Relacje

BARTHER METAL OPEN AIR vol. 13

19/08/ – 20/08/2011  Barth, Niemcy

Huh! Tego to jeszcze w mojej długoletniej karierze zapalonego koncertowicza nie było ani razu. Cytując niezapomnianą Irenę Kwiatkowską, która w jednym z odcinków „Zmienników” z dumą oznajmiła, jakoby wykonała zadanie niczym „ten czwarty z trzech muszkieterów”, sam przyznać mogę nieskromnie, że w pewnym sensie mógłbym z nią konkurować na swój sposób. Oczywiście nie dlatego, że osobiście podjąłem się tego, co zasugerowano w dalszej kwestii dialogu – absolutnie nie jechałem do Londynu konno po diamenty, lecz zebrawszy po raz kolejny poważnie nadwerężone dwoma festiwalowymi bojami pod rząd siły, wybrałem się na… trzeci festiwal typu open air. Czasem naprawdę zastanawiam się, czy nie przypłacę kiedyś przypadkiem takich ekscesów pobytem w zakładzie lecznictwa zamkniętego – nie słyszałem jak dotąd o przypadku zawału u osób przed czterdziestym rokiem życia, ale mówi się, że niby licho nie śpi… Wygląda jednak na to, że wciąż chyba jeszcze Rogaty trzyma pieczę nad moją czarną duszą, pozwalając nie tylko na charakterystyczne i tradycyjne dla takich imprez uniesienia, ale także i ich referowanie, co oczywiście i tym razem czynię, a że Barther Metal Open Air okazał się w tym roku moim debiutem – nie ukrywam, że robię to także ze swego rodzaju przyjemnością.
W zabawny sposób się złożyło, iż kolejność w jakiej występują wszystkie odwiedzone przeze mnie festiwale była akurat taka, a nie inna: Wacken, Party San, no i teraz Barth. Przypadkowość jest o tyle zabawna, że porządek który ma tutaj miejsce, to uszeregowanie ich od największego do najmniejszego – wszystkie one zdecydowanie różnią się bowiem nie tylko liczbą odwiedzających, ale także i areałem. Powiem wam szczerze, że na Barther Metal Open Air chrapkę miałem już od dawna, toteż gdy sprzyjające okoliczności tylko sprawiły, abym wreszcie mógł odwiedzić i ten event, logicznym jest, że nie wahałem się ani chwili. No, ale – wrażenia potem, gdyż na początek wypadałoby choć trochę poinformować naszych czytelników w kwestii co, gdzie i jak… Jak zapewne zdążyliście wywnioskować z nagłówka, BMOA to całkiem niemłody już festiwal, któremu w niniejszym roku strzeliło akurat trzynaście lat egzystencji. Nazwę swoją zawdzięcza naturalnie miastu w którym się odbywa – w leżącym przynajmniej nie bezpośrednio nad, ale przynajmniej nieopodal Bałtyku (choć Niemcy wolą raczej nazwę Ostsee) Barth, stanowiącym część landu Mecklenburg – Vorpommern (Meklemburgia – Pomorze Przednie). Dwojakość nazw to akurat w moim przypadku zupełnie zamierzony chwyt, gdyż z racji mojego kierunku wykształcenia, obecnego miejsca zamieszkania, jak i osobistej miłości do pomorskich ziem, pragnę także choć trochę przybliżyć specyfikę tych pięknych terenów, będących oczywiście w kwestii przynależności zawsze kwestią sporną, szczególnie gdy chodzi o czasy średniowieczne… Nie o tym jednak chciałem pisać szerzej, więc wszystkim zainteresowanym polecam fachową literaturę. Jeśli chodzi o długość festiwalu oraz prezentowany na nim repertuar – podobnie jak znany już w pewnych kręgach i również trwający dwa dni Under The Black Sun, także i BMOA skupia raczej black metalowe audytorium, choć folk i śladowe ilości death, a nawet grind, choć trochę przynajmniej stanowią o jego odmienności. Istotne jest jednak to, że wszyscy interesujący się tymi gatunkami i ich wykonawcami na bardziej oficjalnym