Relacje

WACKEN OPEN AIR 2010

5 ? 7.08.2010  Wacken, Niemcy

I po raz kolejny, notabene ósmy już raz z rzędu wygłosić mogę słynną maksymę Cezara "veni, vidi, vici", gdyż powtórna edycja Wacken w moim życiu nie tylko przeżyta, zobaczona, ale i zwyciężona. Ostatnie słowo tyczyłoby się chyba w moim przypadku już powoli ogólnej formy, bo bez ściemy wyznam Państwu, że z biegiem lat odczuwa się już przy tego typu wojażach co najmniej lekką obniżkę kondycji. Nie myślcie oczywiście, że wydanie przeze mnie takiego oświadczenia równoznaczne jest ze złożeniem wniosku o fundusz emerytalny, faktem jest jednak, że kiedyś człowiek był młodszy, zapału miał więcej i dlatego tylko chyba z emocjami i wypiekami na twarzy jechał na festiwal, po czym wracał usatysfakcjonowany po pachy, relacjonował wszystko znajomym, a potem przelewał jeszcze nierzadko słowa na pliki Worda. W tej kwestii bynajmniej nic u mnie się nie zmieniło - najlepszy dowód, że po raz kolejny czytać możecie moje sprawozdanie, całkiem szczerze przyznaję jednak, iż te trzy dni przeżyte na Wacken potrafią mnie już dziś nielicho wyeksploatować. Latka lecą, to i siły mniej, a jeśli wciąż mi nie wierzycie - przekonajcie się sami, choć może tylko ze mnie taki zdechlak? Nieważne. Wspominałem już chyba kiedyś jednak, iż przeżycia i wspomnienia, których za każdym razem dostarczają mi koncertowe emocje zawsze powodują, że pomimo tych niedoborów energii zawsze wyzwolę w sobie jej ostatnie pokłady, aby przeżyć to jeszcze raz. Czy postawa taka zatem choć trochę usprawiedliwi w waszych oczach moje powyższe marudzenie? Jeżeli tak - po raz kolejny zapraszam do lektury.

