Relacje

VULCANO / BLACK WITCHERY / DEIPHAGO / ZERSTÖRER / NABAT

18/11/2010   Berlin, K 17

Cisza przed burzą? Może nie w sensie dosłownym, ale jeśli chodzi o ogólny stan przedburzowy - jak najbardziej. Podejrzewam iż wszyscy znajdujący się chłodnego czwartkowego wieczoru pod strzechą jednego z najlepszych miejsc koncertowych w stolicy Republiki Federalnej myślami i zmysłami byli już tylko przy tym, czego zaznać mieli dnia następnego i jeszcze następnego, a niniejszą imprezę potraktowali jedynie w formie intermezzo. Mogło tak być, jak najbardziej. Pierwszy weekend drugiej połowy jedenastego miesiąca bieżącego roku przyniósł bowiem moc intensywnych uniesień każdemu kto pragnął doświadczyć na własnej skórze potęgi black, thrash i death metalowych dźwięków, zaserwowanych najczęściej w tym pięknym oldskulowym wydaniu. Nie mam zamiaru podawać jednak w tym miejscu szczegółów - przynajmniej nie tu i nie teraz. Zepsułoby to być może urok kolejnej relacji, która o wiele dłuższa i szersza obfitować będzie w wiele niespodzianek - zaskakiwanek, choć siłą rzeczy o kilku z nich będę musiał pobieżnie nadmienić i tu. A chodzi tylko o to, iż opisywana aktualnie klubowa imprezka stała się preludium do Nuclear War Now Festival, którego druga już edycja podobnie jak w poprzednim roku miała miejsce w Berlinie. Podziwiam Jörga z Folter Records, który pomimo przedsięwzięć okazujących się nierzadko okrutną wtopą, potrafi nadrobić jednak nadszarpnięty wskutek tego budżet wyczuwając w takich sytuacjach przede wszystkim klienta, ale i też sprzyjające okoliczności. Wobec powyższych okazało się iż tym razem nosa miał jak koń... nie powiem co, gdyż zaplanowany dzień przed festiwalem Warm Up Show z udziałem legendarnego i kultowego w pewnych kręgach brazylijskiego VULCANO oraz kilku innych towarzyszących mu ekstremalnych aktów nie tylko przyczynił się do szczelnego wypełnienia głównej hali kompleksu, bo także i portmonetki pana organizatora. Nie zamierzam podawać w tym miejscu żadnych konkretnych sum - przede wszystkim dlatego że ich nie znam, zważywszy jednak na fakt iż w związku z odbywającym się dzień później festiwalem masy wielbicieli (przeważnie z zagranicy) zlądowały już w stolicy zawczasu, ponad 300 istnień ludzkich przybyłych skosztować przystawek musiało po prostu zagwarantować sukces takiego przedsięwzięcia.

