Relacje

MISERY INDEX, GRAVE, ARSIS, THE LAST FELONY, THE ROTTED

Berlin, K 17  5/11/2010

Są na tym świecie zespoły, które pomimo widzianej ilości razy jakoś nie potrafią mi się znudzić, a już tym samym obrzydnąć. Albo nazywa się to siłą sentymentu, albo szczerą miłością, albo? czymś innym czego słowami nie da się ująć. Mniejsza zresztą o to, gdyż przypadły w piątek pierwszego weekendu listopada koncert przyprawił mnie o wyjątkowo pozytywne doznania, rozgrzewając wyziębione jesiennymi temperaturami wnętrzności. To zresztą było dopiero intermezzo, gdyż tak intensywnego miesiąca koncertowego nie doświadczyłem w swoim życiu jeszcze nigdy, co zapewne - jak się domyślacie - nie tylko potrafi eksploatować, ale przede wszystkim dostarcza wartych opisania wrażeń. Jako że nieskromnie zamierzam się nimi podzielić, oto pierwsza część tzw. tryptyku, którego wszystkie przypadły dzień po dniu - właśnie niniejszego pierwszego weekendu jedenastego miesiąca roku.

Złożony z pięciu prawie w wyłączności death metalowych zespołów zestaw, spośród których co najmniej trzy mają już wyrobioną od długiego czasu markę, to pozycja dla maniaków takich dźwięków wręcz obowiązkowa, toteż nie dziwota że w finalnym punkcie uzbierać się ich mogły ponad dwie setki. Zróżnicowanie pod względem narodowościowym w sumie niespecjalne, ale dwa akty z USA wspomagane przez sąsiadów przez miedzę, jeden kontyngent brytyjski oraz niechlubny, ale jakże zasłużony dla całokształtu sceny wyjątek szwedzki pozwala rzucić uchem na różnorodność wykonywania gatunku. Pierwszym tego wieczoru z którym mogliśmy się zapoznać było spojrzenie brytyjskie, a mianowicie - w wykonaniu THE ROTTED. Grupa funkcjonuje już ponad dwa lata, aczkolwiek jak wszyscy wiemy nawet pomimo tak krótkiego czasu istnienia w poczet nowicjuszy się nie zalicza, gdyż występuje po prostu pod skróconą nazwą. Epoka GOREROTTED się zakończyła, nie można jednak stwierdzić jakoby po tej transformacji band zmiękł i zaczął grać melodyjne pitu-pitu. Londyńskich dżentelmenów miałem już okazję oglądać na deskach tego samego klubu właśnie świeżo po zmianie szyldu i pamiętam, że propozycja ich była wcale nie gorsza od poprzedniego wcielenia. 24 miesiące z kawałkiem nic w tej kwestii nie zmieniły, gdyż Angole wciąż łoją bezkompromisowo i brutalnie! Jak do tej pory na koncie wciąż jeden długograj i wydana w tym roku Ep-ka, sądzę jednak że już niedługo będzie nam dane usłyszeć porcję nowych strzałów i nokautów ich autorstwa. A propos wyrażeń z terminologii bokserskiej - wątpię, aby jakiś nastoletni łobuziak z blokowiska ośmielił się zażądać od Bena Mc Crowa dwa złote na flaszkę bełta, hehe! Po kilkudziesięciu minutach mordowni w wykonaniu THE ROTTED i kilkunastu minutach przerwy technicznej na scenie ulokowali się Kanadyjczycy z THE LAST FELONY. Kwintet z Montrealu posługuje się na co dzień jednym z najpiękniejszych języków świata, nie ukrywam zatem, że radość konwersacji w tymże prowadzona przez mojego francuskiego znajomego była ogromna i szczera. Oglądając show obaj nie odnotowaliśmy jednak zbyt górnolotnych momentów, gdyż oferta THE LAST FELONY to techniczny death metal, bardziej zabarwiony jednak elementami core'a i przede wszystkim to zaważa na tym, że niespecjalnie upajam się takimi dźwiękami. Wiem, że są jednak miłośnicy takowych, najlepszy dowód, że nawet w całkiem niemałej liczbie tłoczyli się pod sceną, nie wiem jednak co by musiało się stać abym i ja stał się ich częścią. Niespecjalne wrażenie wywarł też na mnie i ARSIS, a wiedzcie że kapelę oglądałem już w przeciągu ostatnich dwóch lat dwukrotnie, także w sumie wiedziałem się z czym to się je i tym samym nie spodziewałem się zaskoczenia na plus. Niby wszystko jest możliwe, ale w przypadku kwartetu z Wirginii jakoś i tym razem nic się nie zmieniło. Techniczny death metal, jak na moje gusta całkiem przeciętny. Podobno do