Relacje

WACKEN OPEN AIR 2011

4.08 – 6.08.2011  Wacken, Niemcy

Dwie dwójki obok siebie... Niektórzy mogliby to potraktować jako ważną rocznicę, gdyż 22 latka to może jeszcze nie całe ćwierćwiecze, ale jubileusz jakiś tam zawsze… Bynajmniej nie z uwagi na te okoliczności, lecz wyłącznie za względu na obsadę postanowiłem i w tym roku ruszyć dupsko, aby po raz kolejny delektować się ciężkimi dźwiękami serwowanymi przez uczestników Wacken Open Air. Wracając jak zwykle cały i zdrowy, piekielnie wymęczony lecz niemniej zadowolony, przyznać jednak muszę, że na pewno było warto kolejny raz z rzędu tłuc się te kilka setek kilometrów w kierunku północnym i z powrotem. Nie wypadałoby nie wspomnieć na wstępie o swego rodzaju ciekawostce, jeśli chodzi zaś o ścisłości – po raz pierwszy w karierze na łamach naszego zacnego serwisu miałem bowiem przyjemność uczestniczyć w niniejszym wydarzeniu będąc wspomaganym przez innych jego współpracowników (a raczej współpracowniczkę) – trzy dni hałasu było mi bowiem dane spędzić w pewnej miłej asyście i co więcej – nie był to nikt ze znajomych odwiedzających regularnie ten sławetny fest. Nie chciałbym wymieniać na razie z imienia tejże osoby, gdyż przyjdzie na nią pora we właściwym czasie. Dla ułatwienia podpowiem jednak, iż uważnym czytelnikom MS z pewnością jest ona znana – nie raz i nie dwa już się z nią zetknęliście. Tyle i tylko tyle na razie, ale tak sobie zaplanowałem. Niemniej jednak, pominięcie tego sympatycznego towarzystwa we wstępie byłoby nietaktem ogromnym i dlatego tylko pozwalam sobie na wstępną jego zapowiedź. Może pogłówkujecie i się domyślicie kto zacz, może i nie... Przebieg imprezy to jednak rzecz najważniejsza i dlatego też z miejsca przestawiam się na jej streszczenie, a do sprawy jeszcze wrócimy.
Tocząca się na ulokowanej w namiocie Wet Stage bitwa "młodych talentów" to oczywiście stały punkt programu. Zazwyczaj niewiele spośród tychże potrafi wzbudzić choćby małe zainteresowanie, tym razem jednak reguła okazała się łaskawszą i wyjątkiem od niej okazał się norweski AEON THRONE. Norweskie młodziki o wypieki na twarzy wprawdzie mnie nie przyprawiły, śmiało stwierdzę jednak, że zgrabna mieszanka black/ death w ich wykonaniu pozwoliła na wręczenie w moim prywatnym rankingu choćby punkciku na zachętę… Z uwagi na brak dalszego zainteresowania przebiegiem Metal Battle zarówno z mojej strony, jak i już wspomnianej przeze mnie asysty, pozostały wyłącznie oficjalne punkty programu, choć z uwagi na niezbyt ciepłe uczucia żywione z mojej strony w stosunku do BLIND GUARDIAN, jak dla mnie tym głównym i jedynym był oczywiście OZZY OSBOURNE. Już od kilku lat chyba trzyma się tradycja obsadzania na True Metal Stage rockowych dinozaurów, którzy będąc tłustym kąskiem głównie dla publiki starszej daty skutecznie rozruszać potrafią jednak nie tylko jej przedstawicieli. Nic to w sumie dziwnego, bo dziadkowie rocka są takimi tylko w sensie stażu scenicznego i jeszcze niejednego młodziana potrafiliby skutecznie zakasować! W zeszłym roku udowodnił to skutecznie ALICE COOPER, w tymże z kolei wieloletni lider Czarnego Sabatu. OZZY OSBOURNE to legenda sama w sobie i przedstawianie jej nawet najgłupszym zdecydowanie mija się z celem. Ten 62-letni brytyjski dżentelmen