Relacje

ULVER; VOID OV VOICES; TIDES FROM NEBULA

22.02.10  KLUB STUDIO, KRAKÓW

Nie ważne czy machałem głową przy "Nattens Madrigal", wtapiałem się w mocno skandynawski klimat przy folkowym "Kveldssangerze", czy przepuszczałem przez swój umysł strumienie awangardy, ujęte w tytuł "Blood Inside"... Twórczość Kristoffera Rygga zawsze otwierała przede mną podwoje najszczerszego muzycznego geniuszu. Nie dziwcie się więc, że przeżycie ekstatycznych uniesień w bezpośrednim kontakcie z wykonaniem scenicznym, choćby kilku jego przykładów, śniło mi się już od wielu lat. Szef grupy bardzo skutecznie sprowadził mnie na ziemię, gdy w jednym z udzielonych kilka lat temu wywiadów stwierdził, iż pojedyncze, kameralne, lokalne gigi owszem, ale jakakolwiek większa trasa nie wchodzi w jego przypadku w grę. Światełko w tunelu zapłonęło, gdy w zeszłym roku rzuciłem okiem na skład czeskiego BRUTAL ASSAULT. Uszczypnij się Kępol! Oni tam zagrają! Niestety, warunki finansowe jak zwykle bardzo skutecznie odebrały mi przyjemność delektowania się ich występem, ale... grają... to dobry znak! Gdy kilka miesięcy później dotarła do mnie wiadomość, że mają odwiedzić Kraków, stanąłem na baczność. Jednak nawet przeciskając się do wejścia z biletem w ręku nie do końca wierzyłem, że się uda. Obecność grupy w Kraku dało się odczuć właściwie już na wejściu. Porozwieszane wszędzie kartki z napisem: "Na prośbę zespołu ULVER prosimy o zachowanie ciszy podczas koncertu" momentalnie zakomunikowały mnie oraz mojemu kompanowi, że żarty się skończyły. Część ludzi widząc ogłoszenie kręciła nosem. Czuli się oburzeni. Ja się pytam: czym? Czy ktokolwiek byłby sobie w stanie wyobrazić wykonanie takiego "Eos" podczas pisków rozentuzjazmowanych fanek, gwizdów i dzikiego moshingu? TIDES FROM NEBULA. Próbowałem wyobrazić sobie lepszy rodzimy support, ale ciężko jakoś mi szło. Warszawiacy prezentują kawał niezwykle nowatorskiego, ciekawego, na wskroś gitarowego instrumentalnego grania, stąd dorzucenie ich do zestawu wykonawców prezentujących łojenie, w którym przesterowane wiosła nie pełnią aż takiej roli uznałem za strzał w dziesiątkę, bo zawsze to ciekawiej. Nad setlistą nie ma sensu szerzej się rozwodzić. Wypełnił ją bowiem materiał z jedynej jak dotąd, debiutanckiej płyty post/prog rockowców zatytułowanej "Aura". Zespół postawił na najbardziej charakterystyczne strzały. O ile mnie pamięć nie myli, mieliśmy okazję usłyszeć takie kawałki, jak otwierający album "Shall We?", "Higgs Boson", czy "Apricot". Moim zdecydowanym faworytem w zestawie był genialny "Purr", który tak w wersji studyjnej, jak i w odsłonie live po prostu miażdży. Muzyka tej formacji nie ma, mimo swego charakteru, doskonałych właściwości usypiających jak niektórzy chcieliby sądzić. Wiem, że określenie "instrumentalny post rock" może nasuwać wyobrażenia o jednostajnej, monolitycznej sekwencji dźwięków, które lepiej aplikować sobie przed snem niż kiedykolwiek indziej. Stołeczni muzycy wiedzą jednak co robią i swoje utwory komponują w taki sposób, że ciśnienie naprawdę nie opada. Na żywo również czuć było pasję, radość z grania, energię i spontan. Gdy scena opustoszała, na samym środku ustawiono prowizorycznie spreparowany, nakryty czarnym obrusem stół. Po bokach dwie świeczki, a między nimi grobowe znicze. Czy w takiej scenografii występują normalni muzycy? Oczywiście, że nie i każdy kto widział, co Attila Csihar odstawił podczas występu MAYHEM, który niespełna cztery lata temu miał miejsce na czeskiej ziemi, ten wie o czym piszę. Wokalista wyszedł na scenę w czarnym habicie, zza którego nos wyściubił dopiero na koniec swego występu, gdy