Relacje

GENESIS KLASSIK

11.12.2010  Kielce, Kieleckie Centrum Kultury

Przybytek powyższy kojarzył mi się do tej pory jedynie ze spektaklem teatralnym, będącym adaptacją pewnej lektury szkolnej, na który to wraz z całą swą licealną paczką i gronem nauczycielskim dawno, dawno temu się wybrałem. Nie przypuszczałem więc w najśmielszych snach, że przyjdzie mi w nim świętować takie wydarzenie jak to. I rzeczywiście - zdecydowana większość publiki przyszła ubrana "jak do teatru". Królowały jeśli nie białe, to na pewno uprasowane i eleganckie koszule, nierzadko krawaty i inne elementy ubioru niecodziennego. Ja i moi znajomi, choć ubrani dość schludnie, czuliśmy się jednak w takim otoczeniu ciut nieswojo, no, ale... to przede wszystkim koncert rockowy. Co do tego miejsca na wątpliwości nie pozostawiono. Usiedliśmy każdy na swoim miejscu i w swym rzędzie, jak bilet przykazał i z niecierpliwością czekaliśmy na to, co nastąpić miało. Siwy dym spowił scenę i po zakomunikowaniu przez pana spikera drobnych aktualności, pojawili się na niej muzycy - za jedną z gitar Ali Ferguson, pasek od basu przez kark przewiesił Lawrie McMillan, a uzbroiwszy się w pałeczki perkusyjne, za zestawem usadowił jego brat Ashley. Z tyłu ulokowały się cztery dziewoje obsługujące instrumenty smyczkowe (trzy skrzypaczki i jedna wiolonczelistka, tzw. Berlin Symphony Ensemble), a nieco bardziej od frontu, lecz z boku, po lewej stronie nasz rodak - pianista Filip Wałcerz, którego miałem już okazję podziwiać na żywo podczas akustycznego koncertu Raya w Krakowie, choć tym razem, zamiast za pianinem, nasza duma zajęła miejsce za wielkim fortepianem. Mieliśmy jeszcze jedną braterską parę, czyli pana Stevena Wilsona i jego brata Raya, który ku nieskrywanej uciesze każdego, pojawił się na scenie z mikrofonem w ręku. "Turn It On Again" skutecznie podgrzało atmosferę. Następny - "That's All" sprawił, że każdy (co prawda jeszcze siedząc) zaczął się co nieco na swych miejscach ruszać, a i sami muzycy jacyś tacy żywsi już byli. Kiedy przyszła kolej na jeden z moich absolutnie ukochanych utworów grupy GENESIS, czyli "Carpet Crawlers" - scenę ozdobiły żółto pomarańczowe światła układające się w hipnotyczne, koliste wzory, co w połączeniu z samą muzyką i mocno surrealistycznym tekstem po prostu zabrało mnie totalnie. Ja nie wiem ileż razy musiałbym przesłuchać ten numer, żeby całkowicie mi się znudził... Cudowny utwór, a w wykonaniu chłopaków i zaśpiewany ciepłym, głębokim głosem frontmana grupy - po prostu oczarował, zachwycał i zdumiewał. Dalej pojawiła się cała plejada utworów, że tak to ujmę - okołogenesisowych. Było i "Constantly Reminded" z genialnej "She" nagranej pod szyldem STILTSKIN z Ashleyem, Lawri'em i Alim w składzie, więc muzycy wreszcie mogli zaprezentować coś z bliższego sobie repertuaru. Znalazło się miejsce na "Change" z solowej płyty Raya o tym samym tytule, znalazło się miejsce również na utwory solowe Phila Collinsa - "In the Air Tonight" (w którym Ray umożliwił publiczności śpiewanie) czy "Another Day In Paradise". Było też "Another Cup of Coffee" MIKE AND THE MECHANICS. Gdzieś po drodze, na pierwszą część występu załapał się jeszcze podstawowy numer, jaki miałem nadzieję na tym koncercie usłyszeć, czyli ze wszech miar fenomenalny "Calling All Stations" z płyty o tym samym tytule. Gra świateł sprawiała, że nie do końca wiedziałem, czy słuchać czy patrzeć, bowiem światła przełączane były tak, że długi cień Raya poruszał się po scenie niczym sekundnik jakiegoś wielkiego zegara. Jeśli znacie (a spróbowalibyście nie znać) tę piosnkę, powinniście się domyślać jaką mocą poraziła ona na żywo. Przecudnie, uczuciowo, odśpiewany refren, stanowiący kulminacyjny punkt emocjonalny tego numeru i jeszcze raz to podkreślę - kapitalna gra