapoznać, ale przy chwilce wolnego czasu z pewnością to uczynię. Ważne że całościowo kapela wypadła killersko i przypuszczam, że sporo osób miało podobne zdanie. Tymczasem przyjazny diabelskim dźwiękom mrok coraz bardziej oplatać zaczynał wokół festiwalu swoje macki i w ten sposób na grafiku ostały się już jedynie GOSPEL OF THE HORNS oraz THE JAILBREAKERS. Programowo pierwsi zagrać mieli Australijczycy, jednakże z uwagi na pewne nieznane mi okoliczności nastąpiła zamiana miejsc i na przedostatnim znalazł się THE JAILBREAKERS. Zespół niniejszy okazał się tylko i jedynie niemieckim cover bandem AC/DC i w sumie nie miałbym do czego się przypieprzyć, lecz jeśli miałbym już w ogóle o cokolwiek - chodzi mi jedynie o decyzję organizatorów, którzy ustalili oddzielną cenę ich występu dla tych, którzy olewając festiwal przybyli tylko w celu obejrzenia tego show. Czy cover band to coś aż tak rewelacyjnego, że nastawiono się na związane z tym krociowe dochody ze strony wszystkich rozkochanych w klasykach australijskich hard rockowców? Nie potrafię tego zrozumieć tylko dlatego, że nie zauważyłem wzrostu publiki, którą zasilić by mogli podtatusiali miłośnicy AC/DC, bo jeśli już, to święcie przekonany jestem o tym, że woleliby widzieć w akcji oryginalny band... No dziwne to, ale tak to akurat było. To parę słów o GOSPEL OF THE HORNS na koniec. Oldskulowa horda z Antypodów, parająca się thrashem ze sporą dawką diabelstwa zagrała całkiem nieźle. W tym miejscu musze jednak już poprzestać na dalszych wywodach. Moja oszczędność w opisie wynika po prostu z faktu, że poczynaniom grupy tylko się... przysłuchiwałem. Głupio się przyznać moi mili, ale niestety chyba trochę skrewiłem i wierzcie mi, że do chwili w której czytacie te słowa czuję jeszcze lekki co najmniej wstyd. Tak to bywa niestety, kiedy wymieszanie kilku gatunków alkoholi dotknie nie zaprawionego w tej dyscyplinie. Tu znajomi, tam znajomi, więc z tym piwko, z tamtym wódeczka, z kolejnym jeszcze coś innego i o efekty nietrudno. Polak mądry jednak dopiero po szkodzie, więc nauczony tym doświadczeniem odradzam komukolwiek powyższy schemat, jeśli chcecie uniknąć potwornego bólu żołądka, zawrotu głowy i uczucia jakby za chwilę miało się umrzeć. Tak i tak dobrze, że nie straciłem przytomności i nie skończyło się to interwencją lekarską, ale uczucie że nie tak miało być i niedosyt z powodu braku oczekiwanych wrażeń będę traktował od tej chwili jako poważną przestrogę.

I to tyle, jeśli chodzi o moje wspominki z festu, który odwiedziłem już po raz drugi, mając naturalnie ochotę przy równie wartościowej obsadzie i sprzyjających okolicznościach odwiedzić także za rok. Miejmy nadzieję, że w razie zmiany miejsca wybór organizatorów padnie na równie ładne otoczenie, nie mówiąc już o tym, aby wszystkie wiatry wiały pomyślnie do tego stopnia, że festiwal stanie się imprezą cykliczną przez co najmniej kilka kolejnych lat. Wierząc jednak w sens zasady "chcieć to móc", jestem pewien że tak będzie. Chcieli - zaprosili naprawdę dobre zespoły. Mogli - zorganizowali udane festiwale z ich udziałem. I tak już od kilku lat, bo Festung Open Air, to niewielka, aczkolwiek naprawdę solidna instytucja. Tak trzymać!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

FESTUNG OPEN AIR 2010, 22.05 - 23.05.2010 - GALERIA

Nocturnal

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

The Stone

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Die Hard

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Vomitor

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Gehenna

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Tulus

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

SAGH

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

ketzer

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Affliction Gate

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Baphomets Blood

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Kill

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Trident

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

Nachtmystium

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010

The Jailbreakers

FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010 FESTUNG OPEN AIR 2010


<<<---powrót