Relacje

OBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY

Chainsaw Massacre Tour 2011

14/04/2011  Berlin, K 17

Oj ludzie, ludzie! Żeby na takim koncercie pojawiły się niepełne dwie setki luda, to już graniczy ze skandalem. Wiem że próżne i bezsensowne to gadanie, w końcu bywało się (i bywa) na imprezach gdzie jedna trzecia tegoż to zaledwie maksimum, ale przede wszystkim – ranga wydarzenia przecież nieporównywalna, jeśli obok bardzo podziemnych niszowych aktów postawi się takie tuzy jak OBITUARY i GRAVE, do diabła! Nie wiem co spowodowało, że koncert tak znanych i cenionych klasyków śmiercionośnych dźwięków przyciągnął tak skandalicznie małą widownię – być może nawet najbardziej zagorzałym maniakom śmierć metalowej klasyki udzieliło się lenistwo, biorąc pod uwagę iż oba z tuzów gościły w Berlinie w zeszłym roku, albo ludzie coś sosu ostatnio nie mają...? A może co niektórym gusta się wyłagodziły - jak wam wiadomo K 17 to kilkusalowy kompleks, umożliwiający zorganizowanie nawet kilku konkurencyjnych imprez, a gwoli ścisłości w danym dniu takowa miejsce właśnie miała. Paradoksem jest jednak, że odmienny stylistycznie, aczkolwiek sprzedany dwa razy tak dobrze koncert heavy metalowych BULLETS, ENFORCER i SKULLFIST pękał w szwach odbywając się w dużo mniejszej sali obiektu, główna hala tegoż zaś, przeznaczona na show amerykańskich i szwedzkich rzeźników nawet w połowie nie została wypełniona. Może nawet i tu tkwiło sedno tego o czym nadmieniłem kilka zdań wcześniej - niewykluczone, że co niektórzy szanujący Nekrolog i Grób darzą sympatią tak samo tamte kapele i w związku z wszelakiej maści dylematami zmuszeni zostali do podjęcia ostatecznej decyzji. Rozdwoić się przecież nie da, a biegać to tu, to tam też trudno, bo na szastanie kaską nie zawsze można sobie pozwolić... Taki lajf, ale zamiast się nad tym rozpływać - skupmy się na tym co najważniejsze. Ważne, że każdy wierny death metalowej sztuce okazał swój hołd i honor dla tejże odwiedzając wnętrze hali głównej, zapewne też i setnie się bawiąc. Z uwagi na ilość kapel w magicznej liczbie trzy, pierwsza z nich produkować zaczęła się dopiero o 21.00. Występy death metalowych championów poprzedził jak na każdym poprzednim odcinku trasy amerykański PATHOLOGY. Jeśli są tacy na których popisy kwartetu wywarły dobre wrażenie to pominę jakiekolwiek obszerniejsze opisy, gdyż mógłbym ich co najmniej lekko urazić. Wynika chyba z tego jasno, że muza formacji nie podpasowała mi absolutnie. Brutalna death/ grindowa mielonka, rzygający i pełen bólu growl to wszystko co band ów miał do zaoferowania, a wiadomo – nie wszystko złoto co się świeci, albo innymi słowy - kwestia gustu. Nie czułem