Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2011

11/08/ - 13/08/2011  Schlotheim, Niemcy

Jak zwykle minęło kilka dni od Wacken i… jak zwykle ruszyłem ku nowej przygodzie. Przygodzie zwanej Party San, w której uczestniczę regularnie od kilku lat i w której tym razem zamierzałem wziąć udział z jeszcze większym zapałem. Nie wiem dlaczego zdarza mi się narzekać na tak gównianą formę, w której zazwyczaj jestem po powrocie z Wacken, kiedy po kilku dniach siły wracają, toteż nic dziwnego, że podobnie było i w tym roku. Jak zwykle jednak trwało to krótko, więc jak zwykle obrałem kierunek na… No właśnie.
Choć przebąkiwania o zmianie lokalizacji festu już przed dwoma laty sugerowały powyższą ewentualność, dopiero zeszły rok przypieczętował decyzję o przeniesieniu teatru działań na inne tereny. Każdy kto czytał mój zeszłoroczny raport lub sam nawet tam był, pamięta przecież jak bardzo dała się we znaki aura, a hektolitry wody lejące się z szarego nieba niemal bez przerwy zamieniły teren imprezy po prostu w bagno. Ów czynnik zaważył właśnie na tym, że tym razem postawić należy na miejsce któremu podobny scenariusz nie grozi. Poszukano, zrobiono rozeznanie, po czym wybór padł na znajdujące się niedaleko Schlotheim – innego miasta malowniczej Turyngii – lotnisko Obermehler. Pogoda będąca w tym roku zdecydowanie łaskawszą od zeszłorocznej nie pozwoliła wprawdzie na przetestowanie nowego miejsca w ekstremalnych warunkach atmosferycznych, pierwsze wrażenie nie należało jednak do negatywnych nawet jeśli chodzi o sam wygląd – areał zbliżony do tego z poprzednich lat, układ sceny i stoisk taki sam, bufet i namioty stołówkowe na backstage’u też w zasadzie podobne. In minus zapisać jednak można odległość dzielącą punkt akredytacyjny od pól namiotowych (co przy ilości bagażu raczej ma znaczenie, szczególnie gdy nie posiada się auta), przy czym z tymi ostatnimi też nie było najlepiej i niespodzianki dały o sobie znać już krótko po przybyciu. Grunt pod teren lotniska zawsze wymaga utwardzenia, toteż rozbicie namiotu na nafaszerowanej kamieniami ziemi na pewno do łatwych zadań nie należało. Dzięki sąsiedzkiej uprzejmości dało się jednak i to przezwyciężyć, więc ku ogólnemu zadowoleniu oczekiwać należało na atrakcje wieczoru dnia pierwszego. Tutaj jednak ponownie dało o sobie znać rozczarowanie – ekipie technicznej z powodu zbyt silnego wiatru nie udało się na czas zakończyć prac nad konstrukcją kryjącą dach sceny, przez co z prozaicznych względów bezpieczeństwa wszystkie mające odbyć się na niej koncerty musiały po prostu zostać odwołane. Nie oznaczało to rzecz jasna całkowitego ich braku, gdyż w sytuacji powyższej występy kapel przeniesiono do służącego na potrzeby tradycyjnego metalowego karaoke namiotu, w którym zorganizowano także bezpośrednie wejście dla fanów. Nie ukrywam, że początkowo nie tylko ja zdawałem się być tą wynikającą z wyższej konieczności zmianą niepocieszony, rychło okazało się jednak że przy prawie wszystkich zaplanowanych na tenże dzień zespołach, mocno męczące wcale się to nie okazało. Już przed pięcioma laty funkcjonowało to bowiem w podobny sposób i ciasnota produkującym się na podeście muzykom jakoś nie groziła. Podobnie jak teraz. Przetarcia szlaków podjął się norweski BYFROST. Mieszanka black metalu z naleciałościami thrashu serwowana przez tenże tercet nie podeszła mi ani trochę. Niespecjalnie unosiłem się też tym razem przy DEW-SCENTED czy ABORTED, gdyż są to bandy, które grają może i fajnie, aczkolwiek po zobaczeniu ich na scenie więcej niż trzy lub cztery razy