Relacje

DEATHKULT OPEN AIR 2012

17 ? 19.05.2012  Göllnitz, Niemcy

Istnieją ludzie dla których ekstremalny metal stanowi coś w rodzaju wyroczni. Z pewnością należy do takich niejaki Steve z Metal Kommand, który nie tylko sukcesywnie organizuje w kraju między Odrą a Renem trasy bądź pojedyncze gigi artystów spod black/ death metalowej bandery, lecz z niemniejszym powodzeniem para się także uszczęśliwianiem ich miłośników poprzez spędy festiwalowe. Po raz drugi już bowiem dzięki inicjatywie jego oraz kilku innych oddanych sprawie maniaków odbył się Deathkult Open Air ? nie pękający może w szwach, lecz z pewnością także i nie całkowicie olewany przez metalową brać event z udziałem mniej zazwyczaj znanych, lecz na pewno szanowanych głównie w black metalowym podziemiu hord. Zapoczątkowana przed rokiem inicjatywa godnie wypełniła lukę po dosyć ważnym na mapie undergroundowych imprez Festung Open Air ? odbywającym się zazwyczaj w okresie Zielonych Świątek feście, którego brak dał się we znaki z pewnością każdemu chcącemu spędzić religijne święto na inny sposób niż uczestniczenie w procesji tudzież polerowanie dupskiem twardej kościelnej ławki. Choć w zeszłym roku nie było mi niestety dane w owym debiucie uczestniczyć, nie myślcie oczywiście, że wpływ na to miały wyżej wymienione okoliczności. Absencję moją spowodował jedynie odbywający się w tym samym czasie i przywrócony po latach do życia niesławny Fuck The Commerce, to jednak, że organizatorzy wyszli na nim jak Zabłocki na mydle, a ja sam plułem sobie w brodę niemiłosiernie to już całkiem inna historia. Zamiast rwać jednak w rozpaczliwym geście z łba resztki włosów lepiej chyba podjąć decyzję o jak najszybszym uzupełnieniu tego niedociągnięcia, tym bardziej skoro pierwsza edycja DOA udowodniła, iż fest ów okazał się bynajmniej nie substytutem Festungu, lecz całkiem porządnym i intratnym przedsięwzięciem, sama zaś jego organizacja na równi z mającym spore znaczenie w Niemczech, lecz tym samym wolnym od pracy i ruchomym świętem Wniebowstąpienia tak wielkiej roli już chyba jednak nie gra. Wykorzystując zatem w tym roku powyższe okoliczności, sam podążyłem śladem kilku setek innych młodych gniewnych, aby ponownie jak oni delektować się w tychże wolnych dniach dźwiękami okupujących niewielką scenę czarcich synów z różnych stron świata.

