Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2012

09.08 – 11.08.2012  Schlotheim, Niemcy

„Cała naprzód ku nowej przygodzie!” – takim oto cytatem zaczynała się niegdyś popularna piosenka z niemniej popularnego filmu o podróżach pewnej postaci w którą wcielił się niezawodny Piotr Fronczewski. Po raz kolejny poczuwszy jej zew (nie mówiąc już o kontynuowaniu tradycji) i zachęcając do współuczestnictwa w tejże dwoje innych chętnych, postanowiłem ruszyć w ich towarzystwie ku umiejscowionemu pośród pagórkowatych krajobrazów terenowi lotniska. Bynajmniej nie w celach nauki pilotażu, lecz w związku z odbywającym się na tymże festiwalem Party San, który po raz kolejny zgromadził całą plejadę ekstremalnych gwiazd z różnych stron świata. Zauważyć się dało, iż impreza nie tylko przyciąga coraz większą liczbę miłośników, ale nawet i w pewnym stopniu się rozwija, o czym zresztą jeszcze w dalszej części nadmienię. Z ogromną przyjemnością piszę zatem niniejsze wersy także i w tym roku, bo wiadomo – com widział i słyszał na łamach tychże umieściłem.

Do pierwszej z wymienionych innowacji z pewnością należy liczba występujących pierwszego dnia zespołów, która z uwagi na zwiększenie zaważyła o rozpoczęciu całości o porze wcześniej niż dotąd bywało. Niestety z powodu spowolnień kontrolnych przy bramie wjazdowej skutkujących ciągnącym się przez kilka co najmniej kilometrów korkiem nie było mi dane zameldować się planowo o 16.30 na występ DEAD CONGREGATION, toteż wobec obowiązku rozbijania namiotu poczynaniom Greków mogłem się jedynie przysłuchiwać. Brak wizji aż tak mnie jednak nie zmartwił, gdyż jedynie fonia utwierdziła mnie w fakcie, iż brzmienie kapeli niestety parszywym było (nawet z daleka), a że band nawiasem mówiąc do zbyt atrakcyjnych wizualnie nie należy, to już inna baja. Gotowy byłem już za to na końcówkę IN SOLITUDE, choć w przeciwieństwie do tegoż bawić się dopiero zacząłem wraz z NECROS CHRISTOS. Logiczne, bo otoczonych okultystyczną aurą berlińczyków, a przede wszystkim ich ciężki, wolny i walcowaty black/ death metal bardzo, ale to bardzo lubię. Spotkanie z tymiż przed sceną nie było moim pierwszym razem, nie stwierdzę jednak aby doznania spowodowane ich występem słabsze były od tych sprzed kilku lat. No, bo te rytualne szaty, koloratki… Ech, tam! Wiadomo, że to muza jest ważna, więc przy wypełniających zeszłoroczny krążek „Baal Of Ekron”, „Doom Of Kali Ma” czy „Necromantique Nun” nieco się pobujałem. Pozytywne wrażenia towarzyszyły mi siłą rzeczy również przy NIFELHEIM, ale że czarci profesjonalizm od lat charakteryzuje muzyków tej hordy – inaczej być nie mogło. Tym razem w nieco zmienionej konfiguracji składowej (Tyrant