Relacje

DEATHKULT OPEN AIR 2013

17 – 19/05/2013  Göllnitz, Niemcy

Niby nie powinno się przedwcześnie wylewać łez i widzieć wszystkiego na czarno, aczkolwiek ostrożny pesymizm nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodził… No cóż, proszę państwa – pewne znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że trzecia edycja Deathkult Open Air mogła już być niestety ostatnią. W pewnym sensie odniósłbym się ze zrozumieniem do takiej decyzji, gdyż finansowe minusy po każdej z odsłon tego jakże zacnego festu, obnażają jak zwykle smutną prawdę, że jest to biznes naprawdę ryzykowny, a często nawet nieopłacalny. Szczególnie tym razem stało się to nad wyraz widoczne, gdyż pomimo obiecującej przedsprzedaży, liczba zakupionych na miejscu bilecików nie zagwarantowała budżetu niezbędnego do opłacenia dosyć drogich, zaproszonych tym razem zespołów. W opinii co niektórych obecność paru z nich pasowała do stricte podziemnego charakteru Deathkult niczym pięść do nosa, ale jako że ile głów, tyle opinii, to nie będę specjalnie zagłębiał się w temat. Z drugiej strony jednak – czy warto jednak tak łatwo się poddawać i tym samym uśmiercić niewielką, aczkolwiek ściągającą oddanych zapaleńców fajną imprezę? Czy naprawdę niemożliwe jest znalezienie jakiegoś złotego środka, gwarantującego jej dalszą egzystencję? Podejrzewam, że zacni organizatorzy główkują nad tym bardziej intensywnie niż ja… Mówi się jednak, że przyszłość to otwarta księga, toteż może faktycznie nie warto na razie zaprzątać tym sobie umysłu. Odpowiedź poznamy dopiero za rok. Tym samym przejść mogę do części opisowej. Choć w odróżnieniu do zeszłego roku nic nie zakłóciło tym razem moich obserwacji zespołowych poczynań od samego początku, zupełnie szczerze przyznam, że w zbyt wiele atrakcji pierwsze godziny także nie obfitowały. Rzucone na pierwszą linię frontu THORNESBREED i PARIA absolutnie nie miały w sobie nic, co potrafiłoby choć trochę przyciągnąć moją uwagę. Ożywić potrafił mnie nieco THE STONE, choć bardziej chyba zaważyć na tym potrafiły względy sentymentalne aniżeli sama muzyka. Nie twierdzę oczywiście, że czas spędzony na obserwacji poczynań Serbów stał pod znakiem nudy, bo przynajmniej można było obejrzeć band w akcji z udziałem nowego grajka (basista, któremu ustąpił miejsca obecny pałker). Nieco ciekawiej zrobiło się już przy poczynaniach DIES ATER. Przede wszystkim dlatego, że nareszcie miałem okazję obejrzeć zespół z własnego podwórka, którego występ już kilka razy potrafił przejść mi koło nosa. Jak widać zatem, magia powiedzenia „co się odwlecze to nie uciecze” po raz kolejny zadziałała, ja mogłem zaś w spokoju przyjrzeć się owemu cudowi techniki po raz pierwszy. I jak? Przyzwoicie, jak już zaznaczyłem. Black metal z lekkim muśnięciem klawisza raz po raz, bynajmniej nie przesłodzony i tak samo nie upierdliwy. Być może wytkniecie mi, że przez te kilka lat zdążyłem już przesiąknąć owym niemieckim kiczem do cna i tylko dlatego łykam wszystko bez popity, a ja od razu odpowiem, że nie, jeszcze nie. I nie sądzę aby mi to groziło, choć zawsze zgodzę się z tezą jakoby sporo germańskich wynalazków tejże sceny nie wnosiło do jej całokształtu nic poza ogromną dawką śmiechu. No, ale zostawmy już DIES ATER w spokoju i skupmy się na kolejnych uczestnikach. Brazylijczycy z VULCANO objęli scenę w posiadanie jako