Relacje

EDGUY, IN EXTREMO, SIRENIA, JELONEK

PŁOCK COVER FESTIVAL

11.09.2010  Płock, Plaża nad Wisłą

Pierwszy, historyczny, można by zaryzykować stwierdzenie - koncert EDGUY'a w naszym kraju za darmo? Trzeba przyznać, że brzmi nieźle. A gdy do tego dodamy sobie jeszcze przystawkę w postaci występów IN EXTREMO, SIRENII, czy naszego krajowego JELONKA nie pozostaje nic innego, jak wygospodarować parę złotych na dojazd, spakować plecak i ruszyć na podbój płockiej plaży nad Wisłą. Jeden z muzyków SIRENII przyznał nawet, że nigdy jeszcze nie miał przed oczyma takiego widoku ze sceny i w przeciwieństwie do absurdalnych w kwestii organizacyjnej, krakowskich "Wianków", estrada nie stała po drugiej stronie rwącego nurtu naszej głównej rzeki. Skrzypek takich grup jak ANKH, czy HUNTER, Michał Jelonek wyszedł na scenę planowo, co jak się okazało, nieco nas zgubiło, albowiem gdy trafiliśmy na miejsce całego zajścia nieco spóźnieni, na scenie nie pozostał już nikt z jego ansamblu. Idąc szybkim krokiem pod scenę zdążyliśmy co prawda usłyszeć dźwięki ostatnich odegranych utworów (padł chyba "BaRock" z wydanej trzy lata temu płyty debiutanckiej, choć nie jestem już do końca pewien), aczkolwiek marny to akt pocieszenia w stosunku do tego, co mieliśmy szansę zobaczyć. Gdyby tylko autobus miejski spóźnił się o minutę... Po tej skromnej lekcji punktualności, uposażeni w odpowiedni prowiant, ulokowaliśmy się razem z Diovisem i naszymi kobietami na wzniesieniu z boku sceny i otworzywszy pierwsze puszki ze złocistym trunkiem przywitaliśmy norweską SIRENIĘ. Przyznaję, że pomimo nienagannego brzmienia i całkiem dobrej dyspozycji technicznej muzyków, ich propozycja nie przypadła mi do gustu. Mimo całkiem fajnych momentów, monotonia linii melodycznych raziła na tyle, że delektować się występem tej ewidentnie gothic metalowej formacji mogli chyba tylko fani. Żeby tego było mało, zapuściwszy się z Naczelnym nieco bliżej sceny, w rejony większego zagęszczenia metalowej populacji, ze smutkiem odkryliśmy, iż klawiszowca, oraz, o zgrozo - basisty formacji nie sposób na scenie odnaleźć. Bacząc na fakt, iż grający na jednej z gitar, oraz wspomagający Ailyn growlami, Morten Veland - robi w tym zespole dosłownie za trzech, że normalnie oprócz wiosła obsługuje on i bas i klawisz - można wziąć na to skromną poprawkę. Nie obyło się jednak bez żartów w stylu: "zróbmy quiz dla czytelników: wrzućmy fotkę pod tytułem: what's wrong with this picture? Hahaha.". Tak czy inaczej trafiły się m.in. takie tytuły jak "Lost In Life", "The Seventh Summer" z wydanej w roku ubiegłym "The 13th Floor" czy "My Mind'e Eye", "The Other Side", "Downfall" z poprzedniej "Nine Destinies And a Downfall". Mimo takiego, a nie innego wrażenia, trzeba muzyków SIRENII pochwalić za upór, którym to wykazali się przyjeżdżając do Płocka w ponoć nie najlepszej dyspozycji zdrowotnej. No i nie można rzecz jasna odmówić im tego, że jakąś swoją publikę udało im się pod sceną zgromadzić.

