Relacje

UNDER THE BLACK SUN FESTIVAL 2011

1.07 - 2.07.2011  Helenenau bei Bernau, Niemcy

Po raz czternasty w ogóle oraz czwarty już w mojej wieloletniej karierze oglądacza koncertów, zorganizowany przez Folter Records festiwal kierowany głównie do maniaków black metalu nie tylko doszedł do skutku, ale i bez jakichkolwiek komplikacji dobrnął też i do końca. Nic nie zapowiadało wprawdzie wcześniej rozmaitej maści przeszkód ? głównie natury cenzuralnej, aczkolwiek nie wiadomo było do końca, czy z zakrojonymi na szeroką skalę posunięciami organizacji lewicowych należy się również tym razem liczyć, czy też wzruszyć najzwyczajniej ramionami. Wobec braku charakteryzującej te środowiska, uprawianej już zazwyczaj na długo przed festiwalem wściekłej internetowej kampanii przeciwko zapowiedzianym niepoprawnie politycznym wykonawcom, można było bowiem wyciągnąć dwojakie wnioski ? albo lokalni ich przedstawiciele zmądrzeli, albo ze względu na paskudną pogodę niniejszym bohaterskim pseudobojownikom zabrakło wyraźnie chęci do działań? Może też i na tym polega rzekoma chwiejność poglądów oraz nastawienia, przypominająca zmieniającą ułożenie poprzez podmuchy wiatru chorągiewkę ? ile to już bowiem sformułowano przed kilkoma laty zarzutów przeciwko IMPALED NAZARENE, okrzykując kapelę faszystami, ksenofobami i kilkoma innymi określeniami, które trafiając na podatny grunt u ograniczonych intelektualnie znawców tematu, tak skutecznie przyczyniły się do bojkotowania i odwołania jej koncertów w kraju, w którym występowała wcześniej bezproblemowo dziesiątki razy. Zastanawiam się czasem, czy nie lepiej by było, aby wszyscy ci zaciekli obrońcy moralności najpierw uzupełnili sole mineralne i pierwiastki z których braku wynika ich tępota umysłowa, a potem zajęli się naprawdę czymś pożytecznym, zwalczając złe wpływy tam, gdzie powinni. Każdy bowiem może doszukiwać się problemów tam gdzie ich nie ma, bo żadna to w końcu sztuka coś piętnować, szkalować i ostatecznie zepsuć? Cieszyć się zatem należy, że obyło się tym razem bez podobnych akcji ? widać Rogaty miał na wszystko baczenie, wysyłając całą tę zbieraninę do piekła i chwała mu za to niezmierzona.

