Relacje

WACKEN OPEN AIR 2012

2.08 ? 4.08.2012  Wacken, Niemcy

Podejrzewam, że gdyby tak moja zacna babcia chcący bądź niechcący znalazła się na tegorocznym Wacken, festiwal ów podsumowałaby słowami: ?Jezus, to była Kalwaria!? Nie dziwiłbym się temu ani trochę, skoro słowa niniejsze wygłosiłbym sam mając prawie 60 lat mniej i bez względu na to w jakim stopniu jestem wierzący. Dlaczego? Z kilku względów, choć jeden przeważyłby zapewne wszystko. Nawiasem mówiąc nawet i przeważył w odniesieniu do edycji przyszłorocznej, gdyż nawet i bez niego po przeanalizowaniu wielu czynników wiele wskazuje na to, że w kolejnym sezonie fest ów już raczej mnie nie zobaczy. Tak poza tym ? czy po 10 latach nie miało to prawa po prostu mi się sprzykrzyć? Tyle właśnie ich z rzędu jeździłem bowiem bez przerwy do Mekki światowego metalu, przeżywając łącznie 30 dni ekstazy, zmęczenia, jednocześnie czasem nawet złości i rozczarowań. Z innych szacunków wynika, że sumując te dni ? cały miesiąc żywiłem się konserwami i zeschniętym chlebem, nawilżając się przy tym ciepłą colą lub piwem. No i tyle samo dni wreszcie nałaziłem się setki, a może i nawet tysiące kilometrów, pokonując odległości pomiędzy namiotem, scenami, licznymi stoiskami z merchem, potykając się o tysiące zalanych w trupa imprezowiczów, wodząc wzrokiem za co urodziwszymi imprezowiczkami, no i rejestrując w głowie rozmaite obrazy i obrazki, których uzbierałyby się zapewne miliardy? Cała dekada. Dekada, która minęła od momentu mojego pierwszego przyjazdu na największy festiwal metalowy świata. Owocująca całkiem licznymi doświadczeniami, kilkoma trwającymi nawet po dzień dzisiejszy znajomościami, no i wspomnieniami, które zawsze gdzieś tam pozostaną. Szczególnie wobec decyzji, która wydawałaby się nieodwołalna i chyba tylko wyjątkowe okoliczności musiałyby mieć wpływ na jej zmianę. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie aby przebieg kolejnej trzydniowej kampanii opisać ponownie ? niczym prowadzący dziennik bojowy oficer, składam niniejszym na wasze ręce szczegółowy raport z pola bitwy. Sumienność i poczucie zobowiązania to ponoć rzeczy niezwykle ważne, a zatem? Podobnie jak dwaj towarzyszący mi koledzy wrażenia dnia pierwszego zacząłem (i właściwie także zakończyłem) skupiając się na zespole zaproszonym po niespełna roku ponownie. Zespół ów to znana wszystkim doskonale SEPULTURA, występująca tym razem w towarzystwie niejakiego LES TAMBOURS DU BRONX. Jak się okazało, była to trupa towarzysząca Sepie i składająca się z kilkunastu typów walących w stare metalowe beczki, co imitować miało zapewne jakiś folklorystyczny zespół wspomagający. O tym, czy inicjatywa ta pasowała do występu takiej kapeli można by napisać oddzielną książkę, z uwagi na to że osobiście ograniczam się zaledwie do reportażu, stwierdzę jedynie, że jeśli już to chyba jak kwiatek do kożucha. O ile jeszcze rok wcześniej SEPULTURA (a raczej jej połowa) potrafiła jednak jako tako mi się spodobać, odczucia moje po dwunastomiesięcznej przerwie należały do bardzo negatywnych. Nie dziwcie się zbytnio, bo skoro w repertuarze pojawiły się zaledwie cztery numery (?Refuse/ Resist?, ?Territory?, ?Roots Bloody Roots?, ?Ratamahatta?) z najlepszego okresu tego bandu, to dobrze chyba nie jest, prawda? Nawet nie wiem i nie chce mi się zbytnio dociekać jakie inne tracki pojawiły się w przeciągu ponad godziny (wiem że jednym był z pewnością ?Fire Starter? niesławnego PRODIGY), ale wybaczcie ? nie zagrać nic z ?Schizophrenia? czy ?Arise? to już w przypadku Sepy afront straszliwy. Z niezmierną przykrością piszę takie słowa, ale niestety ? trudno abym wielkiemu bandowi cukrzył z powodu jakiś nietrafionych innowacji. Dla spokoju sumienia zawiesiłem też przez parę chwil oko na SAXON, ale wobec faktu oglądania go na owej imprezie 547 razy oraz przewidywalnego do bólu repertuaru czy podrygiwań Biffa Byforda, uznałem że lepiej w międzyczasie coś wypić i zjeść, a resztę wieczoru spędzić na pogaduchach z rozbitą po sąsiedzku ekipą. Żywiłem głęboką nadzieję, że dwa kolejne dni zrekompensują ten niezbyt udany pierwszy ? niby nadzieja umiera ostatnia i istotnie umarła w godzinach popołudniowych piątku. Żal o tym pisać, ale?