Tradycją się stało, że dzień pierwszy festiwalu przypada na czwartek i w kwestii i tym razem nie było wyjątku. Od jakiegoś już czasu jednak program pierwszego dnia Wacken startuje nie w godzinach wczesnowieczornych, lecz późnopopołudniowych. Wszystko zaczyna się już bowiem ok. godziny 16-tej, a z racji tego, że człek ze mnie sentymentalny, usiłuję sobie właśnie przypomnieć cóż to w dawnych latach leciało o tej porze w telewizorni... "Kwant" albo "Rambit", choć ręki odciąć bym sobie nie dał. Nieważne. Wywód niniejszy nawiązywał wyłącznie do tematu tradycji, która gdzieś się tu już pojawiła, a tradycja to jak wiemy coś ekstra. Czy można by zatem coś takiego odnotować już w tymże pierwszym dniu? A jakże! Na początek ALICE COOPER. Rockowy dziadek objął w posiadanie scenę wprawdzie kwadrans po zakończeniu "Teleexpresu?", półtorej godziny jednak, które wypełniło skrupulatnie czas do rozpoczęcia dobranocki skutecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, iż mamy do czynienia nie z człowiekiem, lecz z cyborgiem. Proszę państwa, bez oszukaństwa! ALICE COOPER to istna maszyna, w dodatku odporna na jakiekolwiek mechaniczne eksploatacje, o korozji już nie wspomniawszy. Taką moc ma bowiem niniejszy artysta, który za nazwanie go emerytem mógłby chyba poczuć się co najmniej lekko urażony. Osobiście nie tańczyłem, ale słysząc klasyki pokroju "Poison" czy "I Love The Dead" i obserwując przy tym wcale nie biernego ich wykonawcę, doszedłem do wniosku, że albo zbyt szybko się starzejemy - my, zacne młode pokolenie, albo po prostu jakiś lepszy był jakościowo ten ludzki gatunek powstający ponad pół wieku temu... Szacunek to jedyne i chyba wystarczające w tym przypadku słowo, choć oklepane i sztampowe do bólu. Nie ująłbym tego także ekipie Vince'a Neila, choć prawdę rzekłszy nigdy nie należałem do zadeklarowanych fanów MÖTLEY CRÜE, w przeciwieństwie do serdecznego znajomego Joeya chociażby, pełniącego w dawnych latach świetności Metallysse Agency zaszczytne funkcje tour menago. Niewątpliwie osobistości mające podobne gusta jak przed chwilą wymieniony przeżyły podczas tych 75 minut ekstazę niebywałą, ja jednak oczekiwałem zupełnie innych atrakcji, a czas oczekiwania na nie zleciał niesamowicie szybko, gdyż zaledwie kwadrans upłynął od momentu kiedy przebrzmiały ostatnie takty twórczości MC, a na True Metal Stage pojawił się właśnie pierwszy, ostatni i jedyny właściwie oczekiwany przeze mnie tego dnia bohater. Kiedy dodam jeszcze, iż grupę ową widziałem zaledwie raz (!) w życiu, zrozumiecie zapewne mój apetyt. Bo tak oto bohaterem tym okazał się IRON MAIDEN! Tak, odnośnie setu Żelaznej Dziewicy mógłbym się tu rozwodzić a rozwodzić, ale w sumie tak i tak nie miałoby to sensu, gdyż szóstka angielskich dżentelmenów lipy odwalić po prostu NIE MOŻE. Choć ten ostatni i jedyny jak do tej pory raz miał w moim przypadku przed dwoma laty dokładnie w tym samym miejscu, wciąż jeszcze mam w pamięci doskonałą formę kompanii Bruce'a i świetny koncert jaki wówczas odegrali. No, nie zapominajmy też o relacjach wielu ziomków, którzy w odróżnieniu do mnie oglądali IRON MAIDEN co najmniej kilkakrotnie, wypowiadając się o grze zespołu na żywo w samych superlatywach. Nic dziwnego zatem, że obojętnie gdzie by nie grali publikę będą mieli kupioną już od samego początku, a ścisk i tumult pod sceną będą czymś zupełnie normalnym. Podobnie było owego sierpniowego wieczoru, bo gdy tylko dźwięki "The Wicker Man" wypełniły chłodniejsze już o tej porze powietrze, ze świecą nie znalazłbyś kogokolwiek stojącego obojętnie. "Ghost Of The Navigator", "Wrathchild", "El Dorado", "Dance Of Death", "Reincarnation Of Benjamin Breeg", "These Colours Don't Run", "Blood Brothers", "Wildest Dreams", "No More Lies", "Brave New World", "Fear Of The Dark" czy "Iron Maiden" - kto byłby zdania, że kawałki te nie są w stanie poderwać nawet najbardziej lalusiowatej niedorajdy? Zgrabna mieszanka wszystkich jaśniejących punktów dyskografii Ironów, godna pochwały aktywność Bruce'a, genialna atmosfera - czego zatem chcieć więcej? No wiem, wiem, ale jak to Niemcy mawiają - keine Panik! Były naturalnie bisy ("The Number Of The Beast", "Hallowed Be The Name", "Running Free"), Eddie również postaszył wszystkie niegrzeczne dzieci, ale jak to mawiają natomiast nasi rodacy - nic bez ale. No cóż, ja również miałbym parę malutkich życzeń, bo zabrakło chociażby mojego ukochanego "Run To The Hills", ale przecież gdyby IRON MAIDEN chciał zadowolić każdego, to musiałby chyba grać przez te trzy dni na okrągło! Ale nic to. Brytyjskim lwom szczęście podczas tegorocznego mundialu wybitnie nie dopisało, widać jednak że w kwestii heavy metalowych dźwięków długo chyba jeszcze pozostaną niezwyciężeni. Czy powinniśmy zatem odśpiewać chóralnie też "God Save The Queen" bez względu na pochodzenie? Zapewne, bo Żelazna Dziewica to królowa, której zrzucić z tronu wprawdzie się nie da, ale nikt też nie ma prawa go jej odebrać. To tyle.