poziomie, niezbyt wiele tam dla siebie uświadczą. Inna rzecz, że oba festiwale działają mniej więcej od tego samego roku – nie znaczy to oczywiście, że organizatorzy ich traktują się wzajemnie wrogo, bo jest właśnie całkiem na odwrót. Widać jednak, że pod względem odwiedzających BMOA wyprzedza już UTBS – nie wiem bynajmniej, czy wpływ na to ma bardziej atrakcyjne położenie lub inne czynniki, ale widać to gołym okiem. Owszem, miejsce akcji na pewno uchodzić może za oryginalne – cała impreza odbywa się bowiem w położonym niedaleko centrum miasta parku z amfiteatrem, będącym oczywiście główną i jedyną sceną. Namioty koczujących metalowców rozbite są oczywiście w samym parku, z racji jednak, iż tenże będąc przeznaczonym wyłącznie na imprezy zamknięte nie jest dostępny dla każdego, spacerujące z pociechami matki czy emeryci absolutnie nie są narażeni na tzw. gorszące scenki… Chcieć to móc, ale czy ktoś nie wie jeszcze zresztą, że metalowcy to najgrzeczniejsze dzieci pod księżycem?
No, dobra – pora w końcu na jakieś konkrety. Jak już wspomniałem, nawet pomimo bardziej podziemnego profilu festiwalu, wszyscy oglądający produkujące się na scenie zespoły setnie się bawili, w czym zapewne dopomogła też i całkiem fajna pogoda. Całość rozpoczął w piątkowe popołudnie występ berlińskiego GORE, na który z powodu niezależnego ode mnie nie zdążyłem, wiedząc jednak jedynie o tym, że gra death metal z elementami grind, uznałem, że wiele nie straciłem. Jak wiecie zapewne, bardzo lubię taką muzę, ale to z pewnością jeszcze jedna z kapel jakich mamy dziś na pęczki. Zacząłem zatem od CRYPTIC FOREST, choć po kwadransie zaledwie uznałem, że dalsze oglądanie poczynań tego bandu mija się z celem. Idąc zatem po linii programowej rzuciłem okiem na następujący po nim ASENBLUT, choć też nie mogę powiedzieć, aby mikstura black / thrash z elementami pogaństwa jakoś przyjemnie mnie połechtała… Nawet cover pewnego zespołu na K pod tytułem „Phobia” niespecjalnie wpływał na moją pozytywną notę, ale cóż – nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Czekałem zatem na zaskakiwanki ze strony MYRD, będącego pierwszym nie-niemieckim zespołem w programie. Poza tym jednak, że wymalowany czerwoną farbą wokalista robił wrażenie iście upiorne, jak i tym, że kapela usiłowała grać black metal, dodać mogę jedynie, że generalnie Duńczycy byli nudni jak flaki z olejem. Powrót do niemieckiej tradycji i na podium zainstalował się grający śmierć metal i reprezentujący scenę leżącej nad Sprewą stolicy SPAWN. Wiem, że jestem wredny, ale szczerość to rzecz szlachetna, a mnie się Nasienie po prostu nie podobało. Liczyłem na coś lepszego pod niezwykle tajemniczą nazwą KINGS OF ASGARD, ale niestety się przeliczyłem. Nie wszystko co szwedzkie mieni się jakością, choć tu akurat rzekłbym, że takie nieliczne wyjątki od reguły to akurat ogromne szczęście… FINSTERFORST ze swoimi „leśnymi” klimatami także niespecjalnie mi podszedł, podobnie jak HEIMDALLS WACHT, choć tutaj akurat mały punkt bym już dał ze względu na niezłą interpretację „Open Wide” autorstwa UNLEASHED. Zapytacie więc zapewne, po jaką cholerę się tam wlokłem, skoro nie podobało mi się nic? Ha, jeszcze nie powiedziałem ostatniego zdania, a szczególnie kiedy najciekawsze i wręcz upragnione mojego obejrzenia piątkowe zespoły wyznaczone zostały na sam koniec dnia! I oto pierwszy z nich – BESATT. Tej nazwy nikomu przedstawiać nie trzeba, a