ma absolutnie za nic upływ czasu, na fundusz emerytalny kładzie wielką lachę, nie przejmuje się ischiasem oraz podwyższonym cholesterolem, tylko twardo łupie swoje i jedno co mogę przyznać, to tylko to, że na respekt zasługuje bezpretensjonalnie. Lider BLACK SABBATH nawet i solo jest rewelacyjny, a wykonując repertuar sygnowany swoim nazwiskiem, nie zapomina oczywiście też o klasykach swojego wielkiego bandu. Nie powiem, ale słysząc taki „Paranoid” (na sam koniec, ale jak zagrany!) czy „Iron Man”, lekko pokołysać się można... Ale nie tylko i jedynie, bo „Suicide Solution”, „Mr. Crowley”, „Bark At The Moon”, „Crazy Train” czy „Mama, I’m Coming Home” też dają radę. Nie same piosenki są jednak ważne, bo całokształt show dobitnie udowodnił jak świetnie trzyma się Mr. Osbourne – tańce, podrygi, pląsy, a do tego jeszcze niespodzianki - zaskakiwanki w postaci darmowego prysznica dla wszystkich stojących w pierwszych rzędach, hehe! Gorąco nie było, ale dla wielu rozkochanych w swoim idolu strzał ze szlaucha plującego pianą mógł być nie lada zaszczytem... Ładny popis dał dziadzio, w istocie godny rockowego weterana. Jedyny mankament to moje osamotnienie w oglądaniu jego poczynań, ale wiecie – tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. Kto z was nie doświadczył zresztą podczas tak wielkiego eventu rozłąki z towarzychem? Wiecie na pewno o czym mówię, choć dobrze, że pomimo dużego rozrzutu w lokacji bezproblemowe powitanie w komplecie nowego dnia było chociaż nam dane.
Piątkowy odcinek wrażeń rozpoczęliśmy niezbyt ciekawym (przynajmniej jak dla mnie) akcentem w postaci ENSIFERUM, który w samo południe zainaugurował szereg występów na Black Stage. Niespecjalnie przepadam za niniejszym przedstawicielem fińskiego pagan folku, więc pochwalnych peanów ku ich czci raczej tu nie oczekujcie. Jeśli choć trochę mnie znacie, wiecie natomiast czego spodziewać się z mojej strony możecie jeśli chodzi o florydzkich bogów death metalu numer jeden. Panie i panowie – MORBID ANGEL! Tak, Trey i spółka nie tylko zostali zaproszeni do uświetnienia swoim występem tegorocznej edycji, bo do tego wszystkiego nie kazali wszystkim żądnym ich dźwięków maniakom zbyt długo na siebie czekać. Już dwie godziny po rozpoczęciu drugiego dnia legenda zameldowała się w komplecie na deskach Black Stage, aby wszystkim pokazać swoją siłę i świadectwo niepowtarzalnej dominacji w death metalowych rankingach. Już od początku istnienia kontrowersja stanowiła znak firmowy Chorego Anioła, nic dziwnego zatem, że i wydany przed kilkoma miesiącami, jakże tęsknie przez lata oczekiwany nowy album po raz kolejny objawił jej wyznaczniki. Można opluwać „Illud Divinum Insanus”, można zarzucać MORBID ANGEL zbytnie zapatrzenie w eksperymenty, ale jedno jest pewne – obojętnie co by się jeszcze w jego biografii nie wydarzyło, z tronu nie spadnie nigdy! Szczególnie dzięki koncertom, którym na tle innych mistrzów gatunku długo jeszcze nie zagrozi konkurencja… Po prawie trzech latach mojej ostatniej randki z zespołem w Hamburgu, głód ich występu dokuczać zaczął mi niezwykle mocno. Wiedziałem dobrze czego spodziewać się po nim można w składzie zasilonym przez Destructora, który dobrze wtopił się w struktury bandu jak i ze względu na obecność