Z uwagi na pewne zobowiązania nie było mi niestety dane uczestniczyć w pierwszym odbywającym się w czwartek dniu spędu, znajomość jego obsady jak i fakt występu czterech zaledwie grup absolutnie nie spowodowały u mnie jakiegokolwiek niedosytu. Bez ogródek przyznam się bowiem, że za przewidzianym na headlinera PURGATORY niespecjalnie przepadam, co do reszty wierzę natomiast, że możliwość zobaczenia ALCHEMYST, ABYSSOUS czy ORDER OF ORIAS z pewnością jeszcze się kiedyś nadarzy. Na dobre zacząłem więc w piątkowe popołudnie kiedy to na scenie zainstalowali się Belgowie z GOAT TORMENT. Barbarzyński black z elementami death co niektórym może się bardzo podobać, w moim przypadku jednak odczucia plasowały się na poziomie zaledwie średnim. Nie inaczej było także przy SVARTIDAUDI, przy którym zresztą jeszcze dodatkowo miałem ubaw z powodu jakichś komicznych zasłon na twarzach muzyków, mogących jedynie sugerować, że panom być może pachnie brzydko z ust. Na duży plus zapisać mogę jednak VORKREIST. Francuzi gościli już przed trzema laty na Festung, w międzyczasie miałem okazję oglądać ich także i na własnym podwórku. Po trzecim spotkaniu przyznać muszę, że poziom ich scenicznej prezencji uległ znacznej poprawie, choć do całkowitego urzeczenia mnie nieco jeszcze brakuje. Tak czy siak Żabojady zagrały bardzo przyzwoity gig i jeśli mógłbym coś jeszcze w tej kwestii dodać ? niech trzymają tak dalej. Nie zachwycił mnie niestety SADOMATOR ? nie wiem dlaczego, ale widocznie potrzebuję jeszcze dużo czasu aby całkowicie zaakceptować poczynania owego duńskiego tercetu. Mimo że wszelkiego rodzaju militaria zawsze traktowałem cool, obwieszania się granatami nie postrzegam już jednak tak bardzo cool, szczególnie jeśli zespół muzycznie prezentuje się przeciętnie. Na całe szczęście propozycja tria z ojczyzny klocków Lego była już ostatnią spośród tych mniej ciekawych i w okolicach pory kiedy to polska telewizja serwuje główne wydanie wiadomości na podeście zainstalował się ETERNITY. Niemieckich black metalowców oglądałem w akcji zaledwie raz, z uwagi na fakt iż miało to jednak miejsce równo przed czterema laty, uznałem jakoby przypomnienie sobie ich repertuaru w niczym mi nie zaszkodziło. Nie pamiętam już nawet czy wystąpili w takim samej konfiguracji personalnej jak wówczas, dzierżącego bas oraz zdzierającego gardło typa poznałem jednak momentalnie ? bez wątpienia musiał pełnić podobną funkcję w którymś z bandów uczestniczących w niesławnym Under The Black Sun. Pod względem oprawy scenograficznej najbardziej zagorzali zwolennicy czarnych bandów mogli być bardzo zadowoleni ? była oczywiście krew na pysiach, druty kolczaste czy koźle czaszki, ale najważniejsza jest oczywiście muza. Wyklęta czwórca nie powaliła mnie może na kolana, w porównaniu do Duńczyków chociażby potrafiła nabić mi zdecydowanie więcej punktów. Niecała godzina spędzona przy ETERNITY stała się zatem całkiem dobrym intermezzo przed dalszymi atrakcjami spośród których jako pierwsza właściwa ujawniła się fińska HORNA. Słudzy Lucypera zachwycili