Relacje

UNDER THE BLACK SUN FESTIVAL 2010

2.07 - 3.07. 2010  Helenenau bei Bernau (Niemcy)

W swoim życiu sprawdziłem się już w wielu rolach - ucznia, studenta, robotnika, nawet i żołnierza (sic!)... W najśmielszych snach nie przypuszczałbym jednak kim przyjdzie mi być podczas tegorocznej edycji festiwalu Under The Black Sun, organizowanego już tradycyjnie od 13 lat przez niezmordowanego Jörga z Folter Records. Gdybym miał jednak opowiedzieć wam to wszystko ze szczegółami, nie wiem ile stron musiałbym na to poświęcić i jak wielu z was posiadałoby tak ogromne pokłady cierpliwości (jak i ciekawości) aby doczytać to wszystko do końca. Choć trochę szczegółów? Proszę bardzo: uszczęśliwiacz ludzi poprzez udzielanie ślubów, obrońca zbrukanych niewiast, tłumacz, dowódca wojskowy... Ale kto przede wszystkim? Wiadomo - korespondent naszego zacnego portalu, skupiający się w pierwszym rzędzie na kwestiach natury obserwacyjno - opisywalnej, jeśli chodzi o obsadę festiwalu. Nie od dziś ubieram w słowa to co było dane mi przeżyć za sprawą występów różnych wykonawców, toteż z wielką chęcią oraz cichą nadzieją, że i tym razem przeczytacie te epistoły z choćby małą dozą zainteresowania, składam na wasze ręce zapis tego co na początku pierwszego miesiąca wakacji wydarzyło się na ukrytej w przyjemnym cieniu lasu scenie zbudowanej na potrzeby tego małego, lecz jakże zacnego festiwalu.