odnosi się wrażenie że brzmią mechanicznie, identycznie i najwyraźniej w świecie… zaczynają się nudzić. Nie poruszył mnie również NEGURA BUNGET, choć wiem że przy jakiejś okazji wypowiadałem się o nich pozytywnie… Zapytacie więc zapewne czy w ogóle było coś co jako tako mi się podobało, a ja odpowiem – owszem, było. Po trzykwadransowej dawce metalu z transylwańskimi klimatami zainstalował się bowiem pierwszy podczas tej edycji black metalowy akt z krwi i kości. Z krwi szczególnie, gdyż nie od dziś wszystkim wiadomo że czerwona substancja to znak rozpoznawczy tegoż kwartetu. DARKENED NOCTURN SLAUGHTERCULT, gdyż tymże właśnie okazał się kolejny uczestnik, raz krzywdę mi już zrobił – dokładnie przed dwoma laty w ramach edycji naszego lokalnego festiwalu Pod Czarnym Słońcem. Spodobał mi się do tegoż stopnia, że pragnienie ujrzenia go ponownie zawładnęło mną nieopisanie. Do konkretnego dnia okazja jednak nadarzyć się nie chciała, nie dziwcie się zatem, że biorąc pod uwagę długą przerwę plus zaprezentowany kunszt, wrażenia doznane podczas tejże po prostu musiały być pozytywne. Nic się nie zmieniło – dowodząca swoimi kamratami Onielar (lub Yvonne Wilczyńska, czego nigdy zresztą nie ośmielała się wstydzić) w dalszym ciągu dba o to, aby koncerty DNS miały to, co na dobrym black metalowym koncercie być po prostu powinno: diabeł, zło, mrok i idąca z tym w parze dobra muza. Image to oczywiście druga sprawa, więc dekoracja z pentagramem, kolce, makijaże i dłuuuugaśne blond włosy pani Wilczyńskiej muszą tu oczywiście także zostać wymienione. Nie zabrakło oczywiście dobrych pozycji w repertuarze, przy czym te z ostatniego opusu „Saldorian Spell” siłą rzeczy musiały dominować… Czasem dziwię się sobie, dlaczego będąc młodszym potrafiłem to niemieckiego black metalu żywić taką awersję – czyżby latka tu spędzone wycisnęły już jakieś piętno? Kurczę, niedługo zacznę może jeszcze koszulki Nocnej Obstrukcji nosić… Nigdy nic nie wiadomo, a już szczególnie wobec faktu, że gusta też się zmieniają. Ale nic to, jedźmy dalej. Całkiem ładnie wypadł ten nasz DECAPITATED. Wydawać by się mogło, że po tragedii jaka spotkała kapelę przed czterema laty chłopaki nieprędko podniosą się na nogi, a tu proszę – dziś gardło zdziera uzbrojony we wspaniałe dredy Rafał Piotrowski, a nowy materiał trafił do rąk fanów dzięki Nuclear Blast. Nie da się jednak nie zauważyć, że riffy grane ręką Vogga to domena tej kapeli, co przesądza chyba o całej jej technicznej unikalności. Gdyby nie ona, to nie wiem czy w stajni pana Staigera w ogóle znalazłoby się dla niej miejsce, choć o bycie niektórych tworów tamże mam wyrobione zdanie, nie musząc chyba zaznaczać jakie… Z okazji świeżości „Carnival Is Forever” nie wypadało oczywiście nie zaprezentować choćby cząstki tego albumu, choć pomimo ustawowych trzech kwadransów znalazło się miejsce i na parę starszych rzeczy. DECAPITATED z pewnością spodobał się zgromadzonym pod brezentem namiotu, wielu było już zapewne jednak myślami przy TRIPTYKON, zapowiedzianym jako headliner dnia pierwszego. Nie obawiajcie się – został zapowiedziany, to i zagrał. Z pewnym wynikłym wskutek poprzednich obsuw opóźnieniem, ale zagrał. Nie ukrywam jednak, że dla grup tego pokroju, stawiających na równi z wysokiej jakości muzyką także i na oprawę teatralną, zaistniałe warunki z pewnością nie spełniły oczekiwań… Tak i tak dobrze, że Tom i S-ka w ogóle pokazali się na scenie, choć postawiony wymóg zakazu fotografowania z pewnością spowodował, że niejednemu z chcących mieć ich pamiątkowe fotki z pewnością zrzedła