Relacje

BARTHER METAL OPEN AIR 2012

17.08 – 18.08.2012  Barth, Niemcy

Zachęcany przez licznych znajomych, jak i sam motywowany najzwyklejszą ciekawością, w zeszłym roku postanowiłem wybrać się po raz pierwszy na Barther Metal Open Air. Niskobudżetowy i trwający dwa dni festiwal wywarł na mnie wrażenie do tego stopnia pozytywne, że zapoznawszy się z tegorocznym składem oraz wykorzystując dogodne możliwości transportowe (nie zapominając rzecz jasna o tych czasowych), nie potrafiłem odmówić sobie tejże przyjemności także i w tym sezonie. O ile jednak zdążyliście poznać mój statement co do uczestnictwa w przyszłorocznym Wacken, po kolejnej wizycie w nadbałtyckim Barth zaręczam, że na pewno przy dogodnych okolicznościach mieścinka owa ujrzy mnie jeszcze nie raz. Nie uprzedzając jednak faktów na razie po raz kolejny pragnę podzielić się z wami co najmniej garstką tym razem już wyjątkowo fajnych wrażeń.

O idei oraz strukturze festiwalu pisałem szerzej przed rokiem, nie widzę zatem większego sensu w powtarzaniu się. W związku z powyższym mogę chyba od razu przejść do konkretów, toteż bez zwłoki skupię się na krótkim choćby opisie wszystkich uczestników meldujących się na scenie ulokowanego w miejskim parku amfiteatru. Jakieś pół godziny po nastaniu południa otwarcia imprezy podjął się BALDRS DRAUMAR. Wikińskie klimaty w wykonaniu owego holenderskiego combo niestety bardzo mi nie podeszły. Nie inaczej było w przypadku Ad-hoC, który grał wprawdzie jakiś tam black metal, ale że w mniemaniu moim był on tylko „jakiś tam”, odczucia moje powinny być chyba zupełnie zrozumiałe. Nieco wyższy poziom zaprezentował już jednak VARGSHEIM. Trio z Würzburga nie wstrząsnęło wprawdzie dogłębnie moimi zmysłami, gdybym uprzeć miał się jednak na kupno płyty któregokolwiek z trzech występujących dotąd bandów – zdecydowanie wybrałbym ten ostatni. Z doświadczenia wiem wprawdzie jakoby dobry poziom sceniczny nie zawsze odpowiadał wersji studyjnej prezentowanych dokonań, no ale już wobec wyboru spowodowanego może koniecznością… Ucieszyłem się za to, kiedy na scenie zameldował się THE FORSAKEN. Zespoły z death metalowego bieguna goszczą na festiwalu w Barth raczej sporadycznie, byłem ogromnie rad zatem z tej oryginalnej odmiany, nie mówiąc już oczywiście o tym, że jak dotąd występ Szwedów zawsze jakoś przeleciał mi koło nosa. Koniec końców się udało, gdyż kwintet nie tylko zameldował się na miejscu, bo nawet i zagrał. Przyzwoicie nawet, powiedziałbym. Nie myślcie iż kiedykolwiek kochałem ową grupę do tego stopnia że zobaczenie jej na żywo było sprawą życia i śmierci, wobec wielu pozytywnych głosów dochodzących mnie na jej temat, postanowiłem sprawdzić jedynie czym toto stoi. Powtarzam zatem – dobry szwedzki decior z naleciałościami thrash, ale poza tym nic więcej. Ciekawostką był natomiast band firmujący się szyldem SVARTBY. Oficjalnie rosyjski zespół wykonuje rzekomo teksty swoich kawałków po szwedzku – nie mam