Relacje

KATAKLYSM / TRIPTYKON / MARDUK / MILKING THE GOATMACHINE / AZARATH / LOST DREAMS

HATEFEST 2011

15/12/2011  Berlin, C-Club

Widoczne jest niestety, że kryzys zaczyna nękać świat na nowo. Jak na złość dotyczy to także i świata metalu, ale w sytuacji niniejszej staje się zupełnie logiczne, że drugie ściśle wynika z pierwszego. Nawet i mieszkańcy państwa wiodącego w EU prym odczuwać muszą skutki gospodarczej recesji, skoro impreza z dużymi lub gwarantującymi dotąd zawsze wyprzedane hale nazwami obnaża prawdę, że organizowanie owej w miejscu mogącym sobie istotnie rościć pretensje do swego rodzaju hali, wydawać by się mogło tak samo bezsensowne jak otwarcie w Kenii solarium. W niniejszym przypadku mowa o zamykającym sezon koncertowy Anno Satanas 2011 zimowym przedsięwzięciu austriackiej Rock The Nation, ujętym prześliczną nazwą Hatefest 2011. Ciężko ocenić co miało wpływ na niezbyt liczną frekwencję, ale jedno jest faktem – obliczona na jakiś tysiąc istnień mniejsza część dawnego kompleksu Columbia (tłumaczyłem już być może, iż od jakiegoś czasu funkcjonuje on w nazwie po prostu jako pojedyncza literka C) nie wypełniła się nawet w połowie tegoż. Zabrzmiałoby to co najmniej nielogicznie, ale czyżby wszystkim berlińskim metalowcom udzielił się szał przedświątecznych zakupów i przygotowań, wpływający zazwyczaj rażąco na zawartość portfeli? Może tak, może i nie – sam na to pytanie nie znajduję odpowiedzi, pachniałoby to jednak po trochu faktem, jakoby gawiedź znudzona była już nieco z pozoru atrakcyjnymi – wydawałoby się – nazwami... Co musiałoby jeszcze więc zagrać aby młodzież zechciała ruszyć z domów swoje zasiedziałe cztery litery? Wiadomo, każdemu trudno dziś dogodzić, bo jak nie coś, to z kolei... Szkoda gadać, nie zamierzam po raz kolejny bezskutecznie się nad tym rozwodzić.