Przygrzewające mocno w czwartek słońce postanowiło uraczyć wszystkich powtórką z rozrywki także i w godzinach porannych dnia następnego. Raz po raz chowając się za chmury powodowało lekkie orzeźwiające ochłodzenie i zarazem podświadome życzenie aby ów stan rzeczy utrzymał się przez cały dzień. Cieszyłem się na niego szczególnie w momencie kiedy godzinę przed południem inauguracji otwarcia drugiego dnia podjął się na deskach Black Stage ENDSTILLE. Ekipa z Kilonii staje się jak widać w ostatnich latach gościem Wacken stosunkowo często, gdyż prawie trzy razy pod rząd to osiągnięcie nie lada. Słychać jednak i widać coraz wyraźniej, iż grupa coraz bardziej traci powiązania z bardzo undergroundową sceną black metalową do której jeszcze przed dekadą mogłaby się zaliczać, nie wiem zatem czy fakt jej częstego goszczenia na największym feście metalowym świata wzbudzać obecnie może wśród ich true kolegów po fachu jakąkolwiek zazdrość? Owszem, wciąż są farbki na twarzach, stale wszechobecna jest w tle wielka szmata z niemieckim karabinkiem automatycznym spopularyzowanym w ostatnich latach wojny, tak samo nie brakuje innych wojennych akcentów w postaci złożonych z zasieków dekoracji, co do tego czy ENDSTILLE wciąż jest jeszcze tym samym zespołem co za dawnych lat miałbym jednak spore wątpliwości. Przyznam się szczerze ? występującą obecnie w pięcioosobowej konfiguracji kapelę obejrzałem z zaszczepionej gdzieś w głębi sympatii aniżeli z chęci przeżycia kolejnej sensacji. Czymże mogliby mnie bowiem jeszcze zaskoczyć? ?Dominanz?, ?Endstille?s Reich?, ?Conquest Is Atheism?, ?Ripping The Angel?s Flesh?, ?Frühlings Erwachen? (sparodyzowane nawet jako ?Frühstück Erwaffnen?, hehe!), ?Bastard? czy ?Navigator? przeplecione w międzyczasie dwiema czy trzema nowościami z zeszłorocznego ?Infektion 1813? to wszystko co zaprezentować mogła ta kapela. Tyle i tylko tyle, przypuszczam nawet, że kolejny ich show niewiele różniłby się od niniejszego. Doczekawszy końca powędrowałem zatem raźno pod True Metal Stage. Celem była choćby krótka obserwacja poczynań Phila Rinda i jego kolegów, ale jako że SACRED REICH nigdy nie należał raczej do grona moich idoli, po kilkunastu zaledwie minutach zapodałem tyły. Z uwagi na zapowiedzi zapragnąłem za to choćby przez moment przekonać się co też zaprezentuje anonsowany na kartkach książeczki z programem wybitny i inteligentny HENRY ROLLINS. Po dotarciu do oddalonego od właściwego terenu festiwalu namiotu (w którym to obok jednej z malutkich scenek ulokowano również tym razem Wet Stage) rozczarowałem się jednak srodze ? autor książek, właściciel wydawnictwa oraz tym samym lider niesławnego ROLLINS BAND absolutnie nie występował ze swoją grupą! Dość powiedzieć, że nie występował z jakąkolwiek ? popisy jego ograniczyły się jedynie do wygłaszanych w teatralnej formie skeczy, cytatów oraz innych zaczerpniętych z nie wiadomo skąd wątków. Nie przysłuchałem się wprawdzie dokładniej o czym miały one traktować, widać było jednak że chłonąca je wiara reaguje niezwykle pozytywnie. Nie pomyślałem już nic, powróciwszy jedynie na miejsce stacjonowania swoje oraz niezawodnej ekipy z Flensburga zabrałem się za żywą konwersację oraz spożywanie piwa w towarzystwie tejże. A wtedy? zaczęło się. Tak, tak proszę