wprawdzie pojęcia czy któryś (lub może nawet i kilkoro) z muzyków od dłuższego czasu mieszka już w ojczyźnie Volvo albo też uczęszczał na wzmożony kurs językowy, gdyż podobnego ewenementu nigdy jeszcze nie spotkałem. No wiem, niby u Finntroll jest podobnie, ale co Skandynawia to Skandynawia. W zasadzie język tekstów tak i tak miał tu znaczenie niewielkie, gdyż muzyka ogólnie wielkim przeciętniactwem stała, a hasający w krótkich galotach i spranej koszulce szczawik rozbawiał swoim tandeciarstwem przypuszczalnie nie tylko mnie. Zdecydowanie cieplej wypowiedzieć się mogę za to o SLECHTVALK. Po raz kolejny Holandia i to w zdecydowanie lepszym wydaniu niż ich otwierający dzień pierwszy ziomkowie – zarówno pod względem muzycznym, jak i wizualnym. Z tego co widać grając pogański metal można to robić zarówno lepiej, jak i całkiem nieudolnie, ale czy nie jest tak w zasadzie z każdym gatunkiem? Odpowiedź jest chyba tylko jedna i bardzo prosta. Póki co jednak – THE STONE. Synowie ziem serbskich wciąż promują swój ciepły krążek „Golet” i z tego co widać na brak propozycji koncertowych narzekać nie muszą – jak nie traska, to jakiś niewielki festiwalik i żyć się da! Podczas Barther Metal Open Air zaprezentowali po raz kolejny garść kawałków z ostatniego wydawnictwa, choć nie zabrakło siłą rzeczy także tych z poprzednich, spośród których „Umro” i „Magla” wciąż pozostają w moim skromnym mniemaniu obok najnowszego tymi najbardziej godnymi uwagi. Duch black metalu granego na słowiańską modłę mógłby unosić się nad miejskim parkiem dłużej, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie kwintet został ze sceny – delikatnie mówiąc – wyproszony. Wskutek obsuwy czasowej wynikłej zawczasu pomiędzy chyba trzecim a czwartym zespołem, Serbowie musieli obciąć niestety swój set. Być może zbyt brutalnym posunięciem było natychmiastowe odłączenie prądu, decyzja organizatora o planowym zagraniu przez wszystkie przewidziane na pierwszy dzień kapele była jednak zupełnie zrozumiała – i ze względu na spokój sumienia, jak i na twardo ustalone ramy czasowe całego programu poza które wykraczać nie wolno. Bądź co bądź pierwszy ze znanych mi lepiej wykonawców zagrał jak zwykle dobry set i chwała mu za to! Kiedy niebo zaś zaczęło przybierać coraz intensywniejszą barwę ciemnego granatu piece swoje odpalić mógł RIGER. Kolejna dawka pogańskiego metalu, germańskiego na dodatek. Nazwę znałem już dużo wcześniej ze względu na opublikowanie ponad dekadę wstecz via sławetny Metal Mind kasetowej wersji ichniego debiutu „Der Wanderer”, do dnia niniejszego ani razu nie miałem jednak okazji owej twórczości choćby lekko polizać. Stratą nie okazało się to na szczęście żadną, gdyż RIGER wypadł zdecydowanie poniżej moich oczekiwań, dowiadując się zaś jeszcze jakoby lider po wódzie dostawał małpiego rozumu, nie uznałem aby warto było zaległości w znajomości zespołu w jakiejkolwiek skali nadrabiać. Wiem z kolei iż warto zainteresować