No, pogadałem sobie jak zwykle o tym co nie trzeba, bo sam festiwal to w końcu rzecz najważniejsza. Jak zaznaczyłem już ? nic nie zakłóciło przebiegu imprezy i jako jedyny jej mankament wymienić by można tylko deszcz, który siąpił prawie bez przerwy, choć na szczęście nie przeszkodziło to w oglądaniu popisów tych, którzy stawili się w komplecie i dzielnie produkowali się na wzniesionej przy leśnej polanie estradzie. Bramy do królestwa mroku otwarte zostały raczej punktualnie, jeśli chodzi o szczegóły zaś, szlaki przetarte zostały przez SHORES OF LADON. Wyklęty tercet z Meklemburgii ? Pomorza Przedniego znajduje się jak na razie na etapie demówkowym i zapewne występ na festiwalu stanowił coś w rodzaju prezentacji publice na trochę bardziej okazały sposób. Poza tym że grają black metal niczego szczególnego się jednak u tej hordy nie dopatrzyłem. Podobnie było z ATRAS CINERIS, choć przy tych zauważyłbym choć malutki postęp. Inaczej oglądało już mi się za to FIDES INVERSA. Bynajmniej nie przez to iż w przeciwieństwie do poprzedników nie byli Niemcami, lecz z racji muzyki, która ? jak zauważyłem ? przypadła do gustu wielu. Włosi zaserwowali całkiem zgrabny kawałek czarnego metalu bez niepotrzebnych dopierdółek, czyli brzmiący tak, jak każdy fan takiej muzy by sobie życzył. Co niektórzy przyczepić by się pewnie mogli do strojów muzyków przypominających raczej worki na kartofle, osobiście za mankament tego jednak nie uznałem. Jako następny w kolejce akcent polski ? cieszy niezmiernie, że rodzimi podziemni wykonawcy coraz częściej zauważani są przez organizatorów tego typu spędów. Po zeszłorocznym podwójnym uderzeniu w postaci KRIEGSMASCHINE i FURIA tym razem przyszła kolej na MASSEMORD. Nie powiem, ale wydaje mi się że? chyba się podobało. Nie zauważyłem może pod sceną zbiorowego szaleństwa, ale kilkadziesiąt minut performance?u zaserwowanego przez Masowy Mord spotkało się z całkiem niemałym zainteresowaniem. Muza Katowiczan nie charakteryzuje się niczym szczególnym i dla wielu to chyba właśnie stanowiło o tym, że tak dobrze zostali przyjęci ? black metal z Polski na dobrym poziomie coraz częściej bowiem akceptowany jest przez niemiecką publikę, która wyraźnie w tej kwestii nie bawi się w żadne podziały. Trzy albumy jak do tej pory, ogólnie ponad dekada działalności, a poza granicami kraju ojczystego kapela chyba wciąż mało znana? Warto promować zatem MASSEMORD na spędach różnego rodzaju ? może dzięki temu wypłyną kiedyś i poza wody terytorialne. No cóż, o krajanach wypowiedzieć się po prostu musiałem pozytywnie, ale tak samo nie mogę ujmować wielkości innym uczestnikom, tym bardziej jeśli poziom ich poczynań pozostaje tak samo wysoki. Tak więc zatem pozwolę sobie na kilka słów odnośnie BAPTISM. Fińska scena black brzmi lekko specyficznie nawet przy tradycjonalnym łojeniu tego gatunku, nie znaczy to jednak wcale, że w porównaniu z norweską czy szwedzką czegoś jej brakuje. Stwierdziłbym śmiało, że doszukać się w tymże graniu zgrabnej mieszanki tychże i może to przesądza o uroku całokształtu. BAPTISM podpasował mi bardzo. Ostro, bezkompromisowo i na maxa bluźnierczo ? to jest właśnie to, co w tego typu dźwiękach lubię. Habit wokalisty bardzo mi się podobał, skręcona w gruby warkocz broda jednego z gitarzystów także prezentowała się nieźle. Chyba poszukam w niedalekiej przyszłości jakichś płyt i uzupełnię swoją kolekcję. Niewykluczone, że będę zadowolony. Nie wiem natomiast jak to będzie w tej kwestii z MONARQUE. To jedyny bowiem uczestnik zza Wielkiej Wody, aczkolwiek z tego rzekomo bardziej przesiąkniętego europejską kulturą organizmu państwowego. Kanadyjski kwartet zagrał jednak bardzo przeciętnie, choć obiecywałem sobie po ich ofercie nawet sporo? Okazuje się, że nie zawsze to, co z racji pochodzenia wydawałoby się nam atrakcyjne faktycznie takim jest. No, mam lekki sentyment do kapel z krainy klonowego liścia i pachnącej żywicą, ale tutaj akurat coś nie zagrało. Mowa oczywiście tylko o brzmieniu na żywo, nigdy nie słyszałem bowiem MONARQUE z płyt? Być może w wersji studyjnej brzmią o wiele lepiej, więc postaram się sprawdzić jak najszybciej. Ale jako że corpse-painty były, wokalista miał fajną katanę z naszywami i jako tako jeszcze toto brzmiało ? nie będę już tak bardzo surowy. Kanadyjczycy stanowili już jednak przedostatni punkt programu, gdyż jako piątkowy headliner wyznaczony został BETHLEHEM, którego występ zbliżał się nieuchronnie. Koniec końców się zaczął, choć od razu przyznam, że niespecjalnie zapamiętałem go jako wyjątkowy i tym samym wytrzymałem może zaledwie połowę całości. Z wielu powodów, choć przede wszystkim jako główny wymienić by należało moje złe samopoczucie. Za dużo piwa i pewnie stąd moja kiepska forma, uniemożliwiająca obserwowanie poczynań tej niemieckiej kapeli, uchodzącej w niektórych kręgach za kultową. Nigdy nie byłem jakimś zapalonym fanem BETHLEHEM, ale koncert ich zaliczyć chciałem przynajmniej z racji tej wymienionej przed chwilą kultowości. Nie bez znaczenia było też, że band powrócił na scenę po niemal trwającym 14 lat rozbracie z nią i występ ów uchodzić mógł dla wszystkich jego wielbicieli za swego rodzaju ekskluzywny. Ale nie bez znaczenia jest też, że muzyka taka po prostu nie działa na moje zmysły, a deklarowanie swojego nieszczerego uwielbienia nie ma po prostu sensu. Nie jestem po prostu miłośnikiem muzycznej deprechy, stąd też zawsze obserwowałem i tę niemiecką załogę z dystansem. Nie mogę odmówić jej jednak scenicznej sprawności, która wszystkich szczerze zakochanych zapewne zachwyciła. Było smętnie i dołująco, panowie w białych wdziankach wiernie odzwierciedlali zresztą pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych?Osobiście nie zmarkotniałem, ale ten potworny ból głowy i to ogólnie wycieńczenie nie pozwoliły mi na obejrzenie więcej niż połowy tegoż eventu. Siła wyższa zmusiła mnie zatem do podążenia ku legowisku usytuowanemu w fajnej drewnianej chatce z sianem, która od kilku już lat służy podczas niniejszego festiwalu jako moja kwatera noclegowa. Zasnąć musiałem naprawdę szybko, skoro nie bawiłem się nawet w refleksje na temat minionego dnia.