Tima Yeunga, który z niejednego pieca chleb już jadł i jak na daną chwilę wakat Sandovala wypełnia bezbłędnie. Owszem, pięknie by było ujrzeć na jednej scenie legendarny w stu procentach skład ze złotych czasów, ale jak to mawiają – gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I słusznie! Mr. Vincent (tym razem bez kultowej lateksowej bluzy, za to z nieodzownym czerwonym Demonatorem) wspierany przez broniącego lewej strony pana Myrrhena, prawego obrońcę w postaci chowającego zazwyczaj twarz za zasłoną czarnych kudłów Treya oraz tylną straż i zarazem gniazdo baterii artyleryjskiej obsługiwanej przez Tima – w takiej właśnie konfiguracji oglądać możemy ostatnio Amerykanów, którzy za każdym razem swoimi nieśmiertelnymi klasykami wbić potrafią w ziemię każdego, kto tylko się o to prosi. Już przed pięcioma laty oglądałem ich w tym miejscu, martwiąc się jakością brzmienia podczas pierwszych kawałków – sytuacja powtórzyła się na krótko i tym razem, niespecjalnie jednak wziąłem to sobie do serca, dając się ponieść od początku do końca show tej nieopisanej, magicznej ekstazie. „Immortal Rites”, „Fall From Grace”, „Rapture” – trzy klasyki na początek, po czym jako kolejne strzały blok złożony z trzech nowości: „Existo Vulgore”, znany już z ostatnich koncertów na kontynencie „Nevermore” oraz „I Am Morbid” – jeden z najbardziej pojechanych, choć świetnie nadający się na koncerty kawałek. Ciąg dalszy programu – do samego końca starocie w powłokach „Chapel Of Ghouls”, „Angel Of Disease”, „Where The Slime Live”, “God Of Emptiness” oraz “World Of Shit”. Pewnie że chciało by się więcej, ale grafik nie jest niestety z gumy… Pocieszałem się zatem myślą, że już za niespełna tydzień czekają mnie za sprawą Morbidów kolejne uniesienia, a podczas taktów ostatniego utworu przesunąłem już front nieco w prawo, gdyż zaledwie kwadrans dzielił mnie od spotkania z Tomem Angelripperem oraz jego kaprawymi kompanami. Do chwili niniejszej możliwość ujrzenia SODOM na żywo więcej niż jeden raz zawsze jakimś dziwnym trafem mnie omijała, nie mogłem zatem odmówić sobie przyjemności kolejnej konfrontacji z dowodzonym przez dawnego górnika wyklętym tercetem, który zamiast opisów wydobycia węgla obrał sobie jako teksty mroczne i wojenne tematy, a dzięki trwającemu już ponad trzy dekady uporowi i determinacji wciąż dzierży dumnie sztandar prawdziwych wojowników germańskiego thrash metalu. SODOM to muza prosta jak świński ogon i tylko to chyba decyduje o jej przyswajalności i łatwości w odbiorze. Nie dziwię się zatem, że tym złotym środkiem za każdym razem udaje się grupie ściągnąć na swój występ całkiem niemało luda. Zgromadzone pod True Metal Stage audytorium poczęstowane zostało kawałkami zarówno z zeszłorocznego krążka „In War And Pieces” (utwór tytułowy na dzień dobry), jak i całą masą nieśmiertelnych szlagierów, najbardziej chyba zresztą przez większość złaknionych. Osobiście zawiedziony nie odszedłem, gdyż „Outbreak Of Evil”, „Agent Orange”, „Blasphemer”, „Remember The Fallen” czy „Bombenhagel” to rzeczy które życzyłbym sobie na każdym koncercie kapeli, choć przy „The Saw Is The Law”, „I Am The War”, „M-16”, „City Of God” również miło było się pokołysać… Po tak solidnej dawce thrashowej eksplozji wskazanym było trochę