polscy fani czarnego metalu chyba mogą mieć szczególny powód do dumy. Kto bowiem dziś jeszcze tak dzielnie i wytrwale walczy o dobre imię tej muzy w podziemiu, będąc jednak przy tym niesamowicie konsekwentnym? Horda dowodzona przez Beldaroha na pewno uplasowałaby się w pierwszej piątce, szczególnie kiedy to on właśnie wciąż pozostaje od samego początku tym jakże ważnym elementem. Podobnie jak Książę Ciemności, który w hymnach BESATT rządzi niepodzielnie i chyba to właśnie sprawia, że są tak piekielnie dobre! Śląska horda splugawiła meklemburskie ziemie nie tylko materiałem z ostatniego jak do tej pory dużego krążka „Demonicon”, gdyż pamiętała również i o kawałkach z poprzednich wydawnictw. Wszystko na scenie zabrzmiało perfekcyjnie, nie mówiąc już oczywiście o samych chłopakach, którzy pomimo uwalnianego na deskach ładunku demoniczności, do pokoncertowej pogaduchy i wypitki zawsze są chętni. Podobnie jak towarzysząca im załoga 7 Gates, sprzedająca zresztą swój towar na jednym z nielicznych merchowych stoisk. BESATT zabił, choć to tylko preludium do prawdziwego diabelskiego rytuału, który przeprowadzić miała HORNA. Oj, przeprowadziła, wierzcie mi! Nie wiedziałem czy nie powinienem może klęknąć na znak pokory, gdyż Rogaty z pewnością był wszechobecny – niewidoczny gołym okiem, ale wyczuwalny w każdym dźwięku wydobywającym się z głośników i wypełniającym festiwalowe powietrze. Fińscy słudzy piekieł pod wodzą Shatrauga blisko 60 minut celebrowali przy cudownym brzmieniu zło i plugastwo, wypełniające niezliczoną ilość ich splitów, Ep-ek, jak i oczywiście siedmiu dużych albumów, spłodzonych w ciągu 18 lat podczas długich godzin ciemności. Choć nie posiadam całości przebogatej dyskografii Finów, wierzcie mi, że chęć ich zobaczenia na żywo zawsze chodziła za mną jak cień. W końcu się udało – występ HORNA został zaliczony, za co u Rogatego też pewnie mam plusa! Po tak udanych diabelskich strzałach krzywa jakości musiała niestety opaść i stało się to akurat na zakończenie dnia pierwszego. Nie zdziwcie się zatem jeśli napiszę, że ONDSKAPT wypadł blado. Być może chłopcy mieli nienajlepszą noc lub coś innego na tym zaważyło – sam już nie wiem. Inna sprawa, że równanie Szwedów do poprzedników nie wydawałoby się dobrym posunięciem, gdyż ONDSKAPT gra przede wszystkim wolniej, bardziej melancholijnie i przygnębiająco, może nawet i bardziej depresyjnie. To zupełnie inny rodzaj black metalu, choć opinie wygłoszone już po występie przez kilku co najmniej ich oglądających, utwierdziły mnie w pierwszym przypuszczeniu. Bywa i tak, wierzę jednak w zobaczenie twórców „Arisen From The Ashes” przy jakiejś okazji w lepszej formie.
Choć po nocy przespanej w pozycji embrionalnej na przednich siedzeniach dostawczego samochodu gnaty bolały niemiłosiernie, nic innego nie przeszkodziło w śledzeniu poczynań uczestników przewidzianych na drugi dzień imprezy. Pogoda dopisywała, głód nie dokuczał – czegóż zatem chcieć więcej? No, czasem chyba jedynie wyższego poziomu i ogólnej prezencji artystycznej co niektórych, jeśli nie wszystkich występujących w godzinach popołudniowych. Po obwieszczeniu pory hejnału wciąż bowiem główny punkt ciężkości stanowili reprezentanci trzeciej, a nawet i czwartej ligi, którzy z pewnością już dawno sobie uzmysłowili, że awans do wyższych chyba raczej pisany im nie jest… Zastanawiam się za co ostatecznie decydują się zaprezentować na festiwalu swoje wypociny