zastąpiony przez męczącego obecnie bas w Grave Tobiasa Cristianssona), za to z tradycyjnym pokładem niszczącej piekielnej furii! „Black Hate”, „Possessed By Evil”, „Demonic Evil”, “War Of Doom”, “Sodomizer” czy „Storm Of Satan’s Fire” bodły bowiem niczym sam Rogaty. Po takiej dawce bluźnierstw niespecjalnie miałem zatem chęci na VALLENFYRE, a już szczególnie na SOLSTAFIR, który gwoli ścisłości aż tak bardzo mi nie podchodzi. Pod scenę powróciłem jednak o czasie, kiedy dowodzony przez byłego górnika z Gelsenkirchen tercet egzotyczny po raz kolejny pokazać postanowił jak grać należy klasyczny thrash metal. Wieszać psy na SODOM nietaktem byłoby nieziemskim, pozwolę sobie zatem jedynie nadmienić, że „In War And Pieces”, „Sodomy And Lust”, „M-16”, „Outbreak Of Evil”, „The Saw Is The Law”, „Blasphemer”, „Agent Orange” oraz „Remember The Fallen” jak zwykle dały radę, a wujek Tomek mógł mieć jak zwykle powody do radości. A więc? Pora na gwiazdę. Podobnie zafascynowaną wszystkim co militariami pachnie, aczkolwiek stojącą podczas ostatniej wojny światowej w opozycji do poprzednika. Na całe szczęście na festach konflikty z minionych dekad nie mają dla ich uczestników absolutnie żadnego znaczenia, nie sądzę więc aby obejmujący w posiadanie scenę alianci z BOLT THROWER sięgać musieli po jakikolwiek arsenał. Po wzniosłym intro sięgnęli natomiast po instrumenty, a to co przy ich pomocy rozpętali – więcej niż wojna! Ten, kto już raz chociażby oglądał koncertujących obecnie sporadycznie poddanych Jej Królewskiej Mości, zna przecież jej brzmienie – ten walec, tę przytłaczającą ciężkość, no i wspaniały klimat tymże towarzyszący. Nie wiem w czym co niektórzy z oglądających na równi ze mną show Brytoli dopatrzyli się brzmieniowych mankamentów, bo jak dla mnie było rewelacyjnie. Demokracja polega jednak na szanowaniu innych poglądów, a że w takim kraju żyję – upierać się nie będę. Instrumentalny „War” przechodzący w „Remembrance”, a za nimi już tylko seria strzałów i wybuchów w postaci „World Eater”, „Cenotaph”, „IVth Crusade”, „Anti-Tank”, „For Victory”, „The Killchain”, „When Glory Beckons”, „Powder Burns”, „Where Next To Conquer”, „Salvo”, „No Guts, No Glory”, „When Canons Fades” – czegóż zatem chcieć więcej? Wiadomo – chciałoby się usłyszeć i inne ulubione tracki, choć tak na dobre każdy zasługiwałby na wyróżnienie… Tak czy owak BOLT THROWER swego dopiął – zgniótł i pogruchotał wszystko, a tak i tak fajnie, że najsympatyczniejszej jego części w osobie niezłomnej Jo Bench można było złożyć podziękowania… Miejmy nadzieję, że jeszcze długo nie po raz ostatni, a na nową płytę – cały czas wszyscy czekamy. Nawet śniąc o niej w zaciszu namiotowego płótna.

