Relacje

WIECZÓR NA DEATH METALOWO, CZYLI: HYPOCRISY, DECAPITATED

HYPOCRISY, DECAPITATED

26.01.2010.  MEGA CLUB, KATOWICE

Zapracowanego, brodatego Szweda ciężko nie kochać. Znany mózg PAIN oraz HYPOCRISY, producent muzyczny mający na koncie takie tytuły jak choćby "Monotheist" (CELTIC FROST), czy "Spiritual Black Dimensions" (DIMMU BORGIR) i multiinstrumentalista Peter Tagtgren, od lat udowadnia, że wachlarz jego muzycznych zainteresowań jest niezwykle szeroki i nawet w kwestii dokonań, mieszczących się w ramach tego samego projektu, jest w stanie zaoferować nam materiał nie tylko zróżnicowany, lecz także wysmakowany i niezwykle wyszukany. Trzy lata temu obejrzałem jego występ, jaki pod szyldem PAIN dał na jednym z czeskich festiwali, stąd możliwość uzupełnienia swych koncertowych przeżyć, o występ drugiego, największego (pod względem popularności przynajmniej) jego projektu stała się dla mnie niezwykle miłą perspektywą. Tym bardziej, że jak się później okazało zamiast zapowiadanych na początku HATESPHERE, miał tego wieczoru zagrać DECAPITATED. Miał to być ich pierwszy koncert w nowym składzie na ojczystej ziemi i myślę, że znaczenia tego występu nikomu uświadamiać nie trzeba. W klubie byłem na kilkanaście minut zanim zaczęto sprawdzać bilety. Gdzieś w okolicach stoiska z merchandisem, zaczęła już gromadzić się pewna grupa maniaków ciężkiego uderzenia i wszyscy, którzy wtedy znaleźli się w Mega Clubie, mieli okazję rzucić dumnym okiem na fragment próby naszych rodaków. Już wtedy DECAPITATED pozwolił odczuć, że czeka nas naprawdę wiele mocnych wrażeń. Po upływie kilku chwil pracownik ochrony nakazał wszystkim się cofnąć i rozpoczęła się uroczysta kontrola wejściówek. Kilka minut formalności i następnie godzina czekania pod sceną na wyjście pierwszego bandu, jakim miał być fiński SURVIVORS ZERO. Z tego co pamiętam pojawili się na scenie gdzieś w okolicach godziny 19 i uraczyli nas dość sprawnie zagranym, całkiem miłym dla ucha death metalem. Moją sympatię zaskarbili sobie już podczas introdukcji, którą stanowił... fragment ścieżki dźwiękowej serialu s-f "Po Tamtej Stronie", który jeszcze jako dziecko namiętnie wałkowałem. Naprawdę wielki sentyment. Cieszy niezmiernie, że ktokolwiek oprócz mnie jeszcze o nim pamięta. Nawiasem mówiąc, patent sprawdziłby się idealnie w przypadku gwiazdy wieczoru, doskonale pasując do liryków grupy, no, ale, to tylko moje odczucie. Ich materiał muzyczny sprowadza się jak na razie do jednego LP, stąd wybór repertuaru nie przysporzył im jak mniemam większych trudności. Z wydanego w zeszłym roku albumu "CMXCIX" mieliśmy okazję odnotować takie numery, jak choćby "Embrace the Inferno", "Lucifer Effect", "Scavengers of Christ", "I Bury Them Deeper", czy "Trail Of Fears". Przedostatni w ich programie utwór, stanowiła przeróbka Kreatora "People of the Lie" i choć zespół wypadł w moim odczuciu całkiem nieźle, to jak to zwykle w przypadku takich supportów bywa, dopiero cover zachęcił publiczność do żywszej reakcji. Znów czekanie. Tym razem na szczęście dużo krótsze. Wiele godzin myślałem jakich słów użyć w tym miejscu. Co bym jednak nie napisał - nie oddam tego, co nasz rodzimy band odjebał w Katowicach. Porównywanie obecnego składu z tym sprzed dwóch lat nie ma sensu. Tym bardziej, że niestety, nie zdążyłem ich zobaczyć w oryginalnym line-up'ie, czego w tej chwili gorzko żałuję. Mawiano, że gdy kiedyś podczas Ozzfestu, grali przed TOOL'em, wypadli kiepsko... Wiele bym dał, by móc malkontentów postawić 26 stycznia 2010 roku pod sceną w Mega Clubie. Nie jestem być może jakimś rekordzistą, ale z całą pewnością mogę pochwalić się naprawdę wyśmienitymi koncertami deathowymi, jakie miałem możliwość w życiu obejrzeć. Bardzo wiele z nich to uznane, zagraniczne, legendarne grupy. Zdaję sobie sprawę z tego, że uderzam w poważny ton, lecz nie mogę wręcz