takie miernoty – być może bratwurst z kilkoma browarami oraz nieodparta chęć wystąpienia zmiękcza serca organizatorów, bo coś ciężko mi w to uwierzyć, aby ci poświęcali się wielogodzinnym inwigilacjom krajowej sceny dla wyszukania takiego barachła jak BLACK SHORE, SKADY, THORMESIS, IVENBERG czy DER WEG EINER FREIHEIT. Ostatni z wymienionych przeszedł już zresztą moje najśmielsze oczekiwania, bo tak złego i zaciętego black metalowego zespołu nie spotkałem jeszcze nigdy – nie tylko nazwa pobiła wszystko na łeb (tłumaczenie: droga wolności), bo sami chłopcy byli evil jak nikt inny, o muzyce już nie wspomniawszy. Lepiej by jednak było, aby w jakiś inny sposób spędzali wakacje lub przypomnieli sobie czy nie czekają ich jeszcze zaległe egzaminy poprawkowe i potrzebna do tego powtórka materiału. Liczyłem choć na małą poprawę w porze wczesnowieczornej, wraz z momentem kiedy po zakończeniu tego kilkugodzinnego meetingu źle pojętej niemczyzny zameldował się THYRUZ. Choć norweska scena nie tylko jest mi dobrze znana, bo przede wszystkim obfituje w dziesiątki ubóstwianych przeze mnie „czarnych” aktów, pojąć nie mogę skąd biorą się tam też i takie badziewia! Żal dupę ściska, że kraj słynący z wysokiej jakości metalowych odlewów zbrukany zostać musiał takim gównem jak to – THYRUZ to bowiem chyba parodia, przy której nawet i poprzednicy dostaliby ode mnie Grammy, przynajmniej już za to, że nie robili z siebie pajaców ostatniej klasy… Przebolałem jakoś tą wątpliwej jakości muzykę, zdzierżyłem ten monstrualny 2-kilogramowy krzyż i emaliowany kask na głowie wokalisty, ale wybaczcie – widząc u gitarzysty podczepione do czapki czarne metrowe dredy z plastiku, myślałem, że od zasłabnięcia się po prostu obalę! Przepraszam jeśli uraziłem czyjeś uczucia religijne, ale to nawet nie było już śmieszne – to było więcej jak smutne, nawet do tego stopnia, że zamiast się popłakać, można było się najzwyczajniej w świecie rozkwiczeć! Na szczęście nie byłem zmuszony oglądać mimowolnie tego cyrku z pawianami na pierwszym planie, wierzcie mi jednak, że kiedy umilkły już ostatnie akordy ich repertuaru, poczułem się podwójnie uszczęśliwiony. Programowo zameldować się zatem powinien w dalszej kolejności POSTMORTEM i choć się nie zameldował, nie zmartwiło mnie to ani trochę. Berlińscy death metalowcy nie odwołali swojego występu lecz przełożyli go jedynie na sam koniec imprezy, zamieniając się tym samym miejscami z fińskim KALMAH. Za pierwszymi nie przepadam, drugich do tej pory nie znałem wcale, nie sądzę jednak aby po ich występie moja znajomość sceny metalowej Krainy Tysiąca Jezior znamiennie się wzbogaciła. KALMAH zaprezentował bowiem zupełnie przeciętny melodyjny death metal, podbarwiony raz po raz klawiszem, przez co porównanie do bardzo mainstreamowych i znanych wszystkim ich krajan stało się nieuniknione. Podobnie jak oni sami świadom jestem faktu, że koncertowanie oraz wyniki sprzedaży na modłę zespołu Alexi Laiho nigdy im nie zagrozi, wierzę jednak, że chociażby z racji w miarę normalnego wyglądu na pewno u co niektórych wypadają bardziej na korzyść… Nie zrozumiem wprawdzie nigdy dlaczego tak wielu unosiło się przy ich show przez niewielkie w sumie S, ale znacie mnie już kawał czasu i wiecie jak to ze mną bywa. Może za poważny jestem na to, aby przy KALMAH tańczyć, bawić się w lokomotywę oraz wygłupiać na morgi w każdy możliwy sposób – trudno, wybaczcie. Nie stwierdzam