mina. No, ale takie są niestety przywileje dużych gwiazd, na które my maluczcy nie możemy mieć żadnego wpływu… Tak i tak dobrze, że każdy chcący usłyszeć chociaż dokonania TRIPTYKON miał ku temu okazję, choć ścisk panujący pod namiotem z pewnością niejednemu ograniczał nie tylko swobodę ruchową, o obserwacyjnej już nie wspominając… Dobrze jednak wszystko zabrzmiało, a przy „Procreation Of The Wicked” czy „Circle Of The Tyrants” z pewnością nie byłem osamotniony w zraszaniu bielizny osobistej… Po godzinnym misterium pozostało zatem udać się na spoczynek i utulonym w objęcia Morfeusza oczekiwać co przyniesie kolejny dzień.
Dzień drugi rozpoczął się miłym akcentem nie tylko poprzez świadomość, że funkcjonuje już normalnie duża scena. Także dzięki rozpoczynającemu go na deskach tejże akcentowi skandynawskiemu, i to w dodatku death metalowemu. Wcale nie byle jaki zresztą, gdyż PUTERAEON zaprezentował całkiem krwisty kawał mięcha. Niespecjalnie żylasty i tym samym bez kości, toteż godzina lekcyjna spędzona przy piosenkach krótkowłosych w większości Szwedów z pewnością nie poszła na marne. Absolutnie nie zamierzałem tracić jednak czasu przy popisach TRUPPENSTURM. Nie to, że go nie miałem, tylko po prostu wybabrani czerwoną farbą trzej kolesie grali muzę tak nudną, że odpuściłem bardzo szybko. Wiedziałem zresztą czego spodziewać się po tym teatrzyku, bo już przed trzema laty oglądałem go tak samo się nudząc. O ile TRUPPENSTURM jedynie usiłował grać black metal, stwierdzenie takie w przypadku URGEHAL byłoby co najmniej obrazą. Nefas i jego kompani to nie to samo co chcący pozować na czcicieli diabła marni grajkowie. Tutaj jest ohyda, sprośność i Szatan w tym najlepszym wydaniu! True Norsk Satanisk Black Metal po prostu! Już rzucony na pierwszy ogień otwieracz z „Ikonoklast” – „Stesolid Self…” dał wszystkim oglądającym do zrozumienia, że miejsca na delikatności i czułe słówka nie będzie tu ani kawałka. Rzekło się. „Goatcraft Torment”, „Dodelagt”, „Nekromisantrop” (zagrany ku ogromnej radości polskiego audytorium!), „Mirror Satan”, czy „Dodsmarsj Til Helvete” w dalszej części programu były tego najlepszym przykładem. Mniej więcej w środku gigu Norwegowie pozwolili sobie na cover wybierając do tego celu przerobiony na „czarno” „Twisted Mass Of Burnt Decay” autorstwa AUTOPSY. Pojawił się jeszcze „Satanic Black Metal In Hell” zagrany z gościnnym udziałem bassmana KOLDBRANN, po czym uznając, że ku chwale Rogatego wszyscy zostali uszczęśliwieni, URGEHAL zwinął manele i zszedł ze sceny. Po dawce solidnego przypiekania na piekielnym ogniu momenty ekstazy przeżyć mogli wszyscy rozkochani w szarpiących thrashowych riffach podług szkoły z Bay Area. To, że SKELETONWITCH wzoruje się na swoich szlachetnych krajanach słyszalne było zdecydowanie wyraźnie, nie powiem jednak aby piątka Amerykanów zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Nie wiedziałem za to jak ustosunkować się do występu DESULTORY, gdyż wznowioną działalność kolejnego starucha dawnych pięknych dni śmierć metalu trudno mi ocenić choćby ze względu na brak znajomości nowej płyty. W kwestii dawnej popularności Szwedzi nigdy nie dorównywali zresztą swoim pierwszoligowym kolegom po fachu, trudno bowiem zaliczyć „Into Eternity” czy „Bitterness” do klejnotów gatunku. Dobra robota i nic poza tym, dlatego też chyba zrozumieli to w którymś momencie i dali sobie na luz, szczególnie po dennym „Swallow The Snake”… Dzisiaj wracają, wydają płytę, grają koncerty – oczywiście dobre, w stu procentach death metalowe, ale poza tym już nic. Z