Przybywszy na miejsce akcji rzuciłem okiem na przeznaczoną do celów campingowo - obozowych przestrzeń i stwierdzić muszę, że w porównaniu do zeszłego roku świeciła wolnymi miejscami trochę bardziej intensywnie. Niedobry to trochę znak, ale jak się później okazało - w miarę przyzwoita liczby przybyłych podratowała frekwencję. Nie będę w tym miejscu oczywiście zaglądał do portfela pana Schrödera, bo świadczyłoby to o moim braku dobrych manier, więc zgodnie z zapewnieniami skupię się wyłącznie na opisach poczynań występujących, choć już w ramach tegoż intermezzo zaznaczę, iż nie będą one rozwlekłe. Nie chodzi tu bynajmniej o moje lenistwo, lecz o najzwyklejszy w świecie fakt czysto podziemnego statusu każdego z nich. Postaram się jednak o każdym napisać choć jedno i w miarę pochlebne zdanie, bo choć nierzadko besztać potrafię nieziemsko, choć trochę ludzkich uczuć też zachowałem. Na kogo wypadnie - na tego bęc, a w tym roku w kwestii otwieracza imprezy wypadło na NAZARENE DECOMPOSING. Grupa reprezentująca miasto Passau położone w najbardziej chyba niemieckim i najbogatszym spośród wszystkich bundeslandów (podpowiedź - święto piwa, zjazdy partii pod wodzą pewnego pana z wąsikiem oraz herbata z mlekiem) uraczyła wszystkich, którzy przywlekli się pod scenę po prostu black metalem. W tym miejscu w zasadzie powinno paść od co niektórych obeznanych z tematem zapytanie typu: "a co mieli niby grać?" biorąc pod uwagę profil gatunkowy festiwalu, ale to tylko takie formalne przypomnienie dobrze znanego wam, choć nie zawsze obiektywnego skryby tegoż serwisu. Pomimo ścisłych i obowiązujących kanonów o wiele lepiej wypadł jednak w moim mniemaniu POSTHUM, nawiasem mówiąc nowy (chyba?) nabytek Folter Records. Nieco dłużej zatrzymałem się też przy greckim RAVENCULT, który kiedyś już miałem przyjemność oglądać. Choć czas zapieprza stosunkowo szybko, okazuje się że nie było to wcale tak dawno, bo od momentu niniejszego minął tylko rok, kiedy to synowie Hellady produkowali się w ramach innego zacnego wschodnioniemieckiego festu - Festung Open Air. Podobnie jak wówczas grupa dała całkiem niezły koncert i w sumie nie wiem dlaczego potrafi to lekko poruszyć zmysły... Grecka scena ma chyba w sobie jednak to coś, bo nie przypominam sobie jakoś bandu z tegoż kraju, który by mną w negatywnym kontekście wstrząsnął do żywego lub przynajmniej lekkawo zniechęcił. Hm, no cóż - nawet skoro już jako dzieciakowi podchodził mi Demis Roussos... Dobra, wolę urwać w tym miejscu, tak i tak wszyscy wiedzą, że moje słuchanie metalu to tylko pozory. Co mamy dalej? Kolejna załoga w barwach klubowych Folter Records - hamburski TODTGELICHTER, którego płytkę "Was Bleibt..." miałem przyjemność na łamach naszego serwisu ongiś zrecenzować i której zawartość wraz z fragmentami "Schemen" ładnie złożyła się na zawartość setu. A później z kolei występem swoim uraczył... O, tu to już koniecznie muszę naskrobać nieco więcej niż deklarowane wcześniej jedno zdanie. Powód jest prosty - w ramach niniejszej edycji UTBS pojawiły się dwa akcenty polskie, w piątkowy wieczór natomiast zaszczyt produkowania się otrzymał pierwszy z nich. Panie i panowie - direkt aus Krakau: KRIEGSMASCHINE! Przez niektórych spośród moich niemieckich znajomych polski zespół sygnujący się nazwą w ich ojczystym języku odebrany został już chociażby z tego względu jeśli nie kontrowersyjnie, to na pewno nieco dziwacznie, wytłumaczywszy jednak celowo prowokacyjny zamysł tego posunięcia, duża ich część skupiła się wyłącznie na wartości muzycznej kapeli, która - jak wiemy - do niskiej nie należy, pomimo ośmioletniej egzystencji oraz prezentującego się ślicznie w morzu dem, EPek i splitów jedynego oficjalnego studyjnego