państwa ? po dwudziestu zaledwie minutach stało się jasne, że jeśli chodzi o dalsze losy Wacken jak i mające towarzyszyć mu momenty pozytywnych uniesień zostają pogrzebane nieodwołalnie. Tutaj dochodzę do sedna sprawy, jeśli chodzi o ten przeważający wszystko czynnik. Nad teren festiwalu nadciągnęły przywiane zapewne znad pobliskiego Morza Północnego ciężkie chmury, które bezlitośnie spuściły miliony ton rzęsistego deszczu. Nie wiem jak wielu z was miało w latach beztroskiego dzieciństwa w rękach książkę o Ferdynandzie Wspaniałym, to co się jednak działo przez blisko trzy kwadranse (jak nie więcej) opisać by można właśnie tak, jak swego czasu ujął to autor tej przezabawnej książki: nastąpiło oberwanie chmury zobrazowane graficznie jako DESZCZ DESZCZ DESZCZ DESZCZ DESZCZ. Dobrze, że mogące pomieścić sporo osób zadaszenie przy przyczepie campingowej dzięki uprzejmości nowych znajomych udzieliło schronienia także i mnie, wierzcie mi jednak ? widząc przez małe foliowe okienko co się dzieje, przeraziłem się nie na żarty! Tak i tak dobrze, że namiot dzielony z niezastąpionym kumplem Robertem, notabene basistą Genital Putrefaction nie posiadał ani jednego przecieku, nietrudno sobie wyobrazić chyba jednak co zastałem po ponownym udaniu się na tereny ze scenami. Błocko, śmierdzący szlam, kałuże co najmniej po kostki ? mało wam? Jeśli nie, cofnijcie się wstecz do kilku moich relacji z festiwali w latach poprzednich, tak i tak zresztą uważam, że dodawać w tym miejscu cokolwiek więcej mija się po prostu z celem. Wobec zaistniałych warunków zdobyłem się jednak na heroizm polegający na obserwacji produkujących się w godzinach wczesnowieczornych krajan z DECAPITATED (koncert oczywiście świetny, choć o skrawek suchego miejsca nawet i pod pokrywającym Wet Stage namiotem nie było łatwo ? całkiem jakby trafiona nazwa tej sceny), potem zaś czekając bezskutecznie na wypadły wskutek przyczyn niezależnych od organizatora DODHEIMSGARD mogłem tylko ciężko westchnąć, toteż stąpając i brodząc niezwykle ostrożnie pokierowałem swoje szanowne nogi ku Black Stage. O 21.00 deski jej opanował bowiem DIMMU BORGIR, którego występu ciekaw byłem z kilku względów. Powód pierwszy to oczywiście pięcioletni okres dzielący mnie od ostatniego ich występu na własnym podwórku, więc wiadomo ? forma i kondycja. Na drugim miejscu wymieniłbym zaszłe w międzyczasie zmiany składowe mające nierzadko wcale niemały wpływ na punkt poprzedni, po trzecie wreszcie ? materiału z ?Abrahadabra? w wersji scenicznej oczywiście nie słyszałem, dodatkowo więc jeszcze wobec faktu odtworzenia go w towarzystwie orkiestry symfonicznej należało na gigu owym oko zawiesić co najmniej na chwilę. Tak też uczyniłem. Nawet na więcej niż jedną chwilę. Poraził oczywiście potężny sound, który chyba na zawsze pozostanie już specjalnością Burgerów, bez względu na to gdzie by nie grali i z kim. Orkiestrowy rozmach zmiótł dosłownie wszystko, nowi wspomagacze zaś (Cyrus na basie i Bratland na parapetach, nie zapominając oczywiście o ukrytym za potężnym zestawem garów zacnym i znanym każdemu Darayu) udowodnili skutecznie, że tak samo jak poprzednicy choćby i na potrzeby sesyjne też świetnie wpasować mogą się w zespół. Trzon tegoż to bowiem już od dawna Shagrath i Silenoz (godna