mnie po raz pierwszy podczas scenicznej akcji w ramach zeszłorocznego Barther Open Air, liczyłem zatem na powtórkę tychże wrażeń także tu i teraz w Göllnitz. Szkoda, że pod względem brzmieniowym show nie do końca odpowiadał wprawdzie jakości której doświadczyłem niecały rok temu, tak i tak jednak uznać go mogę za dostatecznie zadowalający. Drażniło mnie także kilku jakichś bałwanów, którzy wyciągając prawą łapę w wiadomo jakim geście wystawiali świadectwo nie tylko sobie, ale przy okazji także i zespołowi, tak i tak już wrzucanemu przez przesadnie złośliwych do skrajnie prawicowego tygla. Jak tu zatem nie być zdziwionym, skoro stojący kilka metrów dalej ochroniarze przyjmują takie zachowania z tępą obojętnością? Rozumiem, że wolność poglądów to rzecz niezwykle ważna, ale bez przesady, tym bardziej, jeśli przez kilku wyżej opisanych mędrców nieprzychylną renomę zyskuje potem nie tylko kapela, ale i festiwal w ogólności? Zostawmy jednak te wywody, bo w końcu nie pod tym kątem piszę swoje relacje, a przed nami jeszcze dwa punkty programu. Na początek końca akcent holenderski. URFAUST podziwiałem w akcji już przed trzema laty i choć nie lubuję się raczej w smęcąco ? depresyjnej odmianie czarnego metalu, pamiętam, że oglądałem wówczas duet z niemałym zainteresowaniem. Powtórka również wypadła przekonująco, bo choć pan IX nie należy może do najbardziej charyzmatycznych muzyków tego globu, dźwięki wyczarowywane za pomocą jego gitary oraz gardła tym razem także do mnie dotarły. Zbieram się i zbieram do wzbogacenia swojej płytoteki choćby jednym albumem tego zacnego duo i coś mi z tego nic nie wychodzi, ale miejmy nadzieję, że stanie się to jeszcze w tym roku? Na deficyt albumów DESTRÖYER 666 narzekać z kolei nie muszę, podobnie jak na ilość ich zaliczonych koncertów. Nic nie stało jednak na przeszkodzie obejrzeniu czwórki tasmańskich diabłów po raz kolejny, szczególnie kiedy spać jeszcze mi się nie chciało, a znając jakość ich poczynań wiedziałem, że zawód mi raczej nie grozi. Zamiast tegoż ponownie doświadczyłem godzinnego masakrowania zgrabną mieszanką black/thrash/death metalu na starodawną modłę. Repertuar bazował rzecz jasna na najlepszych trackach synów ziem Aborygenów: ?A Breed Apart?, ?Raped?, ?Damnations Pride?, ?Savage Pitch?, ?I Am Not Deceived?, ?I Am The Wargod?, ?Blood For Blood?, ?Trialed By Fire? plus oczywiście parę więcej. Aby zapamiętać wszystko musiałbym mieć łeb jak wiadro, a że w międzyczasie posiałem gdzieś długopis, polegać musiałem jedynie na własnej pamięci. Nie zapomniałem jednak momentu w którym Warslut puścił parę bluzgów obierając sobie za cel tym razem także i islam, przyznam jednak szczerze, że wobec znanej wszem i wobec zaciekłości wyznawców tegoż, zdecydowanie mógł to sobie darować. Niby nic, ale nigdy nie wiadomo? Summa summarum po raz kolejny D666 zagrał całkiem dobry koncert, ja z kolei czując już dopadające mnie zmęczenie, mogłem powoli kierować się w stronę Poduszkowic i Śpiworowic. Pozostał w końcu jeszcze jeden obfity we wrażenia dzień?

