Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2010

12.08 - 14.08.2010  Bad Berka, Niemcy

O ile we wstępie wspomnień z Wacken użyłem cezarowskiej maksymy „veni, vidi, vici”, akcentując, że kolejną edycję festiwalu nie tylko przeżyłem, zobaczyłem i zwyciężyłem, o tyle przy opisie odbywającego się tydzień później Party San pozwoliłbym sobie nadać tym słowom nieco bardziej metaforycznego wymiaru. Drodzy państwo, niejeden raz czytaliście już przecież moje pochwalne peany dotyczące tego odbywającego się w przepięknej Turyngii festiwalu z których wyzierało nie tylko duże uznanie dla organizatorów tegoż przedsięwzięcia, ale i nostalgia, szczególnie widoczna i wyczuwalna w ostatnich wersach. W kwestii profesjonalizmu wszystkich odpowiedzialnych za ten spęd, jak i samej jego obsady nie zamierzam i tym razem zmienić zdania, jednakże zobaczyć i przeżyć jego tegoroczną edycję należało tym razem do nie lada wyczynów, toteż powiedzieć po wszystkim „zwyciężyłem” - było tym razem jak najbardziej zasłużone. Bez żenady przyznam, iż momentami miałem już w niektórych momentach serdecznie dosyć i marzenie powrotu do domu kołatało się zapewne nie tylko po mojej głowie. Tak, tak moi drodzy - edycja Party San Open Air 2010 była rzecz jasna sama w sobie wspaniała, wierzcie mi jednak, że mogłaby być jeszcze wspanialsza gdyby nie... ekstremalnie podłe warunki pogodowe, trudne do zniesienia nawet dla najtwardszych twardzieli.

Choć cudów ponoć nie ma, wydawać by się mogło, że chyba tylko jeden lub więcej takowych uratowało tegoroczną edycję festu, która oczywiście do skutku doszła, odbywając się pomimo stugębnych plotek ponownie w Bad Berka, ale ze względu na wymienione w ostatnich akapitach wstępu okoliczności stanęła w obliczu groźby jej przerwania. Pogoda to niestety ostatnia rzecz na którą wpływ mogą mieć organizatorzy, toteż wyrazy uznania dla każdego kto bezbłędnie wywiązał się ze swoich zadań mają jak najbardziej uzasadnioną wymowę. Ochrona, obsługa festiwalu, policja, sanitariusze, dostawcy oraz sprzedawcy jadła i napitku, wreszcie kapele, które w komplecie pojawiły się w ciągu trzech dni imprezy, no i rzecz jasna te kilka tysięcy maniax przybyłych w celu ich obejrzenia - wszystkim im należy się gremialnie przeogromne DANKE SCHÖN, gdyż najprawdopodobniej wytężona praca w połączeniu z silną wolą sprawiły, że tonący w strugach ulewnego deszczu i zapadający się w błocie festiwal dotrwał do końca. O ile sporadyczne opady absolutnie nie są w stanie przeszkodzić odbywającej się na otwartym powietrzu imprezie, w przypadku ilości 25 - 40 litrów wody na jeden metr kwadratowy (!!!) żarty się już kończą. Klepisko staje się mazistą breją, trudną do pokonania nawet dla pojazdów specjalnych, nie mówiąc już o samochodach osobowych oraz diabłu ducha winnych metalowcach, stąpających w wielkim mozole ku stoiskom z merchem, żarciem czy chociażby własnym, przemokłym do ostatka namiotom. Skonstruowane naprędce prowizoryczne rurociągi nie są w stanie odprowadzić takiej masy wody do przepełnionych już tak i tak rowów melioracyjnych, a rozrzucana słoma i skrawki kory absolutnie nie zdają egzaminu, kiedy chce się zapewnić przyczepność tysiącom stąpających co najmniej po kostki w paskudnej i zdradliwej warstwie szlamu. A gdzie tu jeszcze w razie zmęczenia przycupnąć? Oto jest pytanie! Choć osobiście zdawałem sobie sprawę jakoby zmitrężenie każdego wieczoru co najmniej pół godziny czasu na doczyszczenie glanów jest pracą czysto syzyfową, chęć posiadania choć odrobiny czystości potrafiła wyzwolić takąż motywację. Wiem, że w poczynaniach niniejszych nie byłem osamotniony, jeśli jednak komukolwiek nie wystarczyłyby do uwierzenia w moje słowa powyższe opisy, powinien obejrzeć w jakim stanie znajdowały się po zakończeniu całego trzydniowego przedsięwzięcia kabiny prysznicowe i inne sanitariaty. Nie trzeba chyba zatem brać udziału w jakiejkolwiek wojnie aby się przekonać jak mało trzeba, aby zainstalowane w zupełnie innym celu urządzenia tak szybko zmieniły swoje przeznaczenie, no nie? Przeżyłem w swojej karierze już niejeden festiwal gdzie deszcz dał się we znaki w mniejszym bądź większym stopniu (chociażby w tym samym miejscu przed trzema laty), czegoś takiego nie doświadczyłem jeszcze nigdy, toteż wymienione wcześniej zwycięstwo nabiera w tym przypadku szczególnie magicznego wymiaru.