się IMPERIUM DEKADENZ. Gwoli ścisłości, skład tegoż to twór albo zasilony kompletem członków VARGSHEIM lub też (jeśli ktoś woli) wykorzystanie tychże pod innym szyldem jedynie jako muzyków sesyjnych. Z małą może różnicą, gdyż garowy goszczącego już tego dnia na scenie tercetu dzierży w szeregach Imperium Dekadencji wiosło. Bez zagłębiania się w szczegóły przyznać jednak mogę, że druga odsłona poznanych już grajków podpasowała mi zdecydowanie bardziej niż ich pierwszoplanowy band – wszystko miało więcej jakiegoś wyrazu, doszlifowania, jak i czegoś o czym już nie raz wspominałem: elementu decydującego o fajności słuchania. Zawsze black metal i choć makijażami oraz kolcami się nie mienił – całkiem przyjemny dla ucha. Nie dziwię się więc decyzji Season Of Mist o włączeniu ID w poczet swoich podopiecznych, sam fakt występu bliżej końca też coś zresztą o pozycji kapeli może już świadczyć. W związku z poważnym wydawcą problemów z nabyciem dokonań nie przewiduję, niewykluczone więc, że coś z jej dokonań być może się na mojej długiej półce z cedekami znajdzie. A skoro już o pozycji w hierarchii mówimy, to skupmy się na… BETHLEHEM. Wspominałem niegdyś o niespecjalnym uwielbieniu dla klasyków niemieckiego dark metalu i pragnę w niniejszym miejscu zaznaczyć jedynie, iż stanowisko moje w owej kwestii niewiele się zmieniło – w dalszym ciągu band ów istnieje wyłącznie w mojej świadomości, na regale z ulubionym stuffem nie pojawiło się w międzyczasie jakiekolwiek opatrzone jego logiem wydawnictwo. Nie ma to jednak jakiegokolwiek wpływu na moje uznanie jego pozycji na tejże jak bardzo specyficznej scenie oraz faktu, że grono zwolenników wykonywanej przez niego muzy wcale nie jest małe – publika oglądająca obojętnie czy to z ławek czy spod sceny występ BETHLEHEM, naprawdę zdawała się poświęcać mu całą swoją uwagę i absolutnie nie mam prawa żywić o to do kogokolwiek pretensji. Jak zaznaczałem już jednak wielokrotnie – upodobanie to rzecz bardzo osobista i porównywalna jedynie z czymś co ma każdy z nas ma w pewnej, aczkolwiek uznanej za wstydliwą części ciała. Więcej cokolwiek dodawać nie ma potrzeby, pozwolę zatem sobie zamknąć opisy dnia pierwszego. Choć w programie pozostały jeszcze dwa zespoły reprezentujące Republikę Federalną, opisy ich uważam za zbędne. SLARTIBARTFASS i HEXADAR nie zaprezentowały bowiem nic innego jak mega przeciętniacki pagan metal przy wsparciu instrumentów pasujących ogólnie do metalu jak buraki do szarlotki. Sorewicz, ale grająca na kobzie pani u pierwszych oraz jakiś gejowski akordeon u drugich przypunktować u mnie raczej szansy nie miały. Swoją drogą, jeżeli grały nawet po takim BETHLEHEM, wygląda na to, że ktoś musi na jakiś sposób to cenić… Nie tracąc jednak czasu na dociekania, doszedłem do wniosku iż wobec osobistego braku zainteresowania tymiż oraz ogólnego zmęczenia lepiej po prostu iść spać i tak też uczyniłem, choć o warunkach mojego noclegu lepiej nie wspominać.