Poranna toaleta, śniadanko, a potem marsz pod Black Stage - ten schemat wypracowany już jest chyba od lat, kiedy tylko po raz pierwszy odwiedziłem Wacken. Choć o 11.00 pod barierkami nie spotyka się jeszcze tłumów, gdyż większość z pewnością odsypia o tej porze alkoholowe upojenie poprzedniego wieczoru, mocne wrażenia czekają tam każdego i w tej kwestii też niewiele się przez lata zmienia. W tym roku zaszczyt przecięcia wstęgi przypadł DEW-SCENTED. Oglądałem już kwintet w akcji kilka razy i nie było jeszcze ani jednego w którym musiałbym powiedzieć na niego choć jedno marne słowo. Zadziorny death/thrash mocno inspirowany SLAYER sprawdza się w wersji koncertowej za każdym razem, gdyż kopie dupsko nielicho, a że ekipę z Braunschweig bardzo lubię, nie mogłem zatem sobie i tym razem odmówić zmierzenia się z nią już po raz... bodajże piąty. Nie jest to wprawdzie i nigdy nie będzie to samo co ich szlachetny i cytowany powyżej wzorzec, o którym jeszcze będzie tu mowa w dużo szerszym aspekcie, ale kto tak naprawdę jest w stanie podrobić brzmienie bogów? Przynajmniej do perfekcji, bo każdy tego typu przypadek jest tak i tak zawsze obrzydliwym świętokradztwem?? Nie było takiego, nie ma i nie będzie! Ale cóż - ja tak i tak życzę DEW-SCENTED dużo szczęścia, przynajmniej na nowej drodze życia, gdyż najnowsze ich dzieło rozpoczynające się jak zwykle od I ujrzało właśnie światło dzienne via Metal Blade. Czyżby Markus Staiger nie wierzył już w ten zespół? Ciężko stwierdzić, ale może stajnia Briana Slagela faktycznie zaoferowała lepsze warunki. Z uwagi na nieznajomość najnowszego dzieła "Invocation" nie mogę niestety popisać się nazwami zaprezentowanych nowych kawałków, ale przyznam, że przy "Soul Poison", "Cities Of The Dead" czy "Acts Of Rage" z mojego ulubionego "Impact" lekko główką pokiwałem. Zostawię zatem w tym miejscu tych rewelacyjnych Helmutów w spokoju, gdyż warto choć trochę miejsca poświęcić dla innych uczestników. Zmieniając lokację na True Metal Stage, gdzie kwadrans przed południem zainstalował się AMORPHIS poświęciłem naturalnie ekipie Tomiego Joutsena kilka lub kilkanaście nawet minut, ale nie mając jakoś tym razem chęci na sentymenty z Krainy Tysiąca Jezior, nie wdawałem się w bardziej szczegółowe audiowizualizacje. Nie wiecie natomiast jak ostrzyłem sobie zęby na ORPHANED LAND! Pamiętam czasy, kiedy albumy formacji - "Sahara" i "El Norra Alila" przypadły mi do gustu bardzo, toteż mając jeszcze w pamięci nie tylko ich zawartość, ale także sytuację sprzed czterech lat, kiedy z uwagi na występ Mr. Treya musiałem odpuścić sobie jej show, cieszyłem się tym razem na możliwość obejrzenia Izraelitów niezmiernie. Zupełnie słusznie, bo klimatyczna muzyka zespołu drażni uszy także w wersji live bardzo przyjemnie, jakichkolwiek antysemickich akcji również nie odnotowałem, a Kobi Fahri ucharakteryzowany na Jezusa Chrystusa wcale mi nie przeszkadzał, pomimo że niespecjalnie przepadam za tą (historyczną?) postacią. W przeciągu godziny usłyszeć można było nie tylko rzeczy starsze, ale również i te z najnowszego krążka "The Neverending Way Of OrwarriOR", który już od stycznia dostępny jest via Century Media w sprzedaży. Koncert ORPHANED LAND nie wpłynął jednak jakoś specjalnie na mój światopogląd, gdyż do synagogi raczej mnie nie ciągnie, pejsów i brody nie zapuściłem, a że czując głód wciągnąłem pieczoną kiełbachę, która z pewnością nie kwalifikuje się do koszernej kuchni, wygląda na to że rabbi byłby ze mnie jak z koziej dupy trąbka. Ale nic to, bo tak i tak opłacało się obejrzeć ten cymes, bo publika bawiła się pysznie (szczególnie panna Angel, znajoma z Izraela), więc muzykom wypada tylko podziękować za tak dobry koncert, ale z racji tego, że nie wiem jak to jest po nowohebrajsku, nie będę się tu kompromitował (nie, nie moi drodzy - mówiąc "Szalom Alejchem" pozdrawiamy przyjezdnego, he,he!)