No cóż - pogawędziłem co nieco o anomaliach pogodowych, a przecież nie to ma stanowić meritum mojego sprawozdania. Ważny jest przecież przebieg samego festiwalu od strony artystycznej, który pomimo tych wszystkich meteorologicznych udogodnień nie zaskoczył najmniejszymi nawet zmianami programowymi. No to wio! Zaszczyt inauguracji otwarcia przypadł w tym roku KETZER. Widziałem załogę w akcji przed kilkoma miesiącami i pamiętam, że potrafiła mnie zaskoczyć całkiem pozytywnie. Także i tym razem black/thrashowy kwintet zagrał całkiem przyzwoicie łupiąc swoje kompozycje podług starej szkoły takiego grania i o ile dobrze zapamiętałem, set rozpoczęli chyba tym samym utworem co widziałem ich ostatnio. Po trzech kwadransach old schoolowej burzy z Nordrhein - Westfallen sceną zawładnął sąsiad przez miedzę - MERRIMACK. Bardzo lubię francuską scenę, szczególnie tę, z której przebija głęboka czerń i umiłowanie sił nieświętych, jednakże nie wszystko chyba co diabelski jad posiada jest tak toksyczne w przekazie scenicznym. Występ MERRIMACK jak najbardziej zachowywał charakter performance’u black metalowej hordy, ale jeśli miałbym być szczery kapela bardziej pasuje mi z płyt. Kolejna zmiana stylu i szerokości geograficznej pozwoliła mi zapoznać się z kondycją sceniczną DEVOURMENT. Nie należę do zadeklarowanych miłośników tego combo, ale skłamałbym pisząc, że w ich wykonaniu brutalny death metal mocno przyprawiany grindem nie potrafi zmielić kości lub nabić kilku siniaków co najmniej. Tematowi jankeskiej szkoły brutalnego łojenia należy poświęcić w tym miejscu nieco więcej strof, aczkolwiek już nie za sprawą DEVOURMENT, lecz MONSTROSITY, którym szanowne kierownictwo festiwalu postanowiło również wysłać w tym roku stosowne zaproszenie. Propozycja padła widocznie na podatny grunt, skoro rzadko koncertujący ostatnio klasycy pod wodzą Lee Harrisona bezproblemowo zameldowali się, po czym uświetnili swoim występem pierwszy dzień imprezy. Okazja obejrzenia florydzkich deathowców jak dla mnie była nie tylko powtórką z rozrywki, ale także i okazją do oceny ich aktualnej kondycji, przede wszystkim w związku z osobą Mike’a Hrubovcaka, który już od jakichś trzech latek drze w kapeli paszczę. I przyznam, że niniejszego sierpniowego wieczoru Potworność również zaprezentowała się przyzwoicie, choć do brzmienia mógłbym momentami mieć małe zastrzeżenia. Jak zaznaczyłem jednak - jedynie momentami. Osobiście jestem zdania, że Mike to najlepszy (no, może z wyjątkiem Jasona Avery’ego) nabytek wokalny MONSTROSITY po odejściu Corpsegrindera, gdyż nie tylko ostatni album, ale właśnie i ów show utwierdził mnie w tym mniemaniu. Oprócz jego samego oraz rzecz jasna boskiego Lee, w pięcioosobowej konfiguracji bandu nie zabrakło też oczywiście popylającego na lewym wiosełku Marka Englisha oraz Mike’a Poggione, który postanowił sobie sprawić (chyba całkiem niedawno) fryzurę zupełnie normalnego obywatela. Nie udało mi się rozszyfrować tożsamości drugiego gitarzysty, w miarę bezbłędnie wyłapałem jednak numery setlisty, choć gwoli ścisłości nie przerobiłem przed wyjazdem żadnej z płyt. 45 minut show kapeli oparło się na pochodzących z wszystkich wydawnictw kawałkach, toteż począwszy od „Remnants Of Divination” poprzez „Firestorm”, „Final Cremation”, „Within Vision Of Darkness”, „Exordium”, „Destroying Divinity”, „Shapeless Domination”, „Angel’s Venom”, „Dreaming Messiah” na „Devious Instinct” się skończyło. Szkoda więc, że z kultowego debiutu „Imperial Doom” usłyszeliśmy zaledwie jeden utwór, ale nowsze rzeczy tak i tak kopały dupsko nielekko. Zmiana klimatu. O Holandii zawsze wypowiadałem się ciepło, podobnie jak o tym, że scena tego kraju cieszy się z mojej strony niekłamaną sympatią. W przypadku grup pokroju THE DEVIL’S BLOOD mam jednak niezłą zagwozdkę. Czemu? No, w końcu grają na festiwalu metalowym, image też jak najbardziej do takiej stylistyki pasuje, ale czy aby… faktycznie ich muzyka stoi metalem? Trochę miałbym wątpliwości, aczkolwiek brzmi ciężko, psychodelicznie i niesamowicie mrocznie. Śpiewające panie odziane w czerń i podobnie jak panowie umazane krwią doskonale podkreślają, że określenie tejże propozycji jako occult progressive rock jest bardzo trafne, ale skoro pojawiają się na festiwalu, gdzie metal i to ten bardziej ekstremalny panuje niepodzielnie wygląda na to, że chyba Holendrzy najwyraźniej chcą za metalowy zespół uchodzić i basta! Nie zasłuchuję się w takich rzeczach codziennie, nie mogę zatem powiedzieć, jakoby muzyka THE DEVIL’S BLOOD wstrząsnęła mną do żywego, aczkolwiek wrażenie pozostawiła. Mroczne, a to przecież ważne! A zatem? WATAIN jako headliner dnia pierwszego. Wiedziałem czego się po nich można spodziewać i nie zawiodłem się ani trochę. Godzinny show Szwedów emanował jak zwykle na kilometry ohydą, wstrętem i bezgranicznym bluźnierstwem. Jeśli macie już dzieci które nie chcą jeść obiadu, nie straszcie ich wilkami lub Babą Jagą, bo was tylko wyśmieją. Lepiej pokażcie im parę ujęć z koncertu WATAIN i efekt murowany. Zastrzegam sobie jednak jakiekolwiek reklamacje wskutek następstw w postaci traumy i nocnych koszmarów, od razu zaznaczam! Upiorny jak zwykle Erik szalał na całej szerokości sceny, a nie mniej szkaradni jego kamraci wtórowali mu w aktach muzycznej sodomii i bezeceństw. Przypuszczam, że w rankingu najbardziej przerażających wizualnie grup black metalowych tego padołu WATAIN z pewnością znalazłby się w czołówce. Wrażenie robi to jednak tylko w połączeniu z dobrym repertuarem, a na taki w ich przypadku można liczyć zawsze, tym bardziej, że najnowszy plugawy pomiot „Lawless Darkness” jak zwykle skutecznie niszczy wszystko co dobre i święte. Nic dziwnego zatem, iż jego prezentacja stała się nieodzowna, gdyż „Malfeitor”, „Reaping Death” czy zagrany na koniec „Waters Of Ain” to właśnie reprezentanci tegoż. Nie zabrakło oczywiście paru strzałów ze „Sworn To The Dark” jak utwór tytułowy, „Legions Of The Black Light” czy „Stellarvore”, a oprócz „I Am The Earth” jako jedynego przedstawiciela starszyzny, bardzo ładnym gestem stało się odegranie „The Somberlain”. Widać, że więzy krwi z DISSECTION, a szczególnie z nieżyjącym już liderem tej kultowej formacji są w przypadku WATAIN nie tylko mocne, ale wręcz i nierozerwalne. To tyle i aż tyle, bo cóż więcej dodawać? Mam nadzieję, że sam nie będę miewał koszmarów sennych z powodu tych maszkar, no chyba, że któraś z nich ujawni jakieś swoje ukrywane preferencje i zapragnie odwiedzić mnie nocą w namiocie. Brrrrrrrr!

