Relacje

WATAIN, DESTRÖYER 666, OTARGOS

21/10/2010  Berlin, K 17

Nawet doba nie minęła od mojego ostatniego pobytu w tym miejscu, a ja już meldowałem się pod strzechą przyjaznego K 17 ponownie. Tym razem jednak aby zmierzyć się z bardziej przeze mnie wielbionymi, a nawet ubóstwianymi przedstawicielami metalowego rzemiosła - głównie ze względu na uprawiany przez nie gatunek, który w odróżnieniu do gotyckich melodii bardziej rozgrzać potrafi moje czarne serce i duszę. Dwa bardziej oraz jeden mniej znany przedstawiciel diabelskiego hałasu już na starcie zapewniły sukces ekonomiczny imprezy, chociażby ze względu na szacun ze strony publiki oraz dosyć długą absencję w niemieckiej stolicy. Dla przykładu wystarczyłoby nadmienić, że o ile grająca dzień wcześniej z dwoma supportami TRISTANIA zdołała przyciągnąć do niniejszego przybytku niecałe 100 istnień, o tyle występujący teraz w towarzystwie OTARGOS oraz tasmańskich diabłów z DESTRÖYER 666 szwedzki WATAIN potrafił podnieść frekwencję prawie trzykrotnie. Owszem, nie bez znaczenia jest fakt różnicy stylistycznej obu propozycji, ale skoro już przy tym jesteśmy, wynik taki cieszy w podwójnym aspekcie - wszak to tylko dowód, że muzyka podziemia wciąż żyje i co więcej, nie znajduje się w odwrocie.