Spędzona na przednich siedzeniach samochodu noc wcale nie dała się moim gnatom we znaki aż tak mocno, gdyż wobec zmęczenia nie zwraca się na jakiekolwiek dyskomforty większej uwagi. Tak do końca niewygodnie też zresztą nie było, a lepiej przekimać się przecież w szczelnej furgonetce aniżeli kulić się w zimną noc w namiocie, nieprawdaż? Ważne, że już na początku dnia oczom moim ukazało się słońce, ciepłe powietrze zaś sprzyjało miłemu grillowaniu z ekipą z Gliwic, owocnym sprzedawaniu towarów związanych ściśle z ekstremalnym metalem, a od godzin popołudniowych także i obserwowaniu tego, co działo się na scenie. A działo się niemniej niż w dniu poprzednim, szczególnie wobec nazw jeszcze w ogóle mi dotąd nieznanych bądź niezbadanych, tudzież tych, które kiedyś już było mi dane oglądać. Już same dwie pierwsze wywarły na mnie pozytywne wrażenie, gdyż brutalne death/ blackowe naparzanie w wykonaniu KRATER i VENENUM po prostu ma w sobie coś, co może się takim jak ja podobać, a przy szczęśliwym zbiegu okoliczności niewykluczone, że z drugimi z wymienionych spotkam się za jakiś czas znowu. Na dobre zaczęło się jednak gdy działa swoje wytoczył AOSOTH. Wiedziałem jednak, że wrażenia inne od pozytywnych czekać mnie w tym przypadku nie mogą ? bynajmniej nie ze względu na przynależność do francuskiej czarnej sceny, którą poniekąd bardzo cenię, lecz przede wszystkim na powiązania z innym przedstawicielem tejże, którego tak samo zawsze lubiłem. Mam tutaj na myśli pana MkM-a z ANTAEUS, który pozostając wprawdzie na dany moment nieaktywnym w swoim pierwszoplanowym bandzie nie odwiesił całkowicie giwery na kołek, lecz postanowił oddać hołd Rogatemu poprzez zdzieranie gardła w AOSOTH. Podobało mi się jak cholera, oj podobało! Pięcioosobowa konfiguracja kapeli odstawiła koncert lepiący się od smoły, zakrzepłej krwi i drażniącej spojówki woni siarki, które po prostu na prawdziwym blackowym gigu być muszą i basta! Ryzyko Filipa opłaciło się jak najbardziej, gdyż grupa nie od dziś grzeje krzesełko w Agonia Records i życzyłbym sobie aby spadła z niego jak najpóźniej, wyrzygując jak najwięcej manifestów ku czci piekielnych mocy. Pośród obecnych w repertuarze kawałków jak dla mnie rządziły oczywiście te z ?Ashes Of Angels?, nie ujmując oczywiście niczego wszystkim pochodzącym z pozostałych krążków. Wobec tak pozytywnych wrażeń nie wiem nawet, czy tradycyjne Viva La France jest w tym przypadku wystarczające, hehe! Ale jedźmy dalej. KETZER swego czasu wywarł na mnie pozytywne wrażenie, tym razem jednak obejrzałem band bez specjalnych emocji. BLASPHEMOPHAGHER widziałem przed niespełna dwoma laty. Podejrzewam, że sama już nazwa dobitnie sugerowałaby co niektórym jakie zespoły stanowią dla tego wyklętego egzotycznego tercetu wykładnię twórczości, pomimo całego szacunku dla tychże osobiście nie powiedziałbym jednak, że muzyka Włochów mnie przekonuje. Jakoś nie przemawiają do mnie grupy aż nadto zapatrzone w te jakże szlachetne wzorce, nie oczekujcie zatem z mojej strony wielce wylewnych superlatyw. Nie rozdrażniła mnie w związku z tym także zbyt długa przerwa pośrodku ich występu, jednakże aby nikogo nie urazić, pozwolę sobie dalej ów temat całkowicie przemilczeć. Wiem tak samo, że w przypadku kolejnego uczestnika też nie napiszę zbyt wiele, zarówno w kontekście negatywnym jak i pozytywnym. Z uwagi na absencję anonsowanego wcześniej HOODED MENACE miejsce Finów zajął inny przedstawiciel krajów skandynawskich pod postacią DENIAL OF GOD. Być może dla niektórych zmiana ta była bardziej korzystna, być może dla innych mniej, w moim przypadku jednak obcowanie z duńskimi blackowcami pozostawiło odczucia najwyżej przeciętne. Już kilka lat wcześniej udało mi się zaliczyć ich sztukę na własnym podwórku, choć z tego co pamiętam wówczas muza ich wywarła na mnie jakieś tam wrażenie? Tym razem stało się zupełnie inaczej, gdyż jedynym odczuciem towarzyszącym mi podczas kilkudziesięciu minut poczynań owych podtatusiałych panów była tylko i wyłącznie nuda. Być może faktycznie staję się już stetryczałym ramolem, skoro tak szybko wycofałem się tym razem na tyły. Na całe szczęście kolejny zaplanowany w grafiku uczestnik skutecznie potrafił mi to wynagrodzić. Na deskach zainstalował się bowiem tubylczy ASCENSION, którego jak do tej pory nie znałem wcale, a że specjalnością kwintetu była naprawdę dobra muza ? niespodzianka posiadała smak istotnie wyborny. Jak na blackowy band muzyka jego brzmiała brutalnie, aczkolwiek nie tak do końca blackowo i to chyba właśnie decydowało o całej jej wyjątkowości. Inna sprawa, że na basie pomykała niewiasta, a połączeniu z wyżej wymienionymi cechami jakościowymi, potrafiło to nabić dodatkowych punktów. Ach, wiadomo jaki ze mnie seksista, hehe! Zauważalne było, że wrażenie wywarte muzą ASCENSION udzieliło się nie tylko mnie, gdyż całkiem spory tłum pod sceną chłonął łapczywie każdy track z debiutanckiego krążka ?Consolamentum?, którego jeszcze wprawdzie nie posiadam, ale w najbliższej przyszłości zamierzam wdrożyć ów plan w życie. Atmosfery dodawał wszechobecny na scenie półmrok lub zmieniające się co rusz na czerwono lub na niebiesko światło ? reasumując zatem występ saksońskiej ekipy, zdecydowanie zapisuję go na plus. Może zechcieliby tak w najbliższym czasie wystąpić w moim mieście? Będę na pewno.