Poranek drugiego dnia nie przyniósł niczego nadzwyczajnego. Podobnie jak dzień wcześniej - szaro, buro i ponuro, toteż ochota na jakiekolwiek spacery odeszła mi bezpowrotnie. Błocko zalegało jak zalegało, wiadomo, że chodzić po czymś takim to żadna przyjemność szczególnie kiedy nie trzeba, a zatem cóż było robić? Wiadomo, że w taką pogodę najlepiej się śpi, toteż... spałem dalej. O odpowiedniej porze zameldowałem się jednak pod sceną w celu wiwisekcji poczynań pierwszych uczestników dnia drugiego i szczerze mówiąc, gdybym wiedział co mnie czeka, pewnie dalej leżałbym w swoim namiocie opatulony szczelnie śpiworem. ONHEIL z Holandii zapowiadany jako black/thrashowy akt kompletnie mi nie podszedł, natomiast z MILKING THE GOATMACHINE miałem po prostu zwałę. Wybaczcie, ale koźle łby jako maski to już lekki kabaret, nawet jeśli gra się brutalny death/grind. Nawet i ten mi jednak nie podpasował, więc oszczędzę sobie dalszych dywagacji. Trochę lepiej było już jednak w przypadku LIVIDITY, ale jako że tychże amerykańskich brutalistów akurat szanuję, wydawałoby się to zatem chyba zrozumiałe? Dosyć ciepło wypowiedzieć się z kolei mogę o SUICIDAL ANGELS. Przede wszystkim dlatego, że agresywny thrash na żywca kopie po worach niezwykle mocno, a oprócz tego podziwiałem już kapelę na początku roku, będąc zarazem pod niemałym wrażeniem. Grecy dają ognia, oj dają! Trochę mnie dziwi, że najnowszy ich krążek mający ujrzeć światło dzienne w listopadzie nie ukaże się już via Nuclear Blast - czyżby stajnia pana Staigera zwątpiła w potencjał tej brygady? Jeśli tak, to duży błąd. Nie będę wchodził jednak w szczegóły, ważne, że na Party San SUICIDAL ANGELS zabił, a o to przecież chodziło! „Bloodthirsty”, „Bleeding Holocaust”, „Vomit On The Cross”, „...Lies” czy „Apokathilosis” to tylko przykładowe i rozrywające na strzępy propozycje, których było - jak się zapewne domyślacie - o wiele więcej. Po thrashowej burzy wszyscy spragnieni soczystej i krwistej amerykańskiej mielonki mogli zniszczyć narząd słuchu napawając się koncertem ORIGIN, po czym z kolei maniacy brzmienia szwedzkiego mogli szykować się na podwójną ucztę. Dwa zespoły, które króciutko pozwolę sobie teraz opisać ujmę bez rozmieniania się na drobne, ale przede wszystkim tylko dlatego, że grają death metal, a taka muza zawsze ma, a nawet musi mieć po prostu kopa i basta! DEMONICAL widziałem po raz pierwszy przed prawie trzema laty. Do dziś mam w pamięci ból, jaki zadał mi ich występ w małym berlińskim klubiku, dlatego też postanowiłem nafaszerować się wszystkim co możliwe przed ich występem na Party San. Pomysł głupi nie był, bo trzy kwadranse jatki zgotowanej przez DEMONICAL ślady pozostawiły, a co tu mówić o odczuciach! To nie koniec atrakcji jednak, gdyż niedługo potem działa wytoczyła kolejna bateria w postaci reaktywowanego THE CROWN. W składzie bandu brakuje dziś wprawdzie Johana Lindstranda, nie znaczy to jednak, że kurs Korony idzie bez