Dzień drugi okazał się zdecydowanie gorętszy od poprzedniego. Bynajmniej nie za sprawą pogody, która bez kozery postanowiła przypomnieć o tym że lato dalej trwa i ma się całkiem dobrze, lecz przede wszystkim dzięki wyszczególnionym na grafiku bandom. Jak w większości przypadków także i teraz przetarcie szlaków przypadło trzecio- bądź nawet czwartoligowcom, sądzę zatem iż na temat PORTA INFERI, TARABAS czy NOTHGARD zbyt obszernie nie ma się co rozpisywać. W międzyczasie okazało się że z rozpiski wypadła anonsowana wcześniej AKREA, w związku z czym ostatni z wyżej wymienionych miał większe pole do popisu. Po jego zniknięciu w odmętach zaplecza nadeszły jednak (przynajmniej dla mnie) wrażenia bardziej pozytywne – swoje działa wytoczył bowiem GODHATE znany niegdyś jako Throneaeon i swego czasu nawet oceniony przeze mnie dość pochlebnie. Nie potrafię wprawdzie oszacować na dzień dzisiejszy w ilu procentach i czy w ogóle ostał się skład znany jeszcze z poprzedniego wcielenia, ale mniejsza o to, bo gdy ktoś łupie dobry szwedzki death metal nie jest to chyba aż tak istotne, czyż nie? Kwartet zagrał z werwą i z jajami, na deser „Mandatory Suicide” Zabójcy i… do widzenia. Nie wiem jak inni, ale ja osobiście do szczęścia więcej nie potrzebowałem. Dłużej przystanąłem także przy zaplanowanym w następnej kolejności MINAS MORGUL. Czerpiący garściami z Tolkiena band z Frankfurtu nad Odrą rewolucji w moich zmysłach może nie spowodował (dobrze, że nie podążył za nakazem Jerzego Dobrowolskiego w kultowym filmie „Poszukiwany, poszukiwana” musząc je niczym biedna Marysia odszczekiwać), grając jednak naprawdę przyzwoicie – na gwizdy absolutnie nie zasługiwał. Swoją drogą, określenie w programowym zeszyciku twórczości grupy jako Schwarz Metal to oryginał niebywały. Kto jeszcze reprezentuje ten nowy zacny trend? WOLFCHANT raczej nie, gdyż ich muza raczej pogańskimi klimatami stała… Ale SVARTTJERN może? Nie, toż to przecież black metal pełną mordą! W dodatku norweski, toteż na poziomie diabelnie dobrym, kiedy dodamy jeszcze zaś kto jest wydawcą – no, no, no… Bez grama przesady – koń stajni Agonia Records wypadł na scenicznych deskach nad wyraz dobrze, ale skoro na dwóch wydanych dotychczas albumach horda łupie brudny, obleśny i blasfemiczny czarny metal w najlepszym wydaniu czemu się tu dziwić? Osobiście oglądałem już kwintet po raz drugi w swojej długiej gapiowskiej karierze i nie wątpię, że demoniczna ekstaza towarzyszyć mi będzie tak samo przy razie trzecim. Strach się zresztą bać, wszyscy bowiem wiemy iż trójka to rzekomo liczba magiczna! Po synach ziem norweskich nastąpiło coś, co Niemcy nazwaliby mianem „entspannung”. Kto zna język, ten wie że słówko owo oznacza w tymże tyle co odprężenie. Bez domysłów – nikt nie fundował jakichkolwiek masaży, muzyka relaksacyjna także z głośników płynąć nie zaczęła, trzej kolejni uczestnicy przedstawili bowiem propozycję przynajmniej trochę odbiegającą od wielbionej przeze mnie zazwyczaj nawałnicy dźwięków ku czci Rogatego. EWIGHEIM pozwolił sobie uderzyć nawet w klimaty lekko gotyckie, aczkolwiek dla ucha ekstremisty mojego pokroju całkiem nawet akceptowalne. ALCEST z kolei niby black metalu się trzymał, aczkolwiek wolniejsze nieco tempa, czasem nawet uderzanie w bardziej rockową manierę zdecydowanie nie pozwala na wrzucenie owej francuskiej brygady do tygla z gotującą się czarcią smołą… No i dobrze wam znani chłopcy z FORGOTTEN TOMB, którzy po ostatnim Under The Black Sun nawet i mnie skutecznie przekabacić potrafili na swoją stronę. Jak tak dalej pójdzie, to niewykluczone że kompletna dyskografia Włochów jeszcze w tym roku znajdzie się na mojej półce, hehe! Teraz sam nie rozumiem tych, którzy twierdzą jakoby Zapomniany Grobowiec był za mocno rockowy i tym samym niespecjalnie udany, ale cóż – nie jestem chyba pierwszym i ostatnim, który niczym wół zapomniał, że sam cielęciem był… Całkiem niezłą sztukę odegrał mianowicie kwartet z Piacenza. Gdybym tylko umiał pocieszyłbym chłopców, bo z powodu sprzedanego jednego zaledwie kompaktu (!) na całym festiwalu mogli mieć powód do smutku. Takie czasy mamy jednak podłe – każdy szczędzi na czym tylko można, to i merch słabo się sprzedaje… Czy wie ktoś jednak co kryje się pod pojęciem ryzyko zawodowe?