następni w kolejce i choć występ ich usatysfakcjonował mnie raczej średnio, odmówić legendzie charyzmy i scenicznego doświadczenia nietaktem byłoby ogromnym. Inaczej było już jednak w przypadku NIFELHEIM, znajdującym się notabene z poprzednikami na wspólnej europejskiej trasie, podczas której owa edycja Deathkult była jednym z przystanków. Zawiadywany przez braci bliźniaków band jak zwykle posiekał i okaleczył swoją muzyką o wiele skuteczniej niż wszelakie noszone przez nich żelastwo i kolce. Rzucającą się w oczy cechą była jednak zmiana składowa. Nie ma już w szeregach grupy Johana Bergebacka oraz Sebastiana Ramstedta, którzy jakiś czas temu pożegnali się także z NECROPHOBIC. Także i Tobias Christiansson z GRAVE nie zagrzał zbyt długo miejsca w kapeli, ale z uwagi na ponowną dyspozycyjność Tyranta to akurat specjalnie dziwić nie powinno… Według oficjalnej wersji oprócz wspomnianego gitarowego duetu ze składu wysiadł także i bębniarz, na domiar złego stało się to na krótko przed rozpoczęciem trasy. Całe szczęście, że bracia Gustafsson zdążyli w porę zwerbować nowych kamratów, a zapewniam, że dzięki nowym i tak samo sprawnym technicznie grajkom NIFELHEIM potrafi kąsać wciąż tak samo wściekle i niemniej jadowicie! Kto choć raz widział Szwedów na żywo wie przecież dobrze, co zrobić mogą takie kawałki jak „Possessed By…”, „Satanic Sacrifice”, „Storm Of The Reaper”, „Sodomizer”, a trzeba wam wiedzieć, że i tym razem pojawiły się one w programie. Szwecja górą? Zdecydowanie tak! Nie twierdzę oczywiście, że wieńczący pierwszy dzień festu występ ACHERONTAS był kompletnie do kitu – co to, to nie! Grecy zagrali porządnie, choć niezbyt porywająco. Wydawać by się nawet mogło, że nieco słabiej niż na zeszłorocznej edycji Under The Black Sun, ale to wyłącznie osobista moja opinia. Poczekam zatem na kolejną okazję ujrzenia ich gdzieś na żywo – może będzie lepiej, może będzie gorzej, buk jeden wie…
Jako że po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, logiczną siłą rzeczy wraz z nadejściem świtu musiało się uspokoić. Burzy może nie było, faktem jest jednak że przez całą noc lało jak z cebra, a w sytuacjach takich obawy o pogodę w ciągu dnia zawsze potrafią się udzielić. Wszystko wskazywało jednak na to, że chmury wypłakały się na dobre i po deszczowej nocy nastał całkiem ładny dzień. Wiadomo, że słońce i ciepły wietrzyk do ekstremalnego metalu pasują raczej niczym wół do karety, kto cieszy się jednak tak naprawdę z oglądania koncertów w strugach deszczu? Przeżyłem to nie raz i wierzcie mi moi mili, że nawet najwięksi twardziele wolą w takich sytuacjach udawać. Niewątpliwie więc i tym razem każdy cieszył się zapewne z obserwacji poczynań swoich ulubieńców mając na grzbiecie suche ciuchy, względnie mogąc usiąść na suchej ławce. A zaczęło się od DEATHCULT, który zastąpił anonsowany wcześniej BEYOND, choć gwoli sprawiedliwości zamiana owa znaczenie miała jak dla mnie równie tyle co żadne. Owszem, nazwa jak najbardziej adekwatna i wydawać by się mogło, że do festiwalu pasująca jak ulał, bez ogródek przyznam jednak, że oczekiwania moje Szwajcarzy spełnili zaledwie w kilkunastu procentach. Nie mogę tego powiedzieć jednak o TORTORUM, bo ten nie tylko wypadł doskonale, ale i wynagrodził mi z nawiązką cały niedosyt powstały w związku z poprzednim bandem. Bo było zło, krew i Szatan, a o to przecież