Relacje

FUCK THE COMMERCE FESTIVAL 2011 vol. 11

01/06 - 04/06/2011  Berlin, K 17

Być może wielu z was niespecjalnie uwierzy w prawdziwość tych słów, ale niestety - prawda będzie brutalna. Tak, tak moi mili - stało się właśnie tak jak opisuję i wierzcie mi, że jeszcze nigdy nie znalazłem się na metalowym feście, żałując swojej obecności na nim już po pierwszych dwóch zaledwie godzinach, a co dopiero dniach... Owszem, bywałem na kilkudniowych imprezach nieudanych z różnych względów - albo skład nie do końca spełnił moje oczekiwania, czasem nie dopisała pogoda, bywało też i tak, że jakieś osobiste niepowodzenia potrafiły przesłonić mi cały jej urok... Nie ma ponoć jednak sytuacji stuprocentowo nieudanych i nie zdarzyło się jeszcze jednak ani razu, aby event w którym miałem przyjemność uczestniczyć dobił mnie doszczętnie. Tym bardziej boleję srodze wobec faktu, iż stało się to za sprawą zacnego i szanowanego wśród maniaków ekstremalnych brzmień festiwalu Fuck The Commerce, który na kilka lat z powodu nierentowności zniknął z kalendarza regularnych metalowych spędów. Powiem więcej - ból odczuwam tym większy, że powrót tegoż po rzeczonej przerwie jednoznacznie udowodnił kompletne fiasko niniejszego przedsięwzięcia. No to zacznijmy więc po kolei... Comeback okazał się niewypałem potwornym przede wszystkim ze względu na formę w jakiej się odbył. Nie chodzi tu bynajmniej o czas, ale zwyczajnie o kwestię organizacyjną, polegającą na wybraniu do tegoż celu pomieszczeń berlińskiego klubu K 17, którym zresztą szanowne kierownictwo festiwalu także zarządza. Kilkudniowy festiwal odbywający się wcześniej jako impreza open air zdecydowanie miał lepszą rację bytu i od razu wiadome było, że przeniesienie go do pomieszczeń klubowych absolutnie nie spełni oczekiwań publiki zjeżdżającej z całego kraju. Nie sądzę aby zacni organizatorzy oczekiwali przecież rozbicia namiotów na okolicznych ulicach i tak samo zdawali sobie też zapewne sprawę z tego, że kilka noclegów nawet w najtańszym pensjonacie stanowić może dodatkowy i całkiem niemile widziany koszt dla wszystkich przybyłych spoza stolicy... Z pewnością ów stan rzeczy miał niemały wpływ na żałośnie niską frekwencję, niewykluczone jednak, że gwoździem do trumny okazał się fakt, iż dosłownie za pięć dwunasta swój występ odwołał najważniejszy chyba uczestnik niniejszego spędu - SINISTER. Zespół spotkały ponowne problemy składowe, krótko przed festiwalem wszyscy muzycy postanowili wypiąć się na Aada i w sytuacji takiej stało się jasne, że każdy kto ostrzył sobie zęby na występ Holendrów może zwyczajnie pocałować się w dupę. Nie ukrywam, że sam znajdowałem się w tej grupie i wiedząc już o niniejszym jeszcze dwa dni przed eventem, bardzo poważnie zastanawiałem się czy wszystko to rzeczywiście ma sens i warto zawracać sobie głowę. Koniec końców się jednak zdecydowałem - jakby nie patrzeć powrót Fuck The Commerce stał się faktem, sam zawsze miałem ochotę choćby lekko go liznąć, więc głupio by było zmarnować taką okazję, nie mówiąc już o względach czysto poznawczych. Dzięki mojej wytrwałości macie też zresztą okazję dowiedzieć się jak lipą ogromną i stratą dla organizatorów stał się niniejszy festiwal, który z pewnością spocznie już w grobie na wieki wieków, pozostając jedynie miłym wspomnieniem dla wszystkich uczestniczących w jego poprzednich, zdecydowanie bardziej udanych edycjach. C' est la vie...