się wyciszyć, toteż obowiązkowe zakupy oraz wizyta w obozie ekipy Szczecin, w sporej części spotkanej już zresztą w trakcie występu ekipy Treya Azagthotha, w przyjemny sposób wypełnić potrafiły czas pozostały do 19.30. Nie chodzi tu bynajmniej o wiadomości wieczorne, które w Republice Federalnej prezentowane są w większości stacji telewizyjnych pół godziny później, lecz o show kolejnego zmartwychwstałego dinozaura death metalu. Nie wnikam już w szczegóły przesłanek jakimi kierowali się przy wskrzeszeniu MORGOTH Marc Grewe i jego kolesie, ważne jest bowiem to, że wszyscy pragnący ujrzeć jeszcze ekipę z Meschede w akcji koniec końców się doczekali. Nie ukrywam że i ja podniecony byłem niezmiernie, odliczając minuty do przedstawienia które odegrać mieli twórcy tak ważnych dla europejskiego death metalu dzieł jak „Cursed” czy „Odium”. Już na wstępie zadziwił mnie jednak stosunkowo niski odsetek ich oglądających. Przestrzeń naprzeciw Party Stage pustkami może nie świeciła, do nadmiernego zagęszczenia też jednak było zdecydowanie daleko… Z drugiej strony jednak dziwić to nie powinno. MORGOTH to bezsprzecznie ekipa z czasów jakie pamiętają najstarsi górale. Nie da się też ukryć, iż moda na klasyczny death metal ponownie znajduje się na chwilę obecną nieco w odwrocie i niełatwo przyciągnąć na koncert takiej ekipy wielbicieli najnowszych brzmień. To dwa przynajmniej czynniki stanowiące o średnim raczej procencie śledzących poczynania niemieckiej legendy. Osobiście sam miałem mieszane uczucia, to już jednak wskutek samego show, po którym chyba być może za dużo sobie obiecywałem… Nie śmiałbym stwierdzić aby MORGOTH zagrał słaby koncert – nie mogło być zresztą inaczej, kiedy siłą rzeczy oparty został wyłącznie na utworach z wymienionych już wcześniej krążków oraz innych pomniejszych wydawnictw. Nie do końca tak wyobrażałem sobie jednak gig odrodzonej legendy, który kipieć wręcz powinien agresją i brutalizmem… No wiem, wiem, przecież to już nie są młodzi ludzie… Tak i tak dobrze, że dane mi było usłyszeć większość killerskich numerów z najlepszych punktów dyskografii – „Body Count”, „Exit To Temptation”, „Resistance”, „Suffer Life”, „Under The Surface”, „Burnt Identity”, „Sold Baptism”, „Pits Of Utumno”, „Isolated” czy wieńczący całość „White Gallery”... Za to mają chociaż plusa, a że za tydzień miałem zmierzyć się z nimi ponownie, powstrzymałem się na daną chwilę przed ostatecznym werdyktem. Przyszła bowiem pora na kolejnych klasyków, tym razem z czasów pamiętanych przez dziadków tych najstarszych górali. Kto zacz? Jeden z najmocniejszych fundamentów i zarazem czołowych przedstawicieli NWOBHM, który w ciągu 40 lat działalności zmieniał wokalistów i instrumentalistów, nagrywał zabójcze płyty, a za sprawą nieśmiertelnych hitów, wyśpiewywanych przez miliony fanów oraz branych na warsztat przez setki powstających przez te cztery dekady nowych zespołów – obrosły w status bogów metalu. JUDAS PRIEST. Zespół, który zjeździł świat wzdłuż i wszerz i który postanowił to zrobić po raz kolejny, tyle że… ostatni. Tak. To nie żart, niestety... Po licznych podbojach ziem świętych i nieświętych brytyjscy dżentelmeni zadecydowali zakończyć działalność sceniczną, obwieszczając wszem i wobec iż nosząca nazwę „Epitaph” wielka trasa koncertowa pozostaje ostatnią okazją ku ujrzeniu ich na żywo dla wszystkich tych, którym do tej pory nie było to dane. Potrafię z jednej strony odnieść się ze zrozumieniem do postanowienia zespołu, który na pewno przewidział powiedzenie w pewnym momencie „stop”, czerpiąc z wcześniejszych doświadczeń niewygody związane z intensywnym i długotrwałym koncertowaniem, szczególnie gdy latek na karku coraz więcej i więcej. Za diabła nie zrozumiem jednak decyzji K.K. Downinga, który na chwilę dosłownie przed trasą postanowił opuścić zespół – kilka tygodni by go przecież nie zbawiło, a wszyscy pragnący po raz ostatni ujrzeć swoich idoli w komplecie, byliby usatysfakcjonowani... Jego sprawa, ważne że szeregi JUDAS PRIEST zasilił w trybie awaryjnym młody, choć niemniej utalentowany Richie Faulkner dzięki czemu siła rażenia zespołu w konfrontacjach live nie zmalała. Cieszy też fakt, że mikrofon z tej okazji dzierży nikt inny jak Rob Halford, a Ian Hill, Glen Tipton i Scott Travis uzupełniają ten najbardziej kultowy line-up. Co grali? Wszystko, co powinni – rzekłoby się chyba najprostszymi słowami. „Rapid Fire”, „Metal Gods”, „Heading Out To The Highway”, “Prophecy”, “Night Crawler”, “Turbo Lover”, “The Sentinel”, “Bloodred Skies”, „Breaking The Law”, “Painkiller”, “Hell Bent…” (oczywiście z Harleyem, no bo jak!)… Jest sens wymieniać dalej? Już po tych zaledwie przykładach możecie mi przecież wierzyć, że było zajebiście w 99,9 %. A czemu nie w 100? Bo nad ustawieniem Judasów na równi z TSJUDER boleję do dnia dzisiejszego – latać jak kot z pęcherzem, aby słuchać lubianych i reaktywowanych ostatnio sługusów Szatana na zmianę z Bogami Metalu bywało w pewnych momentach bardzo uciążliwe… Ale nieprzypadkowo się mówi, że Polak potrafi, więc i z krótkiego koncertu Norwegów udało mi się co nieco uszczknąć – Nag syty i Halford cały, a to przecież najważniejsze. Tak i tak dobrze, że podobnego bólu odczuwać nie musiałem podczas mrocznego rytuału TRIPTYKON. Sorry, ale postawa taka byłaby już w stosunku do Toma afrontem ogromnym i kto wie, czy nie zmieniłby mnie za karę w kamień tym zimnym, szklistym wzrokiem... Na szczęście nie musiał, gdyż obserwacji przepoczwarzenia CELTIC FROST nie tylko nie zakłócił żaden inny produkujący się gdzie indziej band, a sam godzinny show nowego stwora Herr Fischera zachwycił mnie niemal identycznie jak przed pięcioma laty grający na tejże scenie sam Celtycki Mróz. Siłą rzeczy spora część repertuaru bazowała na kawałkach tegoż („Procreation Of The Wicked”, „Circle Of The Tyrants”, „Synagoga Satanae”, „Babylon Fell”), choć kawałki z zeszłorocznego „Eparistera Daimones” („Goetia”, „The Prolonging”) również w ciągu tej godziny rozbrzmiały. Nie tylko zgadzam się ze wszystkimi chwalącymi korzystną zmianę w programie, polegającą na wypełnieniu poprzez TRIPTYKON luki po CRADLE OF FILTH. Głośno przyznaję także: ten zespół nie brzmi jak CELTIC FROST ! Wiele cech wspólnych, aczkolwiek zupełnie inny efekt finalny. Zawsze to samo – zawsze coś innego? Gdzieś już słyszałem taką rekomendację, choć wiadomo z góry, że Tom Wojownik ciała raczej nie daje... Wiem jak i wy, że zbłaźnił się na „Cold Lake”, zdarza się. No, ale nie bądźmy już tak pamiętliwi, w końcu co było, a nie jest...
