Relacje

TAAKE, HELHEIM, VULTURE INDUSTRIES, SULPHUR

7/11/2010  Berlin, K 17

Uffff... Nie zdziwi was chyba wyznanie, że po dwudniowej nawałnicy death metalowych dźwięków w wersji koncertowej miałem prawo czuć się zmęczony i to co najmniej lekko. Tak też się istotnie czułem, ale uświadamiając sobie fakt iż po drugiej już z rzędu imprezie następuje niedziela co nie obliguje do zrywania się na równe nogi o świcie i pędzeniu do roboty, uznałem że jestem w stanie dać radę raz jeszcze. To już trzeci i ostatni z eventów wchodzących w skład - jak to ładnie kilka relacji wstecz ująłem - tryptyku, opis jego będzie tym razem odbiegał jednak trochę od dwóch pozostałych. O ile bowiem dwa poprzednie sprawozdania dotyczyły koncertów ściśle zorientowanych na death metal, bohaterami niniejszego będą wyłącznie black metalowe hordy. Nawet i tu znalazłby się jednak cecha wiążąca, gdyż oprócz jednoczącego je elementu w postaci wykonywania czarnych dźwięków innym wspólnym mianownikiem jest kraj pochodzenia, a mianowicie Norwegia. TAAKE, HELHEIM, VULTURE INDUSTRIES i SULPHUR - zespoły biorące udział w niniejszym wydarzeniu wykonują jednak ów gatunek na rozmaite sposoby, sądzę zatem iż doświadczenie polegające na zapoznaniu się z ich brzmieniem koncertowym było na tyle owocnym i interesującym, że kończąc tak szczegółowe opisy obfitego w mocne wrażenia pierwszego weekendu listopada nie mógłbym pozwolić sobie na ich pominięcie.