Pół godziny po godzinie zero. Na scenie montuje się dwóch potężnych magów. Nikłych wzrostem, ale dzięki swojej muzyce urastających niemalże do rangi co najmniej wielkich. Gdy bez zbędnego pitolenia ze wzmacniaczy buchać zaczynają dźwięki „Astral Path To Supreme Majesties” po raz kolejny zmuszony jestem przyklęknąć i pochylić głowę na znak pokory. Bo innej opcji tutaj po prostu nie ma – INQUISITION od dawna już należą do panteonu moich „czarnych” wielkich, nic dziwnego zatem, że na wieść o dokooptowaniu ich do tegorocznego składu BMOA nie mogłem zareagować inaczej jak tylko dopełnić wszelkich starań aby po prostu tutaj być. Piekielny duet widziałem wprawdzie zaledwie przed kwartałem, ale musiałem – wierzcie mi, po prostu musiałem po raz kolejny pojawić się w tym samym miejscu co Dagon i Incubus! Ale czy napisać mogę przy okazji ich kolejnego obejrzanego występu coś nowego, oryginalnego, tudzież odkrywczego? Nie, do cholery! Bo INQUISITION to kult absolutny i koniec! „Nefarious Dismal Orations”, „Embraced By Unholy Powers…”, “Command Of The Dark Crown”, “Imperial Hymn For Our Master Satan”, “Desolate Funeral Chant”, “Cosmic Invocation Rites” plus oczywiście wieńczący tradycyjnie dzieło bluźnierstwa “Ancient Monumental War Hymn” – za każdym razem te same odczucia i oddech piekła po prostu, obojętnie ile razy bym owe hymny słyszał. Słuszną jest uwaga znajomej, jakoby Dagon miał podpisany pakt z samym Diabłem – nie ma bowiem innej opcji niż ta, że władca piekieł porusza podczas koncertów jego ręką spod której wydobywają się owe niesamowite dźwięki. Nie chcę być już nudny do tego stopnia aby podkreślać, że połowa „black metalowych” kapel może po prostu schować się w najgłębszej piwnicy i po występie INQUISITION nie ma po co w ogóle wychodzić na scenę, aczkolwiek… w Barth stało się trochę inaczej. Po rytuale dwójki kolumbijskich Amerykanów na scenę wdrapał się jeszcze bowiem fiński BAPTISM, który tym samym przypieczętował kres tegorocznej edycji festiwalu. Nie mogę stwierdzić aby trybuny amfiteatru w trakcie jego poczynań opustoszały absolutnie, nie da się stwierdzić jednak, że Chrzest choćby w połowie dorównał kunsztowi poprzednika. A zaznaczam, że to naprawdę dobry zespół! Zawsze uważałem jakoby fińskie spojrzenie na satanistyczny black metal w tradycyjnej formie godne było uwagi, toteż występ jej obejrzałem od początku do końca. Niestety nadejść on musiał dla kwintetu w podobnej formie jak podczas performance’u THE STONE – twardo ustalone ramy czasowe wdrożone zostały w życie także i tego dnia, toteż magiczna godzina 2.30 musiała położyć bezlitośnie kres wszelakim diabelskim harcom. Niniejszym BAPTISM zagrał niecałe może 40 minut, ważne jednak że nie były one czasem straconym – podobnie jak w zeszłym roku na Under The Black Sun obejrzałem sługów Lucypera z niemałą przyjemnością. Wszystko dobre co się dobrze kończy, w sytuacji powyższej przyznać zatem mogę, że po raz kolejny jestem ze swojej decyzji bardzo zadowolony. Odwiedziłem w miłym towarzystwie tak samo miłe miasteczko, spędzając na odbywającym się w nim festiwalu czas na rozmaite pożyteczne sposoby: fotografując, rozkoszując się dźwiękami zespołów lubianych bądź tych ciekawszych nowo poznanych, sprzedając merchandise pewnej niewielkiej, lecz bardzo znanej w podziemiu firmy, popijając piwko – a wszystko po to, aby móc się tymi wrażeniami nieskromnie z wami podzielić i tym samym zapracować sumiennie na udział w kolejnej jego odsłonie, w którą rzecz jasna mocno wierzę. A czas leci w dodatku szybko, czyż nie? Obiecuję, że wrócę.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

BARTHER METAL OPEN AIR 2012


AD-HOC


VARGSHEIM


THE FORSAKEN


SVARTBY


SLECHTVALK


THE STONE


RIGER


IMPERIUM DEKADENZ


BETHLEHEM


SLARTIBARTFASS


HEXADAR


PORTA INFERI


TARABAS


NOTHGARD


GODHATE


MINAS MORGUL


WOLFCHANT


SVARTTJERN


EWIGHEIM


ALCEST


FORGOTTEN TOMB


INQUISITION


BAPTISM



<<<---powrót