Dla tych którzy lubili Piggy'ego dzisiejszy VOIVOD z pewnością nie jest już tym samym zespołem. Wiem coś o tym, bo sam bardzo ubolewam nad tym, że ten świetny gitarzysta przegrał walkę z rakiem i musiał odejść przed pięcioma laty do krainy przodków. Tak i tak jestem pełen podziwu dla Snake'a, że jakoś chce mu się ciągnąć jeszcze to wszystko, ale skoro ma obok siebie jeszcze Michela, no i Jasona Newsteda przede wszystkim, to zawsze jest jakaś motywacja... Na Wacken Kanadyjczycy zagrali w półoryginalnym składzie z udziałem muzyków sesyjnych, gdyż w basiście odzianym w czerwony t-shirt z logo ku chwale Związku Sowieckiego jakoś nie udało mi się rozpoznać cytowanego już powyżej ex-muzyka METALLIKI. Czy mógłbym powiedzieć jednak, że koncert VOIVOD mnie w pełni usatysfakcjonował? W pełni nie, ale z pewnością bliżej mu w moim mniemaniu do lepszego jak gorszego. Godzina spędzona pod Party Stage przyprawiła mnie już o porządne ssanie w żołądku, toteż posiłek, a po nim rekonesans po stoiskach płytowo - koszulkowych wypełniły czas pozostały do wojennej zawieruchy. Cóż należy przez to rozumieć? W porze wiadomości lokalnych zameldować się bowiem należało ponownie pod Black Stage, ponieważ miłośnicy ENDSTILLE do których nieskromnie się zaliczam rozpoczynali o niej właśnie swój barbarzyński recital. Po kłopotach personalnych polegających na zwolnieniu wakatu propagandzisty, ekipa z Kilonii znalazła wreszcie odpowiedniego chyba człowieka w powłoce Zingultusa, gdyż od jakiegoś czasu już z nią koncertuje, niniejszy występ był z kolei moim pierwszym razem przy tejże obsadzie. Nie wiem co dla kogo się liczy w tym prostym jak świński ogon wojennym black metalu - jeśli scenografia, to krew, druty kolczaste, stylizowana na ówczesne lata mównica, z której wyżsi członkowie partii przemawiali do załóg zakładów przemysłowych Rzeszy czy wreszcie nieodłączna ogromna szmata z karabinkiem Stg 44 z pewnością usatysfakcjonowały wszystkich rozkochanych w tego typu bajerach fetyszystów. Jeśli muzyka - z tym było (jak dla mnie przynajmniej) nieco gorzej, bo trzeszcząco - pierdzące brzmienie momentami nie pozwoliło mi na wyłapanie jakichkolwiek kompozycji. Z biegiem czasu lekko zmieniło się jednak na lepsze, toteż rozpoznanie np. "Conquest Is Atheism", "Dominanz", "Frühlingserwache" czy "Navigator" nie nastręczyło mi już większych trudności. Pojawił się też kawałek zapowiadający nową płytkę zatytułowaną "Infektion 1813", na koniec jakiś obleśny i rodem z najgorszego koszmaru sennego typ, rzekomo gość z Meksyku, oblał się sztuczną krwią i to właściwie wszystko co mógłbym powiedzieć na temat godzinnego ataku ENDSTILLE. Średnio na jeża, bez sensacji i rewelacji. Widywałem ich w lepszej formie, ale skoro już drugi raz pod rząd otrzymali anons na ten sławetny fest, wygląda na to, że wielu musi ich wciągać bez popity i nie przywiązując do czegokolwiek wagi... Dobra! To powoli wchodzić będę na tematy pojawiające się w większości moich festiwalowych relacji, a mianowicie - kwestii dotyczących płci pięknej. Wybaczcie, ale jeśli znacie już co nieco moje gusta i wiedząc, że powinienem wybrać pomiędzy ARCH ENEMY a nowym wcieleniem pani Turunen, domyślacie się chyba, że druga opcja raczej w grę wchodzić nie mogła? "Brutal!" - mogliby jednak o mnie co niektórzy pomyśleć, ale niech tam! Nie chciałem po prostu ryzykować utraty treści żołądkowych nie ze względu na to, że mógłbym komuś przypadkiem zapaskudzić odzienie, ale tylko dlatego, że te zjedzone wcześniej kiełbaski