Relacje

UNDER THE BLACK SUN 2012

5.07-7.07.2012  Helenenau bei Bernau, Niemcy

No i jak zwykle początek lipca przyniósł gorączkę i burze – dosłownie i w przenośni, bo każdy kto należy do rasowych wizytatorów metalowych spędów undergroundowego formatu wie przecież, iż wraz z nadejściem tegoż miesiąca nad małą wioskę niedaleko stolicy Niemiec nadciąga także kilka dni zagłady i totalnego bluźnierstwa. Zazwyczaj chodzi o dwa takowe i wówczas każdy wie, że chodzi o Under The Black Sun – podziemny, ale nie mniej urządzony z pompą spęd dla blackowej braci, któremu stuknęło właśnie… 15 lat. Zawsze to jakiś jubileusz, a w związku z takowym nie powinno brakować niespodzianek – bynajmniej nie tylko natury „zespołowej”, bo nawet i tej organizacyjnej. Do takowych należy już chociażby fakt, iż po raz pierwszy od wielu lat festiwal obejmował swoim programem nie dwa, lecz trzy dni. Wyznaczony na czwartek warm up przetarł bowiem szlaki wszystkim zaproszonym tego roku do weekendowej obsady czcicielom Rogatego. Czy plan ów okazał się trafiony i będzie kontynuowany w przyszłości, pokaże oczywiście życie. Niby chciałoby się zawsze coś ulepszyć, zmienić, zmodernizować… Przyjrzyjmy się zatem całej strukturze i przebiegowi tegorocznej edycji. Wówczas może sami odpowiemy sobie na to pytanie…

Początek nie mógł być chyba bardziej niefortunny ze względu na panującą w czwartkowy wieczór paskudną pogodę. Sądnego dnia lało jak z cebra, nic dziwnego więc iż poczynania trzech zaplanowanych na tenże uczestników oglądano w niewielkiej liczbie, przy czym zaopatrzenie się w foliową narzutkę bądź przeciwdeszczowy płaszcz uchodzić mogło za pomysł co najmniej dobry. Kto takowe posiadał bądź nie żywił względem opadów jakichkolwiek obaw, mógł przyglądać się przebiegowi rozgrzewki, którą rozpoczęto trzy godziny przed północą. Usytuowany w małym drewnianym forcie podest (przy którym mieści się zresztą złożony z kilku drewnianych stodółek „backstage” dla grup) okupowały grające wyłącznie w dwuosobowej konfiguracji: zastępująca wypadły z programu DRENGSKAPUR niejaka RIMRUNA, WAFFENTRÄGER LUZIFERS, SUBVERTIO DEUS. To, że wewnątrz fortu było mimo niezbyt licznego audytorium ciasno jak cholera, a w dodatku jeszcze wszędzie porobiło się pełno kałuż i błota to oczywiście szczegół, bo zatwardziałych blek metalowców przecież to nie odstrasza. Cud, że w warunkach takiej mokrzyzny nic nie trzasło ani nie zrobiło się inne zwarcie, choć dłuższej przerwy w dostawie prądu co najmniej raz doświadczyliśmy. W mojej skromnej opinii nic to jednak strasznego – żaden z wymienionych nie zasługiwał na większe uznanie, choć ostatniemu za wykonanie „Freezing Moon” wiadomo kogo mały plusik bym już z litości dał. Jedna jaskółka wiosny jednak nie czyni, uznając zatem, że więcej wrażeń się tego dnia nie uświadczy, położyłem się w spokoju sumienia spać oczekując piątku, który nastał na szczęście niespodziewanie szybko. Rozpoczęcie drugiego, a właściwie pierwszego właściwego dnia zainaugurował wczesnowieczorną porą zaproszony dosłownie na dniach świnoujski TSMED. Pomorzanie