schodził ze sceny. Pierwsze pytanie jakie przyszło mi się na myśl brzmiało: gdzież są jego muzycy? Oprócz mikrofonu, laptopa i miksera, zakapturzona postać nie miała żadnego, właściwie, muzycznego towarzystwa. Kontrowersyjny gardłowy serwował nam charakterystyczne dla siebie pomrukiwania, jęki, piski, niekiedy growl. Wszystko to nakładał na siebie w taki sposób, by powstało z tego jedno wielkie, mroczne misterium. Dostaliśmy kawałek psychodelicznej jazdy, uzyskanej wyłącznie za pomocą jego głosu i doprawdy nie wiem skąd pomysł na tak zuchwały eksperyment... Czyżby Węgier poczuł się wystarczająco silnym herosem mrocznego klimatu, by stwierdzić, że gitary, perkusja, bas, czy nawet- sample, loopy pochodzące z innego źródła niż jego własne gardło, są mu zupełnie zbędne..? Albo po prostu chciał - jak już wcześniej spekulowałem - przeprowadzić dość intrygujące muzyczne doświadczenie? Co by nie powiedział, nie sposób zarzucić mu braku konsekwencji, czy spójności owego kuriozalnego przedsięwzięcia. VOID OV VOICES - nazwał on swój projekt i ciężko o bardziej adekwatną nazwę, bo istotnie, to co popłynęło z głośników to istna otchłań głosów. Odsłonił twarz, podziękował i zszedł. Reasumując powyższy występ: Jako support przed gwiazdą wieczoru, Attila spisał się na medal. Gdybym jednak przyszedł do Klubu Studio głównie dla jego występu, odczułbym druzgocące rozczarowanie. Dwa około dziesięciominutowe utwory złożone z czyjegoś sapania... Tak nie wygląda porządny gig, nawet najbardziej awangardowy... Na scenę wkroczyli techniczni, którzy dość sprawnie uporali się ze zmianą scenografii oraz wyposażenia. Zamiast płachty z grafiką wokalisty MAYHEM, tył sceny ozdobił ekran projektora. Niedaleko stojącego od samego początku po prawej stronie, wielkiego gongu, umiejscowiono całkiem spory perkusyjny kocioł. Do tego dwa laptopy, mała perkusja, klawisze i chwilkę po tym, jak projektor wyemitował napis: "We come as a thieves" na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Bez zabawy w fajerwerki i inne jarmarczne popisy wylali z głośników pierwsze dźwięki "Eos". Już na starcie miałem waciane nogi. "The sun is far away. It goes in circles..." śpiewał Garm, a emocje tryumfowały. Ci, którzy nie powstrzymali się od żywszej reakcji mogą czuć się jednak poniekąd rozgrzeszeni, albowiem sposób w jaki utwór brzmi na żywo po prostu rozbraja. Są takie koncerty, podczas których człowiek czuje się absolutnie bezbronny w obliczu tego, co robi zespół. Ten był zdecydowanie jednym z nich. Gdy numer dobiegł końca, Garm odwrócił się do stojących z tyłu przy laptopach Tora Ylwizakera i Jorna Svarena, by coś im przekazać, bądź wyjaśnić i uzupełniwszy w międzyczasie płyny ustrojowe, o łyk naszego rodzimego Tyskiego, muzycy przeszli do "Let the Children Go". Niezwykle godna odnotowania była tego wieczoru oprawa wizualna. Oprócz tych, jakie standardowo umieszczane są z góry sceny, Norwegowie postarali się o ustawione pionowo, podłużne urządzenia oświetleniowe, subtelnie jarzące się to na czerwono, to na niebiesko, które 'współpracując' z tradycyjnymi światłami tworzyły naprawdę wspaniały nastrój. Później "Little Blue Bird" płynnie przechodzący w "Rock Massif Part I", który wybrzmiał naprawdę majestatycznie. W tym momencie uśmiech na mej twarzy zdecydowanie się poszerzył, albowiem przyszła kolej na materiał pochodzący z faworyzowanego przeze mnie - "Blood Inside". Dynamiczny w swych refrenach "For the Love of God", wybuchający pod koniec kapitalnie swingowym motywem "In the Red", czy miażdżąco para-symfoniczny "Operator" zapewniły prawdziwą ucztę każdemu, kto czekał na repertuar z tej