z rusztu całkiem mi smakowały. Tak na całkiem poważnie - to co prezentuje na scenie, a przede wszystkim wokalnie Angela, zdecydowanie bardziej mi pasuje, choć blondwłose panie niespecjalnie są w moim guście. Skupiłem się jednak przede wszystkim na sile jej występu i przyznać trzeba, że werwę i zapał kobitka w sobie ma - przy takich braciszkach Amott chociażby, to istna lwica. Coś w tym jest - gdzie diabeł nie może, tam babę pośle, haha! ARCH ENEMY bez pani Gossov nie miałby chyba racji bytu, a takie kawałki jak "We Will Rise", który oczywiście się pojawił, po prostu... nie brzmiałyby tak jak należy. Brawo Angela, a dla ciebie sorki, droga Tarjo - może innym razem, chyba jeszcze po prostu nie dorosłem. Czy mogę jednak teraz... O, do diaska! To już? Niewiarygodne, jak ten czas zleciał - prawie dwie godziny niczym 5 minut. Przecież za chwilę deski Black Stage opanowane zostaną przez bogów! Szczerze powiedziawszy - nie wiem, czy będę miał odwagę spojrzeć im w oczy po absencji na koncercie przed miesiącem, kiedy to grali w moim mieście, ale mam nadzieję, że nie będą tak surowi... Tak i tak jest super, że Tom czuje się już lepiej, i płyta nowa od dawna jest, a poza tym SLAYER to SLAYER, więc darujmy sobie te wszystkie obiekcje. 23.15 to magiczna godzina. O niej mniej więcej właśnie ma miejsce objawienie, gdyż deski Black Stage uginają się pod wielkością czterech znanych wszystkim postaci, a takty "World Painted Blood" dają do zrozumienia, że łaska ich, której doświadczyć będą mogły tysiące, istotnie należy do przewspaniałych. Błogosławieństwo przechodzące w "Hate Worldwide" kontynuowane jest poprzez "War Ensemble", "Expandable Youth" i "Dead Skin Mask"... Czemu jednak tak spokojnie? Myślałem, że tłumy pod sceną pozabijają się nawzajem, a tu zaledwie kilkoro fruwających ponad głowami... Coś słabo się staracie, ludzie! Tu przecież takie wspaniałości jak "Season In The Abyss", "Hell Awaits", "Spirit In Black", "Mandatory Suicide", "Chemical Warfare", a reakcja średnio entuzjastyczna? No cóż, nie będę nikogo pouczał jak należy się bawić przy dźwiękach SLAYER, sam jednak uważam że panowie (przepraszam - herosi!) Araya, King, Hannemann i Lombardo odstawiają masakrę najwyższej klasy, szczególnie z takimi kawałkami, bo klasyki to przecież rzecz najważniejsza. Rogal na ryju szczególnie mi wykwitł przy "Raining Blood", "South Of Heaven" i rzecz jasna "Angel Of Death", ale nie sposób się nie domyśleć, że były to już trzy ostatnie strzały Zabójcy przewidziane na niniejszy wieczór. Chciałbym, aby dołożyli choć parę jeszcze sztuk - taki "Black Magic" na przykład lub może coś z dwóch przedostatnich krążków, ale niestety - koniec i kropka. Takie są realia łaski boskiej, która na czarnym koniu jeździ. Tak i tak było sehr geil, jakby to powiedziało kilkoro moich znajomych i w sumie nawet nie wypada roztrząsać czy było to szczere czy nie, bo o bogach nigdy pisać / mówić źle nie wolno. Jedyne czego żałuję to nieszczęsne ustawienie koncertu SLAYER na równi z 1349, ale Norwegów już trzy razy widziałem, więc pal sześć. Wrażenia wymęczyły mnie jednak do tego stopnia, że niespecjalnie miałem chęć poprzyglądać się co pogrywa teraz IHSAHN (wybacz stary), chociaż pierwotnie to planowałem. Rozważałem zatem jeszcze możliwość oglądania w porze nocnej ATROCITY lub SECRETS OF THE MOON, lenistwo zawładnęło mną jednak do tego stopnia, że ostatecznie nie wybrałem nic, więc domyślacie się zapewne które miejsce wydaje się wobec takiego stanu najmilszym?