niego w dół, haha! Nowy krzykacz Jonas również co najmniej daje radę, a wściekły death/thrash w wykonaniu tego combo po prostu masakruje do ostatka. Po raz ostatni oglądałem załogę przed... siedmioma laty, nie dziwcie się zatem, że konfrontacja z nią była dla mnie powtórnym orgazmem dla uszu. Życzę zatem THE CROWN wszystkiego dobrego, a już szczególnie pod skrzydłami Century Media, bo coś mam ostatnio obawy czy aby stajnia ta była dziś w stanie dobrze wypromować tego typu zespoły... Temat Szwecji można by w tym miejscu jeszcze kontynuować, ale tym razem niestety w negatywnym kontekście. Wiem, że zabrzmi to nieco jak bluźnierstwo, ale to tylko dlatego, że właśnie zamontował się pierwszy tego dnia black metalowy (?) akt, jeśli jednak miałbym być szczery - nie wiem czy bardziej czasem nie śmieszył niż przerażał. Zetknięcie z OFERMOD nie było moim debiutem, gdyż przed kilkoma miesiącami oglądałem Szwedów na własnym podwórku, podobnie jak wówczas także i teraz towarzyszyły mi odczucia, że to, co ten zespół na scenie prezentuje to po prostu kabaret. Sorry, ale przerost formy nad treścią to nie tędy droga. Nudne i mające mało wspólnego z utworami inwokacje, nieudolna improwizacja rytuału - z całym szacunkiem dla Rogatego, ale zespołom typu OFERMOD mówię zdecydowanie „nie”. Zdecydowanie „tak” mówimy jednak kolejnej szkole brutalnego łojenia - tej z krainy wiatraków, tulipanów i legalnego zakupu ziela, a gdy o tejże mówimy to wiadomo, że siłą rzeczy pośród kilku wielkich nazw musi też obowiązkowo pojawić się ASPHYX, czyż nie? To właśnie tu przed trzema laty holenderska legenda death metalu zagrała swój pierwszy po latach koncert w prawie oryginalnym składzie, obwieszczając tym samym kolejny powrót do świata żywych. Dziś kwartet ma na koncie nową genialną studyjną płytę, kolejne występy na żywo i choć może tym razem sporadyczne - za to z klasą, pompą i ogniem! Niby to prosty jak budowa cepa death metal, ale jakże brutalny i niebezpieczny w przekazie live nawet z jednym wiosłem. Death The Brutal Way! Tytuł najnowszego krążka trafnie określa istotę samego bandu. Osobiście doświadczyłem tym razem już czwartych tortur przy pomocy ich setu i o dziwo - czerpiąc z tego jak zwykle ogromną przyjemność. Bo ja po prostu kocham ten zespół - ASPHYX jest jeden, jedyny i wielki! W trzecią rocznicę uświetnienia swoim show niniejszego festiwalu jako headliner kapela pojawiła się z nowym basistą w składzie i przyznam, że Alvin okazuje się godnym Wannesa następcą - oby na jak najdłużej. W programie jak zwykle starocie - zapoczątkowane przez „Vermin” i kontynuowane poprzez „M.S. Bismarck”, „Wastelands Of Terror”, „Asphyx - Forgotten War” na „The Rack” skończywszy, przerwane w międzyczasie dwoma strzałami z wymienionego już przypadkiem parę wierszy wcześniej najnowszego majstersztyku - utwór tytułowy oraz „Scorbutics”. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to długość setu, bo trzy kwadranse to naprawdę mało. Nawet już tę brodę Martina zdzierżyłem - choć wybitnie mu w niej niedobrze, słowo daję! Choć krajobraz spowiła już ciemność, a poświaty bijące od sceny oraz stoisk były jedynymi rozświetlającymi tę pokrytą szlamem festiwalową ziemię, w programie pozostały jeszcze trzy jego punkty, spośród których na jeden czekałem bardzo, bardzo, bardzo. Nie chodzi mi o DYING FETUS, gdyż jankeskich masakratorów widziałem w akcji już co najmniej trzykrotnie, więc wiedziałem, że i teraz nie dadzą ciała, fundując wszystkim brutalną młócę na najwyższych obrotach i nie myliłem się absolutnie. Nie tęskniłem również za SARKE, który pomimo tego, że zalicza się w poczet hord black metalowych i faktycznie coś takiego sobie pyka, ma w składzie samego Nocturno Culto (czy to jednak aby na scenie faktycznie był on, bo jakoś nie mam w pamięci jego gęby…?) Niezłe to, owszem, bynajmniej nie ze względu na tę szlachetną personę, ale tylko i li. No, to przygotujcie się wszyscy - uwaga, achtung, attention! Na ten band czekali chyba wszyscy miłośnicy starej amerykańskiej szkoły death metalu, a że sam się do nich zaliczam, to wiecie przecież wszyscy. Czy dziwnie brzmieć zatem będzie mój głód na sekcję zwłok w klasycznym stylu? Kiedy to po raz ostatni odwiedził Europę Chris Reifert razem z AUTOPSY? Odpowiedź brzmi: 20 lat temu. A teraz po tylu latach można ich znów obejrzeć, grających ten jeden jedyny ekskluzywny koncert tu, teraz i właśnie o tej porze - jako headliner drugiego dnia Party San… Do diabła z deszczem, który lał z ciemnego nieba non stop, bo przegapić koncert AUTOPSY to grzech niewybaczalny! Kaptur na łeb i dalej - rozkoszować się nekrofilskimi hymnami bębniącego i charczącego brutalnie dziadka Reiferta, do cholery! Oprócz wspomnianego w składzie pojawili się także Eric Butler i Danny Corales na wiosłach oraz szarpiący cztery struny Danny Linker. Ten jest zresztą niezastąpiony - gdzie to go już nie było? Muzycznie - nawet nie wiem jak opisać, bo nie chciałbym się zbłaźnić używaniem durnych określeń. Te miażdżące rytmy, przechodzące w szybsze pasaże… Na tym właśnie polega czar niniejszego bandu, jakże odmiennego od preferujących wyłącznie blasty niektórych bogów amerykańskiego śmierć metalu. Wybaczcie mój nieporządek, ale czy byłby ktokolwiek w stanie zapamiętać przy takich uniesieniach kolejność oraz tytuły wszystkich kawałków? Na wszystko klnę się jednak, że kalifornijska legenda odegrała „Severed Survival”, „Fiend For Blood”, „Service For A Vacant Coffin”, “Gasping For Air”, racząc wszystkich swoimi ochłapami ponad godzinę i uwieńczając godnie swój show tym, od czego wszystko się zaczęło - „Critical Madness”. Ja nie żałuję tego czasu spędzonego w deszczu ani trochę. A wy, którzy przegapiliście - żałujcie, nie mówiąc już o tych (na szczęście mniejszości), których nocne opady przepłoszyły do namiotów. Pośpijcie sobie dzieci, pośpijcie… Jutro też jest dzień. Ale jestem wredny i złośliwy, ojojoj!