tego tylko względu niespecjalnie długo zabawiłem pod sceną, kiedy zaś wiszące od dłuższego czasu nad terenem festiwalu chmury spuściły niezbyt obfity, ale zawsze jednak deszcz – wszelkie dylematy odnośnie udania się na posiłek zniknęły. Kolejne trzy godziny również w moim przypadku pozbawione były jakichkolwiek wyższych uniesień, gdyż pomimo ogromnego szacunku dla ABSU, PRIMORDIAL i MELECHESH nie stawiam tych formacji bliżej szczytu wykazu swoich faworytów, a ten kto oglądał je choćby raz w życiu, wie czego można się po nich spodziewać… Dłużej zabawiłem za to pod sceną kiedy w godzinach wieczornych zainstalował swój sprzęt BELPHEGOR. Z przymusu oczywiście tam nie zostałem, zawsze wypowiadałem się przecież o hordzie niniejszej z uznaniem, choć nie powiedziałbym abym za sprawą „Blood Magick Necromance” utracił wszystkie zmysły, gdyż od kilku lat jawi się w mojej prywatnej opinii jako zdecydowanie najsłabszy long Austriaków… Z uwagi na jego aktualność setlista obowiązkowo zawierać musiała choćby namiastkę ( „In Blood – Devour This Sanctity”, „Rise To Fall – Fall To Rise”), choć ku mojemu szczęściu nie zabrakło też i przeglądu poprzednich wydawnictw. Zdaję sobie sprawę, że usłyszeć coś z trzech pierwszych albumów traktować dziś już można wyłącznie za mrzonkę, ale skoro poleciały przynajmniej „Belphegor – Hell’s Ambassador”, „Lucifer Incestus”, „Justine: Soaked In Blood”, „Walpurgis Rites”, to tak strasznie źle jeszcze nie było. Ośmieliłbym się nawet stwierdzić, iż pod względem soundu był to zdecydowanie najlepszy występ BELPHEGOR jaki dane mi było kiedykolwiek oglądać. Zwolenników wrażeń wizualnych ucieszył zapewne odegrany w międzyczasie rozbierany taniec jakiejś perwersyjno – diabelskiej pani, choć jak dla mnie śmiało mogli sobie chłopaki darować… No, ale skoro musi być diabeł, krew i cycki, to ja już nic nie mówię. Po dawce death/blackowego bluźnienia przyszła pora na kontynuację tematu, aczkolwiek w bardziej konserwatywnym wydaniu. Dzieci ziemi norweskiej po raz kolejny udowodniły, że zapach siarki i bulgot smoły od dawna stanowi determinantę tegoż kraju, jeśli chodzi o szczegóły zaś, dziećmi tymi okazały się umalowane pysie z 1349 i tylko chyba dlatego nie muszę zbytnio się tu rozpisywać. O moim stosunku do ENSIFERUM wiecie doskonale, nie widzę więc potrzeby powtarzać się, a już tym bardziej zapewniać, że w ciągu zaledwie tygodnia coś się w tej kwestii zmieniło. Ani jedna zmiana nie zaszła jednak wobec gwiazdy wieczoru, po której występie nie tylko wiele sobie obiecywałem, ale i na którą czekałem kilka zaledwie dni wydających się latami. Czy powiedziałem jednak kiedykolwiek, że koncertów MORBID ANGEL za dużo? Nigdy! I nigdy sformułowanie takie by zresztą z moich ust nie padło, toteż minuty odliczane do show florydzkich bogów death metalu musiałem po prostu odliczać nerwowo. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie deszcz, który jak na złość zaczął siec z czarnego nieba niezwykle mocno dosłownie na chwilę przed występem – chyba jakieś archanielskie zastępy w wyraźny sposób postanowiły coś popsuć, okazało się jednak, że wielkości muzyki granej przez kompanię Treya Azagthotha nie jest w stanie przyćmić nic. Pomimo obfitych strug deszczu widownia nie rozpierzchła się, lecz dzielnie dotrzymywała kroku swoim idolom. Z uwagi na pozycję headlinera Morbidzi nie tylko pozwolić sobie mogli na dłuższy set niż ten na Wacken, ale przede wszystkim i dokonać pewnych zmian na liście kompozycji. Częściowo układ pozostał nienaruszony, podobnie jak przed tygodniem odegrane zostały