Już pierwszego dnia zniszczył nie tylko poziom występujących pseudoartystów, ale także i frekwencji, nie wspominając nawet o potwornej obsuwie czasowej. To ostatnie nie zraziło mnie zresztą ani trochę, bo gdy koniec końców te 10 (!!!) istnień ludzkich szwendających się przed bramą główną dziedzińca wejść mogło bezpośrednio do hali głównej gdzie odbywał się cały ten cyrk, okazało się, że niewiele było do stracenia, choć o gustach rzekomo się nie dyskutuje. Tak i tak dobrze, że liczba zaplanowanych na środowy wieczór kapel ograniczyła się jedynie do dwóch, bo przyznam bez ściemy, że obcowanie z większą ilością takiego badziewia przypłaciłbym pobytem na oddziale kardiochirurgii co najmniej. Otwieraczem wytypowany został HÄRTEFALL, który okazał się ciężkim przypadkiem nie tylko w wolnym tłumaczeniu, bo punkowe przytupy z kretyńskimi tekstami tylko mają szansę przypunktować u pojedynkujących się w piciu piwa plebejuszy na zasadzie kto da radę więcej zanim wpadnie pod stół. Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. To stało się jednak zaledwie intermezzo do kolejnego pokazu debilizmu. Kolejną pseudogwiazdką był bowiem SINGSTARS OF DEATH, przy którym poprzednik jeszcze jako tako się bronił z uwagi na w miarę normalnie wyglądającego frontmana. Tutaj jednak przerost formy nad treścią w postaci kwiecistych sukienek, peruk i innego kiczu przebił wszystko, więc wyobrażacie sobie chyba czymże stać musiała muzyka tego czegoś? Brakuje mi tutaj nawet określenia, tak i tak dobrze, że czas przydzielony każdemu z tych kabaretów wynosił jedynie trzy kwadranse, choć od razu przyznaję, że przy występującym jako drugi w kolejności wytrzymałem zaledwie jeden! Jedyne co zapisać mogę na plus, to gust tych paru zgromadzonych pod sceną nieszczęśników, który okazał się zbliżony do mojego - nikt nie reagował bowiem z entuzjazmem na dźwiękach wypełniające halę, choć produkujących się na deskach rozczarowało to zapewne okrutnie. Nie interesowało mnie to już jednak, gdyż czując się jak po ogłoszeniu amnestii zmierzałem powoli w kierunku stacji S-Bahnu. Z małym optymizmem patrzyłem jednak w przyszłość, którą przynieść miał kolejny dzień, bynajmniej nie z powodu ustawowego wolnego, którym rozkoszować się może z uwagi na święto Wniebowstąpienia każdy żyjący w Niemczech, lecz z uwagi na kolejny dzień festiwalu. Choć całość rozpoczęła się danego dnia już o godzinie 15.00, nie omieszkałem ruszyć z domu swoich czterech liter dopiero godzinę później, aby na miejscu pojawić się mniej więcej w porze o której mieszkańcy Wysp tradycyjnie popijają herbatkę. Niestety, ku mojej czarnej rozpaczy okazało się że od poprzedniego dnia niewiele zmieniło się na lepsze. Frekwencja wzrosła do kilkudziesięciu może osób, chociaż na pierwszy rzut oka niełatwo przecież odróżnić kto należy do bandów i osób im towarzyszących? Nie wszyscy rzecz jasna znajdowali się wewnątrz, gdyż kilkanaście osób zajmowało się piciem piwa przy ustawionych przed halą stolikach bądź bezcelowym szwendaniem się tu i ówdzie. Parka sprzedająca hamburgery, frytki i pieczone kiełbaski w zainstalowanej na tą okoliczność budce na kółkach nie miała specjalnie dużo roboty, ponownie jak obsługa firmowego merchu, w którym poza smyczami i dennymi festiwalowymi koszulkami nic innego się już nie uświadczyło. Warto wspomnieć także o tym, że wszyscy którzy liczyliby na zarobek sprzedając w ramach festiwalu swój towar w postaci płyt CD czy t-shirtów, decydując się na takie przedsięwzięcie pluliby sobie w brodę niemiłosiernie - wystarczy zauważyć, że na jedynym tego rodzaju stoisku gdzie oczywiście znaleźć można było totalnie podziemne death/ grindowe wymioty, nie było ani razu żywej duszy, toteż utarg był zapewne opłakany... Nie wiem też czy na stoisku wewnątrz hali, gdzie wywieszono parę koszulek występujących na bieżąco grup i ich dokonań (najczęściej w postaci demówek) dało radę coś upchnąć w znaczących ilościach. No, ale w końcu nie o tym miałem się rozpisywać. Ważne są przecież zespoły i w tej materii chociaż choć trochę zyskał niniejszy dzień. W odróżnieniu do poprzedniego wystąpiły przynajmniej takie, które miały cokolwiek wspólnego z deathowo - grindowymi dźwiękami, choć każdy z nich uplasować się mógł co najwyżej w trzeciej lidze, o ile nawet nie w czwartej... Wszystko na jedno kopyto, brutalna sieka, blasty, rzygające wokale - nic co potrafiłoby przykuć uwagę tak zramolałego piernika jak ja, który na death metalu zjadł przecież zęby... Udało mi się poobserwować poczynania KYRLITHSIC, TOKKS VOITO, SPLITTING SOCIETY, GRAPE SEED, PLAGUE ANGEL i THE SNUFF, ale gwoli sprawiedliwości - ilu z was zna te bandy? Nie macie mi chyba za złe zaliczenie ich do tychże miejsc w hierarchii, a i ja wiedząc, że nic ciekawego już tego dnia mnie nie czeka, uznałem za stosowne udać się do domu. Resztę programu wypełniał bowiem tak samo mało interesujący skład, nie czułem więc jakiegokolwiek niedosytu opuszczając cokolwiek. Po raz kolejny nastawiałem się pozytywnie na nowy dzień?