albumu. Troszkę ludków pod sceną się zebrało, toteż cieszy fakt, że dokonania Pana Mgły i jego kamratów trafiają na podatny grunt za Odrą, nawet pomimo tego, że do wielkoformatowej gwiazdy typu BEHEMOTH trochę jeszcze daleko. Ale nie ma co - nawet w podziemiu Machina Wojny potrafi udowodnić klasę i mistrzostwo. Kolejny akcent - też częściowo wojenny. Nie studiowałem wprawdzie tekstów tego zespołu i trudno mi ocenić czy twórczość jego gloryfikuje rozlew krwi, szczęk oręża, tudzież armatnie wystrzały, nazwa co nieco może jednak sugerować. Nie każdy jest wprawdzie aż takim miłośnikiem historii jak ja i nie każdy analizuje aż tak drobiazgowo pochodzące z ostatniej wojny światowej pozostałości, ale jeśli są już pośród was tacy - gdzie spotkaliście się już ze słówkiem VERDUNKELN? Trudno sobie przypomnieć? No dobrze, wyjaśniam. Kiedy alianckie bomby coraz mocniej nękać zaczynały III Rzeszę i w każdym z jej miast przybywało coraz to więcej zniszczonych obiektów, na każdym niemal kroku zauważyć można było plakaty napominające ludność słowami "Der Feind sieht Dein Licht. Verdunkeln!". Ostatnie słowo wyróżniało się nawet rozmiarem liter bardziej od pozostałych, siedząca zaś okrakiem na pędzącym po czarnym niebie RAFowskim bombowcu śmierć szczególnie dobitnie obrazowała zagrożenie czekające miasto jeśli tylko poprzez oświetlenie budynku ujawni się wrogim maszynom swoją pozycję. "Wróg widzi Twoje światło. Zaciemniaj!" - oto dosłowne tłumaczenie plakatowego sloganu. Jak już wspomniałem, o tym czy wojenne akcenty pojawiają się w twórczości VERDUNKELN nie mam pojęcia, ale że ich muzyka mrokiem stoi, przyznać mogę bez jakiegokolwiek... zaciemniania. Wrażenia jednak średnie, a z tego wszystkiego nawet nie zauważyłem, że dzień zaczął wyraźnie zmierzać ku końcowi i w programie pozostał już ostatni uczestnik, będący w takim przypadku zawsze headlinerem pierwszego dnia. I tutaj również zatrzymam się na trochę dłużej, gdyż band zamykający piątkowy maraton rytuałów i czarnej magii to w pewnym sensie ewenement. Czy gdzieś była już tu mowa akcentach polskich? A owszem. To teraz trochę z innej beczki. ANGANTYR, gdyż tak właśnie zwał się ostatni punkt programu tegoż dnia jest zespołem duńskim, a nazwa jego oznacza ponoć imię żyjącego i rządzącego w ósmym stuleciu tymże krajem króla. Nic to jednak, biorąc pod uwagę artystyczne pseudo odpowiedzialnego za oficjalny kształt tejże kamandy. Wie ktoś bowiem co znaczy Ynleborgaz? Uhm, już widzę las rąk... OK., darujmy sobie ironię, gdyż sam bym się nie połapał, że jest to po prostu napisane wspak nazwisko lidera, notabene Polaka z pochodzenia. Jakob Zagrobelny działa już pod szyldem ANGANTYR stosunkowo długo, z tego co mi wiadomo początki jego aktywności stały nawet pod znakiem ambientowych dźwięków. Biografia donosi jednak, iż do metamorfozy, której skutkiem stał się grany do dziś czarny metal doszło bardzo szybko, a oprócz kilku wydawnictw mniejszego formatu, artysta posiada już także i pełnowymiarowe cztery albumy. W związku z mającą dopiero we wrześniu miejsce premierą najnowszego z nich, opatrzonego tytułem "Svig", występ niniejszy był zapewne preludium do zaprezentowania choćby próbki nowych dokonań. Nie jestem jednak przekonany o tym stuprocentowo, gdyż muzyczny dorobek ANGANTYR pozostawał mi do tegoż wieczoru kompletnie nieznany. Nie mogę stwierdzić jednak tym samym, jakoby moja znajomość czarnej sceny poszerzona została o twór wybitny, gdyż złożony z lidera i muzyków sesyjnych zespół nie urzekł mnie niczym specjalnym. Rozumiem zatem, iż nikt z szanownych czytelników nie będzie miał w tym miejscu mi za złe jeśli napiszę, że poczuwszy lekkie zmęczenie udałem się do swojej polowej kwatery na spoczynek?