odnotowania nowość fryzjerska), no i w jakimś tam sensie Galder, choć aby nie narazić się co niektórym za to ?jakimś sensie? wolę już się w owej materii nie rozpisywać. Ale zagrali że jak trza ? nie ma wątpliwości. Zgodnie z moimi przypuszczeniami na ruszt wrzucona została zawartość z ?Abrahadabra?, nietrudno było zatem o ?Born Treacherous?, ?Gateways?, ?Dimmu Borgir?, ?Chess With The Abyss?, ?Ritualist? czy ?A Jewel Traced Through a Coal?. Wykonany wyłącznie w wersji symfonicznej ?Eradication Instinct Defined? zapoczątkował przeskok do lat minionych, o których przypomniały na krótko ?Vredesbyrd? oraz ?Progenies Of The Great Apocalypse?. Wycieczkę w rejony poprzednich wydawnictw kontynuował także ?The Serpentine Offering?, lecz jeszcze w trakcie jego trwania zacząłem już zapodawać tyły i w sumie nie wiem czy pojawiło się cokolwiek z wydawnictw jeszcze starszych (dwóch pierwszych oczywiście nie biorę pod uwagę absolutnie). A co mnie do tego skłoniło? No cóż, gdyby nie owe niefortunne ustawienie DIMMU BORGIR na części koncertu GEHENNA, z pewnością zostałbym do samego końca? Obowiązek nakazał jednak powolne, aczkolwiek dzielne pomaszerowanie w kierunku Wet Stage, gdzie zaledwie pół godziny przydzielono wyżej wymienionym krajanom Burgerów. Zważcie zresztą dobrze, że obie kapele startowały niegdyś z tego samego poziomu, a dziś? Po czarze pięknych czasów pozostały zaledwie wspomnienia, a niewykluczone, że pomimo występu na tym samym festiwalu może już nawet gadać ze sobą nie chcą? Nie wnikam zresztą, bo nie ma to najmniejszego sensu, a sam występ GEHENNA uznać mogę za całkiem niezły. Podobnie jak przed dwoma laty na Festung, także i teraz repertuar bazował na trackach z trzech ostatnich długograjów (?Death To All?, ?Dead Again?, ?Werewolf?), choć z ery majestatyczno ? klimatycznej znalazł się nawet reprezentujący pierwszy mini-album utwór ?Morning Star?. Wiadomo oczywiście że bez keyboardów nie mógł zabrzmieć tak fajnie jak na płytce, ale z braku laku dobry kit. Podobnie jak w Bitterfeld bezbłędnie rozszyfrowałem jedynie postać wciąż męczącego cztery struny Dolgara, tym razem jednak skupić się mógł jedynie na tychże, gdyż gardła użyczył na potrzeby niniejszego gigu jeden z gitarulników, też zapewne obecny na tamtym. Jako że w ciągu najbliższych minut programowy zeszycik nie przewidywał jakichkolwiek atrakcji dla oka i ucha, postanowiłem wytrwać i dlatego też przeczekując trzy kwadranse w jako tako pozbawionym publiki i na szczęście suchym miejscu namiotu, szykowałem się na AURA NOIR. Oczekiwanie przyniosło jednak miłe akcenty w postaci znalezienia tamże zmiętego, aczkolwiek nadającego się po lekkim podsuszeniu wciąż jeszcze do użytku banknotu ojro o wcale niemałym nominale, co dobitnie świadczy, że pomimo wszechobecnego kryzysu co niektórym od dobrobytu w dupach chyba też się przewraca? Zarobiłem zatem na koniec dnia, posłuchałem sobie zadziornego black/ thrashu w wykonaniu hordy Apollyona (tym razem we czterech z drugą gitarą), a że po niecałej godzinie miałem wszystkiego dosyć, podążyłem wolniusieńko ku miejscu kwaterowania. Nie pytajcie mnie o czas jaki mi to zajęło, ale jednocześnie też proszę abyście się nie śmiali ? pojedźcie kiedyś na festiwal w błocie i strugach wody, a sami zrozumiecie?