Z uwagi na dosyć bliskie stosunki organizującej gig Folter Records z władzami K 17, logiczną siłą rzeczy koncert odbył się w gościnnym wnętrzu tegoż klubu, aczkolwiek w odróżnieniu do ostatnich dwóch na których miałem zaszczyt gościć, miejscem jego lokacji stała się nie hala główna, lecz jedna z mniejszych, umiejscowiona na pierwszym piętrze innego budynku wchodzącego w skład kompleksu. Z uwagi na pewne obowiązki przy organizacji, do których po trosze obliguje mnie znajomość z człowiekiem odpowiedzialnym za całokształt niniejszego przedsięwzięcia w klubie pojawiłem się już dużo wcześniej, w późnych godzinach popołudniowych. Oczywiście wyspany, przez co mogłem się skupić na tym co zostało mi powierzone najlepiej jak tylko potrafiłem. Kilka godzin minęło jednak szybko, drzwi koniec końców stanęły otworem dla każdego kto tylko pragnął przybyć i o określonej godzinie małą sceną pomieszczenia zawładnął SULPHUR. Kwintet zapodał około 30 minut mieszanki black i thrash metalu, co w ogólności do kitu może nie było, choć w gorących słowach też nie mógłbym się tu wypowiedzieć. Nie odnotowałem zresztą także jakichkolwiek oznak zachwytu okazywanych przez złożoną z setki może osób publikę, co dobitnie świadczy iż propozycja SULPHUR niespecjalnie komukolwiek podeszła i nie byłem tu osamotniony. Nie przyznam się również to tego, aby występujący jako następny w kolejności VULTURE INDUSTRIES doprowadził mnie do ekstazy. Band istnieje już jednak według źródeł ponad dekadę, początkowo występował nawet pod całkiem inną nazwą, stwierdzić jednak muszę iż zetknięcie z nim niniejszego wieczoru było moim pierwszym razem. Cechą łączącą ową formację z poprzednikiem jest posiadanie w swoich szeregach tego samego gitarzysty, choć stylistycznie o różnicach mówić można drastycznych. VULTURE INDUSTRIES to bowiem bardziej post awangardowy odcień czarnego metalu, wsłuchując się w zaśpiew wokalisty początkowo myślałem nawet że mam do czynienia z Garmem, aczkolwiek przyglądając się typowi dokładnie doszedłem do wniosku iż to nie tenże... Gwoli sprawiedliwości, w muzyce formacji dało się (przynajmniej jak na moje ucho) wysłyszeć inspiracje ARCTURUS, sam zresztą image muzyków odzianych w białe koszule i zachowania pana śpiewaka co nieco sugerować mogły, ale jeśli mam być szczery - bardziej wolę włączyć sobie taki "La Masquerade Infernale", a gdy leci "Chaos Path" o wiele mocniej potrafię wczuć się w niepowtarzalny i wyzierający wręcz stamtąd klimat cyrku bądź wariatkowa? Zostawię zatem piątkę awangardzistów w spokoju, gdyż trochę uwagi poświęcić chciałbym HELHEIM i będzie to raczej fragment obfitujący w pozytywne zwierzenia. Pamiętam doskonale kasetową wersję ich drugiej demówki wydaną ongiś przez Baron Records, podobnie jak pierwszy duży album "Jormundgang", również dostępny w wersji kasetowej, tyle że za sprawą Mystic po którego dawnym i jakże pięknym na dane czasy profilu wydawniczym koncentrującym się w 90 procentach na black metalu pozostało takież samo wspomnienie... Przyjemnie było podryfować na fali młodzieńczych czasów, przypominając sobie przy utworze tytułowym z debiutanckiego krążka jak to jeżdżąc tramwajem do liceum słuchało się tegoż materiału na starym zdezelowanym walkmanie... Naturalnie, nie zabrakło także i kawałków z pozostałych wydawnictw, spośród których oprócz ?jedynki? najbardziej cenię sobie "Yersinia Pestis". Rzuca się jednak w oczy że skład obecnego HELHEIM w zasadzie niewiele zmienił się od momentu powstania, aczkolwiek niektórzy muzycy, jak chociażby V'gandr dali już w międzyczasie poznać się jako muzycy innych kapel (np. AETERNUS i... coś jeszcze, ale o tym później). Ale nie ma co - zbroje kolcze, agresywny viking / black metal, jad sączący się z każdej kompozycji - wszystko to złożyło się na pozytywny obraz którego po HELHEIM właśnie się spodziewałem. I w ten sposób, będąc już po przystawkach uświadomiłem sobie, że w końcu podane zostaje do stołu danie główne. TAAKE - zespół jak najbardziej black metalowy, szczególnie jeśli mamy na myśli przymioty charakteryzujące ten gatunek na modłę norweską. W sumie to należałoby się zastanowić czy w przypadku tego tworu używać można określenia "zespół", gdyż w istocie jego siła twórczo-napędowa to Hoest, którego bardziej obeznani w temacie pamiętają jako krzykacza w RAGNARÖK. Muzyk ów grywa jednak przy pomocy sesyjnych grajków koncerty i w tym miejscu dokończę właśnie wątek poświęcony panu V'gandrowi, gdyż oprócz etatów w HELHEIM i AETERNUS znaleźć można go także i tu. Trzej pozostali muzycy wywodzą się wprawdzie z mniej popularnych przedstawicieli sceny, trzeba przyznać jednak iż robotę swoją wykonują nie gorzej niż ci z czołowych. TAAKE zagrał bardzo dobry koncert. Widziałem ich dopiero po raz pierwszy i przyznać muszę, że nie spodziewałem się tak dobrej prezencji, nie mówiąc już o braku jakiejkolwiek kontrowersji będącej jeszcze do niedawna źródłem kłopotów. Grupa nie należy bowiem w Niemczech do szczególnie lubianych pośród środowisk lewicowych o których już na łamach którejś z poprzednich relacji wspominałem, aczkolwiek w tejże kwestii dziwić to nie powinno gdyż pozornie posiadający prowokacyjny zamysł wybryk Hoesta poprzez wymalowanie na torsie znaku swastyki podczas jednego z występów siłą rzeczy musiał zostać zinterpretowany jednoznacznie. Niemało wysiłku kosztowało lidera TAAKE oczyszczenie z zarzutów, jednakże bojkot niektórych koncertów mający miejsce podczas tegorocznej wiosennej trasy zespołu stał się logiczną wypadkową powyższego incydentu. Dobrze stało się, że po wydaniu specjalnego oświadczenia zespół wrócił do łask, swoją drogą dziwi mnie jednak niekonsekwencja tych pseudoobrońców demokracji i praworządności, którzy w niektórych przypadkach (jak w tym chociażby) udobruchani machną na coś ręką, w innych zaś i to mniej kontrowersyjnych będą tak zawzięci, że wypływająca przy tym głupota bije nierzadko rekordy... Ach, szkoda słów, nie psujmy sobie humoru! Lepiej skupmy się na występie. Ponad godzinny show Mgły (właśnie to słowo stanowi w języku polskim odpowiednik nazwy zespołu) zawierał sporo kompozycji pochodzących ze wszystkich albumów. Znalazło się miejsce dla kawałków zarówno z "Nattestid...", "Over Bjoergvin...", "Hordalands Doedskvad" (mój ulubiony!), jak i z ostatniego do tej pory - wydanego przed dwoma laty i zatytułowanego po prostu "Taake". Miejmy nadzieję, że Mr. Hoest dłubie już przy nowych kompozycjach i za niedługi czas ponownie będziemy mogli delektować się owianą północną mgłą, pachnącą śniegiem i wionącą mroźną świeżością porcją black metalu spod jego ręki. Zespół zabrzmiał całkiem ładnie, audytorium złożone trochę z ponad setki osób również wyglądało na zadowolone... Znaleźli się nawet i tacy, którzy twierdzili iż TAAKE dawał w przeszłości o wiele gorsze występy, a poprzez niniejszy są zmuszeni zmienić zdanie na ten temat. Ja nie narzekałem - widziałem po raz pierwszy, do czegokolwiek przyczepić się nie mogłem i nawet nie chciałem, a i sam kontrowersyjny frontman okazał się nie taake'im Hoestem strasznym jak go malują... Całkiem udana niedziela, choć nie ukrywam, że braki kondycyjne wywołane uczestnictwem w trzech imprezach pod rząd dały już pod jej koniec o sobie znać. Nie pozostało więc nic innego jak posprzątać pokoncertowy bałagan i ostudziwszy emocje wrócić do domu. To koniec tryptyku - acta est fabula. Dziękuję za uwagę.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

SULPHUR

VULTURE INDUSTRIES

HELHEIM

TAAKE



<<<---powrót