Z uwagi na wizytę w obozie odchorowującej jeszcze częściowo alkoholowe degustacje poprzedniego wieczoru ekipy z ojczystych ziem nie było mi dane podziwiać scenicznych harców Czechów z MALIGNANT TUMOUR, wobec mojego mniej niż średniego zainteresowania death/ grindowymi wymiotami, które najczęściej brzmią jakby z jednej sztancy, absolutnie niedosytu nie czułem. W przeciwieństwie do Nowotworu Złośliwego obejrzałem za to z niemałą ciekawością ASSAULTER i przyznam, że wyszedłem na tym o wiele lepiej. Bynajmniej dlatego, że pochodzą z Australii, a oferowany przez nich zadziorny black/ thrash, będący zazwyczaj domeną najmniejszego kontynentu, w porównaniu z beznamiętną sieką podpasowuje mi o wiele bardziej. Specyfika tej sceny to zresztą nic zaskakującego, tym samym więc nie powinno dziwić specjalnie, że wioślarzem i zarazem gardłowym ASSAULTER jest S. Berserker znany co niektórym z wcześniejszych ekscesów w Niszczycielu 666. Taka muza naprawdę do mnie przemawia, dlatego więc obejrzałem grupę tak samo chętnie jak inny jej krewny z Antypodów o którym parę słów za chwilę. W międzyczasie jeszcze mała wzmianka o IRON LAMB. Twór to przypuszczalnie młody, a że chętny do walki i cięty widać także. Niestety nie jestem fanem crustowych rytmów, toteż pomimo najszczerszych życzeń powodzenia o występie Szwedów wypowiem się tylko poprzez wzmiankę – zagrali i zeszli. O wiele więcej napiszę jednak o GOSPEL OF THE HORNS. Krajanie ASSAULTER wspaniale i z wdziękiem przeszli przez szlak wydeptany stopami tychże, choć przyznałbym nawet nieskromnie – wycisnęli w nim o wiele głębsze ślady. Liga niby ta sama, ale wiadomo że staż i doświadczenie w branży o wiele dłuższe. Mark Howitzer niczym mały czart wywrzaskiwał teksty „Absolute Power”, „Death Sentence”, „Powers Of Darkness”, „Vengeance Of Mine”, „Sinners” czy “Sorcery And Blood”, dźwięki wydobywające się z głośników istotnie zaś cięły niczym żyletka Rawa Lux. Idealna muza na koncerty? Jak najbardziej! Mieli nosa panowie organizatorzy zapraszając GOTH na niniejszą edycję, oj mieli… Nie wiem jednak dlaczego jakimś sposobem nie poruszył absolutnie moich zmysłów ENTRAILS – chłopaki wypieprzają przecież piękny archaiczny szwedzki death metal niemal od zarania tejże sceny, posiadają cudne staroentombedowskie logo, a tutaj… Nie wiem. Może nie wszystkie stare piwnice śmierdzą tak samo fajnie? Ale co basista miał brodę zajebistą, to faktycznie oddać trzeba… Niczego nie oddałbym jednak zaplanowanemu na kolejne trzy kwadranse SKALMÖLD, gdyż jękliwe peany na temat przemierzających w imię Odyna morskie bezkresy żeglarzy czy idyllicznego życia w położonych przy fordach wioskach uwielbiam tak samo jak autobusy w godzinie szczytu. Wynikłe z tegoż okienko wykorzystałem zatem na uzupełnienie treści żołądkowych, potem zaś z ciekawości postanowiłem zajrzeć do namiotu, którego podest przeznaczony na nocne karaoke i disco za dnia służyć miał za scenę wszystkim zaproszonym uczestnikom tzw. mniejszego formatu. Szlaki dla tychże, notabene przy wcale niemałym zainteresowaniu znudzonych dużą sceną, tudzież z innych powodów szwendających się bez celu, przetarł porą poteleexpresową niejaki VIVUS HUMARE. Nie oczekiwałem po tymże nic nadzwyczajnego, dlatego też ani się specjalnie nie rozczarowałem, ale też i nie zachwyciłem. W programie Tent Stage przewidziano bowiem jedynie bardzo słabo znane, względnie z dorobkiem jednej epki lub dema i zazwyczaj łupiące na starą modłę prawie tylko germańskie śmierć metalowe twory. Owszem, na rozpisce znalazły się nawet i stojące w hierarchii nieco wyżej (wydany nakładem jakiejś megapodziemnej stajni debiutancki album), przez