Początek dnia ostatniego miał w moim przypadku miejsce stosunkowo późno. Jakoś tak się złożyło, że do godziny 14.00 na żadnej ze scen nie występował jakikolwiek zespół poruszający moje zmysły. Dopiero o tejże szalę moich dylematów przeważył PARADISE LOST, bo choć dźwięki kamandy Nicka Holmesa od dawna już przestały trafiać w moje gusta, poczynania jego krajan pod wodzą Barneya Greenwaya potrafiły mi się ze względu na częstotliwość ich oglądania bardzo mocno przejeść. Inna sprawa, że w ciągu tylu lat aktywności w odwiedzaniu koncertów popisów scenicznych Raju Utraconego nie udało mi się zobaczyć ani razu, nie dziwcie się zatem, że przemogłem się jakoś i brodząc w tym szlamie pomaszerowałem ostrożnie ku Party Stage. Czy się opłaciło? No, w sumie tak ? jak zaznaczałem, obecne poczynania nie pociągają mnie ani trochę, toteż nie przeżywałem jakiejkolwiek ekstazy przy nieznanych mi w sumie kawałkach, nie ukrywam jednak że słysząc chociażby ?As I Die? ? nie mogłem ustać obojętnie. Całkiem niezła odmiana wobec perspektywy obcowania z Napalmową Śmiercią, której lider zapewne tradycyjnie i tym razem z wrodzonym sobie wdziękiem styrał wszelkiej maści głupich polityków? Odpuściłem MASSACRE, poświęciwszy się jednak przeczekałem około dwóch godzin mając nadzieję na obejrzenie części składu tegoż pod inną konfiguracją. W momencie objęcia w posiadanie desek Black Stage przez tenże, zapewne nie tylko ja ze zdumieniem stwierdzić musiałem, że albo nie jest to SIX FEET UNDER, albo? No, tak. Okazało się, że jednak. Był to jak najbardziej SIX FEET UNDER ? w odmienionym (odświeżonym?) pięcioosobowym składzie, aczkolwiek wciąż z Krzysiem na wokalach. Dla wszystkich żarliwych wyznawców SFU jasne chyba jest jednak, że postać owa to symbol kapeli, nie sądzę zatem aby nowe twarze w lajn apie kogokolwiek z takowych dogłębnie poruszyły. Obok Mr. Barnesa jedynym starym wojakiem w szeregach wciąż pozostaje jednak Steve Swanson, personaliów nowych grajków na dany moment ustalić mi się niestety nie udało. Nie wiem też oczywiście co wpłynęło na decyzję tak drastycznej zmiany w składzie i w sumie niewiele mnie to interesuje, jak zwykle obejrzałem jednak koncert grupy z małą dozą przyjemności. Dlaczego? Wiecie przecież ? choć przebieg jej kariery dawno już przestał budzić moje zainteresowanie, zawsze