oprzeć się wrażeniu, że DECAPITATED dał tego wieczoru najlepszy koncert śmierćmetalowy na jaki kiedykolwiek się gapiłem. Gdybym się uparł pewnie i znalazłbym takie, które dorównują temu występowi... Nie o to z resztą chodzi, by robić tu listę hop-bęc. Pragnę po prostu podzielić się z wami Panowie i Panie tym, co przeżyłem, a wiele postawiłbym na to, że wśród publiki nie znalazłby choć jednej osoby, która nie miałaby, zgodnie z nazwą formacji - urwanego łba. To już nie jest jakiś tam profesjonalizm, czy powiedzmy - światowy poziom. To jest absolut. A został on przed nami odsłonięty za sprawą utworu "A Poem About an Old Prison Man" z ostatniego krążka "Organic Hallucinosis", z którego stuff miał być jak się okazało głównym gwoździem programu. Warto nadmienić jeszcze, że zanim Kerim Lechner uderzył w perkusję, Heinrich szarpnął struny basu, Vogg pociągnął druty swego wiosła, a Rafał Piotrowski uwolnił z gardła growl, wybrzmiał jako intro utwór LUX OCCULTA "Gambit" z genialnej według mnie, ostatniej ich płyty. Miło, że Wacław Kiełtyka nie zapomniał o tej wartościowej grupie, w której kiedyś przecież rzeźbił riffy. Gdyby tak ich wskrzesił... Wspomniany "A Poem..." uświadomił każdemu, że czeka nas prawdziwa technical/deathmetalowa uczta. Precyzja zegarka szwajcarskiego. Moc bomby nuklearnej. Polot godny niejednego uznanego wirtuoza. Nie wiem co tu jeszcze można napisać. To co rzuciło się od razu w oczy, to lekkość, z jaką ci muzycy rzeźbili swe killery. Widać było spontan, szaleństwo, kurewską wręcz pasję i radość z grania. Vogg moshingował tak, jakby za chwilkę miał wyjść z siebie, a palce po gryfie skakały mu z naprawdę niebywałą dokładnością. Wyświechtany, często mocno przesadzony frazes: "matematyczna precyzja" byłby tu z całą pewnością na miejscu. "Day 69" wwiercał się w nasze głowy wibrującymi partiami gitary, "Post Organic" uraczył wyśmienitą melodią. "Visual Delusion" i "Invisible Control" - cyberciężkim klimatem. A wszystko to wykonane tak technicznie i z taką motoryką, że naprawdę czapki z głów. Ukłonem w stronę starszych rzeczy był tytułowy "Winds of Creation" z pierwszej płyty i znane "Spheres of Madness", oraz "Mother War" z albumu "Nihility". Zielony podczas występu VIRGIN SNATCH na dziesięcioleciu THY DISEASE powiedział, że "...DECAPITATED znów rośnie w siłę!". Myślę, że jest to stwierdzenie nieaktualne, albowiem to co brygada Vogga zaprezentowała odrodziwszy się ze zgliszczy, to nieludzka wprost potęga, która już jest faktem dokonanym. Wacław mężnie przyjął na klatę wszelkie partie gitar, jakie 26 stycznia popłynęły z głośników i chociaż podczas jego solówek, druga płaszczyzna wioseł pozostała niema, ani przez chwilę nie odczułem, że czegoś tu brakuje. Skojarzenia z Darellem Dimebagiem będą w tej kwestii jak najbardziej trafione. Pozostali członkowie kapeli również grali w sposób absolutnie niewymuszony. Rafał emitował przeraźliwy, bestialski, pozbawiony oznak jakiegokolwiek niedomagania ryk i robił to w taki sposób, jakby gwizdał sobie pod nosem. Precyzja. Szaleństwo. Pasja i polot. I niech im tylko ktoś spróbuje podskoczyć, że tak chytrze powiem [śmiech]. Kiedy zeszli, techniczni zdemontowali perkusję, wymienili sprzęt i zaczęli krzątać się przy tym, który pod wielką czarną płachtą tajemniczo zakamuflowany stał pod samą ścianą. Tuż przed wyjściem gwiazdy wieczoru wszystko zostało odsłonięte i oczom wszystkich zgromadzonych ukazał się dość dużych rozmiarów biały zestaw perkusyjny ze stojącymi po bokach wzmacniaczami Marshall'a, na których porozstawiane były urządzenia oświetleniowe. Tagtgren wyszedł w koszulce DECAPITATED i później między utworami przyznał, że "...to kurewsko wielki zespół". Jak widać, nie tylko publika miała skopane dupy. Tymczasem HYPOCRISY pokazali, że moda na otwieranie koncertów pierwszym kawałkiem z ostatniej płyty jest wciąż żywa, więc