w black metalu chodzi, czyż nie? Rogaty nie objawił się może na deskach osobiście, ale ołtarzyk ze złożonymi nań baranimi łbami wrażenie robił iście upiorne. Mimo wszystko jednak najważniejsza była muzyka, a przyznać trzeba, że zawartość jedynego jak do tej pory albumu „Extinctionist” kąsa równo i jedyne pretensje jakie mogę mieć to chyba tylko do siebie samego, bo nie pomyślałem o jego zakupieniu. Dupa z uszami jestem, ale trudno. Miejmy nadzieję, że przy jakiejś okazji się nadrobi. Po fakcie dowiedziałem się również, że w szeregach owej zacnej norweskiej formacji pogrywa Skyggen znany co niektórym lepiej jako Paimon z przygód w pewnej polskiej formacji również na literę T, ale jako że prawdziwej jego facjaty nigdy nie było dane mi ujrzeć, a nieodzowne farbki tak i tak uniemożliwiłyby mi identyfikację, przypuszczalnie moje próby rozpoznania go spełzłyby na niczym… Teraz to już jednak nieważne, poza tym na scenie zamontowały się dwa kolejne akty: NECROWRETCH oraz BLACKLODGE. Jak wypadły? Pierwszy – wrażenia równie dobrze co żadne, drugi – poziom przyzwoity, a do tego jeszcze pewna doza pikanterii. Francuski tercet egzotyczny, pierwotnie nie zaplanowany i pozyskany dopiero krótko przed festiwalem jako zastępstwo za wypadły z rozpiski BAPTISM, na uwagę zasługuje niekoniecznie w związku z wyznawanym przez muzyków narkotycznym kultem, lecz jedynie z racji pokręconej i naszpikowanej samplami dawki niekonwencjonalnego black metalu. Dosyć dobrze wypadł również THE RUINS OF BEVERAST, który uznałem niegdyś za nudny i w jednej z recenzji potrafiłem tym samym siarczyście zrugać. Okazuje się, że co niektóre bandy albo potrafią mieć dwa oblicza albo… trzeba chyba zapoznać się lepiej z ogółem ich dokonań. Nie muszę jednak robić tego absolutnie w przypadku MARDUK, gdyż wiadomo – dywizja pancerna nie zawodzi nigdy i nigdzie. Poczynania sceniczne jednej z moich ulubionych czarnych hord opisywałem już miliony razy, toteż daruję sobie robienie tego powtórnie. Wiadomo przecież, że była miazga, rozlew krwi i wszelakie inne odcienie destrukcji. Co w programie? „Serpent Sermon”, „Nowhere No-nothing”, “Slay The Nazarene”, „Still Fucking Dead”, „Hangman Of The Prague”, “502”, “Temple Of Decay”, “Christraping Black Metal”, “With Satan And Victorious Weapon”, “Materialized In Stone”, “Fistfucking God Planet”, “Wolves”, “Souls For Belial” – tyle przynajmniej udało mi się zapamiętać z ponad godzinnego nawału wystrzałów i artyleryjskiej kanonady, o ile nic nie pokręciłem rzecz jasna… Szwedzi po raz kolejny zasłużyli na Krzyże Rycerskie, choć i MGŁA spisała się na medal – czyżby wybór Krakowian na headlinera tłumaczył, że muza chłopaków tak bardzo przypadła do serca organizatorom? Wiadomo, że to jeszcze nie ten sam status co MARDUK, skoro jednak twórcy „Grozy” i „Mdłości” skutecznie potrafili zasiać pierwszą nie doprowadzając przy tym nikogo do drugich – pozostaje chłopakom życzyć z całego serca, aby odzew taki spotykali wszędzie, gdzie tylko się pojawią. Nastał dzień trzeci. Właściwie jak dla mnie stał on tylko i wyłącznie pod znakiem jednego bandu – PENTACLE, aczkolwiek po drodze miałem jeszcze do spędzenia długie godziny z BÖLZER (wrażenia takie se), NECROBLOOD (wrażenia baaaardzo pozytywne), WELTBRAND (wrażenia bardzo średnie) oraz CHAOS INVOCATION (wrażenia poniżej średnich, choć słowo „barachło” to