Ledwo zdążyliśmy wymienić płyny, już na scenie zainstalowali się Niemcy z IN EXTREMO. A ci zaproponowali solidną dawkę wyśmienitego, do bólu przebojowego folk metalu. Nie wiem, jakoś drażni mnie gdy zespół grający folk nie ma co najmniej kilku naprawdę dobrych linii melodycznych na płycie. Tutaj otrzymałem to, czego chcę. Każdy jeden kawałek porywał i nim zdążył wybrzmieć w głowie - niemieccy folkloryści już atakowali z następną, kapitalną kompozycją. Dobra technika, sporo scenicznej energii, świetna prezencja (oprócz średniowiecznych strojów obecność wielu nietypowych na dzień dzisiejszy instrumentów, jak harfa, lub takich, których zdefiniowania się nie podejmuję) robiły naprawdę nie małe wrażenie. Jako, że repertuar grupy jest dla mnie zupełnym nowym, a z ojczystym językiem muzyków nie jestem "za pan brat" przywołam tu tylko "Ave Maria", jako jedyny tytuł, którego jestem tak do końca pewien [śmiech]. Mając możliwość pobieżnego zapoznania się z przedostatnim albumem studyjnym grupy, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że na żywo wypadają oni dużo lepiej niż w studio, czyli można zaryzykować stwierdzenie, że to taki THE 69 EYES na folkową modłę, które ze względu na twardą niemiecczyznę, może niekiedy przynieść skojarzenia z LACRIMOSĄ, choć, biorąc pod uwagę fakt, że to folk metal na ewidentnie skoczną modłę - depresyjnej atmosfery gotyckiego duetu raczej tu nie uświadczymy.

Gwiazda wieczoru nie kazała na siebie zbyt długo czekać i dość imponująca, świetnie oświetlona scenografia, rozłożona została dość sprawnie. Gdy tylko wybrzmiało charakterystyczne "Ladies and Gentlemen... welcome to the freakshow!", lokomotywa z chorągwią EDGUY ruszyła pełną parą. Zawodowe brzmienie, bardzo dobra oprawa, bijąca z muzyków i od samej publiki energia niewątpliwie porywały. Mnie osobiście na przykład rozwaliło wykonanie takich ciosów, jak choćby fenomenalnego "Tears of a Mandrake" (szkoda że z "Mandrake" nie pojawił się jeszcze choćby "Save Us Now", czy tym bardziej, genialny "Painting On the Wall", ale jak wiadomo - nie można mieć wszystkiego); jak zwykle, doskonałej reprezentacji "Hellfire Club" w postaci "Lavatory Love Machine" - utworu, który to trupa do machania głową potrafi poderwać, czy zagranego na sam koniec, nieśmiertelnego dla mnie już teraz "King of Fools" (nieporozumienie, że nie mamy takich kawałków w popularnych radiostacjach), lub "Save Me" z "Rocket Ride" (z tradycyjnym dialogiem z publiką), energiczny "Speedhoven", bądź hard rockowy "Ministry of Souls" z najświeższej jak dotąd "Tinitus Sanctus". Tobias nie musiał zbyt długo zachęcać publiki do żywszej reakcji. Gdy "żalił się" o to, że w opinii co poniektórych ""Tinitus Sanctus" to już nie jest heavy metal", metalowe audytorium wydało okrzyk oburzenia. Nie szczędziło ono również zachwytów nad zaproponowanym przez EDGUY repertuarem, ani wsparcia wokalnego, którym nad wyraz chętnie zespół obdarowali. W pewnym momencie Tobias przyznał, że zastanawia się jakim cudem zespół nigdy wcześniej nie dał polskiej publice koncertu i zapewnił, że przy okazji najbliższej europejskiej trasy koncertowej Polska dostanie pełnoprawny, regularny show, na co maniacy znów odpowiedzieli dość entuzjastycznie. Oprócz wspomnianych utworów można było jeszcze usłyszeć: "Superheroes", "Vain Glory Opera", "Fucking With Fire" czy "The Piper Never Dies". Zeszli ze sceny bez bisu, ale też nie grali jakoś wyjątkowo krótko, więc nie ma sensu snuć pretensji. Fajnie, że mamy taki darmowy fest, który nie kulejąc pod względem organizacyjnym, daje możliwość zobaczenia na żywo naprawdę dobrych zespołów. Nie sposób przyczepić się również do samego nagłośnienia, które przebiło to na niejednej, biletowanej imprezie.

autor: Kępol, kilka zdjęć: Diovis

EDGUY

IN EXTREMO

IN EXTREMO



<<<---powrót