oczywiście zarówno stare, jak i nowe kawałki. Spośród zaliczających się do pierwszej grupy pojawiły się oczywiście kolejno „Immortal Rites”, „Fall From Grace”, „Rapture”, „Pain Divine”, „Maze Of Torment”, „Sworn To The Black” (którego naprawdę szczerze pragnąłem!), „Angel Of Disease”, „Lord Of All Fevers And Plague” oraz „Chapel Of Ghouls”, przeplecione gdzieś pośrodku dwoma nowymi strzałami – „Existo Vulgore” i „Nevermore”. Lekkie pretensje mam za brak czegokolwiek z „Domination”, a już w szczególności „Dawn Of The Angry”, który na koncerty nadaje się wyśmienicie… Wszystkiego jednak mieć nie można, powtarzałem to już zresztą nieraz, a biorąc pod uwagę parszywe warunki pogodowe, których z powodu braku pelerynki nie wytrzymał chociażby mój serdeczny znajomy z Cacophonia.de ewakuując się już po drugim utworze do zadaszonej bekstejdżowej stołówki, uznać mogę, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Życzyłbym sobie teraz rzecz jasna jak najszybszej wizyty MORBID ANGEL nad Sprewą, możliwości usłyszenia ciepłego barytonu Mr. Vincenta nie tylko na scenie, no i tak samo dobrych wrażeń oczywiście… Co ma wisieć - nie utonie, wierzę zatem, że stanie się to jak najszybciej.
Jeżeli ktoś nastawiałby w tym miejscu się na szczegółowe relacje popisów DAWN OF DISEASE, CLITEATER czy WITCHBURNER, od razu muszę zaznaczyć, że spotka go w związku z tym srogie rozczarowanie. Jakikolwiek z tych zespołów nie zaprezentował bowiem nic innego, jak solidne, bazujące zazwyczaj na śmierć metalu rzemiosło – najczęściej plasujące się jednak na pograniczu drugiej i trzeciej ligi, co zdecydowanie u mnie nie ma raczej szans przypunktować. Lekko ożywiłem się natomiast przy PANZERCHRIST, co spowodowane z kolei zostało zdecydowanie wysokim poziomem ich występu, nie mówiąc już o tym, że trzy kwadranse popisów Duńczyków emanowały soundem wgniatającym w ziemię niczym potężny, pancerny walec. Nie można było tego powiedzieć już jednak o HEIDEVOLK, który nie dość, że przekomiczny był sam w sobie, to muzycznie też za bardzo nie przekonywał… Widocznie albo nie dorosłem do takich rzeczy, albo po prostu wrodzona złośliwość i profanacja utrudnia mi akceptację tak zjawiskowych tworów – HEIDEVOLK grał bowiem folk metal. Może nie to sprawiało, że ów wielki zespół od razu spisany przeze mnie został na straty – czasem i z takiej sceny da radę wygrzebać coś miłego dla ucha, sęk jednak w tym, że Holendrzy byli po prostu badziewni. Dalszy ciąg programu przynieść miał wrażenia natury cmentarno – prosektoryjnej, których to dostarczyć miał EXHUMED. Wszyscy spragnieni kontaktu z ekskrementami oraz latającymi flakami musieli jednak jeszcze trochę odczekać, gdyż okazało się, że kapela nie zagra tak jak zostało zaplanowane, lecz nieco później. Okazało się bowiem, że bus chłopaków obrał zły kierunek i zamiast do Schlotheim pojechał… na stare miejsce do Bad Berka! Nie muszę chyba dodawać nic więcej poza tym, że po ogłoszeniu tego komunikatu ze śmiechu skręcało się chyba pół festiwalu? Nieźle zakręceni musieli być chłopcy – od dawna już wiadomo było o nowym miejscu akcji. A może to siła sentymentu? Nieważne, bo koniec końców się pojawili, a zamiast tego na scenę wkroczyło mgliste, kontrowersyjne, aczkolwiek norweskie komando – również zresztą przeze mnie ulubione. Oddziałem tym okazał się dowodzony przez chuderlawego i upiornego jak zawsze Hoesta TAAKE. Jakoś tak wyszło, że jak do tej pory zaliczyłem jeden tylko jego występ na żywo. Drugie spotkanie z hordą dostarczyło mi jednakże niemniej intensywnych doznań niż to sprzed około roku – jeśli ktoś biadoli wciąż jeszcze, że scena black metalowa zdycha, a cały trend szmaci się na maksa, powinien zapodać sobie TAAKE i z miejsca przejdzie mu ochota na marudzenie. Punkowa niemalże surowizna tychże kompozycji jest niczym lek na wszelkiego rodzaju sentymentalne bóle w dupie! Nie udało mi się ustalić wprawdzie, czy zaprezentowane zostały kawałki z nadchodzącego wielkimi krokami nowego albumu „Noregs Vaapen”, przyznam się jednak bezwstydnie, że otwieracze z „Nattestid…” lub z „Hordalands Doedskvad” o lekką erekcję przyprawić mnie potrafiły… Chyba nawet dobrze wyszło z tym przestawieniem kolejności wskutek przekomicznej przygody EXHUMED – szybciej dostałem to, na co miałem chrapkę. Co do ekipy Matta Harveya przyznać z kolei muszę jakoby wypadła nieźle, ale to tyle i jedynie tyle. Szanuję tę amerykańską ekipę, z czystego tradycjonalizmu jedna przynajmniej jej pozycja gnije na którymś z moich regałów z ukochanym hałasem, nie powiedziałbym jednak, abym ciął się przy tymże stuffie. Dobre rzemiosło i wszystko w temacie. Po recitalu pupili Relapse swoje pięć minut dostali nareszcie zwolennicy bardziej inteligentnych i tajemniczych zarazem odmian black metalowego grania. Do obcowania z zespołami pokroju NACHTMYSTIUM istotnie potrzeba sporej dozy wyrozumiałości, podobnie jak bardzo pojemnego umysłu. Kapelę podziwiałem w akcji w zeszłym roku podczas Festung Open Air i choć faktem jest, że festiwal wyzionął ducha, wspomnienia pozostają nieśmiertelne. Stamtąd właśnie zapamiętałem NACHTMYSTIUM jako zespół piekielnie interesujący, nie pomyliłem się zatem ani trochę w szacunkach co do aktualnego występu. Przyznałbym nawet, że zyskał jeszcze bardziej na jakości, choć zachodzę teraz poważnie w głowę co do keyboardów – były poprzednim razem czy też nie? Bądź co bądź, Blake Judd i jego kumple spisali się na medal i czas spędzony przy muzyce Jankesów na pewno nie był stracony, nawet pomimo braku przesadnych uczuć do tego typu dźwięków. Nie inaczej było też oczywiście w przypadku HAIL OF BULLETS, choć tu akurat inna opcja po prostu w grę wchodzić nie mogła – oldskulowego death metalu granego przez znane osobistości sceny nigdy za wiele. Na szczęście mając do dyspozycji więcej czasu niż na Wacken, chłopaki uraczyć mogły publikę kilkoma przynajmniej kompozycjami więcej. Ja bardzo chętnie wysłuchałem „Operation Z”, „Red Wolves Of Stalin”, „Full Scale War”, „General Winter”, „Berlin”, „Kamikaze” czy „Ordered Eastward”, bawiąc się pysznie i z pewnością nie będąc w tym osamotnionym. Po występie Holendrów słońce zaczęło coraz wyraźniej kryć się za horyzontem, co sprzyjało naturalnie sytuacji, w której tylko czarci czuć się mogą wspaniale. Co niniejszym nastąpiło, gdyż znane wszystkim dekoracje, którymi przyozdobiono scenę, potwierdziły obecność tych anonsowanych w ostatnich miesiącach przed festiwalem. Swoją drogą, nie pamiętam jeszcze sytuacji, aby grający na festiwalu jakikolwiek band tak szybko zaproszony został ponownie – występując bowiem zaledwie przed rokiem, WATAIN powrócił i w tymże. Dla wszystkich rozkochanych w emanującej od zespołu diabelskości występ Szwedów z pewnością był istotnym świętem, sam przyznać muszę jednak, że niespecjalnie oglądałem tym razem Erika i jego kamratów z podwyższonym ciśnieniem. Nie myślcie oczywiście, iż mój stosunek do WATAIN w międzyczasie się zmienił – nic takiego nie nastąpiło, choć ilość razy z jaką ostatnio oglądałem kapelę niewątpliwie wpłynąć mogła na przesyt. Jedynym plusem było to, że tym razem synowie piekieł postawili głównie na kawałki z dwóch pierwszych albumów, poza tradycyjnym coverem (tym razem „A Fine Day To Die” autorstwa BATHORY) dedykowanym tradycyjnie wiadomo komu, jak i całą gamą buchających na scenie ogni, o niczym innym niespecjalnie warto już chyba wspominać… Nie powiem jednak abym chciał oglądać ten sam zespół także i w przyszłym roku – szacunek szacunkiem, ale ponoć co za dużo…