Ze względu na pewne zobowiązania - przyznam się - współorganizatorskie, w klubie pojawiłem się już kilka godzin wcześniej przed rozpoczęciem. Wypełniając powierzone mi zadania zwalczyłem jednak czas pozostały do otwarcia piekielnych wrót, a kiedy faktycznie już to nastąpiło, niedługo trzeba było czekać aby z czeluści wyłonił się pierwszy potwór pod postacią OTARGOS. Dym, corpse-painty i bez wątpienia black metalowy przekaz muzyczny stanowiły wykładnię pokazu umiejętności kwartetu, ale pomimo mojej ogromnej i cytowanej już gdzieś sympatii dla francuskiej sceny, oferta jego tym razem do serca mi nie przypadła. Niewykluczone, iż w wersji studyjnej mogliby mi się bardziej spodobać, ale potrzeby sprawdzenia tejże jakoś do dnia dzisiejszego nie poczułem. Może innym razem. Naturalnie, nie mogłem oczywiście nie poświęcić uwagi stacjonującym już od kilku co najmniej lat na Starym Kontynencie sympatycznym Australijczykom z DESTRÖYER 666, jak i przyznać jednogłośnie, że w branży black/ thrashowego noizzu o smaku starej szkoły, naszpikowanego jeszcze dodatkowo mnóstwem gwoździ i kolców wciąż mało mają konkurentów. Niszczyciele po prostu rozszarpali na strzępy i w sumie byłoby dziwne gdyby się tak nie stało, gdyż materiał z zeszłorocznego "Defiance" w połączeniu z pomiotami reprezentującymi wcześniejsze świadectwa mordu to najlepsza recepta na soniczną zbrodnię. Wierzcie mi - z nimi nie ma żartów! Wiem co piszę, bo te bestie zgwałciły już moje zmysły w wersji koncertowej po raz szósty, przy czym raz może tylko było nie tak jak do końca chciałem. Ale to tylko jeden raz na sześć, a przecież jak to Niemcy mówią: "Einmal ist keinmal" (jeden raz to żaden raz, czyli interpretując - pojedyncze incydenty nie wpływają na całokształt). Image jak zwykle tradycyjny: najeżeni i błyszczący od kolców Warslut i Shrapnel, obok walący w cztery struny Matt odziany w t-shirt INCANTATION, a co najważniejsze - w nowym wcieleniu, gdyż dorobił się w międzyczasie całkiem pokaźnej brody. Za baniakami oczywiście Mersus, z którym każdy mieszkający w stolicy może porozumieć się w języku ojczystym. Co z hymnów? Działo się a działo: "A Breed Apart", "The Last Revelation", "Sons Of Perdition", "Raped", "Genesis To Genocide", "Satan's Hammer", "I Am Not Deceived", "Black City - Black Fire", "Trialed By Fire", "Australian And Antichrist"... W sumie z najnowszej płyty za wiele nie poleciało (jeden zaledwie track), ale jak wcześniej zaznaczałem, mieszanka złożona z kawałków reprezentujących wszystkie wydawnictwa jest sama w sobie iście wybuchowa! Co niektórzy z was zapytaliby zapewne gdzie się podział "I Am The Wargod"? A był, owszem - gdzieś pojawił się tam po drodze, tylko że w tym transie uszło mojej uwadze pomiędzy czym go odegrali. Mam nadzieję że wybaczycie mi to małe niedopatrzenie, a reasumując to tylko się wyrażę, że gdyby wszystkie zespoły osiągały na scenie tak obrzydliwo jadowite brzmienie, to chyba znikłoby pojęcie gównianych koncertów nawet przy mało przekonującym soundzie studyjnym. Jedyne czego w danej chwili żałowałem to fakt, że wszyscy członkowie DESTRÖYER 666 to samce, bo aż chciałoby się za taki koncert wycałować. Pozostaje zatem przybić piątkę, ale szacun i ukłony - do samej ziemi. O ile dobrze sobie przypominam, ekipa Erika Danielssona gościła po raz ostatni w Berlinie trzy lata temu, supportując podczas jednej z tras sam wielki KREATOR z CELTIC FROST, czego zresztą również miałem przyjemność wówczas doświadczyć. W międzyczasie zaliczyłem rzecz jasna jeszcze dwa występy WATAIN, z czego ostatni nawet dwa miesiące wcześniej. Przyznam, że w chwili obecnej nie wypada już pisać o Szwedach w kontekście wybitnie undergroundowym, gdyż z podziemnego tworu przeistoczyli się w pierwszoligowego reprezentanta czarnej sztuki, a co najważniejsze ? nie ma mowy o splamieniu honoru i zszargania czci ku Rogatemu. Nie wiem czy to zasługa Season Of Mist czy też może samego Księcia Ciemności, bez względu na to jednak - WATAIN to aktualnie jeden z ważniejszych asów sceny, który zapewne nie pozwoli prędko się z niej zrzucić. Co niektórzy mogą się oczywiście czepiać ostatniego albumu "Lawless Darkness", w sumie nic bez ale, jednakże zbyt przesadna długość to jeszcze nie powód, aby detronizować tak diabelnie, powtarzam - diabelnie dobrą kapelę. Brzmienie szwedzkiej hordy prezentuje się moim skromnym zdaniem na żywca jeszcze lepiej niż na krążkach, choć jak wiemy także i im nie brakuje siły, tak samo jak Erikowi i jego wstrętnym do granic kamratom ująć nie można tej przecudnej obrzydliwości stanowiącej o pięknie black metalu. Kocham te łajzy, ich podarte lumpy, wysmarowane smalcem i pastą do obuwia pyski, oblane sokiem malinowym torsy, pot sączący się spod pach i wszystko inne co bije od tej pięcioosobowej bandy łachudrów złem tudzież odrazą. Nastroju dopełniała oczywiście nieodzowna dekoracja spośród której krzyże i jak najbardziej prawdziwy ogień po raz kolejny utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że satanistyczny metal a la WATAIN to nie zabawa dla lalusiów. Najważniejsza jest jednak mimo wszystko muzyka. Zawartość "Lawless Darkness" oczywiście dominowała w programie, można by właściwie napisać, że już na wstępie chłopcy strzelili z grubej rury, zapodając po intro "Malfeitor". Wyskok do "Casus..." objawił się poprzez "Devil's Blood", ale na powrót do bliższej przeszłości też nie trzeba było długo czekać, gdyż "Satan's Hunger" przypomniał o przedostatniej płycie jako trzeci w kolejce, choć o utworze tytułowym ze "Sworn To The Dark" również nie zapomniano - pojawił się bowiem nieco później. Nie sposób nie nadmienić oczywiście o aktywności publiki, szczególnie jej części przybyłej z moich rodzinnych stron (Pomorze Zachodnie zawsze górą - szczególnie kiedy wśród ekipy spotyka się jeszcze dosyć znanych i oddanych ekstremalnej sztuce przedstawicieli władz miasta Szczecina!), choć i spokojniejsi Niemcy także tym razem nie spali przekrzykując się z demonicznym Erikiem podczas "Reaping Death". Co do "Waters Of Ain", miałbym nieco zastrzeżeń ze względu na czas trwania tego kawałka - prawie kwadrans to nieco za długo, a skracać z kolei głupio... Koniec końców jednak jakoś zgrabnie to zmajstrowali, że zlało się w całość bez rzucającej się w uszy obcinki, następujący zaś po nim "Legions Of The Black Light" przyprawił mnie o przyjemne mrowienie w żołądku, podobnie jak "Total Funeral". Bardzo ładnym gestem stało się także upamiętnienie postaci jakże zasłużonej nie tylko dla szwedzkiego, ale i w ogóle dla ogólnoświatowego metalu. Quorthona nie ma już z nami, ale jego dzieła pozostały, przypominając nam na wieki o potędze BATHORY, która oprócz wielu black/death metalowych aktów z pewnością i dla WATAIN była ongiś inspiracją. Nieśmiertelny "Sacrifice" odzwierciedlił w ten sposób ubóstwienie niewątpliwie i niepodważalnie kultowej formacji, przypuszczam jednak, że gdyby chłopcom zechciało się jeszcze włączyć w skład setu "Stellarvore", mielibyśmy do czynienia z koncertem pierwszej klasy. Nie powiem jednak jakoby bez tegoż występ w moich oczach wypadł na niekorzyść, nie da się jednak ukryć, iż track ów od momentu powstania należy do ulubionych koncertowych perełek ogółu, w tym także piszącego niniejsze słowa. Tak i tak było gucio, przypuszczam że większość zgromadzonych bawiła się świetnie, choć niewielka grupka zgromadzona wciąż pod sceną i wsłuchująca się w ponure outro czuć mogła niedosyt i wciąż żyła nadzieją usłyszenia czegoś więcej. Szwedzi postąpili jednak podobnie jak w 1856 r. car Aleksander II, który lakonicznymi słowami "Żadnych marzeń" dał ludności Królestwa Polskiego do zrozumienia, iż w kwestiach politycznych nie zamierza iść na jakiekolwiek ustępstwa. WATAIN wyraził wprawdzie swoją politykę braku bisów bez słów, ale w odróżnieniu do władcy Wszechrosji na pewno można się po nich spodziewać jednego - prędzej czy później tak i tak wrócą, urządzając rzeź na najwyższym poziomie. Ja już czekam.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

DESTRÖYER 666

Destroyer 666 Destroyer 666

WATAIN

Watain Watain Watain Watain Watain Watain Watain Watain Watain Watain


<<<---powrót