Relacje

NAPALM DEATH, IMMOLATION, MACABRE, WAKING THE CADAVER

6/11/2010   Berlin, SO 36

Przyznam się szczerze już na samym początku, że w sumie jeden tylko zespół z wymienionego powyżej grona, a przy okazji możliwości sprzyjające darmowemu uczestnictwu w owej imprezie spowodowały, że postanowiłem owego sobotniego wieczoru odwiedzić inny berliński klub - SO 36, położony w wielokulturowej dzielnicy Kreuzberg i który w odróżnieniu do innych przeznaczonych do celów koncertowych miejsc zaszczyciłem swoją obecnością po raz ostatni prawie przed trzema laty. Trochę szkoda, gdyż miejsce owe pod względem objętościowym jak i ogólnego rozkładu pomieszczeń byłoby wymarzonym na ulubione i odbywające się z moim udziałem spędy. Nie chodzi mi bynajmniej o fakt, iż kryzys który dał się ostatnio wszystkim we znaki dotknął także i ten przybytek przez co liczba imprez nie prezentuje się w skali rocznej zbyt imponująco, lecz o zastrzeżenia innego rodzaju, które w moim osobistym przypadku dotyczą jego obsługi. Sprawa dotyczy współpracy tejże tudzież przynależności do nieformalnej i zrzeszającej przeciwników wszelkiego rodzaju faszyzmu, rasizmu i innych homofobii organizacji Antifa, która stawiając sobie pozornie szczytny cel wyeliminowania z życia społecznego wyżej wymienionych zjawisk, w rzeczywistości rzadko kiedy ma cokolwiek wspólnego z dobrze pojmowaną istotą tegoż. Nie zamierzam w tym miejscu prawić elaboratów i przytaczać setek przykładów obłudy zauważonej u tych mędrców w ciągu kilku lat mojego pobytu w Niemczech, ale jeśli chodziło by o przynajmniej jeden zauważony danego dnia, to sądzę że osoba potępiająca oficjalnie wszelkie formy systemów prawicowych nie powinna raczej przywdziewać ciuchów Lonsdale, będących jedną z ulubionych marek ich zwolenników? To oczywiście tylko moje spostrzeżenia i tym samym opinie, ale jako że rzekomo każdy ma do nich prawo, niniejszym pozwoliłem sobie na taki wywód. Najważniejszy jest jednak koncert, w tym miejscu utnę zatem wątek związany z dwulicowymi, zakompleksionymi i dążącymi do upolityczniania wszystkiego palantami, skupiając się na tym co danego dnia zaobserwowałem wyłącznie od pozytywnej strony, a przypuszczam że to interesuje was chyba najbardziej.