Sobotni poranek przyniósł rozczarowanie zarówno z powodu dość obficie padającego deszczu, jak i faktu, że było po prostu zimno. W taką pogodę można tylko spać lub popijać ciepłą herbatę, nic dziwnego więc, że po terenie festiwalu kręciło się niewiele straconych dusz. W ich ślady poszedłem i ja, spędzając większość czasu w mieszkanku wynajętym przez organizatorów, gdzie miłe ciepło i smaczny obiad choć trochę rozgrzewały wnętrzności. Niespecjalnie chciało mi się zatem wychylać nos za próg kiedy tylko rozbrzmiały dźwięki pierwszego uczestnika, ale obowiązek to obowiązek, toteż musiałem. Wrażenia należały jednak do bardzo średnich, gdyż THORYBOS, jak i następujący po nim KRATEIN tylko w maleńkim stopniu trafiły w moje gusta. Nie inaczej było też i w przypadku WINTERBLUT, choć przy wszystkich trzech germańskich hordach wyróżnić by można jeden pozytywny wspólny mianownik ? wszystkie zabrzmiały naprawdę dobrze. Mocniejsze wrażenia zaczęły się dopiero gdy na scenę wytoczył swoje działa jeden z jaśniejących piekielnym ogniem mocniejszych punktów stajni Folter ? LUGUBRE. W składzie nie ma już wprawdzie obdarzonego wzrostem Goliata wokalisty Asegi, nie znaczy to jednak, że z nowym krzykaczem Holendrzy wypadli źle. Musiało być raczej odwrotnie, skoro pomimo mżawki przed sceną widziało się całkiem spory tłumek, w który Striid i spółka rzucali krwawe ochłapy wojennego, barbarzyńskiego black metalu! Było gorąco, oj było! Występ LUGUBRE potrafił skutecznie zapomnieć o wciskającym się pod ubranie chłodem i tym samym przyciągnąć przed podest wszystkich chowających się pod zadaszeniami stoisk z piwem. Trzy kwadranse ludobójstwa upłynęły niesamowicie szybko i nikt nie spostrzegł chyba, że ?Mustard Gas Ambrosia? jako ostatni punkt programu przeminął tak szybko jak się pojawił? Nareszcie coś co poprawiło mój senny nastrój, choć kolejny anonsowany band nie przyczynił się niestety do podtrzymania mojej dobrej formy. Był nim szwedzki BLOODLINE, którego członkowie poszczycić mogli się jedynie potężnymi posturami, a poza tym ? nic, zero, null. Nie ukrywam więc, że z racji na porę, jak i ogólnej ciekawości razem ze wszystkimi zgromadzonymi pod sceną oczekiwałem na występ tych wstrętnych i jakże napiętnowanych kilka lat temu faszystowskich ksenofobów, nietolerancyjnych nacjonalistów i cholera wie czego jeszcze. Dużo obiecywałem sobie po tym koncercie, a preludium okazało się zachęcające już chociażby dzięki temu, że przestało padać i... nieco się ociepliło. Jak do tej pory widziałem IMPALED NAZARENE zaledwie dwa razy, nie powiedziałbym jednak, że każdy z występów Finów spłynął po mnie jak po gęsi woda, choć niby to nie do końca black metal? Jedno jest jednak pewne ? jakby nie patrzeć, grają od początku do końca fajną muzę i to się liczy, bo dzięki temu do grona ich fanów należy wielu, bez względu na to w jakim rodzaju ekstremy gustują. Jedyne co mnie zaskoczyło, to uszczuplenie składowe ? tym razem z jedną tylko gitarą, którą obsługiwał Tomi Ullgren. Przy tak intensywnej muzie jaką wypieprza IMPALED NAZARENE, jak i super brzmieniu nie miało to rzecz jasna żadnego znaczenia, ale gdyby tak zagrali z drugim wiosełkiem ? strach pomyśleć! Nieważne zresztą, w połączeniu z wściekłym histerycznym wokalem Mr. Luttinena, muza rozwalała wszystko w drzazgi, doprowadzając ścieśnioną pod podestem ludzką ciżbę do prawdziwego obłędu. ?Apolokia? na pierwszy ogień, a potem ? blast, rzeź i totalne zniszczenie! Wybaczcie, ale podniecenie które udzieliło się także i mnie, nie zawsze pozwoliło na zapamiętanie poszczególnych kompozycji. Nabity Nazareńczyk zaprezentował jednak wszystko co w jego twórczości najlepsze ? od ?Tol Cormpt?? po zeszłoroczny ?Road To The Octagon?. Nie ma co ? ?Let?s Fucking Die?, ?Karmageddon Warriors?, ?Condemned To Hell?, ?The Day Of Reckoning? czy ?Ghettoblaster? skutecznie udowadniały, że dla lalusiów słuchających gotyckich smętów czy power metalowego jodłowania nie ma tu w ogóle miejsca! Dobrze, że na chwilę wytchnienia też znalazło się choć parę minut ? ?QUASB? dał wszystkim trochę odpocząć, ale już następne masakry pod postaciami ?Corpses?, ?Mötörpenis?, ?For Those Who Have Fallen?, ?Enlightement Process?, ?Penis Et Circes?, ?Tentacles Of The Octagon? czy wreszcie odegrany jako zwieńczenie maratonu nuklearnej jatki ?Total War-Winter War? ? wszystkie one po raz kolejny pokazały klasę zespołu faceta, który z wyciągniętym prowokacyjnie środkowym palcem w tenże właśnie sposób dawał zawsze do zrozumienia za co ma wszelkie kompromisy. Wielki mały człowiek ? tak chyba nazwany może być tylko Mika, który postury faktycznie jest mikrej, ale do czynu gotowy zawsze i wszędzie. Bez dwóch zdań!