I ten faktycznie przyniósł nowe rewelacje, aczkolwiek... No, tak. Tym razem ja sam niespecjalnie wykazywałem dobre chęci. Przyznać bowiem trzeba, iż dnia trzeciego pojawiły się na grafiku bardziej znane maniakom nazwy. Ze względu na męczący dzień i idące za nim codzienne obowiązki w klubie pojawiłem się jednak podobnie jak poprzednio, samopoczucie moje nie należało jednak tym razem do najlepszych i najwyraźniej brakowało mi sił aby zmierzyć się z kolejnymi uczestnikami programu. Czy żałuję? I tak, i nie. Grały bowiem LENG' TCHE i FACEBREAKER, które niegdyś miałem przyjemność już podziwiać, ale jako że nie są to bandy należące do panteonu moich idoli, specjalnego niedosytu nie odczułem. Szkoda mi jednak trochę PROSTITUTE DISFIGUREMENT, o którym słyszałem sporo dobrego. Zmęczenie dniem pracy i boląca głowa dały mi się jednak do tego stopnia we znaki, że pomimo najszczerszych chęci wiedziałem, że po prostu nie wyrobię. Wierzę zresztą głęboko, iż szansa ujrzenia Holendrów nie była jedyną i przy jakiejś okazji się to nadrobi. Dwie godzinki, które zeszły mi na oglądaniu DEBT OF NATURE i GRIND INC. były zatem jedynymi spędzonymi na feście podczas piątkowego wieczoru, którego zresztą stosunkowo szybko położyłem się spać. Oczekiwałem zatem czwartej i ostatniej już odsłony tejże edycji, wierząc że będę świadkiem czegoś, co pozwoli mi choć w małym stopniu wyrazić się pozytywnie o Fuck The Commerce, który tak do tej pory mnie rozczarował. Częściowo faktycznie tego doświadczyłem. Po pierwsze - w dużym stopniu przyczyniła się do tego wizyta długo nie widzianego znajomego, a że jegomość ów świętował tegoż dnia 51 lat swojej egzystencji - piwko polało się szerszym strumieniem. Inna sprawa to rzecz jasna uczestnicy, którzy choć troszeczkę podratowali w moich oczach mało przekonujący program festiwalu. Po raz pierwszy było mi bowiem dane zmierzyć się z KRAKOW. Za cholerę nie wiem czy ma cokolwiek ów zespół wspólnego, jak i po co obrał sobie akurat za nazwę termin przywołujący skojarzenia z dawną stolicą Polski, mogę napisać jednak bez naciągania że trzy kwadranse spędzone przy muzyce Norwegów na pewno sprawiły mi choć trochę przyjemności. To na pewno metal, bez wątpliwości. Bardzo oryginalny, trudny do opisania czy jednoznacznego sklasyfikowania, ale na pewno fajny. Ciężkie, wolne stoner rockowe rytmy oczywiście nie każdemu miłośnikowi klasycznej metalowej jatki mogą podpasować, jak dla mnie jednak - miła odskocznia od sugerowanej w powyższej linijce sztampy oraz kolejnego schematu. Na dobre zaczęło się jednak po upływie tych trzech kwadransów, a to tylko dlatego, że sceniczny podest zaszczycił swoją obecnością pierwszy od kilku dni black metalowy oraz - rzekłoby się bez cienia złośliwości - tym samym pierwszy wartościowy uczestnik w całym tym morzu gówna! KAMPFAR. Może lekko przesadnym z mojej strony byłoby wpychanie Norwegów do worka z typowymi czarnymi tworami sceny, gdyż w muzyce ich wychwycić da się raz po raz elementy folkowo - pogańskie. Naturalnie nie w postaci fletowych gwizdów lub jęczenia na dudach, ale zawsze. Mimo wszystko jednak KAMPFAR jak najbardziej pasuje do blackowej stylistyki, bo nikt w końcu nie powiedział, że wyznaczniki jej to makijaże na gębach i peany ku czci Rogatego. Mega przystojniak Dolk rządził i dzielił sceną najlepiej jak umiał, a że frekwencja podczas występu kapeli urosła do jakiejś setki głów to już inna sprawa. Podejrzewam, że chyba właśnie obecność Norwegów w programie przyciągnęła ostatniego dnia te parę osób więcej i tak samo sądzę, że wszyscy przybyli z tymże właśnie zamiarem na pewno nie opuścili klubu zawiedzeni. Kapela znajdując się obecnie na etapie promocji swego najświeższego dzieła "Mare" zaprezentowała oczywiście kilka kompozycji z tegoż, nie zapominając jednak także o kawałkach z poprzednich wydawnictw. Nie da się ukryć, że słuchając numerów z "Fra Underverdenen" czy "Kvass" istotnie da się poczuć na karku ów lodowaty powiew północnego wiatru! Niezły, jeśli nie bardzo dobry koncert odstawił tegoż wieczoru KAMPFAR. O wiele lepszy niż następujący w kolejce VREID. Niby też Norwegia i niby też spod znaku czarnego metalu, trzeci raz już jednakże się przekonałem o daremności starań polubienia serwowanych przez band dźwięków. Bywa i tak. W momencie niniejszym złapałem się jednak na jednym, a mianowicie - na fakcie, że jak dla mnie 11. edycję Fuck The Commerce uznać można za definitywnie zakończoną. Zaplanowane jeszcze bowiem jako dwa ostatnie DISSOULED i A.O.K (czy ta nazwa to ku czci znanej niemieckiej kasy chorych?) nie interesowały mnie bowiem w najmniejszym stopniu i podjęcie decyzji o udaniu się w zacisze domostwa bardzo szybko znalazło swoje urzeczywistnienie. Jakiej zatem spodziewacie się puenty?