też lekka przesada). Kiedy nareszcie scenę opanowali podkomendni Wannesa Gubbelsa (nie mylić z pewnym zasłużonym w niemieckiej propagandzie kuternogą, bo obraziłby się pan Wannes śmiertelnie!), dostałem to, czego chciałem – staroświecki death metal na holenderską modłę usatysfakcjonował mnie niezmiernie, szczególnie kiedy kawałki z „Under The Black Cross” miażdżą („Into Fiery Jaws” rządzi!). Po przebrzmieniu ostatniego tracka setlisty Holendrów wszystko wskazywało jednak na to, że trzeba będzie imprezę zakończyć. Czemu? Nadciągające czarne chmury i porywisty wiatr dał wszystkim do zrozumienia, że następne godziny nie będą niestety już takie miłe jakby się oczekiwało. To, że spanikowani handlarze zaczęli w popłochu zwijać swoje stanowiska tak i tak nie miało już dla kogokolwiek znaczenia, gdyż obserwując w ciągu trzech owych dni baaaardzo mizerne zainteresowanie publiki dostępnymi towarami, trudno było liczyć w ostatnich godzinach na jakikolwiek cud ekonomiczny. Kiedy ściemniło się na dobre i deszcz skutecznie zwilżać zaczął wszystko co popadnie, jasne stało się, że można cmoknąć się w tyłek jeśli chodzi o jakiekolwiek pozytywne emocje. W utwierdzeniu owym umocnił się wkrótce zapewne nie tylko piszący owe słowa, gdyż siekący rzęsiście deszcz, którego skutkiem mogły być tylko głupie działania ochrony (spędzenie wszystkich obecnych na terenie festiwalu do pustej hali magazynowej, przy zaznaczeniu że nie wolno przebywać na zewnątrz, co znaczyło, że moknięcie jest zabronione – cóż za przenikliwość, być może dzięki temu nikt się nie zaziębił!), nie wspomniawszy oczywiście o tym, że kolejne kapele nie mają co szukać na scenie, udowodnił to w całej rozciągłości. Istotnie, lało jak z cebra chyba dobrą godzinę, w związku z czym zaplanowane występy SECRETS OF THE MOON, GOATPENIS i CULT OF FIRE stanęły pod dużym znakiem zapytania. Jak dla mnie znaczenie miało to jednak zaledwie średnie, gdyż na dwóch ostatnich z wymienionych dokładnie tak mi zależało, nie mówiąc już o tym, że na pierwszym wcale. Uznając w takiej sytuacji, jakoby dalsze nasiąkanie wilgocią nie miało większego sensu, udałem się w towarzystwie kolegi do hotelu, pocieszając się całkowicie wizją przespania tej nocy w zdecydowanie bardziej cywilizowanych warunkach niż dotychczas. Tak też się stało, sam zaś leżąc na posłaniu, postanowiłem poskładać przeżycia ostatnich trzech dni w jedną całość. I cóż z tego wynika? Oczywiście jedno – trzecia edycja Deathkult Open Air z pewnością należała do udanych, aczkolwiek w porównaniu do poprzedniej wypadła nieco bladziej. Pomimo dobrych zespołów zabrakło jakby podziemnego klimatu imprezy, dzięki któremu czuć było przed dwunastoma miesiącami ową niepowtarzalność. Jak zaznaczyłem już na samym początku, trudno spekulować na temat przyszłego roku, w którym festiwal ów stać może się już tylko wspomnieniem – może, choć wcale nie musi, czego zapewne nie tylko piszący te słowa by sobie życzył… Póki co jednak, trzecia edycja DOA jest już historią. Pamiętajmy więc o tym, że ta nierzadko lubi się powtarzać. Wniosek? Cierpliwie czekajmy. Nikolaus (Mikołaj) Kunz

autor: 

DEATHKULT OPEN AIR 2013 - 17 – 19/05/2013 - Göllnitz, Niemcy


PENTACLE

CHAOS INVOCATION

NECROBLOOD

MGŁA

MARDUK

THE RUINS OF BEVERAST

BLACKLODGE

TORTORUM

ACHERONTAS

NIFELHEIM

VULCANO

DIES ATER

THE STONE



<<<---powrót