zostaliśmy przywitani utworem "Valley of the Dead" z "A Taste of Extreme Divinity", po którym również z krążka najświeższego przetoczył się "Hang Him High". Na swej najnowszej płycie grupa zaprezentowała materiał bardziej zbliżony do tego ze starszych płyt, więc ten, kto postawił na zasłużony repertuar, mógł krzyknąć: "bingo!". Zaraz po reprezentacji promowanego LP, dostaliśmy w prezencie "Fractured Millenium" z "Hypocrisy" i "Adjusting the Sun" z płyty "The Final Chapter". Z tej ostatniej mieliśmy jeszcze przyjemność usłyszeć później utwór tytułowy, oraz "A Coming Race". Były dwa zlepki poskładane z fragmentów utworów, jakie znalazły się na trzech pierwszych płytach. Pierwszą "hybrydę" otworzył "Pleasure of Molestation" i utwór tytułowy z albumu "Osculum Obscenum" i załapał się na to zestawienie jeszcze "Penetralia" z debiutu. W drugim podejściu usłyszeliśmy materiał z trzeciej płyty, czyli "Apocalypse", oraz tytułowy "The Fourth Dimension". Z "The Arrival" pojawił się chwytliwy, teledyskowy "Eraser". Z "Virus" - "Let the Knife Do the Talking", oraz "Warpath" zagrany po wyjściu na bis. Szkoda, że pominięte zostały najbardziej rozpierdalające w moim mniemaniu utwory z dwóch powyższych krążków. Gdyby Peter poczęstował nas takimi strzałami, jak "A Thousand Lies", czy "New World" - nie byłoby co zbierać, no, ale cóż... to nie koncert życzeń, tylko... HYPOCRISY [śmiech]. Na bis otrzymaliśmy jeszcze "Roswell 666" i wspomniany "The Last Chapter", a gdzieś po drodze przewinęły się jeszcze takie cięcia, jak choćby "Weed Out the Weak", czy "Fire In the Sky". To, co od razu obudziło podziw, to wokal Tagtgrena. Potrafi, oj potrafi zagrzmieć. Na gitarze również szyje niczego sobie. Horgh na garach młócił pięknie, a Michael Hedlund na basie, oraz Tomas Elofson (gdzie ja słyszałem to nazwisko?...) za drugim wiosłem też poradzili sobie całkiem, całkiem. Kawał solidnego, klasowego death metalu i niewątpliwie wyborna porcja ekstremy. A jednak jakby czegoś było mało. Z pewnością nie bez znaczenia będzie fakt, że DECAPITATED ustawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Mówiąc szczerze, bałbym się na miejscu Petera wychodzić na scenę po ekipie Vogga. Myślę jednak, że decydujący głos, w kwestii mojego, osobistego odbioru tego gigu miał repertuar. Nie śmiem zarzucać czegokolwiek niekwestionowanym klasykom, jakie posypały się na tym koncercie. Niemniej jednak subiektywnie uważam, iż z dorobku, jakim grupa dysponuje, można było wybrać dużo, ale to dużo lepszy set. Już sam fakt, że z absolutnie wybitnej, nie tylko moim zdaniem, płyty "Catch 22" nie usłyszeliśmy, uwaga: ani jednego utworu, mówi sam za siebie. Ale w sumie z drugiej strony... Każdy kto widział w akcji PAIN, dostał Tagtgrena w bardziej melodyjnym, chwytliwym wydaniu. Nie dziwię się więc poniekąd, czemu pod szyldem HYPOCRISY Szwed stawia na ewidentnie ekstremalne ciosy. Plułbym sobie w brodę, gdybym nie pochwalił ekipy technicznej. Zarówno nagłośnienie, jak i oświetlenie było tego wieczoru naprawdę co najmniej zadowalające i nie wydaje mi się, by ktokolwiek miał tutaj jakieś uzasadnione "ale". Co prawda masywny sound headlinera powodował, że niektóre linie melodyczne były chwilami lekko niedostępne, ale HYPOCRISY już tak po prostu brzmi i myślę, że dopatrywanie się uchybień z ich strony byłoby zwykłym "szukaniem dziury w całym". Każdy, kto wydał więc 85 złotych na bilet, z pewnością nie wyrzucił kasy w błoto i pewnie nie jest to żelazną regułą, ale tutaj widać było ewidentnie, że jak budżet imprezy słuszny, to i warunki audio-wizualne przyzwoite. Mimo to, iż jestem wielkim sympatykiem kreatywnego "Piotrusia", moim prywatnym bohaterem był tego wieczoru DECAPITATED. Poważnych zarzutów wobec gwiazdy mieć nie sposób, ale nasi rodacy pokazali, co to do jasnej cholery znaczy: Polish Death Metal!

autor: Kępol


<<<---powrót