zastąpili anonsowany na samym początku NABAT, który z powodów nazwijmy to – natury personalnej – zmuszony był niestety wypaść z rozpiski. Choć pod sceną było pustawo, polski akcent przetarł szlaki w sposób co najmniej poprawny, sam zaręczam natomiast, że każdy komu w przeszłości podpasowało pierwsze wcielenie TENEBROSUS (jak najbardziej znane w Niemczech), powinien być zadowolony także i w konfrontacji z tymże bandem. Z uwagi na kilkudemówkowy zaledwie dorobek bandu show TSMED nie mógł trwać dłużej niż pół godziny, po raz któryś już jednak chłopaki udowodnić mogły, że nawet i na takim pułapie zdziałać mogą wcale niemało zarówno w kraju jak i poza jego granicami. Kolejny band w piątkowej rozpisce i tym samym kolejne zastępstwo – tym razem z powodów zdrowotnych, jeśli rozchodzi się zaś o detale, na miejsce NO EMPATHY wskoczył sprowadzony naprędce EVIL WARRIORS. Ubabrani sztuczną posoką rzemieślnicy nie zachwycili mnie jednak ani tyciu i tytułu mistrza cechu nie przyznałbym im nawet po najbardziej żarliwych odwołaniach, prośbach i płaczach. Podobnie postąpiłbym w przypadku Rosjan z BLACKDEATH, choć pogrywająca w owym tercecie na garach pani to zawsze jakieś przemawiające na korzyść odstępstwo od normy… Kanadyjczycy z FORTERESSE – wrażenia raczej średnie, bardzo pochlebnie wypowiedzieć się już za to mogę o ACHERONTAS, którzy notabene zamienili się z poprzednikami miejscami. Pięć lat istnienia, na koncie już jednak trzy duże albumy, z czego ostatni zeszłoroczny „Vamachara” wydany przez Agonia Records – oto dowód, że Grecy nie tylko mają szansę wypełznąć na wyższe poziomy black metalowego Tartaru, ale nawet i dogonić swoich cenionych w fachu krajan. Trzy kwadranse zaserwowanych przez synów Hellady hymnów ku czci królestwa Hadesu usatysfakcjonowały mnie więcej jak bardzo, szczególnie przy bardzo dobrym brzmieniu jakie udało się chłopakom osiągnąć. Żywię ogromną nadzieję, że przy jakiejś hipotetycznej okazji ponownego spotkania towarzyszące mi odczucia będą podobne. Zastanawiam się tylko – dlaczego nie podszedł mi wobec tego NIGHTBRINGER? Dwa zespoły z tymi samymi (przynajmniej w jakiejś części) memberami, mimo wszystko coś zupełnie innego – to chyba jedyny powód tegoż zjawiska… Przyszła zatem pora na headlinera, a na tegoż wyznaczony został KAMPFAR. Synowie fiordów i lodowcowych krajobrazów jak zwykle wykonali swoją robotę więcej niż prawidłowo. Uwaga tradycyjnie skupiać się musiała na Dolku, który niemniej tradycyjnie umiejętnie wokalizował oraz wypełniał inne obowiązki frontmana. W programie oczywiście rzeczy starsze i nowsze, choć ze względu na lekkie zmęczenie oraz chwilowy brak nastroju na nordyckie majestaty ku czci Odyna o przytoczenie tytułów się nie pokuszę. Było jednak dobrze – mogę to stwierdzić nawet pomimo słuchania poczynań KAMPFAR ze znacznej odległości, co dobitnie świadczy o dobrym nagłośnieniu na scenie. Być może następnym razem wykażę większą chęć opisania poczynań Norwegów bardziej szczegółowo – w końcu zawitać mają do stolicy już w listopadzie, a dni miesiące lecą przecież tak szybko…