cały dzień jednak, podobnie jak i przez większość następnego, powody do radości mógł mieć jedynie zapalony penetrator podziemia, nie wspomniawszy oczywiście o samych bandach, dla których satysfakcja z pokazania się podchmielonym rodakom na prestiżowym festiwalu to rzecz istotnie ważna. Wracając do oglądanego przeze mnie VIVUS HUMARE, okazało się, że ten w ramach wyjątku od reguły akurat gra black metal, ale poza tym, że panowie mieli na twarzach farbki, a muza ich generalnie megaprzeciętną stała, nic więcej napisać już nie mogę. Powróciłem więc pod główną scenę na której w zakrwawionych kitlach produkowali się rzeźnicy z GENERAL SURGERY. Dla co niektórych wątpliwym było czy Szwedzi bardziej chcą uchodzić za lekarzy lub też jedynie za pacjentów, wiadomo jednak wszystkim, iż w przypadku pierwszej opcji etyka lekarska z pewnością by ich do zawodu nie dopuściła. Kończąc jednak tematy natury medycznej skupmy się na kolejnych występujących. DARK FORTRESS oglądałem niecały rok wstecz i podobnie jak wtedy stwierdzić mogę, że pomimo dealu z Century Media oraz śladowych podobieństw do VESANII idolami moimi nie zostaną raczej nigdy. Nie powiem jednak aby kiedykolwiek miał przestać nim być kolejny i tym razem prawdziwy mistrz przez duże M. Panie i panowie – IMMOLATION! Combo Rossa Dolana nie tylko lubię, bo wręcz ubóstwiam, nie przypominam sobie także aby za jakimkolwiek razem potrafiło mnie w wersji live rozczarować. Nie miałem zatem obaw wobec kolejnego jego występu i – po raz wtóry słusznie. „Into Everlasting Fire”, „Swarm Of Terror”, „Majesty And Decay”, mały strzał z „Providence”, „Close To A World Below”, “Under The Supreme”, “Unholy Cult”, “No Jesus, No Beast” i finito. Uwagi? Za krótko, do kurwy nędzy! Wiedząc jednak o planowanej już wrześniowej krucjacie Amerykanów na Starym Kontynencie, wierzę, że będę mógł to sobie odbić. Tymczasem myśli moje krążyły już wokół kolejnej potęgi – w żadnym wypadku nie był to zaplanowany w następnej kolejności GHOST BRIGADE, lecz bliscy krewni IMMOLATION. Zarówno pod względem ojczyzny, jak i uprawianego gatunku. Kiedy dodam jedynie, iż band ów zrewolucjonizował ponad dekadę temu oblicze śmierć metalu poprzez umiejętne wprowadzenie w obręb tegoż elementów historycznych oraz folklorystycznych, wiadomo już chyba o kogo chodzi? Nie? A występujący latami w szarej spranej koszulce lider tegoż? No, oczywiście, że NILE! Tak, kwartet z Greenville pojawił się na Party San po raz pierwszy chyba w swojej historii, ale nawet i bez tego wiedział przecież o oczekiwaniach zarówno publiki jak i organizatorów, skrewienie absolutnie zatem w rachubę absolutnie wchodzić nie mogło. Czy kiedykolwiek zresztą miało w ich przypadku cokolwiek takiego miejsce? Jakoś nie zarejestrowałem, toteż podobnie jak w przypadku Immo – wiedziałem czego się spodziewać. Moment pojawienia się na tymże feście (podobnie jak na innych odbywających się na dniach) nie mógł być bardziej dogodny ze względu na niedawno wypuszczonego ponownie przez Nuclear Blast świeżutki, siódmego już długograja „At The Gate Of Sethu”, którego próbka („Enduring The Eternal Molestation Of Fire”) oczywiście została zaprezentowana, podobnie jak zestaw szlagierów, które w repertuarze koncertowym NILE po prostu muszą być i szlus („Defiling The Gate Of Ishtar”, „Permitting The Noble…”, „Sarcophagus”, „Black Seeds Of Vengeance”). Strój Karla Sandersa to niewątpliwa tradycja, co się na niego składa wiecie już z kolei od dawna. Do tego dodajmy jeszcze naprawdę wyśmienity i miażdżący uszy sound – czy ktokolwiek mógłby zatem posilić się na stwierdzenie, że piewcy potęgi faraonów kiedykolwiek dać mogą ciała?