Bardzo dużo obiecywałem sobie po znanym w pewnych kręgach przedstawicielu sceny nowozelandzkiej, którego występ w ramach Deathkult stał się częścią krótkiej bo krótkiej, ale zawsze europejskiej trasy. Widocznie nawet za dużo, skoro także dla mojego zacnego kolegi o imieniu Recardo, u którego naszywki DIOCLETIAN w zupełności zdobią skórzaną kurtałkę, występ kwartetu z nazwą upamiętniającą znanego z prześladowania chrześcijan rzymskiego cesarza nie spełnił wszystkich oczekiwań. Może już siłą rzeczy chcę dopatrywać się wszędzie felerów, sam już nie wiem? Nie mogę oczywiście stwierdzić w tym miejscu jednoznacznie, że koncert DIOCLETIAN był do dupy ? jakby nie patrzeć brutalne death/ black metalowe naparzańsko nie ma prawa się nie podobać, ekipa z Antypodów nie do końca zagrała jednak do końca tak, jakbym chciał ją usłyszeć. Widocznie za mało jeszcze się z nią oswoiłem lub zbyt mało słuchałem, aby pewne rzeczy uwzględnić ? może przy takim brutalizmie brzmienie tego typu właśnie jest standardem? Nie wiem, może. Ale nic to, bo w końcu przyszła pora na headlinera, a jeśli chodzi o band na niego wyznaczony ? ten spotka się z moim uznaniem zawsze i wszędzie. Tak, proszę państwa ? INQUISITION! Show kolumbijskich Amerykanów po raz kolejny nie tylko mnie zadowolił, bo po prostu całkowicie wstrząsnął moją duszą. Nie, nie moi drodzy ? tu wcale nie chodzi o to, że chcę Inkwizycji kadzić, tylko oglądając sceniczne poczynania Dagona i Incubusa zawsze mam wrażenie, że siłą rzeczy napiszę o nich tylko w pozytywnym kontekście. Tradycyjnie będzie tak zatem i tutaj, a co więcej ? opisywane odczucia będą tylko i wyłącznie szczere. Wskutek opóźnienia związanego z przerwą w występie BLASPHEMOPHAGER piekielne duo wyszło na podest niemal godzinę później, nie znaczy to jednak wcale, że okroiło set lub zagrało krócej. Ba, ?zagrało? to zbyt lekko powiedziane ? z owych piekielnych manifestów zapewne i sam Rogaty był dumny, szczerząc w uśmiechu zadowolenia swoje straszliwe kły. Recital bazował głównie na dwóch ostatnich albumach, oczywiście i jak zwykle nie zabrakło raz po raz wspominków z dawnych lat. Mistrz ceremonii w osobie Dagona jak zwykle skupiał uwagę audytorium, chłonącego łapczywie i w transie wszystkie hymny ku chwale piekielnych mocy: ?Astral Path To Supreme Majesties?, ?Nefarious Dismal Orations?, ?Command Of The Dark Crown?, ?Embraced By The Unholy??, ?Where Darkness Is Lord??, ?Crush The Jewish Prophet?, ?Desolate Funeral Chant?, ?Cosmic Invocation Rites?, nie zapominając oczywiście o wieńczącym każdy gig INQUISITION ?Ancient Monumental War Hymn? oraz nieodzownym ?zugabe?? Mówiłem to już kiedyś ? durnoty przekonane o tym, że black metal dawno już umarł, powinny koniecznie posłuchać albo nawet ujrzeć na żywo ten właśnie zespół. Zawsze jest jakaś szansa, że może z biegiem czasu pójdą po rozum do głowy. No, ale cóż ? my tu gadu gadu, a faktem jest, że z przebrzmieniem ostatnich taktów zaserwowanych przez INQUISITION dobiegła właśnie końca druga edycja Deathkult Open Air. Goszcząca mnie po raz pierwszy, pozostawiająca jednak pozytywne wrażenie do tego stopnia, że odwiedzenie jej po raz kolejny w przyszłym roku na pewno nie zostanie przy pomyślnych wiatrach zaprzepaszczone. Organizacja ? na plus. Zespoły ? na duży plus. Atmosfera ? na baaardzo duży plus. Nic dziwnego, że na takie festiwale chce się wracać i wszyscy, którym było dane doświadczyć wszystkich owych pozytywów w zeszłym roku, poświadczyli niniejszą tezę w tymże. Nic dodać, nic ująć, a jedyne co pozostaje to tylko cierpliwie czekać.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

DEATHKULT OPEN AIR 2012 / 17 ? 19.05.2012, Göllnitz, Niemcy


GOAT TORMENT

SVARTIDAUDI

VORKREIST

SADOMATOR

ETERNITY

HORNA

URFAUST

DESTROYER 666

KRATER

VENENUM

AOSOTH

KETZER

BLASPHEMOPHAGHER

DENIAL OF GOD

ASCENSION

DIOCLETIAN

INQUISITION



<<<---powrót