po tych kilkudziesięciu minutach jakiejkolwiek tęsknoty za PATHOLOGY, czułem ją za to za GRAVE i wierzycie zapewne jak nieziemsko się ucieszyłem, gdy po niedługiej przerwie opanowali wysoki podest. Po raz ostatni gościli na nim w listopadzie promując u boku MISERY INDEX najnowsze dzieło zbrodni "Burial Ground" i nawet się nie spodziewałem że do następnego spotkania z nimi w tym samym miejscu upłynąć będzie musiało zaledwie pięć miesiączków. Tym razem z nową małą zmianą w składzie, aczkolwiek na pozycji sesyjnego gitarulnika, gdyż miejsce Magnusa Martinssona zajął (chyba?) osobnik znany co niektórym Lord K albo ktoś łudząco do niego podobny... Sam już nie wiem, trudno spamiętać każdą gębę. Tobias Christiansson potrafi jak widać pogodzić obsługę basu w DISMEMBER z takimi samymi obowiązkami w GRAVE, choć przypuszczam, że na przemęczenie w przedostatnim narzekać ostatnio nie musi. Nie ma się jednak co oszukiwać, że motor Grobowca to od kilku lat wyłącznie Ronnie i sam Duży Szef - Ola, odziany jak zwykle w tradycyjne dżiny i t-shirt Celtic Frost. Tradycja to tradycja, wiedząc zatem że po raz kolejny odczuję gęsią skórkę słysząc wszystkie znane szlagiery tych brutali nastawiłem się na jatkę najwyższej szwedzkiej klasy i... No właśnie. Już te dwa słowa sugerują wam zapewne, że coś musiało chyba nie wypalić. Bo to i prawda. Nie, nie - nie zrozumcie mnie źle. GRAVE wcale nie zaczął grać w stylu power metalowych skocznisiów ani nie pozwolił sobie na doomowe ślimaczenie. Ola i spółka zafundowali jakieś trzy kwadranse charakterystycznego dla siebie brutalnego naparzańska, tyle że o soundzie mało wyważonym. Trzeszczący bas zagłuszał czasami gitary i jakoś niezbyt przekonująco to wychodziło... Szkoda, bo przecież wszystkie składające się na program występu numery dobrane zostały wspaniale - "Liberation" jako otwieracz i jedyna nowość plus wybiórcza zawartość trzech pierwszych albumów w postaci "Inhuman", "Bullets Are Mine", "Obscure Infinity", "You'll Never See...", "Now And Forever", "For Your God", "Into The Grave" i zagrany na koniec "Soulless". Trochę wbrew tradycji o której już była tu gdzieś mowa, bo zazwyczaj ostatnim bywa ten przedostatni, no ale... Szkoda nie tylko ze względu na brzmienie, bo i Ola przesadzał lekko kopcąc szlugi na scenie i jakoś tak zachowując się ogólnie nie teges... No przeliczyłem się niestety, co nie znaczy wcale że przestałem szanować ten zespół. Niby nic nie funkcjonuje non stop bez zarzutu, nic więc dziwnego że GRAVE musiał zagrać słabszy koncert. W stwierdzeniu niniejszym nie byłem niestety osamotniony, więc podwójnie mi przykro, ale cóż - liczę na to, że następnym razem znów będzie dobrze. Bo musi i basta!