trafić można pośród granych kawałków na te najbardziej ulubione, czyli stare. Tym razem załoga postarała się także o małą niespodziankę-zaskakiwankę, ściślej zaś rzecz biorąc ? na start poszedł ?Stripped, Raped And Strangled? wiadomo kogo, co zdziwiło mnie szczególnie. Być może Krzysiu dogadał się jakoś z kamratami z dawnych dni co oznaczałoby iż nie sposób iść z kimś całe życie na udry, albo i oni machnęli na to wszystko ręką, uznając jakoby z racji na siłę sentymentu też coś mu się od nich należało? Nie był to zresztą jedyny kanibalowy akcent na trackliście ? pod koniec usłyszeć można także było ?Hammer Smashed Face?, nie wspominając rzecz jasna o zamykającym niemal zawsze całość ?TNT? autorstwa Ace Piorun Dece. W międzyczasie było mi dane usłyszeć oczywiście ?Revenge Of The Zombie?, ?Feasting??, ?Victim Of The Paranoid?, ?No Warning Shot?, ?Human Target?, ?Silent Violence? czy ?Torn To The Bone?. Miłośnicy tudzież miłośniczki potężnych dredów Barnesa z pewnością przeżywali momenty ekstazy widząc jak pięknie potrafią w rytm muzy fruwać, niejeden może dla oddania hołdu swojemu idolowi postanowił przyjarać w tym momencie zielsko? Wiem na pewno, że wszystkich spragnionych soczystego, klasycznego death metalu występ SFU usatysfakcjonował bez dwóch zdań, a i ja sam przekonać się mogłem po raz któryś o skuteczności takiej muzy na żywca. Chcąc jednak po raz kolejny przekonać się o sile i zadziorności thrashu z Bay Area przesunąłem front kilkadziesiąt metrów w prawo, gdzie na True Metal Stage do boju szykował się właśnie TESTAMENT. Wódz Billy i jego kamraci dosłownie na dniach wydali najnowszy album ?Dark Roots Of Earth?, nic dziwnego więc, że każdy kto zdążył już zapoznać się ze studyjnym brzmieniem tegoż materiału musiał liznąć choćby jego namiastki w wersji live. Mnie niestety znany on jeszcze nie jest, przyznam jednak, iż po raz kolejny przyjemność sprawiło mi słuchanie starych testamentowych kawałków (?Over The Wall?, ?The New Order?, ?Into The Pit?, ?Practice On Your Preach?). Nie zabrakło także powiewu przedostatniego krążka ?The Formation Of Damnation? i wiem, że należący do naszej skromnej ekipy kolega Marek z pewnością przeżył w ciągu owej godziny foniczny orgazm. Wizualny zresztą też, no bo w końcu Peterson ze swoim wiosłem? Istny fetysz dla miłośników gitar.