Ostatniego dnia na pożarcie lwu rzucone zostały w pierwszej kolejności KHAOS AEON i DUSKEN. W moim skromnym mniemaniu zwierzątko najadło się chyba do syta, gdyż nie tylko jakość poczynań tychże, ale również i liczba oglądających nie okazały się zbyt satysfakcjonujące. Nie stwierdzę aby fakt ów specjalnie mnie zabolał, żal mi jednak bardzo chłopaków z BLAZE OF PERDITION – przy poczynaniach lublinian gęstego tłumu oczywiście też się nie uświadczyło, zaręczam natomiast, że występ Blasku Zatracenia z pewnością kwalifikował się do grona najlepszych nie tylko tego dnia, ale i całego festiwalu w ogólności. Wysmarowani sadzą i popiołem podopieczni Tomka K. odwalili przecież kawał dobrej roboty na wszystkich spłodzonych do tej pory wydawnictwach, nic dziwnego zatem, że jakość owa przełożyć się musiała także i na poczynania sceniczne. Było grrrrroźnie, oj było! A że podobało się tylko nielicznym – no cóż, szkoda… Miejmy nadzieję, że sytuacji takich zdarzać się będzie jak najmniej, czego chłopakom jak najszczerzej życzę. Nie tylko tego zresztą, bo i możliwości pokazania się na jakimś większym spędzie rzecz jasna. Do powiększenia frekwencji skutecznie przyczynił się jednak SALACIOUS GODS. Bardzo słusznie zresztą, gdyż muza serwowana przez kwintet z kraju tulipanów wysoką jakością stoi, a że sam mam ją na półce, nie mogłem oczywiście odmówić sobie przyjemności zasilenia delektującej się owymi dźwiękami publiki. Wydawani od kilku lat przez organizującego ów spęd Holendrzy uraczyli wszystkich delicjami z trzech dużych wydawnictw, w tym oczywiście tymi z wydanego przed siedmioma laty „Piene”, będącego notabene moim ulubionym. Jak wieść niesie, następca tegoż nadchodzi rzekomo coraz większymi krokami, co oczywiście bardzo cieszy. Gdy poczekamy i się doczekamy, to i zobaczymy czy legalne i ogólnodostępne w kafejkach zioło pomogło panom ponownie stworzyć kawał dobrego black metalu… Po SALACIOUS GODS na scenę wdrapał się grecki DODSFERD. Najbardziej zagorzali i dociekliwi, tudzież spostrzegawczy zwolennicy gatunku domyśliliby się może iż w nazwaniu zespołu pomóc mógł track z drugiego albumu pewnego bardzo znanego i tym samym stałego się już praktycznie instytucją zespołu z Norwegii. Czy sam się do tychże zaliczam trudno mi czasem ocenić, wiem jednak, że to co zaprezentowali Grecy nie podeszło mi za jasną cholerę. I to nie bynajmniej dlatego że pan śpiewak nie miał pięknych długich włosów, lecz wyłącznie z powodu takiego, że niewiele miało to raczej wspólnego z tym co w najlepszych (czytaj: niekomercyjnych) dniach prezentował tłukący obecnie grube siano band Shagratha. Co innego jednak jego krajanie z SARKOM oglądani przeze mnie do tej pory dwukrotnie i za każdym razem trafiający w moje gusta. Nie spodziewałem się zatem niczego innego po ich występie także i teraz – Szatana, krwi, totalnego zbezczeszczenia wszelkich świętości oraz mojego ulubionego hymnu hordy „Inferior Bleeding”! To ja rozumiem – kilkadziesiąt minut wysokiej klasy rytuału, obrazującego jak powinno grać się czarny metal, hahahahaha! Po solidnej dawce takich bezeceństw należy jednak się zawsze trochę wyciszyć i tym razem zadania tego podjął się FORGOTTEN TOMB. Być może będziecie zaskoczeni, ale – makaroniarze zaskoczyli mnie tym razem bardzo pozytywnie. Nie zawsze dźwięki grane przez takie kapele potrafią do mnie przemawiać, tym razem jednak mieszanka rocka z lekką blackową deprechą przy doskonałych walorach brzmieniowych naprawdę mnie usatysfakcjonowała. Jak do tej pory widziałem Włochów zaledwie raz, być może nie był to ich najlepszy koncert lub ja sam niespecjalnie miałem nastrój. Na niniejszej odsłonie UTBS Zapomniany Grobowiec podpasował mi idealnie, myślę zatem, że podobna sytuacja jeszcze się kiedyś nadarzy i tym samym zmienię swój stosunek do nie tylko tej, ale i do kapel z takiego gatunku w ogólności. Po zdaniu służby przez FORGOTTEN TOMB zorientowałem się iż czas przeminął nieubłaganie i na rozpisce zostały już dwa ostatnie zespoły. Pierwszym wieńczącym edycję stał się niesławny ISVIND. Zapaleni penetratorzy najgłębszych zakamarków muzycznego Tartaru z pewnością znają nie tylko band ale i jego historię, nie wątpię zatem, że aktywność koncertowa Norwegów ucieszyć mogła każdego, kto tylko dla nich zaszczycił w owych dniach festiwal. Podejrzewam że ze względu na wzrost wokalista Draconiiz zaskoczył/ zszokował pewnie nie tylko mnie, domyślając się jednak podłoża medyczno-genetycznego nietaktem