Zgodnie z tym co przypuszczałem, otwierający koncert pierwszy band WAKING THE CADAVER nie zrobił na mnie absolutnie żadnego wrażenia - ani złego, ani dobrego. Po prostu przyglądałem się ich poczynaniom bez jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem i tym samym też nie robiłem sobie jakichkolwiek nadziei - zupełnie słusznie, gdyż rzadko kiedy przecierające szlaki kompletnie nieznane supporty potrafią przykuć uwagę. W przypadku WAKING THE CADAVER po prostu musiało tak być, bo skoro piątka Amerykanów zaserwowała jakieś pół godziny brutal deathcore'a, a wy znacie mój stosunek do takiej muzyki, to chyba wszystko jasne, czyż nie? Osobiście nie poruszył mnie także występ MACABRE. Chociażby dlatego, iż do formacji tej trzeba mieć po prostu odpowiedni stosunek - albo się coś takiego lubi albo nie i podejrzewam, że siebie zaliczyłbym raczej do tej drugiej opcji. Band istnieje wprawdzie już ponad ćwierćwiecze - to bez wątpienia długo i w niektórych kręgach uchodzić może za naprawdę kultowy, przyznam się jednak iż propozycja tercetu z Illinois określającego swoją twórczość jako "murder metal" wybitnie mi nie podchodziła od zarania dziejów. Owszem, da radę łączyć z death metalem czarny humor, jak chociażby robił to ongiś PUNGENT STENCH, ale jak dla mnie Austriacy byli jedyni i niepowtarzalni. MACABRE w akcji oglądałem zaledwie raz - ciężkie lata temu wprawdzie to było, jeszcze w czasach gdy belgijska Metallysee święciła triumfy racząc nas wspaniałymi objazdowymi festiwalami typu No Mercy czy X-Mass, od tamtej pory nic nie zaszło jednak w kwestii jakichkolwiek zmian odnośnie tego bandu. Nawet dzierżący gitarę wokalista wciąż używał słuchawkomikrofonu przypominającego zestaw głośnomówiący Simplusa, co wyraźnie jest tu chyba elementem tradycji... Z tego co zauważyłem, jakaś część zgromadzonej pod sceną gawiedzi świetnie się jednak bawiła wykrzykując z frontmanem teksty, osobiście nie czułem jednak żalu gdy po ustawowym czasie występu metalowy kabaret opuścił sceniczne deski. Żal poczułem dopiero wtedy, gdy schodził z nich trzeci w kolejności, a zarazem jedyny band dla którego przede wszystkim przełamałem swoje opory. Wierzcie mi, ale to właśnie obecność IMMOLATION zaważyła na tym, że pojawiłem się tamtego dnia w klubie na Kreuzbergu. Już ponad trzy lata upłynęły od momentu kiedy oglądałem ich po raz ostatni, więc tęsknota moja chyba jest zrozumiała. Od początku światowego rozgłosu obcowanie z tym śmiercionośnym nowojorskim komandem przyprawiało mnie o nocne zmazy, bez wymienienia nazwy tej jankeskiej legendy nie mógłbym po prostu rozmawiać o death metalu! Nie dziwcie się też zatem, że z poczuciem nieopisywalnego wzruszenia położyłem swoje stęsknione łapska na wydanym kilka miesięcy temu najnowszym długograju "Majesty And Decay", nie wspomniawszy już o tym, że niecierpliwość z jaką oczekiwałem jakichkolwiek wzmianek o europejskiej trasie też nie była mała. Doczekałem się! Trzy kwadranse klasycznej amerykańskiej jatki do której ci faceci zdążyli mnie już przyzwyczaić, okraszonej kapitalnym i kryształowym wręcz brzmieniem były chwilami jakich nie przeżyłem już dawno. Gdybym nie stał pod sceną z rozdziawioną oczywiście z wrażenia japą i osobiście obserwował estradowych poczynań zespołu, dałbym głowę że muza leci z kompaktu! IMMOLATION na żywca to potęga co najmniej równa tuzinowi sturękich tytanów z greckiej mitologii, nie mówiąc już o tym, że niewysoki Ross Dolan przy tego typu metaforze sam jest godzien objęcia tronu Hadesu. Tak jest - ten człowiek po prostu rządzi i dzieli, a to że piór wciąż chyba zazdrości mu niejedna miłośniczka diabelskiego hałasu (choć niekoniecznie) to już zupełnie inna kwestia. Podobnie jak to, że muzycy IMMOLATION to chyba wśród całej death metalowej elity niechlubny wykwit schludności i elegancji. Zero wymiętych t-shirtów, wyplamionych i podartych spodni - zamiast tego czarne koszule z kołnierzykami (Ross i Robert), bądź kamizeleczki (Bill Taylor). Show to jednak nie rewia mody, więc lepiej skupić się na repertuarze. Tylko 8 kawałków, ale jakich! "The Purge" jako otwieracz z "Majesty..." na sam początek, zaraz potem "Swarm Of Terror". Kolejne dwa strzały w ryj to wyskoki do albumów opublikowanych na przełomie stuleci - "Father, You're Not A Father" i "Once Ordained" i ponownie nowy album - tytułowy "Majesty And Decay". Przedostatni album znalazł swoich delegatów pod postaciami zagranych po sobie "Passion Kill" i "World Agony", bitwę zakończył natomiast inny przedstawiciel zbioru najnowszych piosenek - "Power And Shame". Tytuł ów nawet trafnie odzwierciedliłby całokształt niniejszego show - siła i wstyd. Siła z powodu potężnego i cudownego brzmienia, wstyd - z uwagi na zbyt krótki występ i brak klasyków z takiego "Dawn Of Possesion" chociażby, które aż proszą się o zagranie! Mam nadzieję, że widząc ich po raz szósty zostanę uraczony wspaniałym, bo dłuższym i bardziej przekrojowym setem. Nie są to jednak dosłowne wyrazy krytyki dla IMMOLATION, bo wiadomo że czas trwania show jest z góry ustalony i zespół chcąc nie chcąc musi się w nim wyrobić. Dla mnie to po prostu za mało! Ale czy pomimo tego można takiego zespołu nie kochać? Mnie jakoś się to w głowie nie mieści. Ukłony do ziemi, a po nich - na kolana i trzeć nimi do krwi!