płyty. Szkoda mi tylko genialnego "Your Call", czy mogącego fenomenalnie sprawdzić się w warunkach koncertowych "It Is Not Sound", których zabrakło. No, ale... Po petardzie w postaci "Operatora" przyszła kolej na wyciszenie, jakie zapewnił nam wypełniony smutkiem oraz niesamowitym nastrojem "Funebre". Rzucane przez projektor pochody pogrzebowe w kolorze czarno-białym sprawiły, iż przez cały czas miałem wrażenie obcowania ze sztuką eksplorującą najmroczniejsze zakamarki naszej ziemskiej egzystencji. Stałem nieco z boku i ekran projektora trochę zasłaniała mi jedna z kolumn, stąd musiałem zapuszczać nieco żurawia, by móc w pełni nacieszyć się wizualną stroną koncertu, której twórcy zdecydowanie stanęli na wysokości zadania. To, co w powyższej kwestii prezentują inne zespoły, to przy tym, mówiąc szczerze, wręcz blada amatorszczyzna. Wystarczyło zerknąć na to, co na ekranie działo się podczas futurystycznego "Hallways of Allways" z "Perdition City". Czapki z głów. Podczas "Like Music" wielki ekran pokrył się kurzem wnętrza fortepianu i przez cały właściwie utwór widzieliśmy ramę strun i uderzające w nią młoteczki. Podczas "In the Red" - odpowiednio krwawe, "szpitalne" patenty, tożsame z sesją zdjęciową, jaka odbyła się w ramach promocji płyty, z której utwór pochodzi. Setlisty dopełniły takie rarytasy, jak "Porn Piece Or the Scars of Cold Kisses", ze wspomnianego "Perdition City", "Plates 16-17" z "Themes From the Marriage of Heaven And Hell", fragment "Silence Teaches You How To Sing", czy zagrany na sam koniec "Not Saved" z "Silencing the Singing". Podczas tego ostatniego Kristoffer stosunkowo lekko, acz efektywnie uderzał w gong, popalając papierosa. Używał również kotła, na którym co chwila wybijał jakiś rytm. Na słowa uznania zasługuje również Daniel O'Sullivan, który obsługiwał nie tylko klawisze, ale również gitarę i bas. Tak tak, przyjął on na klatę tego wieczoru całkiem niezły natłok obowiązków i zrobił taką robotę, że szef powinien mu naprawdę solidną flachę sprezentować, albo premię... chociaż premię dać... [śmiech] Za perkusją trudził się Lars Pedersen z WHEN, natomiast z tyłu, ubrany w czarny kapelusz, schował się Ole Aleksander Halstensgard z PAPERBOYS, który odpowiadał za lwią część elektroniki. Można jęczeć, że to, że tamto... że Garm i spółka wypalili podczas występu tyle fajek, że przeciętnemu palaczowi starczyłoby na kilka dni... że wydudnili naprawdę niemało złotego trunku, pokazując tym samym, iż pomimo prośby, jaka ozdobiła każdy jeden kąt lokalu, sami mają w pełni luźny stosunek do występu... A może, gdy przekonali się o tym, że publika ma z uszanowaniem ich sugestii spory problem i nie zamierza pomagać im w budowaniu należnej atmosfery, zrobiło im się wszystko jedno? Moim zdaniem całkiem możliwe, albowiem pomijając oklaski między utworami, jakie mają przecież nierzadko miejsce na kameralnych i uroczystych koncertach - co poniektórych troszeczkę poniosło. Jak inaczej określić zachowanie gościa, który podczas intra do utworu "Operator" (na wszelki wypadek: dźwięk przychodzącego połączenia telefonicznego) krzyczy w stronę sceny: "odbierz, odbierz telefon..."? Nie mam zamiaru pouczać, nawracać, ani o pewnych zasadach prawić, ale wydaje mi się, że koncert ULVER to nie jest festyniarski występ popelinowego zespoliku grającego do kotleta. A może, ze względu na sceniczną absencję, ULVER to zespół nie do końca obyty z estradą i trema wymagała pewnego zagłuszenia? Nieważne.
Najważniejsze, że przeżyliśmy koncert co najmniej nietuzinkowy, przesiąknięty muzycznym mistycyzmem i spowity aurą prawdziwego artyzmu.

autor:  Kępol


<<<---powrót