To, że dla bandy Krzysia Reiferta potrafiłem się poprzedniej nocy poświęcić nie znaczy wcale, że lubię jak leci mi na łeb i dlatego czując w okolicach południa ciepło i blask słońca, ucieszyłem się całkiem szczerze. Niestety, energia jego okazała się mało wystarczalna do osuszenia okolicy i zamiany w twarde klepisko tej wciąż utrzymującej się breji. Na całe szczęście deszcz nie akompaniował występom UNDER THAT SPELL, TRIBULATION i GHOST BRIGADE, ale rozwodzić się nad samymi kapelami też specjalnie nie ma co. No, może z wyjątkiem przedostatniej, ale to tylko dlatego, że TRIBULATION gra fajnego olskulowego deciora podług klasycznej szwedzkiej recepty, a jeden z gitarzystów do złudzenia przypominał Treya Azagthotha z młodzieńczych lat. Jak dla mnie pierwsze z bardzo mocnych wrażeń tego dnia rozpoczęły się dopiero o 16-tej, gdyż wtedy właśnie wytoczył się na deski DESASTER. Kocham ten band miłością naprawdę szczerą, nie wynajdę choćby jednego słabego punktu w ich dyskografii, a tym bardziej już nie będę szydził z ich ćwieków, nabojów oraz obszytych katan. Nie wiem dlaczego - widocznie taki już po prostu urok tej hordy. Trzy kwadranse występu wystarczyły na uraczenie wszystkich rozkochanych w jej dźwiękach oldskulerów, mogliśmy usłyszeć zatem przynajmniej po jednym przedstawicielu „Satan’s Soldiers Syndicate”, „Tyrants Of The Netherworld” czy „Hellfire’s Dominion” - z ostatniego nawet dwa i to w dodatku te najlepsze: „Teutonic Steel” i „Metalized Blood”. Godnym odnotowania jest także to, że obdarzony całkiem pokaźnym brzuszyskiem Tormentor obchodził tego dnia urodziny, toteż bez odśpiewania tradycyjnego „Happy Birthday” oczywiście się nie obyło. Osobiście życzę wszystkiego dobrego nie tylko jemu, ale również i całemu DESASTER - oby masakrował swoimi oldskulowymi dźwiękami jak najdłużej. W przeciwieństwie do ekipy z Koblenz nie przeżyłem jednak uniesień przy występie VARG pochodzącego z innej części mojego pięknego kraju. Pisałem zresztą już chyba przy jakiejś okazji, że jakoś nie podchodzi mi grany przez tych wybabranych czerwoną farbą Bawarczyków pagan metal. Niespecjalnie poruszył mną także MANEGARM, choć wybitnie dystansowałbym się od stwierdzenia, iż ten sam gatunek w szwedzkim wykonaniu brzmi do dupy. Już sama obecność bandu w Regain skłania do swego rodzaju refleksji, ale niech tam… Bardzo ładnie wypadł z kolei (w moim przypadku już po raz trzeci) NECROPHAGIST, którego specjalnością jest z uwagi na przynależność do Relapse granie death metalowe - w tym przypadku akurat to spod techniczno - progresywnego znaku zodiaku i przypuszczam, że jest to zupełnie logiczne. A AURA NOIR? W zeszłym roku Norwegowie rozdarli mnie na strzępy - tak zajebisty koncert zagrali w ramach Festung Open Air! Nie miałem zatem cienia wątpliwości, że także i tu tercet jeńców nie weźmie. Sprawdziło się, gdyż ten pazurzasty black/thrash musi po prostu kopać w jaja, nie ma szans aby przyjmować tego typu muzykę biernie! Jeśli znacie AURA NOIR wyłącznie z płyt, wyobraźcie sobie co na żywo dzieje się przy takich trackach jak „Unleash The Demon”, „Conqueror”, „Wretched Face Of Evil”, „South American Death”, „Fighting For Hell”, „Condor” czy „Blood Unity” - po prostu atak, normalny Black Thrash Attack i koniec!