Ileż to razy widziałem już NAPALM DEATH? Hm, lakonicznie odpowiadając rzekłbym - kilka. Nawet nie chce mi się wymieniać kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach, ale pamiętam że ostatni z nich miał miejsce w sierpniu tego roku w ramach Party San. Jak zagrali wtedy? Tak jak i za każdym razem kiedy to miałem przyjemność ich oglądać - szybko, brutalnie, bezlitośnie i bez patyczkowania się. Czy coś się zatem zmieniło teraz? Haha - pozwoliłem sobie na tego typu opis tylko po to aby wam uzmysłowić, że i ten zespół, podobnie jak IMMOLATION prezentuje na koncertach wysoką klasę i nie ma obaw aby cokolwiek miało się tu pogorszyć. Każdy album, który wydadzą miażdży w wersji koncertowej gnaty z taką samą siłą (a może nawet i większą), a panowie Greenway, Embury, Harris i Herrera powinni się cieszyć, że jak do tej pory nikt ich nie podał do sądu za obrażenia poniesione za sprawą ich muzyki. Fruwające ciała, bezlitosny młyn, ogólne szaleństwo - to główne przymioty występu NAPALM DEATH owego sobotniego wieczoru. Kings Of Grindcore from Birmingham nie wzięli w trakcie ponad godzinnej batalii ani jednego jeńca i nie zostawili kamienia na kamieniu. Podejrzewam jednak, że nawet pomimo uszczupleń składowych ten band będzie wielki i tak skutecznie niszczący po kres czasu. Duch Jesse Pintado z pewnością ma pieczę nad formacją, inspirując ją magią z zaświatów do najbardziej wyuzdanego muzycznego morderstwa... Pot lejący się hektolitrami z Barneya dawał do zrozumienia że frontman Napalmów to jednak zupełne przeciwieństwo spokojnej, komicznej i noszącej to samo imię postaci z amerykańskiej kreskówki o ludziach epoki kamiennej. Ten facet to huragan wcielony, tsunami i sto sztormów w człowieczej powłoce! Dyskografia NAPALM DEATH pęka w szwach, trudno więc nierzadko spamiętać czym to uraczają gawiedź na każdym z koncertów, jedno jest jednak pewne - obok kompozycji najnowszych, nowszych, starszych i najstarszych zawsze pojawiają się te kultowe i wręcz obowiązkowe. Było zatem "Suffer The Children"? Było! Było "Nazi Punks Fuck Off"? A jakże! Taki właśnie urok tych brytyjskich brutali... Koncert skończył się jak na imprezy takiego pokroju stosunkowo szybko i planowo, jakieś trzydzieści minut przed godziną duchów. Pomimo wrażeń i spowodowanego nimi zmęczenia szybko do domu jednak nie poszedłem. Przede wszystkim z uwagi na konieczność podziękowania muzykom IMMOLATION za taki pokaz profesjonalizmu, a to obiecałem sobie zrobić gdy tylko przebrzmiały ostatnie takty ich show. Malutkiego Rossa Dolana udało mi się złapać przy stojącym pod klubem autobusie, pozwalając sobie także oprócz tego co zamierzałem na małą dawkę sentymentów odnośnie dawnych koncertów, mojej działalności na polu plastycznym (szczegóły tylko na życzenie, adres mailowy w dziale "O nas") i zupełnie innych spraw. Było miło. A że się skończyło, do domu wracać nadszedł czas...

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

NAPALM DEATH, IMMOLATION, MACABRE, WAKING THE CADAVER 6/11/2010 - Berlin, SO 36

WAKING THE CADAVER

MACABRE

IMMOLATION

NAPALM DEATH



<<<---powrót