Choć początkowo myślałem, że Finowie wystąpią jako sobotni headliner, okazało się że mniemanie moje było błędne. Zaszczyt zamknięcia festiwalu przypadł bowiem SETHERIAL, nie znaczy to jednak iż ustawienie niniejsze uznać mogłem za nietrafione. Głęboka czerń nocy o wiele lepiej pasowała do muzycznego rytuału tej szwedzkiej hordy, która zaproszona zawczasu stanowiła ostatni z trzech gwoździ programu. Szkoda, że tak zacne bandy nie zdołały przyciągnąć jednak publiczności na którą liczono i na którą może i byłaby szansa, gdyby nie ta feralna pogoda? Dobrze, że i tak udało zebrać się te sześć setek luda, spośród których oglądających SETHERIAL uzbierało się całkiem niemało. W tenże sposób, poprzez krótki opis występu Szwedów pozostaje zakończyć mi więc rozważania nad dwudniową imprezą. Co na plus u tychże? Jak zwykle brzmienie, które podobnie jak przy wszystkich kapelach także i tu nie dało ciała. Obowiązkowe corpse-painty, krew i ogólna atmosfera również zasługiwały na wyróżnienie, choć jedna tylko gitara przez co niektórych być może zapisana by została in minus? Zestaw utworów ? podobnie jak u poprzedników przeplatanka wszystkiego co najlepsze w dyskografii, przy czym jak dla mnie zawsze będą tymiż ?Nord? i ?Lords Of The Nightrealm?. Nie zawiodłem się ani trochę, bo z albumów tych poszło co nieco, poczynając zresztą od ?Summon The Lord With Horns?, który rozbrzmiał już po intro. ?Shadows Of The Throne?, ?Ekpyrosis?, ?In The Still??, ?Subsequent Emissions??, ?The Underworld?, ?Shades Of The Universe?, ?A World In Hell?, ?För Dem Mit Blott?, ?Endtime Divine? i ?Enemy Of Creation? ? tak z kolei prezentowała się dalsza część programu do samego jego końca. Z uwagi na widownię, która tak i tak zawsze chce więcej, a do tego łasa jest na niespodzianki ostatecznym jego punktem był jednak cover. Jak na black metalowców z krwi i kości przystało, zaprezentowaną przeróbką musiało być rzecz jasna coś, co stworzone zostało przez zespół mający na ów gatunek nieoceniony wręcz wpływ. Wybór padł na ?Inno A Satana? ? wiadomo kogo, odegrany z żywiołem i godnym cesarskiej purpury wykopem także przez SETHERIAL. Nie pozostało zatem po przebrzmieniu ostatnich taktów nic innego jak udać się lulu, gdyż perspektywa trwającej już niedzieli, a szczególnie czekającej nas w jej popołudniowych godzinach czynności istotnie wymagała zgromadzenia zapału i mnóstwa energii. Niby nie tak dużo ludzików, ale? Sprzątać zawsze jest co.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

UNDER THE BLACK SUN FESTIVAL 2011, 1.07 - 2.07.2011, Helenenau bei Bernau, Niemcy

SHORES OF LADON

ATRAS CINERIS

FIDES INVERSA

MASSEMORD

BAPTISM

MONARQUE

BETHLEHEM

THORYBOS

KRATEIN

WINTERBLUT

LUGUBRE

BLOODLINE

IMPALED NAZARENE

SETHERIAL



<<<---powrót