Dzień ostatni stał jak dla mnie jako jedyny chyba od kilku lat wyłącznie pod znakiem Black Stage. Nie bez znaczenia są tutaj moje bardziej ekstremalne gusta, w które zazwyczaj utrafia rozpiska tejże sceny, ale po części też i brak ochoty na bieganie w tę i nazad. Może źle trochę zrobiłem, olewając w ten sposób dobre kapele, które widziałem zaledwie raz lub wcale, ale niech tam - kiedyś się nadrobi, w końcu nawet najbardziej niemożliwe stało się w którymś momencie możliwe i wiem co piszę. A rozpoczynając opisy popisów des dritten Tages - na pierwszy ogień EKTOMORF. Słyszałem o tym zespole rzeczy rozmaite, na ogół pozytywne i koniec końców mogłem się przekonać jak cudo owo brzmi na żywca. Nie powiem jednak, abym po występie ekipy z kraju tokaja chciał mieć w swojej kolekcji jej płyty. Nie mam naturalnie nic do Cyganów, poza tym wiadomo, że Polak - Węgier dwa bratanki, ale nowoczesny death metal w takim wydaniu wybitnie mi nie leży. Co innego, gdy po raz któryś ogląda się idoli z lat dziecinnych, pozostających mimo wszystko w formie pomimo małych jej obniżeń. Nie będę już przytaczał po raz n-ty historii UNLEASHED, mimo wszystko ma jakąś magię w sobie ten zespół, że nie tylko nie potrafię go zdegradować, ale także i odmówić sobie przy każdej nadarzającej się sposobności przyjemności obejrzenia. Ekipa wielgachnego Johnny'ego po raz wtóry wydała album i choć prezentuje się on w mojej opinii nie do końca tak jak bym chciał, nie ujmę tej kamandzie nigdy masakrycznych i killerskich występów. "Winterland", "Blood Of Lies", "This Is Our World Now", "Hammer Battallion", "The Greatest Of All Lies", "Your Children Will Burn", "Wir Kapitulieren Niemals" (jedyna i prawdę powiedziawszy najlepsza nowość w zestawie), "Into Glory Rides" (dedykowany zmarłemu Ronniemu Jamesowi Dio), "Legal Rapes", "The Longships Are Coming", no i nieodłączny już chyba "Death Metal Victory" - tak to tym razem wyglądało. Mało staroci, więcej nowszych rzeczy, tradycyjny schluck z rogu Valhalli na koniec i papa! Publika ospała, Johnny jednak mimo wszystko zadowolony, więc to najważniejsze. Jakieś dwie godziny lekcyjne minąć musiały, abym mógł obejrzeć LOCK UP. Pamiętam jak ponad dekadę temu ich debiutancki album "Pleasure Pave Severs" uczynił mi całkiem niemałą krzywdę, szczególnie kiedy na płycie darł się jeszcze wtedy Piotruś Tägtgren. Wszyscy wiemy, że przygoda lidera Hipokryzji z tym zespołem dawno dobiegła już końca, nie znaczy to jednak, że jakość dokonań grupy się pogorszyła, gdyż inne słynne gardzioło szwedzkiej sceny - Mr. Tompa - też z tym bandem daje radę. Brytyjski grindcore i szwedzki wokal - to już po prostu musi być mieszanka wybuchowa, czyż nie? Blasty leciały non stop w ciągu godziny - nie tylko z autorskiego repertuaru, ale także i stanowiące coś w rodzaju hołdu, bo chyba tylko tak interpretować można wykonanie niezapomnianych szlagierów TERRORIZER - "Storm Of Stress" i "Fear Of Napalm". Wiem, wiem - pewien znany polski zespół też już je kiedyś przerobił, ale znam to akurat nie dzięki niemu. Gdy LOCK UP zwinął manatki upłynęło następne 90 minut i po raz kolejny stanąłem vis a vis sceny, aby dać się popieścić ekstremalnie brutalnymi dźwiękami, choć tymi w bardziej klasycznej formie i pochodzącymi z innej części świata. W przypadku tego zespołu wiem że nie zawiodę się nigdy, bo CANNIBAL CORPSE zabiją i zmiażdżą swoim megaciężkim soundem każdą mameję, aczkolwiek sam bym się tak nigdy nie nazwał. Krwawy rzyg Corpsegrindera i jatka wydobywająca się spod palców jego towarzyszy długo chyba jeszcze nie obniży swoich notowań w rankingu