No i oto nastał czas gwiazdy wieczoru. Podobnie jak w przypadku Grobu nawet i tu nie minął rok, aby Nekrolog mógł zawitać nad Sprewę. Zawitał i zagrał dla wszystkich którzy szczerze pragnęli go zobaczyć , a trzeba pamiętać że zespoły takiego pokroju nie grają dla jakichś tam przypadkowych osób, lecz dla prawdziwych maniaków z krwi i kości. Nie mam zamiaru po raz kolejny rozwodzić się nad tym dlaczego tak mała ich liczba zaszczyciła tego wieczoru wnętrze klubu, przypuszczam jednak, że band braci Tardy szanując ich tak samo szczerze, docenił całe to poświęcenie rewanżując się koncertem wybornym - pełnym charakterystycznej dla siebie obituarowej brutalności i przede wszystkim o brzmieniu dwa razy lepszym niż podczas GRAVE. Albo siedząca za konsoletą znajoma w końcu dobrze pokręciła gałkami albo Szwedzi przetarli dopiero wszystkie szlaki, wyczyszczając sound ekipy z Florydy! Jakby nie było, stało się dobrze. OBITUARY również z małą zmianą personalną - od jakiegoś już czasu bas dzierży bowiem Terry Butler, którego zasług przypominać z pewnością nie trzeba, bo macie je w małym paluszku. Zastanawiać by się zatem można czy malowanie pysia i poświęcenie artystycznych umiejętności Rogatemu w istocie dobrze służy Frankowi Watkinsowi, który aktywnie wspiera obecnie GORGOROTH... To już jednak temat na inną książkę, bo nas interesuje na chwilę obecną wyłącznie OBITUARY. A wiadomo że nienaruszalny trzon tegoż to po dwakroć Tardy i zamiatający kłakami na prawo i lewo Mr. Peres. Nie zapominajmy oczywiście o osobie Ralpha Santolli, który w opinii co niektórych całkowicie nie pasuje do wizerunku tego zespołu, psując nawet koncerty - nawet i z takim osądem już się kiedyś zetknąłem, choć osobiście nie przychylałbym się do niego ani trochę. Powiedziałbym za to, że każdy show egzekjuszynerów z jego udziałem podobał mi się bardzo, więc i ten prezentował poziom od A do Z. W zestawie kompozycji zarówno nowości jak i starocie. W sumie pierwsze określenie nie byłoby tu do końca na miejscu, bo od premiery "Darkest Day" trochę czasu już minęło, wciąż jednak jest to ostatni studyjny album grupy, który poraża tak samo skutecznie w domu jak i w wersji live, nic dziwnego więc, że przy takich "List Of The Dead" czy "Forces Realign" troszkę główką pokiwałem. Jeszcze intensywniej kołysała się mi ona za to przy "Evil Ways" czy "Face Your God", ale nic to dziwnego, bo "Xecutioner's Return" to w mniemaniu moim zdecydowanie najbardziej "koncertowy" materiał kapeli. Nie umniejszam oczywiście wartości innych dzieł, a już szczególnie "Back From The Dead". Wystarczyło że poszedł cudowny otwieracz "Threatening Skies" (oj, coś rzadko ostatnio grany!) przechodzący w "By The Light" i rogal na ryju wykwitł mi w całej okazałości. Nie zabrakło rzecz jasna "Redneck Stomp" oraz tego, co ze starych rzeczy kocham najbardziej - "Turned Inside Out". Uwielbiam ten kawałek jak mało który! Wszystko co wymieniam to kolejność jak najbardziej przypadkowa, aczkolwiek największy hit tradycyjnie pojawił się na końcu. O tym później jednak, bo nie wolno absolutnie zapomnieć oczywiście o pięknych i fruwających na wszystkie strony włosach oraz popisach Johna nie tylko wokalnych - raz po raz wspomagał bowiem rodzonego brata niszcząc jego zestaw za pomocą dodatkowych pałeczek, nie mówiąc już o tym, że drum solo które w pewnym momencie odstawił Donald, poraziło dosłownie każdego. Absolutny mistrz w swoim fachu! Czego zatem zabrakło? Hm, flagi-konfederatki, symbolizującej stany Południa w wojnie secesyjnej, hehehe! Bez żartów - przed dwoma laty sztandar ów stanowił podczas show bandu oryginalną sceniczną dekorację. Ale tak zupełnie na serio - czegoś z "World Demise" jak "Don't Care" czy "Final Thoughts" na przykład, bo osobiście lubię te tracki... Nieśmiertelny "Circle Of The Tyrants" lub "Dethroned Emperor" wiadomo kogo też by się nadał, ale podobno wszystkiego mieć nie można. Tak i tak dobrze, że nieśmiertelny "Slowly We Rot" uwieńczył jak zwykle misterium przemocy, a to dokładnie miałem na myśli nadmieniając o największym hicie. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że kolejna wizyta OBITUARY nastąpi nie tylko równie szybko, obfitując w większą liczbę ulubionych szlagierów, ale że przy okazji i zaowocuje dużo większym audytorium. Ja zasilę je z pewnością, wierząc nie tylko we wszystko co najlepsze, ale także i w to, że show Amerykanów nie przesłoni mi ona niezawodnej zazwyczaj pamięci. Koncert koncertem, ale zapomnieć o urodzinach mamy to już wstyd maksymalny!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

Chainsaw Massacre Tour 2011: OBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY, 14/04/2011 - Berlin, K 17

PATHOLOGY

GRAVE

OBITUARY



<<<---powrót