świateł sprawiły, że nigdy nie zapomnę tej części występu. Nie pamiętam już, będąc szczerym, czy przed dziesięciominutową przerwą czy też po niej, został odegrany "Jesus He Knows Me" z doskonałej moim zdaniem "We Can't Dance". Chyba zbyt wiele emocji jak na jeden wieczór coś tak mi się zdaje, no, ale w końcu tak powinno przecież być. To w końcu dla takich przeżyć człowiek wydaje często na bilet całą zawartość swojego portfela wierząc "pobożnie", że "jakoś przecież będzie". Tak czy inaczej, z pewnością większość z Was, moi drodzy czytelnicy przeczyta te słowa z grymasem uśmiechu na twarzy, ale prawda jest taka, że "Jesus He Knows Me" został odegrany w konwencji niemal symfo metalowej! Kwartet smyczkowy stworzył prawdziwie symfoniczny podkład pod naprawdę zadziorne i jak na ten utwór - ciężkie, rockowe riffy. Nareszcie ktoś zagrał go na pełnej mocy. No, ale, ktoś kto zna tekst wie doskonale, że banał w tym kawałku jest wyłącznie pozorny, ale to już zupełnie inna bajka. "Shipwrecked" został wykonany przez samego Raya, Filipa i wiolonczelistkę (o ile się nie mylę) i tuż przed tym mózg całego przedsięwzięcia żartował, że gdy Mike Rutherford, totalnie wyjąc pokazywał mu jak mniej więcej ma śpiewać tekst, Ray zamknął oczy i powtarzał w duchu sam do siebie ("tylko się k***a nie śmiej") hehe. Pięknym akcentem, zaraz obok "The Carpet Crawlers" z płyty "The Lamb Lies Down On Broadway" okazał się utwór tytułowy, podczas którego, starszemu audytorium uaktywnił się tak zwany 'muzyczny wehikuł czasu'. Ja sam poczułem się jakby w zupełnie innej epoce, a przecież nie było mnie jeszcze na świecie, gdy album święcił swą premierę. Oczywiście skoro już wspomniałem wcześniej o "We Can't Dance" - nie mogło zabraknąć przegenialnego, kapitalnego i na wskroś mistrzowsko wykonanego "No Son of Mine", choć Rayowi nie tak znów do końca udało się poderwać publikę do zabawy. Osiągnął to natomiast przy "Land of Confusion" z "Invisible Touch", co udało się podtrzymać zarówno podczas "Solsbury Hill" z repertuaru samego Petera Gabriela i "I Can't Dance" z wiadomo jakiej płyty. To właśnie wówczas niemal każdy wstał, śpiewał, klaskał do rytmu i tańczył w miejscu. Gdzieś po drodze zgubiłem jeszcze takie tytuły jak "Ripples", "Follow You, Follow Me", czy "Not About Us" z iście epickim wstępem Wałcerza na fortepianie. Wybaczcie chaos tej relacji. Ray Wilson wraz z muzykami STILTSKIN zaprezentowali bowiem tego wieczoru taki full wypas, że każdy, kto tylko mógł się w KCK-u, na jego występie znaleźć, a nie znalazł - bez wątpienia stracił. Nie codziennie w województwie świętokrzyskim mamy przecież możliwość obejrzenia występu takiego artysty, choć na frekwencję nikt narzekać nie mógł. Na sam koniec pozostawiono hiciarski i po latach odświeżony "Inside", który zdecydowanie godnie zamknął powyżej zrelacjonowane show. Zarzuca się Wilsonowi, że korzystając z repertuaru GENESIS, do którego kompozycyjnie nie dołożył nic od siebie, jeździ po świecie i zbija kabzę. Nie wiem w takim razie kto śpiewał te wszystkie utwory na trasie promującej "Calling All Stations" dwanaście lat temu, bo chyba nie Rutherford, czy Banks. Chociaż, ilość utworów spoza repertuaru GENESIS, po jakie Szkot sięgnął na tej trasie jest w moim odczuciu zdecydowanie przesadzona. Któż jednak będzie miał mu to za złe, gdy usłyszy takie "Solbury Hill", czy "Constantly Reminded" wykonane tak jak na Raya Wilsona przystało - perfekcyjnie, ciepło i z uczuciem...?! Wszyscy ci, którzy jedenastego grudnia przyszli na ten koncert ugryźli solidny kawałek fascynującej, muzycznej podróży, będący w stanie zadowolić nie tylko najbardziej wymagających melomanów, ale i tak zwanych - malkontentów z zasady, co przyznajcie sami - zdarza się dość rzadko. Prawdziwa uczta.

autor: Kępol


<<<---powrót