amerykańskiego death metalu, o ile nie pozostanie na jego topie na wieczność. Dobry odzew na "Evisceration Plague" sprawił, że album wciąż jest promowany, bo jak tłumaczyć inaczej rozpoczęcie setu od "Scalding Hail"? Dzieła zbrodni dopełniły następujące po sobie kolejno "Unleashing The Bloodthirsty", "Savage Butchery", "Sentenced To Burn", "The Wretched Spawn", "I Will Kill You", "I Cum Blood" (jak zwykle z dedykacją dla wszystkich przedstawicielek płci pięknej, przez co pan Corpsgrinder robi się już nieco nudny prawdę powiedziawszy...), "Evisceration Plague", "Time To Kill Is Now", "Death Walking Terror", "Make Them Suffer", "Priests Of Sodom", "Staring Through The Eyes Of Dead", oczywiście "Hammer Smashed Face" oraz odegrany na dokładkę "Stripped, Raped And Strangled". Very sympatico, pozwoliłbym to tak sobie ująć... Przerwa na kolację, motywowana potrzebą posiadania sił na kolejne wrażenia skutecznie wypełniła mi czas pozostały do ostatniego już bohatera imprezy, na którego również i w pewnym sensie przede wszystkim oczekiwałem. Nieczęsto chyba zdarza się ostatnio widywać w akcji IMMORTAL, nieprawdaż? Osobiście doświadczyłem już tego dwukrotnie, ostatni raz nawet w tym samym miejscu przed trzema laty, nie da się ukryć jednak, że pomimo powrotu i uraczenia wszystkich genialnym albumem "All Shall Fall" Synowie Północnej Ciemności występują na żywo raczej sporadycznie i to najczęściej tylko przy okazji jakichś festiwali. Nie wątpię, że dla wszystkich gloryfikujących potęgę norweskiego black metalu IMMORTAL był swoistym headlinerem festiwalu, choć w stosunku do ostatniego show w tym miejscu, o którym już tu zdawkowo nadmieniłem, jakoś nie było w tym roku ciasno (?) Nie myślcie oczywiście, że jest to równoznaczne z totalną pustką pod sceną, ale przypominając sobie jaki ścisk ludzkiej ciżby towarzyszył występowi hordy Abbatha w pamiętnym Anno Satanas 2007 odniosłem wrażenie, że na grane całkiem rzadko koncerty zespołu nie ma chyba po premierze płyty aż takiego popytu... Sam już nie wiem co o tym sądzić, bo odwołany na początku tego roku festiwal w Hamm z Nieśmiertelnym w roli głównej z powodu... słabego zainteresowania, sugerować coś może. No tak, ale w sumie to chyba wtedy był pierwszy w ogóle koncert po reunionie... Mniejsza z tym, mi się podobało, szczególnie że już jako intro wykorzystano temat z "Tylko dla orłów", przy którym od razu wyobraziłem sobie ten lecący nad ośnieżonymi Alpami samolot z czołówki. Całkiem niezłe nawiązanie, a potem już tylko prezentacja przebojów z czterech ostatnich albumów, przy czym "All Shall Fall" z wiadomych względów potraktowany zostać musiał priorytetowo. Misterium rozpoczął otwierający go track tytułowy, uzupełniony w międzyczasie o "The Rise Of Darkness", "Hordes To War" i "Norden On Fire", przy ładnym dopełnieniu za pomocą "Sons Of Northern Darkness", "Withstand And The Fall Of Time", "Damned In Black", "Beyond The North Waves" i "One By One". Ten kto pragnął usłyszeć coś ze starszych płyt, jak chociażby "Blashyrkh Mighty Ravendark", będący już swoistym hymnem black metalu lub coś z "Pure Holocaust" zawiódł się zapewne mocno. Domyślam się, bo sam podelektowałbym się tymiż, ale mając do dyspozycji zaledwie godzinę, IMMORTAL dał nam to co chciał dać i w sumie tak i tak dzięki mu za to składajmy, tym bardziej, że zasłyszana od kogoś plotka jakoby Abbath, Apollyon i Horgh olali nawet autografowe spotkanie z gawiedzią (!!!???), daje do zrozumienia, że paniska się z nich zrobiły ogromne. Ech, no bywa i tak... Może przez to tak stracili zainteresowanie? Niby nie ma skutku bez przyczyny.