Ale jakby nie było – skoro już sam się tam udałem, to bynajmniej nie w celu użalania się nad realiami natury frekwencyjnej i pielęgnowania swojego grobowego nastroju. Pomimo braku znajomych gęb wśród publiki, osobiście na nudę nie narzekałem, wyobcowany również się nie czułem, toteż bezproblemowo skupić się mogłem na obserwacjach tego co działo się na podeście. Jakoś tak złożyło się, że wyznaczony na otwieracza LOST DREAMS absolutnie mi nie podszedł. Austriacy wskoczyli na miejsce anonsowanego wcześniej i wypadłego z nieznanych mi powodów DAWN OF DISEASE. Choć widziani kilka miesięcy wstecz niemieccy deathowcy też niespecjalnie by mnie poruszyli, w tym przypadku uważam, że niestety – zamienił stryjek siekierkę na kijek. Erzac w postaci kwintetu z Tyrolu nie zaczął na szczęście jodłować i dąć w potężne alpenhorny, jednogłośnie uważam jednak, że melodyjny śmierć metal w ich wykonaniu był po prostu śmiertelnie nudny. Na całe szczęście stan ów okazał się jedynie przejściowym, gdyż nie musiało minąć dużo czasu aby potężne diabelskie tajfuny i demoniczne huragany dały o sobie znać w całej mocy. Kiedy dodam jeszcze, że za rozpętanie tychże odpowiedzialne stało się komando polskie, powód do dumy poczuć chyba mógłby niejeden obywatel kraju nad Wisłą, a osobiście zaznaczam, że pomimo zmiany miejsca zamieszkania wciąż sam się do takowych zaliczam. Całkiem szczerze cieszę się zatem, że w końcu i AZARATH doczekał się tego, na co tak skrupulatnie latami pracował – uznania ze strony publiki innej niż rodzima, a co za tym idzie – dewastacji scen Starego Kontynentu podczas regularnych tras. Zdziwiłbym się zresztą co najmniej lekko, gdyby tak piekielnie dobry jak album jak „Blasphemer’s Malediction” nie poruszył zmysłów szefostwa Rock The Nation. Takie petardy i takie kapele trzeba po prostu promować, keine Zweifel! Spisała się na medal nie tylko agencja, bo sama kapela pokazała przede wszystkim co jest warta. Materiał z „Blasphemer’s…” niszczy i annihiluje bez cienia litości, nowy skład AZARATH z kolei w każdym calu przekonuje do jakiego zezwierzęcenia bestia owa jest obecnie zdolna. Czy może być jednak inaczej, skoro związani ongiś z dwoma znaczącymi komandami Festung Breslau Necrosodom i pan Piotr (fajne ozdóbki gitary, notabene…) wspomagają dziś oddział Barta i Inferno? Dodajmy jeszcze, że koncerty grupy z udziałem tego ostatniego to rarytas całkiem niemały. Działo się, oj działo! Obojętnie co by nie leciało, z każdego kawałka śmierdziało diabłem, siarką i smołą. Zaczęło się od otwierającego nówkę „Supreme Reign Of Tiamat”, potem zaś – mieszanka prawie wszystkich poprzednich albumów, czyli innymi słowy – mord pierwszej klasy! „Beast Inside”, „Whip The Whore”, „Infested With Sin”, „The Abjection”, „Christscum”, „For Satan My Blood” były niczym miód na uszy, tylko gdzie do cholery coś z debiutu? Zapomniało się? Nie można niby mieć wszystkiego, ale dobrze że chociaż dwa ostatnie strzały z ostatniej płytki – „Holy Possession” i „Harvester Of Flames” dopełniły zgrabnie całokształtu… Życzyłbym chłopakom aby jak najczęściej pojawiali się na scenach Europy Zachodniej, a szczególnie już w Berlinie, czego najbardziej życzyłbym sam sobie… Na AZARATH pójdę nawet i dziesięć razy w miesiącu, w odróżnieniu do MILKING THE GOAT MACHINE chociażby, który jak dla mnie komiczny jest co najmniej i dlatego tylko po raz kolejny odpuszczę sobie opisy owej trupy kabaretowej. No więc pora na MARDUK. Tutaj jednak absolutnie nigdy nie śmiałbym się śmiać. Horda Morgana H. stoi w moich prywatnych notowaniach zbyt wysoko, nawet pomimo faktu jak oklepana, przewidywalna i przeżuta na wskroś jest jej muzyka. Po prostu – gdy się kogoś lub coś bardzo lubi… Szwedzcy czciciele Rogatego nie zawiedli mnie także i tym razem, szczególnie że zaprezentowali kilka rzadziej granych ostatnio numerów. „On Darkened Wings” na dzień dobry, po chwili otwieracz z „Wormwood”, nie przemilczę jednak okoliczności, że słysząc w wersji live „Slay The Nazarene” po raz ostatni jakieś sześć lat wstecz, miłe ciepło w żołądku towarzyszyło mi jeszcze dobre kilka minut po ostatnich taktach. Nie pamiętam też czy kiedykolwiek MARDUK grał w mojej obecności „Azrael” lub „Black Tormentor Of Satan” – jeśli nie, to tym razem na pewno ów niedobór nadrobił. „Panzer Division Marduk” to oczywiście standard, wszyscy zaś ciekawi kształtu nowego materiału, mającego już w czerwcu 2012 wpaść za sprawą Century Media w nasze stęsknione łapska, poznać go mogli dzięki „Warschau 2: Headhunter Halfmoon” otwierającemu najświeższą EP-kę „Iron Dawn”. Niesprawiedliwe jest, że płytki do dziś nie ma w sprzedaży, ale skoro Per ponoć wsiąkł gdzieś jak kamfora, niewykluczone iż podobny los podzielić mogły wszystkie zaplanowane ostatnio wydawnictwa Regain… Miło, że na koniec pojawiły się także „Materialized In Stone” oraz „Baptism By Fire”, choć na tym praktycznie mógłbym już zakończyć. Nie sądzę abyście po raz kolejny chcieli czytać z detalami jak upiorny jest Mortuus lub o olimpijskim spokoju emanującym z Devo, toteż w miejscu niniejszym zakończę opisy tego lubianego przez wszystkich na świecie black metalowego combo. A więc? Ponownie coś z kraju na literę Sz, o ile w ogóle jest to litera… Kraju małego, lecz tym samym neutralnego, bogatego i zasłużonego poprzez wydanie na świat aktu, który niemal każdy przedstawiciel drugiej fali black metalu z nieświętym przejęciem wymieniał na pierwszych miejscach listy inspiracji. Każdy domyśla się już zapewne, że chyba tylko i jedynie musi chodzić o band o inicjałach CF, ale z uwagi na jego przypieczętowany już jakiś czas temu nieodwołalny niebyt, na scenie C-Clubu pojawić się musiał jego niemniej godny spadkobierca… Nie tylko mnie zdziwiło zapewne, dlaczego grupa dowodzona przez tak znaczącą personę jak Tom Warrior nie gra na samym końcu, ale to pozostanie już jednak chyba tylko tajemnicą ustawiających ową kolejność koordynatorów tournee. Może TRIPTYKON nie spełniał w ich mniemaniu wymogów rangi gwiazdy wieczoru, biorąc zresztą pod uwagę te niecałe trzy setki luda, sądzić by można iż mieli nosa… Mnie nie przeszkadzało to absolutnie, gdyż po raz trzeci już w ciągu półrocza doświadczyłem przyjemności powiewu tego okropnego chłodu wypełniającego album „Eparistera Daimones”, wierząc, że tak samo podobało się każdemu, który tylko dla tejże kapeli się tutaj przywlókł. Nie muszę oczywiście wspominać, że hymny pokroju „Procreation Of The Wicked”, „Goetia”, „Circle Of The Tyrants” czy „Into The Crypt Of Rays” to stałe punkty programu. Podobnie jak szklisty wzrok Toma, z pozoru upiorna, lecz w istocie całkiem miła Vanja Slajh, oraz sam fakt, że mamy do czynienia z TRIPTYKON – wszystko to po raz kolejny utwierdziło mnie w jakości, że zespół oglądany przeze mnie na dwóch letnich festiwalach z pewnością szybko na dziady nie zejdzie, więc co tu gadać więcej?