Headliner dnia drugiego. Dziwnym zrządzeniem losu kolejny podopieczny stajni Herr Staigera, choć z nieco innej szerokości geograficznej co jego poprzednik. Nie mówiąc już rzecz jasna o ofercie gatunkowej, której w odróżnieniu do ordynku z Karoliny Południowej dużo bliżej do wiecznej zmarzliny aniżeli do pustynnej spiekoty. Głupie wywody zresztą snuję, bo sam jakoś nie wierzę w hipotetyczne gloryfikowanie przez black metalowe hordy z północy jakichkolwiek upałów, co wydawałoby się być zresztą tak samo bez sensu jak pizza z bitą śmietaną. Wobec opisu takiego z pewnością domyślacie się zatem wokół której pory roku oscyluje tematyka poruszana przez zabukowaną na piątkową noc hordę, a że w śnieg i zawieje zazwyczaj ona obfituje – tego kto zacz domyśli się chyba na logikę każdy dzieciak... Każdy zagorzały miłośnik dokonań Nieśmiertelnego z pewnością ubolewa nad bardzo sporadycznymi od momentu reunionu występami grupy, niewątpliwie więc tegoroczna obecność IMMORTAL w Schlotheim mogła być dla tychże prawdziwym świętem. Choć osobiście w imię hordy dowodzonej przez Abbatha raczej bym się nie pociął, nie stwierdzę jakoby pierwszy z anonsowanych na niniejszą edycję festu zespół był mi całkowicie obojętny – wiecie przecież, że lubiłem IMMORTAL od zawsze, nic dziwnego więc, że ponad godzinny show obejrzałem z niekłamaną przyjemnością tu i teraz. Uroczy Olve wespół z Apollyonem i Horghiem postarali się o prawie wszystko co tylko mogą mieć najlepszego w repertuarze – „Withstand The Fall Of Time”, „Sons Of Northern Darkness”, „The Rise Of Darkness”, „Damned In Black”, „Triumph” (to nie od nazwy damskiej bielizny), „In My Kingdom Cold”, „Tyrants”, „The Call Of The Wintermoon”, „One By One”, „Beyond The North Waves”, „All Shall Fall”, “At The Heart Of Winter”, “Sun No Longer Rises”… Tak to mniej więcej wyglądało, choć być może coś przeoczyłem – wybaczcie, każdemu może się zdarzyć. To, że nie było grane nic z „Battles…” (gdzie „Blashyrkh” do cholery???) wiem jednak na 200 procent i na tyle samo co najmniej bardzo z tego faktu ubolewam. Aby nie wyszukiwać już jednak dziury w całym, stwierdzę jeszcze że sound zasługiwał na wcale niemałe wyróżnienie, a chód Abbatha zwany żartobliwie krabem też w którymś momencie się pojawił. Czy mogło zatem w sytuacji powyższej cokolwiek zaważyć na podsumowaniu drugiego dnia jako nieudanego? Chyba nie…