oczywiście, że przy grupach pokroju VALKYRJA staję się poważniejszy, bez wątpienia jednak takie przyswajam o wiele lepiej. Nie przypuszczałbym bowiem nigdy, że z podziemnego i znanego chyba tylko najbardziej zagorzałym zwolennikom czarnego grania aktu, Szwedzi staną się częścią tak liczącej się w świecie stajni. Band podpisał bowiem już jakiś czas temu papierki z Metal Blade, skutecznie zasilając niezbyt liczne chyba obecnie blackowe grono tejże wytwórni. Grunt to jakość, a przyznać trzeba że tej kwintetowi nie brakuje – momentami wyczuwam w jego muzie fascynacje choćby i takim WATAIN… Oczywiście sztuczna krew i podarte łachy to w przypadku bandów tego typu standard, ale muza serwowana przez kapelę broni się sama i efektami nadrabiać nie trzeba. Z przykrością stwierdzę natomiast, że jak dla mnie VALKYRJA była nie tylko pierwszym, bo nawet i ostatnim, a tym samym jedynym ciekawym uczestnikiem wieczoru. Nie urzekł mnie bowiem ani KROMLEK (Pagan Metal – Niemcy), ani też SVARTSOT (Folk Metal – Dania). Mały punkcik dałbym jednak SKYFORGER, który z uwagi na repertuar w przesadny zachwyt może mnie nie wprawia, ale sam fakt uporu i determinacji, dzięki którym Łotysze zagrzali po tylu latach miejsce w wymienionej już parę linijek wcześniej wytwórni Briana Slagela, istotnie do małego ukłonu zobowiązuje… Jeśli wśród dość licznej publiki znajdowali się i miłośnicy wschodniopogańskiej tradycji, przypuszczalnie hymny SKYFORGER były dla nich prawdziwym miodem na uszy, podobnie jak wdzianka i sukmany panów muzyków na oczy. I w momencie tym właściwie Barther Metal Open Air nie tylko dla mnie, bo nawet i dla innych definitywnie dobiegł końca, choć przełożony na zakończenie programu POSTMORTEM usiłował dobić kilkadziesiąt zgromadzonych przed sceną, jak i snujących się po terenie festiwalu nocnych zjaw… Istotnie, było już bowiem grubo po godzinie duchów, więc wszyscy zmęczeni wrażeniami oraz zaprawieni procentami dawno udali się na spoczynek. Ja również wkrótce podążyłem ich śladem, bo choć dopiero poranne godziny stać miały pod znakiem powrotu, powieki kleiły się do snu mocno i nawet kolejna noc na przednich siedzeniach auta nie wydawała się tak straszna. To wszystko odczuwa się dopiero następnego dnia, ale wiadomo – all for Satan. Pozwolę sobie zatem podsumować jakoś ten festiwal z tradycją, na którym dane było mi w tym roku debiutować. Barther Metal Open Air na pewno nie dorównuje może dwóm odwiedzonym przeze mnie w poprzednich tygodniach eventom, absolutnie nie można ujmować mu dość silnej pozycji na mapie undergroundu, jak i ogólnej jakości organizacyjnej. Pomimo wielu uczestników nie trafiających w moje gusta znalazło się jednak na rozpisce też i kilka wartościowych nazw, a przecież one właśnie przeważyły szalę dylematów dotyczących mojej obecności tamże. Niewykluczone więc, że przy składzie uznanym przeze mnie za atrakcyjny również i w przyszłym roku odwiedzę BMOA. Życzeń nie mam, bo wiadomo że co ma być to będzie lub innymi słowy – pożyjemy, zobaczymy. Od dziś sprawdzam zatem na bieżąco oficjalną stronę festiwalu.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

BARTHER METAL OPEN AIR vol. 13, 19/08/ – 20/08/2011, Barth, Niemcy


CRYPTIC FOREST

ASENBLUT

MYRD

KING OF ASGARD

FINSTERFORST

HEIMDALLS WACHT

BESATT

HORNA

ONDSKAPT

BLACK SHORE

SKADY

IVENBERG

DER WEG EINER FREIHEIT

THYRUZ

KALMAH

VALKYRJA

KROMLEK

SVARTSOT

SKYFORGER



<<<---powrót