Niezmiernie mi przykro, że brzmieć ona będzie tak, a nie inaczej, ale niestety - prawda jest bolesna. Jak zaznaczałem na początku, mnogość festiwali, na których już bywałem charakteryzowała się różnoraką jakością, nie spodziewałem się jednak, że o słynnym Fuck The Commerce, który zaszczyciłem swoją obecnością po raz pierwszy w ogóle, nie będę mógł napisać zbyt wiele pozytywnego... Owszem, szanuję starania organizatorów, więc choćby za to daję im plusa. Nie potępiam ich też oczywiście za absencję SINISTER, gdyż mało kto z zewnątrz wpłynąć może na tak nieprzewidywalne sytuacje, nie mogę zrozumieć jednak błędnej decyzji co do miejsca akcji, jak i samego czasu jej trwania. Nie wspominając już oczywiście o tym, że wypełnianie grafiku festiwalu w większości bardzo, ale to bardzo podrzędnymi zespołami, zdecydowanie wydaje się chybioną inicjatywą i o wiele lepiej byłoby spożytkować przeznaczone na to fundusze w celu zorganizowania eventu mniejszego, lecz skupiającego bardziej wartościowych uczestników. Gdy doliczymy zaś do tego jeszcze koszty zaangażowania ochrony, energii oraz innych towarzyszących temu przedsięwzięć... Serce się kraje. Zmarnowany potencjał i kompletnie nietrafiona inicjatywa - takimi smutnymi słowami podsumować mogę próbę reaktywacji nieobecnego kilka lat festiwalu. W sytuacji powyższej najrozsądniejszym by zatem było dać mu spoczywać już na wieki, co przypuszczalnie po niniejszej edycji zostało przypieczętowane nieodwołalnie.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

FUCK THE COMMERCE FESTIVAL 2011 vol. 11, 01/06 - 04/06/2011, Berlin, K 17

HARTEFALL

SINGSTARS OF DEATH

KYRLITHSIC

TOKKS VOITO

SPLITTING SOCIETY

GRAPE SEED

KRAKOW

KAMPFAR

VREID



<<<---powrót