Relacje

NEGURA BUNGET / SEAR BLISS / MORTIFERA / ABUSIVENESS / GALLILEOUS / MEDICO PESTE

Avant-Garde Night

5.02.2011  Mega Club, Katowice

W Mega Clubie nie byłem na koncercie lata i w tak zwanym międzyczasie zdążył on zmienić swoją siedzibę. Na Avant Garde Night wybrałem się głównie w celu obejrzenia i posłuchania bardzo lubianej (do tej pory) przeze mnie rumuńskiej formacji Negură Bunget oraz węgierskiego Sear Bliss, który uwielbiam - a przy okazji Abusiveness, który podobał mi się na nowym splicie z Saltusem.

Cóż, żeby doczekać do deseru, najpierw trza zjeść zupę i obiad ? Zatem supporty: gdy dotarliśmy do klubu jeszcze nic się nie działo, zatem uznaliśmy z kolegą, że trza coś zjeść i postanowienie wprowadziliśmy w czyn. Wróciwszy zastaliśmy na scenie Medico Peste, black metal z wokalistą wizualnie wystylizowanym na Grave Digger. Parę numerów było interesujących, ale na dłuższą metę mimo wszystko przynudzili. Doomowo -funeralny Gallileous też do mnie specjalnie nie przemówił, głównie dlatego że nie jestem fanem nihilizmu mielonego maszynką do mięsa w tempie stonerowym. Niemniej fanom tych brzmień mogło się podobać i zapewne podobało.

Abusiveness - ci byli nieźli. Nieźli w sensie, że całkiem zacne rzemiosło i po polsku, co zawsze cenię. Bezpretensjonalny, nieco batalistyczny i pogański w warstwie tekstowej pagan-death metal z niewielką naleciałością stylistyczną blacku, nihil novi jeśli idzie o brzmienie (czytaj: Saltus to robi lepiej), ale po poprzedniej kapeli słuchało mi się ich całkiem dobrze.

I tu nagle niespodzianka - zamiast Mortifery na scenę wkracza Sear Bliss i po szybkim jak na polskie warunki ustawieniu się na scenie zaczęli. Pełna rewelka!!! Skład stary, można wręcz powiedzieć - powrót do korzeni. Brzmienie bez zarzutu, stary, dobry Sear Bliss, technicznie i z nieodzowną trąbką. Zagrali krótko, za krótko - ale za to przekrojowo i nie zabrakło, bo zabraknąć nie mogło dźwięków ani z "Glory And Perdition" ani tych znacznie wcześniejszych z 1996... Rewelacja, de facto Sear Bliss był tak naprawdę główną gwiazdą tego festiwalu jak się wkrótce okazało...

Mortifera... Spuśćmy zasłonę milczenia. Facet na żywo brzmi gorzej niż Burzum nagrywający wokale przez słuchawki od walkmana w kiblu, poza tym Burzuma od biedy można zrozumieć o czym śpiewa - wokalisty Mortifery ni cholery (aż mi się zrymowało z tego wszystkiego). Badziew do kwadratu, przykład na to jak NIE NALEŻY grać nie tylko nihilistycznego black metalu, ale generalnie muzyki. TRA-GE-DIA. Co ta kapela, poza nakręcaniem klientów baru tudzież stoisk z koszulkami i płytami robiła na festiwalu, który miał promować progresywniejsze odmiany blacku i pochodnych? Nie wiem, ale już samo to, że grali po Sear Bliss to po prostu skandal.

I wreszcie Negură Bunget. Z jednej strony nastawiałem się bardzo, gdyż po pierwsze - widziałem ich parę lat temu w Warszawie w Progresji, po drugie nowa płyta "Vîrstele Pamântului" mimo poważnych zmian składu jest naprawdę niezła. Koncertowo jednak nie dali rady. O ile fragmencik płyta "Vîrstele Pamântului" zagrali poprawnie, elektroniczne ambienty też (choć to trudno schrzanić ;) ) i jeden stricte etniczny, szamański utwór na bębnach również, to jednak cały ich koncert to spore rozczarowanie. Negru chyba miał jakiś zły dzień, bo bębnienie szło mu tak sobie (nie umywał się do bębniarza Sear Bliss), poza tym sekcja instrumentów folkowych za bardzo fałszowała jak na kapelę tej klasy. Najwyraźniej zespół za wysoko postawił sobie poprzeczkę po zmianie składu (na znacznie młodszy - co było widać gołym okiem) i porwawszy się na materiał z "Om" nawalił. Poza tym grali tylko 50 minut, jako ostatnia kapela, co było po prostu żenujące i było, nazwijmy to po imieniu swoistym olaniem publiczności. Przykre było też to, że mimo umówionego wywiadu z Negru nie udało się go przeprowadzić, gdyż Negru najpierw, wg informacji uzyskanych od organizatora, najpierw poszedł na miasto, potem jadł, potem spał, potem grał koncert, a potem było już mówiąc krótko - "po ptokach". Generalnie nowy skład Negury jest jakiś "dziki" w obyciu pod tym względem, w przeciwieństwie do starego (obecnie stary gra bardzo zacną muzę jako Dordeduh). Szkoda, niemniej znajomi z Rumunii uprzedzali mnie, że tak może być. Tymczasem Andras z Sear Bliss i przed, i po koncercie był obecny wśród publiczności i nie było problemów, żeby pogadać, podpisać płytkę czy zrobić sobie fotkę. Może zatem następnym razem warto zrezygnować z odcinającej kupony Negury i ściągnąć świeżą rumuńską krew, Dordeduh, Bucovinę i/lub Ashaenę, która płytę wydała w Polsce?