Chcąc zakończyć ładnie tegoroczne sprawozdanie, postaram się uczynić to w jakiś sposób niezwykły. Naturalnie, opisywany przeze mnie powyżej band nie był ostatnim, gdyż w programie pozostało jeszcze czterech uczestników, których skategoryzować można nie inaczej jak „mistrzowie wagi ciężkiej”. Tak jest - resztę wieczoru spędzić można było wyłącznie przy deathowo - grindcore’owych dźwiękach, a co było tu szczególnie charakterystycznym - wszystkie reprezentowały anglosaskie przymierze śmierci i krwi, gdyż Wyspy Brytyjskie i Stany Zjednoczone to dwa i zarazem jedyne kraje tego aliansu. Zaczęło się od NAPALM DEATH. Barney i spółka jak zwykle skatowali do nieprzytomności swoimi morderczymi miniaturami każdego, kto wielbi ich pomioty. Odziany w t-shirt Extortion lider jak zwykle robił dziesiątki kilometrów, biegając z jednego końca sceny na drugi, co stanowi już chyba tradycję podczas każdego koncertu Napalmów. Repertuarowo jak zwykle przekrój, ale w tym miejscu oszczędzę sobie szczegółów, bo każdy fan tego zespołu wie zapewne co oprócz prezentowanych zawsze nowości należy do koncertowych klasyków. SUFFOCATION. To już czwarte moje starcie na żywo z ekipą z nowojorskiego Long Island, przy czym ostatnie miało miejsce przed kilkoma zaledwie miesiącami. Dwa razy zatem mogłem się już w tym roku przekonać, że ci faceci grają death metal jak pieprzone zwierzęta, a do czołówki gatunku należeć będą zawsze - bez względu na to, czy im się za jakiś czas odechce grać czy nie. SUFFOCATION to nie tylko muzycznie brutalna sieka pierwszego sortu, bo wizualnie też jest wzorowo. Frank Mullen nie tylko ryczy i wymachuje łapami, bo i miota się po scenie jak kot z pęcherzem, Terrance Hobbs rzuca swoimi pasemkami finezyjnych warkoczyków jak wściekły, a co wyprawia z basem Derek Boyer - obłęd! „Cataclysmic Purification”, „Entrails Of You”, „Bloodoath”, „Pierced From Within”, „Funeral Inception” czy przewspaniały „Infecting The Crypts” to oczywiście przykłady mające wam uzmysłowić, że te chamy i brutale nie zostawiają kamienia na kamieniu, a jeśli wciąż nie wierzycie - przekonajcie się sami. 45 minut popisów Uduszenia pozwoliło skutecznie zregenerować siły Panu Pieczarce, bo właśnie po tym mniej więcej czasie Mr. Shane Embury wyszedł na deski ze swoim drugim zespołem. LOCK UP widziałem dokładnie przed tygodniem i te siedem dni nie naturalnie nie spowodowało, abym musiał zmienić zdania o grupie na niekorzyść. Wciąż łupią grindcore’a, Tomas „Tompa” Lindberg drze się jak należy, a dwa nieodzowne klasyki TERRORIZER także i tym razem zostały odegrane. No więc? Pora na gwiazdę. Wiem, że określenie takie do zespołu typu CANNIBAL CORPSE wybitnie nie pasuje, ale przekorny, jak wiecie, byłem zawsze. Ta cecha mojego charakteru ujawni się tutaj w troszkę szerszym aspekcie, już chociażby dlatego, że podobnie jak w przypadku Napalmów nie zamierzam zdradzać szczegółów setlisty. Nie widzę po prostu sensu, a to tylko dlatego, że ostatnio każdy koncert Kanibali wygląda tak samo. Nie znaczy to wcale, że zamierzam w ten sposób wyrazić dezaprobatę wobec kwintetu tych amerykańskich masakratorów, którzy z właściwym sobie wdziękiem i przy pomocy tak nienawistnego brzmienia zawsze zmiażdżą każdego i zniszczą wszystko, ale pod względem selekcji, kolejności kawałków a nawet zapowiedzi Corpsegrindera przy niektórych z nich, niniejszy występ CANNIBAL CORPSE ani odrobinę nie odbiegał od tego granego przed tygodniem na Wacken! Jeśli zatem koniecznie chcecie - zajrzyjcie do mojej poprzedniej relacji, bo powtarzanie się jest absurdem. Było oczywiście wspaniale, nie tylko dzięki ich show i takimi właśnie słowami uwieńczyć chciałbym cały swój długi wywód, bo o tym co zapisać by można na niekorzyść, mogliście już przeczytać w baaaardzo długim wstępie. Oby do następnego!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

KETZER

MERRIMACK

DEVOURMENT

MONSTROSITY

THE DEVILS BLOOD

WATAIN

ONHEIL

MILKING THE GOATMACHINE

LIVIDITY

SUICIDAL ANGELS

ORIGIN

DEMONICAL

THE CROWN

OFERMOD

ASPHYX

DYING FETUS

SARKE

AUTOPSY

UNDER THAT SPELL

TRIBULATION

GHOST BRIGADE

DESASTER

VARG

MANEGARM

NECROPHAGIST

AURA NOIR

NAPALM DEATH

SUFFOCATION

LOCK UP

CANNIBAL CORPSE



<<<---powrót