Dla wszystkich chcących rozpocząć dzień ostatni od starcia z buldożerem o imieniu ROMPEPROP nie było chyba rozczarowaniem, że na miejsce tegoż weszli inni przedstawiciele holenderskiej grindowej młócy pod postacią RECTAL SMEGMA, gdyż info owo zawisło już na stronie festiwalu kilka dobrych dni przed imprezą. Osobiście nie będąc spragnionym morderczej sieczki w wykonaniu jakiegokolwiek z tychże, braku owego, a już tym bardziej zamiany boleśnie nie odczułem. Nie urzekli mnie także TRASH AMIGOS, choć przy CATTLE DECAPITATION na chwilę przystanąłem. Trzy kwadranse dobrego napieprzania na amerykańską deathową modłę nie były bowiem czasem zmarnowanym. Wiedząc jednak o takowym w przypadku NOCTE OBDUCTA ograniczyłem się jedynie do pstryknięcia paru fotek, gdyż koniec końców spotkałem się przecież z tym cudem! W życiu nie byłem jednak i na pewno nie będę wielbicielem tego jakże wielkiego zespołu, ale że Nocna Obstrukcja zawsze dostarczała nie tylko mnie powodu do szyderstw, parę pamiątek przyda się z tej okazji zawsze. Z bólem stwierdzam jednak, że całkiem rozczarował mnie ARCHGOAT – czy zbyt dużo obiecywałem sobie po występie tej hordy? Być może tak, bo o ile z krążków Finowie jakoś mnie zachwycali, w wersji face to face jakoś rewelacyjnie ich nie odebrałem. Fani thrashowych dźwięków bardzo podobać mogły się oczywiście występy WARBRINGER i TOXIC HOLOCAUST, bo mi jakoś średnio. Zdecydowanie bardziej trafiły oczywiście w moje gusta występy RAGNAROK (do dziś męczy mnie kwestia czy gitarzysta spożywa wyłącznie odżywki dla tuczników) oraz INCANTATION. Siwiuteńki John Mc Entee i jego trzej kamraci nie pierniczyli się jak zwykle z nikim, zamiast tego odegrali natomiast kilka kawałków dobrego death metalu na mistrzowskim nowojorskim poziomie, do diabła! W trakcie recitalu chłopcy pozwolili sobie na ładne gesty w strony zespołów zarówno z nimi zaprzyjaźnionych, jak i tych ongiś ich inspirujących, stąd własne interpretacje kawałków Mortician, Funerus czy wielkiego DEATH („Evil Dead”, rzecz jasna) również rozbrzmiały. Przeplatane oczywiście autorskimi, a posłuchać „The Ibex Moon”, „Dying Divinity” czy „Annoint The Chosen” to przecież rzecz bardzo przyjemna, nie mówiąc już o tym, że pojawiła się też próbka nadchodzącego coraz większymi krokami nowego długograja. Szkoda, że brzmienie raz po raz bujało się z jednego końca sceny na drugi, ale co INCANTATION to INCANTATION i nawet na to oko można przymknąć. W dalszej części programu dużej sceny cieszyć mogły jeszcze wszystkich chętnych swoimi szołami INSOMNIUM, TANKARD oraz NAGLFAR. Jak dla mnie najefektowniej wypadł oczywiście ostatni z wymienionych, którego już widziałem kilka razy. Na pochwałę za całokształt i umiejscowienie na grafiku zasługiwałby z mojej strony nie tylko ze względu na styl i tematykę poruszaną w tekstach, lecz także dlatego, że ostatni przystanek na drodze do finiszu prezentował odcień metalowego łojenia zbliżony do tego prezentowanego przez headlinera imprezy. Nie do końca oczywiście, wiadomo jednak iż bardziej pokrewny temuż byłby chyba w porównaniu z dwoma wymienionymi poprzednikami zespół promujących swój najnowszy krążek „Teras” (tu nie ma błędu ortograficznego) Szwedów. A kto uwieńczył tym razem szczęśliwy jak zwykle koniec?