tekst i zdjęcia: V.Ziutek

Swoje trzy grosze muszę dorzucić, bo w końcu byłem tam z autorem powyższej relacji, a co dwie pary oczu, to nie jedna ;) Nowa siedziba klubu nienajgorsza - skojarzyła mi się trochę ze Strefą G2 w Radomiu, bo jak przypuszczam i "Mega Club" mieści się obecnie w jednym z budynków po upadłych zakładach przemysłowych. Miejsce nieco na uboczu - przynajmniej nikt się nie przypieprzy, że za głośno, że "szatanisty" się kręcą i takie tam hehe. Trochę rozczarowała mnie słaba frekwencja, bo w końcu taki zestaw nie zdarza się w naszym kraju często, a z tego co wiem, NEGURA BUNGET, jak i SEAR BLISS mają u nas swoich fanów. Ale z tym chceniem chodzenia na koncerty to jest od kilku ładnych lat już różnie w Polsce naszej kochanej, niestety... Dla kolekcjonerów płyt, winyli, koszulek i innych muzycznych gadżetów rozpostarły się na terenie klubu aż 4 stoiska, więc było w czym wybierać. Z autopsji wiem jednak, że wielu ludzi chodzi na koncerty popatrzeć, pobawić się, wypić browara i na szaleństwa związane z zakupami nie starcza zwyczajnie kasy. Sam wypatrzyłem kilka pozycji, ale akurat na tym stoisku, które miało "kosmiczne" ceny, więc poprzestałem jedynie na krótkich pogawędkach z tymi, co stali po drugiej stronie lady i załatwieniu kilku branżowych spraw.

Z samego koncertu chciałbym zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze trzeba oddać, że supporty zostały dobrane trochę ni z gruszki, ni z pietruszki, ale przynajmniej było różnorodnie, bo mieli coś dla siebie miłośnicy norwesko-szwedzkiego, nawiedzonego i opętanego BM (MEDICO PESTE), ciężkiego i wolnego doom metalu (GALLILEOUS) oraz szybkiego, konkretnego pagan/black/death metalu (ABUSIVENESS). Było na co popatrzeć i czego posłuchać. Przyznam, że bliżej przysłuchiwałem się GALLILEOUS, bo doom metal jest mi bliski od lat, a ci panowie grali już lata temu, więc wiedzą o co chodzi w tym klasycznym, lekko 'skażonym' Brajdami doomie. Stonerowski look gitarzysty też dodawał smaczku scenicznemu imedżowi tego zespołu. Tak sobie pomyślałem przy tej okazji, że kiedyś warto by było zrobić cały koncert w takim klimacie. Może jakaś kolejna edycja Avant-Garde Night?... :)

O gościach z zagranicy napiszę, że zgadzam się prawie w pełni z przedmówcą. Jeden zdecydowany pozytyw, jeden niedosyt i pewne rozczarowanie oraz jedna porażka na całej linii. Węgrów słuchałem z zapartym tchem. Ich klasycznie black metalowa muza w połączeniu ze świetnym klimatem koncertowo sprawdza się doskonale. Aż szkoda, że to taki niedoceniony w naszym kraju band, bo z jednej strony jest oryginalny, mieści się w swojej własnej niszy i od lat nagrywa płyty na wysokim poziomie, a z drugiej jest na wskroś metalowy w tym tradycyjnym znaczeniu. Zero gwiazdorzenia, czuć, że oni po prostu lubią to, co robią. Francuzów powinienem przemilczeć, bo ten zespół nie ma kompletnie nic do przekazania. Wokalista, który jest jednocześnie szefem niesławnej Drakkar Productions, chyba odział się w skórzaną kurtkę, by nie pociąć się ze wstydu i zanudzenia muzyką swoich kolegów, którzy za dużo naczytali się o "byciu kultowymi". Na koncert NEGURA BUNGET nastawiałem się mocno, bo od lat chciałem Rumunów zobaczyć "na żywca", ale poza tym, że usłyszałem (i zobaczyłem) kilka kawałków, które osobiście bardzo lubię mocno się zawiodłem. Nowy skład zespołu zdaje się być jeszcze nie do końca zgrany, za dużo było patrzenia na instrumenty, muzycy napinali się, by czegoś nie spieprzyć, a za mało było w tym emocji i klimatu. No i zdecydowanie o te pół godziny za krótki był występ, bo chociaż NEGURA BUNGET miała w swoim secie głównie długie kawałki, to kończenie po nieco ponad godzinie głównemu daniu festiwalu po prostu się nie godzi.

A co do kwestii tego nieszczęsnego wywiadu z Negru, który nie doszedł do skutku, to aż mi głupio, bo sam załatwiałem tę sprawę i potwierdzam, że podczas festu nalataliśmy się za organizatorem, by w końcu sfinalizować tę rozmowę, a tu dupa! Nie tak to powinno wyglądać, bo nie wydaje mi się, by takich jak my było więcej, a NEGURA BUNGET to nadal jeszcze nie ta klasa co na przykład taki DIMMU BORGIR. I nawet wolałbym, by nigdy z undergroundu tak naprawdę nie wyszli, gdyż mogą na tym tylko stracić.

autor: Diovis
zdjęcia: V.Ziutek

Avant-Garde Night NEGURA BUNGET / SEAR BLISS / MORTIFERA / ABUSIVENESS / GALLILEOUS / MEDICO PESTE, 5.02.2011, Mega Club, Katowice

Avant-Garde Night Avant-Garde Night Avant-Garde Night Avant-Garde Night Avant-Garde Night Avant-Garde Night


<<<---powrót