Sobotnie popołudnie ponownie przywitało nas produkującym się na Black Stage fińskim aktem w powłoce MOONSORROW. Choć kapela nie należy do grona moich ścisłych faworytów, szczerze przyznaję się do większej sympatii dla niej niż w stosunku do występujących dzień wcześniej w tym samym miejscu jej krajan. Głównie dzięki płytce „Voimasta Ja Kunniasta” (kurde, co za tytuł, niech się przekręcę!) z której odegrała nawet dwa kawałki – „Kylän Pääsä” oraz długaśny ujęty niemniej wymyślnym tytułem „Sankaritarina”. Na wyróżnienie zasługiwało też brzmienie – sound uzyskany przez MOONSORROW był czysty, klarowny i taki jaki być powinien. Poza tym – nic nowego, bo sztuczna krew i folkowo – metalowe dźwięki to już wszystko co zaprezentować może ten zespół. Po minionej przerwie pomaszerowałem więc raźno w kierunku Bullhead City – mieszczącej się na terenie nieco oddalonym od reszty festiwalu innej nietypowej, ulokowanej pod cyrkowym namiotem sceny, gdzie żądnego tanich efektów gminu czekają zazwyczaj atrakcje w postaci wrestlingu, zapasów naoliwionych lasek, wybory miss mokrego podkoszulka i inne cuda na kiju. Nie myślicie chyba jednak, że kierując tam swoje kroki napalałem się właśnie na wszystkie tego typu bajery? Absolutnie nie! Na scenie niniejszej występował bowiem ONSLAUGHT, którego przegapienie byłoby grzechem nieprzebaczalnym. Dziwiło mnie wprawdzie dlaczego brytyjskiej legendzie thrashu przydzielono do dyspozycji akurat tego typu obiekt, rychło okazało się jednak, że pomysł ten wcale aż tak głupi nie był. Przybyła na koncert Angoli publika nie należała do przesadnie licznej, a sam Sy Keller dzięki wychodzącemu od scenicznego podestu wybiegowi uzyskiwał z nią dzięki temu lepszy kontakt bezpośredni… A przyznać trzeba, że działo się sporo! Kawałki z „Power Of Hell” czy „The Force” są przecież morderstwem samym w sobie, pochodzące zaś z dwóch ostatnich krążków dzielnie dotrzymują im pola. Nosa mieli chłopcy reaktywując ten zespół, oj mieli! Mało kto potrafi dziś skopać z taką siłą dupska… Wskutek randki z ONSLAUGHT musiałem odpuścić sobie zatem HELLSAW, nic to jednak straconego zarówno z uwagi na wcześniejsze doświadczenia z tym bandem, jak i fakt przewidzianych na późniejszą porę dużo mocniejszych wrażeń za sprawą „czarnego” odcienia metalowego kunsztu. Pora ta nadeszła niecałą godzinę potem, na Black Stage natomiast – MAYHEM. W prawie legendarnym składzie, gdyż złożonym w 3/5 z najznamienitszych osobistości: Attila, Necrobutcher plus Hellhammer we własnych osobach, wspomagani na chwilę obecną przez dzierżących wiosła Morfeusa (LIMBONIC ART.) oraz Telocha (m. in. 1349). Nad imidżem, mało mającym już na chwilę obecną cokolwiek wspólnego z true black metalem początku lat 90-tych, boleję zapewne nie tylko ja, trudno zresztą przejść obojętnie obok takiej tandety, jaką dał z siebie zrobić Hellhammer chociażby… Ważne, że chociaż jeszcze w ogóle zagrali w tymże stylu, bo w przeciwnym razie odwrócić by się od nich mogli nawet najbardziej zadeklarowani fani. A tak to nie tylko sporo ich pojawiło się tego popołudnia pod sceną, bo i jeszcze sporo kultowych ochłapów usłyszało… Niemal większość odegranej „De Mysteriis Dom Sathanas” („Pagan Fears”, „Cursed In Eternity”, „Freezing Moon”, „Buried By Time And Dust”, track tytułowy) potrafiła skutecznie podwyższyć mi