trzech razy sztuka, więc nie sądzę abym mógł kiedykolwiek jeszcze wygłosić na ten temat inne zdanie, choć podobno w myśl innego powiedzenia - nigdy nie mów nigdy. Zauważyliście przypuszczalnie, że operowanie powszechnie używanymi w polskim języku sentencjami sprawia mi dużo przyjemności, toteż zapoczątkowując wątek kolejnego uczestnika rzezi niewiniątek pozwolę sobie zapowiedzieć zespół, któremu nie tylko jestem wierny jak pies prawie od momentu kiedy święcić zaczął swoje pierwsze triumfy, ale przede wszystkim - przeżywa obecnie swoją drugą młodość, gdyż dwa ostatnie krążki z najnowszym na czele przypominają o czasach kiedy szwedzki death metal kwitł i rósł w siłę. Uwielbiam GRAVE, kocham potęgę ich trzech pierwszych albumów, a za to że po nienajlepszym okresie zniknęli ze sceny, aby po kilku latach drobnymi kroczkami odbudować dawną renomę, co już z kolei w całości osiągnęli na "Dominion VIII" - chylę czoła niezwykle nisko i żywię niekłamany respekt. Trzon składu Grobowca to oczywiście wciąż Ola Lindgren, który w materii wokalnej staje się coraz lepszy. Ronnie Bergestahl od kilku już roczków katuje w GRAVE swój zestaw perkusyjny, Magnus Martinsson (INSISION) z kolei już jakieś dwa lata wspomaga grupę na wiośle podczas koncertów. Zmiany odnotować można na za to stanowisku basisty. Nie ma już bowiem w zespole Fredrika Isakssona, który odróżniał się od reszty całkiem pokaźną brodą. Po premierze nowej płyty posadę tę otrzymał znany z dotychczasowych popisów w DISMEMBER Tobias Christiansson i przyznać trzeba, że na scenicznych deskach spisuje się tak samo dobrze, jak w zespole, w którym pierwotnie grał (i dalej gra). Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to pióra Magnusa, z których... facet w ogóle nie robi użytku. Chłopie, popraw się! Wybaczam już to jednak, bo brzmienie osiągnięte tegoż wieczoru przez GRAVE to czysta kwintesencja śmierć metalowego brutalizmu. Na pierwszy ogień poszły dwa pierwsze tracki z nówki "Burial Ground" - otwierający album "Liberation" oraz "Semblance In Black". W odróżnieniu do Naczelnego, który podjął się zaszczytu zrecenzowania niezbyt chyba mu podchodzącej niniejszej płytki, osobiście uważam że to zdecydowanie najlepszy materiał Grobu od lat i nic dziwnego, że w wersji live po prostu miażdży. Gusta są jednak różne i absolutnie nie zamierzam go za ów stan potępiać, ale niniejszy wtręt miał na celu jedynie uzmysłowienie wam tego zjawiska. Piszmy jednak dalej o koncercie, bo w jego programie pojawiły się aż trzy starocie pod rząd: "Hating Life", "Turning Black" i "You'll Never See...". Nie muszę chyba się rozwlekać jeśli chodzi o uczucia towarzyszące staruchom słyszącym te klasyki? Po małej wycieczce w rejony przedostatniego krążka pod postacią "Bloodpath" powrót do aktualnego dzieła i tu totalna niespodzianka - "Dismembered Mind", mój ulubiony kawałek z tegoż! Mały wyskok cztery lata wstecz - "Burn". Lekko się zdziwiłem, bo ostatnimi czasy mało co pojawia się z trzech pierwszych opublikowanych po zmartwychwstaniu krążków. Ucieszyłem się natomiast na "Deformed" oraz kolejną nowość - "Conquerer", który poprzez swoje walcowate brzmienie na żywo zabrzmiał fantastycznie. W ten sposób nadszedł nieubłagany koniec i wiadomo, że uwieńczeniem być może tylko jeden jedyny w swoim rodzaju klasyk. Jaki? Gdyby nie był to "Into The Grave", to wniosek że wcale nie grał prawdziwy GRAVE. Wiara okazała się jednak być zadowoloną, więc siłą rzeczy deser był nieodzowny. Okazał się nim tytułowy kawałek z "Soulless", pochodzący zaś z niego instrumentalny, aczkolwiek płynący już z taśmy "Judas" towarzyszył demontażowi sprzętu Grobu, którego muzycy nielicho zmęczeni zeszli z podestu celem wchłonięcia potu, tudzież nawilżenia zaschłych wskutek wysiłku gardzieli. Swedish Death Metal Forever! Może i to bezsensowne, ale cóż miałbym w takiej sytuacji wygłosić na podsumowanie?