Trzy ostatnie zespoły w programie. Przypuszczalnie oczekiwalibyście w tej kwestii czegoś ekstra, bo zazwyczaj najciekawsze atrakcje przewidziane są przecież na sam koniec. Być może będziecie rozczarowani, być może mi nie uwierzycie, ale… ja już po prostu nie miałem na nie ochoty. Po lekkim zawodzie jaki sprawił mi przed tygodniem MORGOTH, niespecjalnie miałem ochotę na tego typu powtórkę. Oczywiście obejrzałem kapelę z daleka, zgodnie z tym co przypuszczałem jednak – Niemcy ani trochę nie poprawili formy, którą nie do końca mnie zauroczyli podczas Wacken. Set niespecjalnie różnił się od tego sprzed siedmiu dni, z uwagi na przydzielone trzy kwadranse został nawet nieco okrojony. Nie mam zamiaru powielać tu zatem wywodów, które gdzieś już zawarłem, poza tym – skoro tym razem już z ust wielu padło stwierdzenie, jakoby MORGOTH wypadł blado, wygląda na to, że mój gust nie wypaczył się jeszcze do samego końca… O ENSLAVED wypowiedzieć się mogę jak najbardziej ciepło, choć to także jeden z zespołów oglądanych przeze mnie już kilkakrotnie. Tylko dlatego nie widzę sensu szczegółowego omawiania po raz kolejny przebiegu kolejnego ich występu, które niespecjalnie się od siebie różnią, oczywiście poza wzbogacaniem repertuaru kawałkami z promowanego właśnie krążka (w tym przypadku „Axioma Ethica Odini”). Szanuję Grutle i Ivara za ich miłość do staroskandynawskiej tradycji oraz za to, że jako szczawie z gilami pod nosem zamiast bawić się resorakami postanowili założyć zespół, tym razem jednak pominę ich poczynania milczeniem – wybaczcie. A co do AT THE GATES… No tak, zapewne nie wybaczycie mi, że potraktowałem po macoszemu także i show mistrzów melodic death metalu z Goeteborga. Szczerze mówiąc, też trochę się tego wstydzę, ale… Pomimo faktu, że band był (a może i dalej jest) jeden jedyny w swoim rodzaju – nie mogę zmuszać się po prostu do czegoś co wymaga na dany moment zupełnie innego nastroju. Wiem, że grupa Tomasa Lindberga nie gra psychodelii, trudno też doszukiwać się w niej jakichś ambitnych dźwięków – to jak najbardziej death metal z krwi i kości, tyle tylko, że na dany moment niezbyt mnie pociągający… Wiem, że rudy brodacz i jego kamanda na pewno uszczęśliwili wszystkich, którzy bawili się przy kawałkach z „The Red In The Sky Is Ours”, „Terminal Spirit Disease” czy „Slaughter Of The Soul” i które docierały na zaplecze, gdzie dosyć dużą grupą śpiewaliśmy Tormentorowi z DESASTER „Happy Birthday” – wiem to tak samo, jak i to, że kolejna edycja Party San w nowym miejscu ponownie za rok się w nim odbędzie, że ponownie zapewne utruję się nielicho przy rozbijaniu namiotu, że piwo lać będzie się szerokim strumieniem, że spotka się tych i owych, że zagra IMMORTAL… Ale wiem też, że pomimo wszystkich przeszkód i trudności, na które zawsze przy takich imprezach narzekam, tak i tak zrobię wszystko aby znaleźć się tam znowu. Grunt to przywiązanie.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

PARTY SAN OPEN AIR 2011

BYFROST

DEW-SCENTED

ABORTED

NEGURA BUNGET

DARKENED NOCTURN SLAUGHTERCULT

DECAPITATED

PUTEREAEON

TRUPPENSTURM

URGEHAL

SKELETONWITCH

DESULTORY

ABSU

PRIMORDIAL

BELPHEGOR

TAAKE

WATAIN

MORBID ANGEL



<<<---powrót