ciśnienie – słysząc przecież te numery, wyśpiewywane agonalnym wyciem Csihara trudno o inne odczucia! Nie zabrakło rzecz jasna też i kilku przedstawicieli ery Maniaca, choć dla wielu największą wartość miały zapewne te najbardziej stare i cuchnące prawdziwą grobową stęchlizną starocie – „Deathcrush”, „Carnage” czy „Pure Fucking Armageddon”. Jak już wspomniałem – gdyby tak jeszcze te przesiąknięte smrodem zwłok szmaty zechcieli włożyć na grzbiety szanowni panowie muzycy – każdy byłby chyba wpiekłowzięty. Dobrze więc, że o jakiś krzyżyk postarał się chociaż Attyla, dzierżąc go w łapach przez większą część show… No i dobrze, że był to w końcu TEN zespół, ten MAYHEM, który wszyscy chcielibyśmy nazywać prawdziwym… Co dalej? Kolejna, prawie półtoragodzinna przerwa jak dla mnie. A zaraz po niej coś ekstra, coś czego w życiu nie doświadczyłem jeszcze nigdy i pewnie stąd tak intensywne wrażenia. Nie bądźcie zdziwieni oświadczeniem, iż zespół ów zobaczyłem przy niniejszej okazji pierwszy raz w życiu – wiem, że stary baran ze mnie i debiutować oko w oko z takim gigantem dopiero teraz wydawać by się mogło nieco ironiczne, ale nie ma co – lepiej późno niż wcale, czyż nie? Jakoś tak wyszło że akurat SEPULTURA nie przecięła do tej pory żadnej z moich dróg, koniec końców jednak się stało i… chwała Rogatemu! Podobnie jak w przypadku opisywanych już we wcześniejszych wersach innych wykonawców, także i tu życzyłbym sobie do pełni szczęścia najbardziej znanego składu chociażby, ale skoro braciom Cavalera niespieszno do ponownego obsadzenia szeregów, a i Derrick Greene czuje się całkiem dobrze pod tym szyldem, zadowolić się muszę tym co jest, choć nawet i tu wskutek obiektywnej analizy wyróżniłbym sporo na „tak”. W końcu i sam Greene zgrabnie wtopił się w obraz kapeli, a w kontakcie z publiką radzi sobie więcej jak poprawnie, już chociażby dzięki niezłej znajomości niemieckiego, hehe! Kisser i siwiejący lekko Paulo Jr. podobnie jak na płytach także i na scenicznych deskach wiedzą jak obchodzić się należy z instrumentami – gdyby tak jednak ta druga gitara jeszcze, to ogólnie cycuś by było… Nic to jednak, bo nawet i bez drugiego wiosła numery pokroju „Arise”, „Refuse/ Resist”, „Choke”, Troops Of Doom”, „Territory”, „Inner Self”, „Rattamahatta” czy „Roots Bloody Roots” walą w łeb mocno i skutecznie. To kilka zaledwie przykładów, przytaczając je jednak miałem na celu zobrazowanie satysfakcji, której nie miałem szczęścia do danego dnia zaznać. Nie za długo, ale z klasą – i o to właśnie chodzi! Kto wie, czy w przypadku obecności Kawalerów nie lałbym ze szczęścia po nogach… No, przynajmniej spodnie miałem suche i niniejszym bez konieczności zmiany ineksprymabli doczekałem ostatnich zaplanowanych na tenże wieczór punktów programu. Pozostało ich zaledwie dwa, przy czym nieszczęsnym zrządzeniem okoliczności nakładały się na siebie, rychło doszedłem jednak do słusznych wniosków na co iść, a co odpuścić. Wiem, że Mille nie czułby się chyba już dziś skrzywdzony absencją jednego zaledwie widza, gdyż KREATOR należy na chwilę obecną do grup, które na imprezach podobnego formatu publikę mają zawsze kupioną. Nie należy także do przesadnych stwierdzenie jakoby mistrzowie thrashu bazowali od kilku lat na rzadko modyfikowanym, wręcz tym samym koncertowym secie, przez co zwykły przesyt