Z MISERY INDEX ustalonym jako headliner tejże trasy sprawa wygląda w moim przypadku trochę skomplikowanie. Pierwsza płyta brutalistów z Baltimore podobała mi się więcej jak bardzo, pamiętam nawet iż po premierze katowałem "Retaliation" stosunkowo często. Później nagrywali kolejne krążki, które nie wiedzieć czemu jakoś mi już nie podpasowały, przynajmniej nie tak jak debiut. Owszem, oglądałem kapelę w akcji już kilka razy, zdarzało się mi wypowiadać o jej występach w samych superlatywach, podziwiam nienaganny warsztat techniczny tworzących go muzyków, jak i to, że wciąż trzyma się ona death / grindowego kursu, nie mogę powstrzymać się jednak od stwierdzenia, iż chyba do muzyki MISERY INDEX wkradać się zaczynają powoli elementy mainstreamu. Najważniejsze jest jednak, że nie jestem jedynym który tak twierdzi (!). Z podobną opinią zetknąłem się już też w przypadku NILE, choć tu akurat nie do końca bym podzielał ten pogląd. Posłuchajcie jednak sami - jeśli macie skalę porównawczą koncertów Indeksu Nędzy z dawnych lat, być może skojarzycie różnicę i zrozumiecie o co mi chodzi. Nie twierdzę oczywiście że się nudziłem. Obejrzałem występ Amerykanów z daleka sącząc przy tej okazji piwko, raz po raz zamieniło się z tym lub owym kilka słów... Jednogłośnie twierdzę jednak, iż spośród wszystkich uczestników królem imprezy był GRAVE. Piękny zagrali koncert moi szwedzcy faworyci (niejedni zresztą) i wierzę że jeszcze nieraz to powtórzą. A tymczasem wracając do domu, rozmyślałem co to dziać się będzie już za kilkanaście godzin, tyle że w innym miejscu. Nie pomyliłem się ani na jotę, bo naprawdę się działo. Kilka słów na ten temat w nowym sprawozdaniu.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

MISERY INDEX, GRAVE, ARSIS, THE LAST FELONY, THE ROTTED 5/11/2010 - Berlin, K 17

THE ROTTED

Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir

THE LAST FELONY

Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir

ARSIS

Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir

GRAVE

Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir

MISERY INDEX

Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir Dimmu Borgir


<<<---powrót