byłoby pozwalać sobie na jakiekolwiek złośliwości. Ważne za to jest, że ISVIND gra black metal i robi to całkiem dobrze, co na deskach udowodnić potrafił bez naciągania. Ci znad Wisły, którzy nie mieli okazji zameldować się na feście osobiście, przekonają się już o tym jednak niebawem w swoim własnym kraju – występ ISVIND zabukowany został na polskich ziemiach w połowie września, uważajcie więc i nie przegapcie! Wszystkie bandy za nami, a zatem – bierzmy się za headlinera. O NARGAROTH można pisać wiele, zarówno w kontekście pozytywnym jak i negatywnym. Podobnie jak w innych przypadkach tworzenia bandu przez jednego tylko osobnika, także i osoba Kanwulfa lub jeśli ktoś woli – Asha, podlega rozmaitym opiniom i ocenom. Nie dziwi mnie już zatem, że i on potrafił przysporzyć sobie przez wszystkie lata funkcjonowania swojego interesu zarówno zagorzałych zwolenników, jak i zaciekłych oponentów, toteż rozliczne głosy że Kanwulf to, że Kanwulf tamto, jeszcze innym razem, że sramto zapewne i jemu koło dupy latają. Mnie osobiście owa zakała sceny niczym tegoż dnia z równowagi nie wytrąciła, zgodzę się jednak ze stwierdzeniem, że wybrzydzanie z powodu durnego soku (pomarańczowy nie smakował, co wiązało się z koniecznością zakupów w miasteczku i przywiezieniu posiadającego smak mango) to już kaprys godny Franka Sinatry co najmniej. Skoro jednak największy pozer sceny nie zażyczył sobie krewetek w sosie czekoladowym, pstrąga nadziewanego krabami albo panierowanych żabich udek znaczy to, że tak bardzo źle jeszcze nie jest i nic nie ma prawa przeszkodzić w śledzeniu jego scenicznych poczynań zwanych fachowo koncertem. Przyznam najszczerzej pod księżycem, iż ciekawość była tegoż wieczoru uczuciem towarzyszącym nie tylko mnie – bynajmniej nie z powodu, iż maestro Ash grywa takowe od wielkiego dzwonu, lecz przede wszystkim dlatego, że osobiście mogłem sam wreszcie się z nim w powyższych okolicznościach zmierzyć. Nie było to wprawdzie nigdy moim wielkim marzeniem, obiecałem sobie jednak, że jeśli tylko nadarzy się okazja zobaczenia NARGAROTH na żywo, to skorzystam z niej na pewno. Stało się. Król pozerów tudzież mistrz zameldował się na podium w towarzystwie trzech nieznanych mi bliżej grajków, dwóch bannerów oraz dwóch krzyży, które podpalone na samym początku gigu musiały oczywiście zachwycić każdego zażartego przeciwnika pięknych chrześcijańskich wartości. Niedługo potem zaczęło się i dla każdego stało się jasne, że „Black Metal Ist Krieg”, a każdy co się z tym nie zgadza powinien obejrzeć na dobranoc Piaskowego Dziadka i dawno leżeć już w łóżku. Zakuty w ramonę Kanwulf zbytnio może nie szalał, wyginając się w rytm wygrywających jego manifesty czeladników (trudnych niestety do zidentyfikowania) sprawiał jednak niemałą radochę stojącemu przed sceną tłumowi. „Karmageddon”, „Erik May You Rape The Angels”, „Agonizer”, „Hunting Season”, “Semper Fidelis”, “Be Dead Or Satanic”, “The Day When Burzum Killed Mayhem”, “War”, “I Burn For You”, “Prometheus”, “Herbstleyd”, “Possessed By Black Fucking Metal”, “Seven Tears Are Flowing To The River” – oto program główny, przepleciony w międzyczasie nieodzownymi kowerami (MAYHEM oraz SLAYER). Zastanawiające było czy trzymając w ręce podczas niektórych tracków stylizowaną na nieświęte pismo potężną knigę maestro chciał urozmaicić nieco wizualnie show czy też po prostu zapomniawszy swoich tekstów z dawnych lat postanowił się nimi w ów tajemniczy sposób posiłkować – może tak, może i nie, ważne jest za to że swego dopiął. Do tego nawet stopnia, że ze względu na dawno miniony czas występu i zobowiązującą do tegoż ciszę nocną, festiwal doczekał się rzekomo kilkorga gości bez biletów – panów w mundurach, którzy na całe szczęście dali się przekonać o mającym zapaść niebawem finiszu. Fajerwerków na koniec nie było, uroczyste pożegnanie także nie miało miejsca, każdy jednak wiedział, że wraz z odstawieniem trzymanych w dłoniach instrumentów nie tylko występ NARGAROTH, bo także i kolejna edycja UTBS stała się historią. A jako że ta lubi się powtarzać – miejmy nadzieję, że i za rok będzie nam dane spędzić pośród okalającego scenę lasu trzy diabelskie dni i noce.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

UNDER THE BLACK SUN 2012


KAMPFAR

KAOS AEON

DUSKEN

BLAZE OF PERDITION

SALACIOUS GODS

DODSFERD

SARKOM

FORGOTTEN TOMB

ISVIND

NIGHTBRINGER

TSMED

EVIL WARRIORS

BLACK DEATH

FORTERESSE

ACHERONTAS

NARGAROTH



<<<---powrót