Rozpoczynając opis dnia drugiego nie wypadałoby nie wspomnieć oczywiście o druzgocącym zwycięstwie w ramach emocji mundialowych. Godziny późnopopołudniowe stały bowiem dla wszystkich miłośników niemieckiej reprezentacji futbolu pod znakiem rozgrywki z Argentyną, której rozgromienie okazało się sukcesem miażdżącym. Pomimo możliwości które poprzez posiadanie szklanego ekranu daje ośrodkowa świetlica oraz umieszczone w pojedynczych bungalowach telewizory osobiście nie uczestniczyłem w obserwacji tego ważnego dla wyżej wymienionych wydarzenia, wiwatowanie które słyszałem aż czterokrotnie było jednak wystarczającym dowodem tej wspaniałej wiktorii. Osobiście nie należę do zadeklarowanych fanów piłki nożnej, ze względów sentymentalnych szczerze życzyłem jednak - ujmijmy to trochę nietypowo - swojakom zwycięstwa. Z uwagi na porę transmisji niewielkiemu opóźnieniu uległa tym samym godzina startu pierwszego z występujących, sądzę jednak, że w związku z powyższą sytuacją nikt nie żywił do kogokolwiek pretensji. Pierwszym zespołem był natomiast KOZELJNIK, gwoli ścisłości projekt muzyka bywającego na niniejszym festiwalu regularnie. Raz z THE STONE, innym razem z MAY RESULT, a teraz z kolei z zespołem sygnowanym własnym pseudonimem. Ano tak - Marko Jerković gra na gitarze właśnie w tych wszystkich trzech grupach i szczerze powiedziawszy jakoś niespecjalnie w moim mniemaniu różnią się one od siebie. Mogę być tu oczywiście nieobiektywny, ale osobiście wyczuwam w black metalu na serbską modłę ten wspólny mianownik... O ile się nie mylę, w następnej kolejności grał chyba ILLRYCHT. Farbki na twarzach były, muzycznie też od czarnego metalu toto nie odbiegało, tyle że... to też nie to czego bym sobie życzył, aby być przynajmniej w 90 procentach usatysfakcjonowany. Jeśli chodzi zaś o występujący po nim szwedzki WANING wizualnie z tymże gatunkiem nie miał on absolutnie nic wspólnego, nie mówiąc już o tym, że muzycznie również tak se… Nie wiem co się ze mną dzieje, do cholery! Albo starzeję się już i malkontenctwo takie przychodzi po prostu w miarę przybywania lat, albo... Ach, nieważne. Ważne, że mieliśmy zaraz potem do czynienia z kolejnym w ramach tejże edycji akcentem polskim. Mianowicie - na ziemie Marchii Brandenburskiej zjechała bowiem śląska horda, odzwierciedlająca w każdym calu drzemiącą w nas depresję, złość, nie uwolnione pokłady agresji i wszelkie inne pierwiastki uznane przez ogół za negatywne. Kapela zowie się FURIA. I najfajniejsze jest to, że to wszystko co ma zamiar przekazać przedstawić można nie tylko w precyzyjny sposób za pomocą dźwięków, ale także i za sprawą... polskojęzycznych liryków. Ciekaw jestem, czy oprócz małej, ale jakże wiernej grupki stałych bywalców z Polski znalazł się pośród publiki ktoś, kto potrafiłby wyczaić o czym śpiewa Nihil i jego kompania, bo jeśli tak - konia z rzędem takiemu, szczególnie biorąc pod uwagę trudność naszej ojczystej mowy. Wierzcie mi lub nie - ile to już razy musiałem już stykać się ze strony swoich znajomych z pytaniem, na które nigdy nie udało i zapewne nie uda mi się odpowiedzieć, bo brzmi ono: "czemu polski język jest tak skomplikowany?" Albo: "czemu dwa konie i dwie bułki, a nie na dwa bułki i dwie konie?" No bo tak jest niestety i jednemu takiemu tylko to zawdzięczamy, bo gdyby rzekomo nie pomieszał ludziom języków, to nie byłoby dziś takich ceregieli... Wygląda na to, że bardziej dociekliwi muszą teraz sami rozwiązać problem dotyczący takich tytułów jak "Martwa Polska Jesień" lub "Grudzień za Grudniem". Bądź co bądź fajnie, że kolejny polski reprezentant stanął na wysokości zadania, końcówka występu okraszona zaś tańcem niezawodnej polskiej ekipy, która wtargnęła na scenę i przy dyskotekowym outro dała popis pierwsza klasa, szczególnie przypadła wszystkim do gustu, hehe! Jedźmy dalej. Nad terenem festiwalu powoli zaczęła rozpościerać swoje skrzydła ciemność, a w programie zostały już trzy ostatnie akty. Szczerze mówiąc - nieco się rozczarowałem, choć moje oczekiwania należały do wysokich. O MORTIFERA nie będę się rozpisywał, bo absolutnie nie ma o czym. A dalsze? Z jednej strony wdzięczny powinienem być Jörgowi za zaproszenie GLORIOR BELLI, gdyż wskutek niewyjaśnionych szerzej