Niektórzy twierdzą jakoby historia lubiła się powtarzać i w praktyce okazuje się, że w istocie jest tak naprawdę. Headlinerem ostatniego dnia pierwotnie miał być tak jak pięć latek wstecz DEICIDE, tymczasem jednak podobnie jak przed pięcioma laty plany te ulec musiały zmianie i z obsadzenia w tejże roli ekipy (a raczej jej pozostałości) z Florydy po raz kolejny wyszło wielkie gówno. Przyczyna to oczywiście odwołanie przez zespół Glena B. całej europejskiej trasy, której to częścią miał stać się właśnie rzeczony fest. Nie traktuję już nawet jako złośliwości stwierdzenia jednego z moich kumpli, że liczba tras odwołanych przez Bogobójcę w przeciągu całej swojej kariery zdecydowanie przewyższa chyba liczbę tych zagranych, bo niestety od bardzo długiego już czasu należę do grona niegdyś ubóstwiających, a obecnie tylko tolerujących jeszcze jako tako twórczość tego amerykańskiego kwartetu… Nie sądzę ponadto aby znajdował się dziś na tym świecie choćby jeden tak zażarcie broniący dobrego imienia niegdysiejszej legendy death metalu, która dawno temu już tak skutecznie zszargała swoje dobre imię, toteż jakiegokolwiek linczu za obrazę czyichś uczuć religijnych również przestałem się obawiać. Pomimo głosów o rzekomej niezmiennej mocy DEICIDE na żywo wciąż nie wiem jednak, czy w ogóle chciałbym jeszcze kiedykolwiek band ów podziwiać. Podejrzewam, iż w kwestii tej nie byłbym osamotniony, pomysł zastępstwa w postaci BEHEMOTH uznałem więc wobec powyższej sytuacji za co najmniej przedni. Jako że ekipa Nergala fochów nie stroi, czwórka dobrze nam znanych przyjaciół pojawiła się na miejscu w czasie niemal perfekcyjnym, toteż wchodząc po hotelowym relaksie na deski pełna sił i jadu po raz kolejny zaprezentować mogła prawdziwy pokaz profesjonalizmu, który znamy przecież w jej wykonaniu od dawna. No i zaprezentowała, w dodatku jeszcze tak, że cytowany już w powyższych wersach zespół co nie dotarł na miejsce, a w ostatnich latach stał się już tylko parodią samego siebie, na chwilę obecną może w porównaniu z nią nosić już tylko papcie. Co tam zresztą za porównania, skoro porównywać już przecież nie ma czego! „Ov Fire And Void” na sam początek od razu dało wszystkim do zrozumienia, że będzie gorąco – istotnie, ze sceny powiało piekłem nie tylko za sprawą temperatury, ale i miażdżącego soundu, który chyba na zawsze pozostanie już domeną tego bandu i basta! Czego się jednak spodziewać skoro sam pan Malta był na miejscu, a Nero i spółka od lat już robią ciśnienie dzięki któremu umiejętności jego wciąż rosną i rosną? Głupie pytanie. Aby uniknąć kolejnych takich warto skupić się zatem na przebiegu samej sztuki przez duże S. Co było jeszcze? „Moonspell Rites” (piękny skok w daleką przeszłość!), „Demigod”, „Christians To The Lions”, „Decade Of Therion”, „At The Left Hand Ov God”, „Slaves Shall Serve”, niezawodny „Chant To Eschaton”… Czy to wszystko? Haha, jak najbardziej nie! Było przecież w międzyczasie przynajmniej kilka innych perełek, które wspaniale wypełniły krajobraz setlisty, były też i płonące krzyże oraz podobne im efektowne dekoracje, no i ogólnie był przecież ten niewidzialny, choć wyczuwalny przez wszystkich DIABEŁ. A dlaczego opisuję to właśnie tak? Bo częstując was po raz kolejny sztampowym elaboratem na temat kunsztu prezentowanego na scenie przez kompanię Nera, uznalibyście prawdopodobnie że się powtarzam. I całkiem słusznie, bo ile to już razy nie podsumowywałem jej występu w podobny sposób? Trudno chyba zliczyć… Niesztampowo dodać jednak mogę, że chęć trzymania kciuków za powracający na salony BEHEMOTH jest u mnie jak najbardziej szczera – po raz kolejny otrzymaliśmy żywy dowód potencjału tego zespołu, a już szczególnie jego kierownika, którego jak widać ani zmoże ani nie powstrzyma naprawdę nic. I oby tak dalej – nie tylko na wyczekiwanym przez wszystkich nowym albumie, ale także i podczas kolejnych sztuk. Niewykluczone, że nawet i tych mogących mieć jeszcze nie raz miejsce na głównej scenie odbywającego się na twardym gruncie lotniska Obermehler festiwalu. Po ilości oglądających przypuszczać można, że jest to bardzo prawdopodobne. To zaś, że osobiście pojawię się na jego terenie za rok – prawie pewne. Bo życie życiem, ale gdy człowiek chce i się w dodatku postara...

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

PARTY SAN OPEN AIR 2012


NECROS CHRISTOS


NIFELHEIM


SODOM


BOLT THROWER


ASSAULTER


IRON LAMB


GOSPEL OF THE HORNS


ENTRAILS


VIVUS HUMARE


DARK FORTRESS


IMMOLATION


NILE


IMMORTAL


CATTLE DECAPITATION


NOCTE OBDUCTA


ARCHGOAT


RAGNAROK


INCANTATION


NAGLFAR


BEHEMOTH



<<<---powrót