Na początek zmuszeni zostaliśmy jednak do skosztowania niespecjalnie smacznego startera w postaci lokalnego NABAT. Kwartet z naszego podwórka uraczył wszystkich czymś na kształt black metalu okraszonego miejscami elementami death, osobiście rzekłbym że tak naprawdę to sami chyba nie wiedzą po której chcą opowiadać się opcji - farbki na twarzach przemawiałyby za pierwszą, muzycznie jednak - bez sensacji, przede wszystkim z uwagi na to niezdecydowanie. Nie czułem jakiegokolwiek żalu kiedy po upływie dwudziestu kilku minut NABAT opuścił podium. Nie trzeba było czekać jednak specjalnie długo aby wgramolił się na nie kolejny przedstawiciel czarnej sceny kraju między Odrą a Renem. Band na wskroś wojenny, sama nazwa zresztą mogłaby już co nieco sugerować, gdyż ZERSTÖRER to w języku niemieckim nic innego jak niszczyciel - oczywiście w sensie okrętu wojennego. Do tego jeszcze skrzyżowane kałachy w logo, tytuły płyt czy utworów... Wszystko ładnie i pięknie, ale tak naprawdę także i w tym przypadku nie było się czym zachwycać. Może trochę lepsze brzmienie niż w przypadku poprzedników - tyle i tylko tyle co dałoby się zapisać na plus, bo z twórczości kwintetu z Detmoldu również ogółem wiało nudą. Zupełnie inaczej było już jednak w przypadku trzeciego z występującego w kolejności bandów. Nie wiem czy to egzotyczne pochodzenie połączone ze stażem w zawodzie tak zaważyło na liczbie oglądających czy sama muzyka, gdyż gwoli sprawiedliwości grupa owa nigdy nie wypłynęła dzięki tymże na szersze wody, zawsze plasując się w baaardzo głębokim podziemiu. Nic dziwnego! DEIPHAGO pochodzi bowiem z Filipin, od kilku lat band stacjonuje jednak w Kostaryce i już pierwszym pytaniem cisnącym się na usta byłoby: "co oni przez to zyskali?". USA, Wielka Brytania, względnie Niemcy - jeszcze dałoby się zrozumieć, a tak? Zamienił stryjek siekierkę na kijek... Nie nasz to jednak interes, bo skoro DEIPHAGO parający się black metalem brutalnym, piekielnie szybkim i nierzadko bardzo chaotycznym chce po prostu grać w swojej lidze, srając na wysokie wyniki sprzedaży, regularne trasy koncertowe oraz setki wywiadów rocznie, wypada to tylko zaakceptować, a nawet i uszanować! W ubiegłym roku kapeli stuknęły dwie dekady działalności, uczczone przede wszystkim wydaniem drugiego regularnego albumu studyjnego, zatytułowanego przeuroczo "Filipino Antichrist". Zupełnie logiczną siłą rzeczy na setliście znalazły się kawałki pochodzące zarówno z niego, jak i z poprzedniego "Satanik Eon", nie mówiąc już o mrowiu EP-ek i demówek... Ukłonem w stronę tych których sami przed laty chętnie słuchali był oczywiście cover, wybór padł zaś na "Blasphemer" SODOMu. Było naprawdę diabelsko, trzeba przyznać iż tych dwóch śniadolicych i skośnookich szatanów wie do czego służą instrumenty. Jak już wcześniej nadmieniłem, muzyka DEIPHAGO jawi się nierzadko (przynajmniej w wersji live) jako zwykły noizz, widać jednak że liczba tych, do których coś takiego dociera wcale do małych nie należy, bo młyn i szaleństwo pod sceną miały się całkiem dobrze! Podobnie sprawy się miały podczas kilkudziesięciu minut show BLACK WITCHERY. Nie na co dzień zdarza mi się obcować z "czarnymi" hordami zza Wielkiej Kałuży w wersji koncertowej, toteż trudno ocenić mi umiejętności większości z nich na tym polu. Powyższy przypadek zobrazował mi jednak że na ogół bardzo undergroundowe black metalowe akty z USA nierzadko mogą skutecznie konkurować z europejską czołówką gatunku. BLACK WITCHERY nie wyróżnia się bowiem niczym nadzwyczajnym - podstawowe instrumentarium w postaci basu, gitary, perki i nieodzownego charczącego wokalu, ale czy do grania opętańczych i prostych jak drut akordów trzeba czegoś więcej? Rzekłbym nawet że tych trzech typów swoją propozycją wielokrotnie przewyższa ofertę dziesiątek niedorajd ze Starego Kontynentu. Podobnie jak w przypadku Filipińczyków także i teraz publika bawiła się świetnie, do tego nawet stopnia że jeden jakiś Hiszpan wskoczywszy na podest zaczął tańcować wokół Impuratha trącając go raz po raz zapewne, ten natomiast zdecydowanym kopem w dupę dał delikwentowi do zrozumienia, iż jego wizyta na scenie okazała się nie w porę, hehehe! To się nazywa dyplomacja bez użycia słów! O BLACK WITCHERY niebawem jeszcze napiszę, a żeby wszystko ładnie i sensownie podsumować to wszystko, będę powoli zmierzał do finiszu. Przerwa następująca po występie Amerykanów była ostatnią tego wieczoru. W programie pozostał bowiem już tylko VULCANO, który ze względu na swój staż chociażby na pewno w pewnych kręgach uchodzić może za legendę. A bo istnieją naprawdę długo - swoje początki datują mniej więcej na czas, w którym pewnej mroźnej zimy jeden taki odziany w generalski mundur pan w okularach zwracał się za pośrednictwem radia i telewizji do naszych rodaków o zachowanie spokoju w tak bardzo trudnej chwili, która wymagała skierowania na ulice dużych miast wozów pancernych i oddziałów wojska... Czyli w przyszłym roku trzy dekady już będą. Faktem jest jednak, iż pomimo tak długiego okresu działalności i nawet kilkunastoletniej przerwy w międzyczasie VULCANO był zawsze konsekwentny w tym co robił - Brazylijczycy nigdy nie pchali się do pierwszej ligi, pieprzyli mainstream, olewali wszystko co modne i na czasie, łupiąc twardo i uparcie archaiczny black/thrash/death w swoim stylu, który tylko dzięki temu posiadał pewien pierwiastek który określa się "fajnością słuchania", nie mówiąc już o tym że to ta właśnie kapela określana jest jako pierwsza, która w ojczyźnie samby zaczęła bawić się w ekstremalny metal. Za to przede wszystkim należy się takim bandom szacunek, czyż nie? Skład dzisiejszego VULCANO to w 4/5 oczywiście zupełnie inni ludzie niż na samym początku bądź gdzieś tam po drodze, ale skoro Zhema Rodero znajduje gdzieś motywację aby trzymać to wszystko w garści - dodatkowe punkty! Set Brazylijców obfitował zarówno w stare perełki, jak i nowsze pomioty. Obojętnie jednak co by nie grali, międzynarodowe audytorium ściśnięte owego wieczoru w klubie chłonęło łapczywie każdą kompozycję. Sam przeżyłem kilka momentów ekstazy, jak przy "Spirits Of Evil" chociażby, nie twierdzę jednak, że zeszłoroczny i tym samym najświeższy krążek "Five Skulls And One Chalice" kąsa słabiej niż nowości. Nic z tych rzeczy! To w dalszym ciągu VULCANO - ostry, drapieżny, bezkompromisowy i na wskroś oryginalny. Inna rzecz która nie tylko mnie rzuciła się w oczy to wygląd drugiego gitarzysty, który do złudzenia przypominał... Zbigniewa Wodeckiego! Bez obaw - nie było piosenki o Pszczółce Mai, lecz od początku do końca oldskulowa sieka, jakiej każdy fan tego brazylijskiego kwintetu by sobie życzył, hehe! Z tego co widać nie tylko zwykli metalowcy darzą formację uwielbieniem, bo obecność na tym koncercie takich person jak Pete Helmkamp czy Caller Of The Storm, których znacie przecież wszyscy, wyraźnie chyba sugeruje jak duży wpływ musiała mieć ta muzyka na ich indywidualny rozwój, a może nawet twórczość własnych bandów? Ha! Dlatego w tym momencie chciałbym już urwać, bo dwóch wymienionych panów miało zamiar właśnie uraczyć nas już niebawem swoimi hymnami wojny, nienawiści, chaosu i... bluźnierstwa. Od wydarzenia tego dzieliły już nas zaledwie godziny, a działo się też tyle, że opisywać jest co! Przygotujcie się...

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

NABAT

ZERSTÖRER

DEIPHAGO

BLACK WITCHERY

VULCANO



<<<---powrót