staje się nieunikniony. Wreszcie częstotliwość z jaką oglądałem w ostatniej trzylatce hordę z Essen skutecznie przeważyła moje dylematy i tylko dlatego po wysłuchaniu trzech lub czterech kawałków skierowałem się ku Wet Stage, gdzie do odpalenia swoich pieców przygotowywała się holenderska supergrupa, grająca zresztą na największym metalowym feście po raz pierwszy. Fakt, jak do tej pory HAIL OF BULLETS grywał na wielu spędach, nigdy nie zaszczycił jednak swoim występem publiki z Wacken. A zespół wart jest przecież tego zaszczytu nie tylko ze względu na grające w nim osobistości, lecz i z powodu świetnej muzyki, którą w ciągu trzech zaledwie lat opublikował na dwóch wydanych nakładem Metal Blade albumach. Klasyczny, trącący myszką death metal nawet i dziś znajduje wielu wielbicieli, nic dziwnego więc, że chętnych ujrzeć Holendrów na żywo nie mogło zabraknąć i tutaj. Nie muszę oczywiście przypominać, że dźwięki serwowane przez takich mistrzów jak Van Drunen, Gebedi, Baayens, van Eekelen i Warby nabierają szczególnie wspaniałego smaku. Na minus zapisałbym jedynie długość setu, a wiadomo że w ciągu 30 minut zbyt wiele zagrać się nie da. Grad Pocisków uraczył jednak wszystkich sześcioma kawałkami, wybierając po trzy z każdego długograja – w ten sposób dzięki „General Winter”, „Operation Z”, „Red Wolves Of Stalin”, „Kamikaze”, „Tokyo Napalm Holocaust” czy „Ordered Eastwards” dane było wszystkim liznąć zarówno co nieco z historii niemieckiego ataku na ZSRR, jak i przebiegu walk na Pacyfiku. Były też i charakterystyczne pozy muzyków, były brawa na koniec… Oczywiście zasłużone, bo nawet przez te dwa kwadranse HAIL OF BULLETS odwalił kawał dobrej roboty. Podobnie jak chyba i ja, gdyż band ów przypieczętował kres moich dzielnych obserwatorskich zmagań, które we wcześniejszych wersach streściłem. Znając życie, mnogo było pewnie tych, którzy w ulewnym deszczu zmagali się z CHILDREN OF BODOM, niewykluczone też, że i inni pomniejsi uczestnicy skutecznie wyciskali poty ze wszystkich okupujących pomniejsze sceny. Ja postanowiłem spędzić resztę nocy w towarzystwie ekipy z rodzinnego miasta, co oczywiście dzięki klasycznemu i obecnemu jak zawsze wyjazdowemu humorowi wyszło mi o wiele bardziej na dobre. Bezsenne godziny przedświtu przyniosły jednak kolejne obfite opady, przez co wysłużony namiot w kilku miejscach zaczął lekko przeciekać – najwyższy czas, aby tradycyjnie w niedzielny poranek zbierać się do domu...
I to wszystko. Nudnym i oklepanym będzie pewnie moje tradycyjne stwierdzenie o tym, że było fajnie, choć lekko męcząco, ale tak przecież jest zawsze. Są niewygody, za każdym razem wynajdę jednak coś, co w ogólnym podsumowaniu przemawia na plus, przez co kolejny wypad po roku ponownie dochodzi do skutku. Oby więc i w przyszłym wypalił, szczególnie wobec faktu, że byłby on już… dziesiątym na koncie moich „wackenowych” osiągnięć. A póki co – serdeczne dzięki za wszystko dla znanej z innych artykułów naszego ukochanego serwisu Leny oraz towarzyszącej jej kumpelki Ani, gdyż to w ich właśnie towarzystwie miałem przyjemność spędzić całkiem niemało czasu w ramach zacnych odsłon festiwalowego programu. Teraz już wiecie wszystko, a ja dziękuję za uwagę. See ya!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

WACKEN OPEN AIR 2011















<<<---powrót