okoliczności band ów wypadł w zeszłym roku z obsady Party San i tym samym nie udało mi się go obejrzeć. Nie wiem dlaczego, ale gdy okazja ta nadarzyła się tym razem, jakoś nie potrafiło mnie to zachwycić. Czy może być coś w tym, że bandy tego typu brzmią tylko dobrze na płytach? Może i tak, gdyż GLORIOR BELLI to w sumie trochę inny odcień black metalu. Owszem, muza ta jest na wskroś ponura, habit wokalisty też dopełnia sączącego się z niej mroku, ale ogólnie jakoś Francuzi nie trafili w mój gust wykonując swoje utwory na żywo. Bywa i tak, trudno. To bierzmy się zatem za headlinera des zweiten Tages i jakieś słówko końcowe. W ten sposób wywód ów zostanie zakończony, a wszyscy ci, którzy zarzucą mi że pozwoliłem sobie tym razem na wylewanie żółci, będą zapewne usatysfakcjonowani. A więc? Podobno od "a więc" nie zaczyna się jakiegokolwiek wątku, myślę jednak że w ramach relacjonowania koncertów zdarzają się od tej reguły wyjątki, więc niech tam! Więc jedziemy z ANGST SKVADRON. Człowieczka odpowiedzialnego za ten projekt (teraz jednak podobno już jako regularny zespół) oglądałem już na scenie niniejszego festiwalu przed dwoma laty z jego czołowym zespołem, wtedy zaś podarował mi cedeka tworu, z którym pojawił się w ramach tejże edycji. Panie i panowie - ANGST SKVADRON to zasługa Trondra Nefasa z URGEHAL, która nieco odbiega w ogólnym przekazie od jego macierzystego bandu. Może nawet troszkę więcej niż nieco, gdyż to bardziej awangardowe granie, gdzieniegdzie opatrzone nawet przedrostkiem "post". Jak to zwał tak zwał, faktem jest jednak, że bardziej wolę jego oblicze, kiedy to brudny i obleśny wykrzykuje ze swoją czołową hordą hymny ku chwale Antychrysta i upadku niebieskiego królestwa. Chodzi mi tu oczywiście o wspomniany już wyżej zespół na U, bo choć innych w których się udziela i które o tym traktują można by wymienić jeszcze co najmniej kilka, to nie da się ukryć, że w tymże wychodzi mu to najlepiej (no, wyjątkiem jest jeszcze nieodżałowany KVIST, ale to już dawne dzieje). Nie mam zamiaru być hipokrytą, gdyż doceniam możliwości twórcze Nefasa bez względu na to co zażywa, do bólu szczerze przyznam jednak, iż nie wszystko co wychodzi spod jego ręki doprowadza mnie do rozkoszy. ANGST SKVADRON należy niestety w moim osobistym rankingu do tejże właśnie grupki. Nie ma moim zdaniem w tym zespole jakiegoś jadu i zacięcia charakterystycznego dla tego true trendu. Wybaczcie - jak dla mnie zespół ten po prostu jest nudny jak flaki z olejem, a w scenicznej scenografii też nie ma czegokolwiek co mogłoby wywrzeć wrażenie. Sorry, ale dmuchana lalka albo siedząca przy stoliku i paląca cygara laska, która raz po raz też coś tam zawyje, to niestety nie dla mnie. Nie jestem wprawdzie aż tak do bólu krytyczny jak Nihil, podsumowujący pięknie ANGST SKVADRON jako "gówno jak chuj", bez owijania w bawełnę przyznam jednak, iż nie był to w mojej opinii występ, przy którym się świetnie bawiłem. A zatem pora na puentę. Under The Black Sun Festival Anno Satanas 2010 był zarówno pod względem frekwencyjnym, jak i merytorycznym trochę mniej udanym od zeszłorocznego, mimo wszystko posiadał jednak też i pozytywne akcenty. Zdecydowanie zalicza się do nich zaangażowanie organizatora i dbałość aby wszystko zapięte było na ostatni guzik, ogólnie miła atmosfera stworzona przez przybyłych - w tym miejscu ukłony dla niezawodnej załogi z okolic Lublina, terroryzującej wszystkich dźwiękami techno (sic!), całkiem niezła pogoda, no i kilka przeżyć baaardzo osobistych, dzięki którym także wzbudziłem podziw co niektórych (brzydko się chwalić, ale cóż...). Wspominałem już jednak na początku o tym, że gdybym chciał wszystko to opisać ze szczegółami, musiałbym poświęcić na to co najmniej trzy razy więcej miejsca niż to, co tu naskrobałem. Krótko więc - było może nie doskonale, ale na pewno dobrze i liczę na to, że w przyszłym roku będzie lepiej, bo jak wiemy - lepsze jest wrogiem dobrego i dzięki temu spotkamy się ponownie w dużo szerszym gronie.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

NAZARENE DECOMPOSING

POSTHUM

RAVENCULT

TODTGELICHTER

KRIEGSMASCHINE

VERDUNKELN

ANGANTYR

ILLRYCHT

WANING

FURIA

MORTIFERA

GLORIOR BELLI

ANGST SKVADRON



<<<---powrót