Być może nieco was to zdziwi, ale wierzcie mi, że na KATAKLYSM pełniący podczas zacnego tournee niemniej zacną funkcję headlinera nie miałem tym razem najmniejszej ochoty. Wiele wskazuje na to, że band widziany na scenie niezliczoną ilość razy najzwyczajniej w świecie mi się przejadł, a że w odróżnieniu do MARDUK nie należy on do moich ścisłych faworytów niestety, niniejsze zblazowanie znajduje chyba usprawiedliwienie. Co za dużo, to i świnki nie chcą, rzekłoby się… Do rozpuku śmiałem się natomiast ze stwierdzenia Barta z AZARATH jakoby bębniarz Kataklizmu był cienki jak barszcz, ale zważając na umiejętności tegoż w porównaniu z Inferno lub Larsem z MARDUK chociażby, istotnie gotów jestem przyznać mu rację. Najmocniej przepraszam za nas obu jeśli uraziliśmy czyjeś uczucia religijne, ale blasty i napieprzanie też muszą coś sobą reprezentować. Cóż zatem było robić? Najprościej byłoby zawinąć się wówczas do domciu, ale z uwagi na młodą dosyć godzinę nic nie stanęło na przeszkodzie, aby szwendając się po zapleczu poraczyć się na przemian różnymi płynami, zarówno z, jak i bez alkoholu, pogawędzić ze znajomymi z zespołów i spoza nich nie tylko o pogodzie, no i ogólnie wyciągnąć wnioski, że mimo wszystko było warto… Po raz wtóry stwierdzam, że zawsze warto wspierać swoich faworytów, szczególnie kiedy im pomimo całej tej nękającej nowoczesny świat gospodarczej bryndzy jakoś chce się grać, nie biadolą jak jest źle i z pewnością mają nadzieję, że będzie lepiej. Oby jak najszybciej – już w nowym, nadchodzącym wielkimi krokami 2012 roku!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

HATEFEST 2011: KATAKLYSM / TRIPTYKON / MARDUK / MILKING THE GOATMACHINE / AZARATH / LOST DREAMS, 15/12/2011 – Berlin, C-Club


TRIPTYKON

MARDUK

MILKING THE GOATMACHINE

AZARATH

LOST DREAMS



<<<---powrót