Wracając na backstage w celu zwinięcia biwaku wdepnąłem jeszcze na chwileczkę do mieszczącej się pod namiotem W.E.T. Stage aby rzucić parę minutek przynajmniej okiem na ROTTING CHRIST, który przez feralne ustawienie z IMMORTAL musiałem odpuścić. Były to już jednak ostatnie momenty koncertu Greków, ale że jako pod koniec roku mają grać dużą europejską trasę zahaczając także o moje miasto, łez przedwcześnie wylewać nie będę. W istocie, show Nieśmiertelnego był już ostatnim który mnie tego dnia i w ogóle interesował, więc z racji wcześniejszego porozumienia z ekipą, która także nic dla siebie już w programie nie znajdowała (no, gdyby TIAMAT raczył grać jeszcze wciąż death metal, wyłbym abyśmy zostali) należało powoli zbierać się już do domu, szczególnie mając na względzie komfort szybkiej i wygodnej jazdy nocą. Reasumując zatem to wszystko, uznałbym, że skład tegorocznej edycji z pewnością bił na głowę zeszłoroczny, o którym jak pamiętacie zapewne wypowiadałem się ciepło, aczkolwiek nie gorąco. Jak zaznaczałem już jednak na początku, najprawdopodobniej ilość przeżytych już Wackenów o różnym poziomie organizacyjnym powoduje, że nie czuję już takiej werwy i powera, latając ze świecącymi oczyma od jednej sceny do drugiej, aby z rozdziawioną jadaczką łowić dźwięki prezentowane przez każdą z ekip. Tradycyjnie pomijam już oczywiście tak rewelacyjne rewelacje jak miernoty prezentujące się w ramach Metal Battle, dziwadła pokroju Mambo Kurta i inne cuda na kiju, w które inwestowanie jest tylko wyrzuconymi w błoto pieniędzmi. Szanuję ekipę Wacken za całokształt jej starań, życzyłbym sobie zatem, abym do przyszłego roku całkowicie nie zardzewiał, mówiąc że dalsze jej poczynania organizacyjne całkowicie już przestały mnie interesować.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

ALICE COOPER

MÖTLEY CRÜE

IRON MAIDEN

DEW-SCENTED

AMORPHIS

ORPHANED LAND

VOIVOD

ENDSTILLE

ARCH ENEMY

SLAYER

EKTOMORF

UNLEASHED

LOCK UP

CANNIBAL CORPSE

IMMORTAL



<<<---powrót