Niedługo po przebrzmieniu ostatnich taktów thrashowego huraganu stanąłem vis a vis Party Stage, na tyłach której zawisła czarna szmata z logo składającym się z pentagramu w towarzystwie dwóch odwróconych krzyży. Jeśli dodam jeszcze, że band pochodzi ze Szwecji i łupie blek metal, a jedynym jego oryginalnym członkiem jest Lord Ahriman, każdy wie już chyba kto zacz? Wierzę, że tak. DARK FUNERAL na Wacken często nie gości, najlepszy dowód, że po raz ostatni miało to miejsce w 2003 roku. Nie wiem czy wpływ na to ma rzadkie wydawanie długogrających materiałów, zbyt mała gaża oferowana muzykom czy też po prostu brak większego zapotrzebowania na ową hordę ? nie jestem w stanie na pytanie owo udzielić jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, tak jakoś się jednak stało, że Mroczny Pogrzeb pojawił się po niespełna dekadzie w składzie Wacken? Jak dla mnie była to pierwsza okazja zapoznania się z umiejętnościami nowego gardłowego w osobie Nachtgarma, osobiście więc jestem szanownemu kierownictwu za decyzję ową niezmiernie wdzięczny. Facjata byłego wokala Negator to oczywiście nie jedyna nowa w szeregach kwintetu ? drugą jest bowiem bassman Zornehym, którego także podziwiać mogłem w akcji po raz pierwszy. Jeśli o same wrażenia się rozchodzi, przyznam, że było całkiem-całkiem. Wystarczyło stanąć w odpowiednim miejscu i dźwięk bywający podczas koncertów DARK FUNERAL poważnym mankamentem potrafił być całkiem przyzwoity, nie mówiąc już o tym, że wcale nie ginął przygłuszany poczynaniami produkujących się na Black Stage Kredek. Misterium rozpoczęło się od ?Stigmata?. Już tenże kawałek utwierdził mnie w przekonaniu, iż zwerbowany na miejsce Caliguli rodowity hamburczyk istotnie wie jak przyzwoicie należy się drzeć. ?Secrets Of The Black Arts?, ?The Arrival Of Satan?s Empire?, ?Atrum Regina?, ?Vobiscum Satanas?, ?An Apprentice Of Satan?, ?Open The Gates?, ?Slava Satan?, ?Hail Murder?, ?Dawn No More Rises? czy wieńczący gig ?My Funeral?. Dobrze i diabelsko było, skłamałbym twierdząc że nie? Zegarek wskazywał dokładnie za kwadrans dwudziestą.
Może mi uwierzycie, może i nie, ale to prawda ? w momencie tym edycja Wacken 2012 dla mnie dobiegła końca, w głowie kłębić się zaś zaczęły setki tysięcy retrospektywnych myśli różnego rodzaju: na temat wszystkich przeżytych do tej pory edycji, których wraz z niniejszą uzbierało się w sumie dziesięć, powtarzających już się cyklicznie kapel, paskudnej pogody oraz wszelkich innych niewygód, które utwierdziły mnie tylko w przekonaniu jaki to już ze mnie stary i leniwy pierdziel. Leniwy i bojaźliwy nawet do tego stopnia, że potrafiący z powodu padającego deszczu i strachu przed utopieniem się w kałużach totalnie olać AMON AMARTH, grający swój pożegnalny koncert SCORPIONS, MACHINE HEAD, a nawet i WATAIN, przez co Rogaty rozgniewał się zapewne niemiłosiernie? Całkiem na serio ? wiele wskazuje na to, że najprawdopodobniej czas chyba już nadszedł. Czas złożenia broni (przynajmniej może na jakiś czas) i odpoczęcia od Wacken, któremu przez tyle lat tak byłem wierny. ?Nic nie może przecież wiecznie trwać? ? śpiewała kiedyś znana piosenkarka, której córka nie odziedziczyła po matce ani urody, a już tym bardziej talentu? Być może przeczytacie przyszłoroczną relację, aczkolwiek pisaną już piórem kogoś innego. Bo trzeba dać też i szansę innym, szczególnie kiedy w odróżnieniu do mnie młodzi, silni i pełni wigoru są? A ja dziękując wszystkim za uwagę przy wszystkich sprawozdaniach z minionych lat ? przechodzę w stan spoczynku. Przynajmniej na czas trzech wakacyjnych przyszłego roku. Swoją drogą, ile zawsze się za młodu na nie naczekałem?

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

WACKEN OPEN AIR 2012


SEPULTURA

SAXON

ENDSTILLE

SACRED REICH

DECAPITATED

DIMMU BORGIR

GEHENNA

AURA NOIR

PARADISE LOST

SIX FEET UNDER

TESTAMENT

DARK FUNERAL



<<<---powrót