Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2013

08 – 10/08/2013  Flugplatz Obermehler bei Schlotheim (Niemcy)

Pomiędzy  odwiedzanymi  przeze  mnie  festiwalami  nastąpiła  tym  razem  nieco  dłuższa  przerwa – dobre  dwa  tygodnie, w  związku  z  czym  mogłem  dać  sobie  trochę  więcej  niż  kilka  dni  wytchnienia. Nie  ukrywam  jednak, że  na  inny  festiwal  Turyngii – rzekłbym, że  największy, zdecydowanie  dłużej  przeze  mnie  odwiedzany  i  w  prywatnym  rankingu  bez  wątpienia  najfajniejszy – przygotowywałem  się  emocjonalnie  już  od  dawna. Jakoś  się  ten  Party  San  nie  nudzi, a  co  najważniejsze – także  nie  brzydnie, cóż zatem stało na przeszkodzie aby odwiedzić tę fajną imprezę ponownie? Na szczęście nic, a zatem… Przybycie na miejsce, rozbicie namiotu, krótka drzemka, a potem standard – odliczanie minut do startu. Wraz  z  pierwszymi  dźwiękami  w  wykonaniu  BOMBS  OF  HADES  stało  się  jasne, ze  kolejną  edycje  Party  San  uznać  można  za  rozpoczętą. Choć  death/ crustowa  propozycja  Szwedów  podeszła  mi  bardzo  średnio, nic  nie  zmieniało  faktu, ze  oto  przed  nami  trzy  dni  dobrej  zabawy  gwarantowanej  przez  innych  uczestników. Nie  należał  do  tychże  w  moim  prywatnym  rankingu  także  FARSOT, gdyż  psychodelia  w  black  metalu  nie  w  każdym  wykonaniu  potrafi  do  mnie  przemówić. O  wiele  lepiej  wypadł  jednak  tym  razem  DENIAL  OF  GOD, który  po  zeszłorocznym  Deathkult  Open  Air  umiejscowiłbym  na  mapie  black  metalowych  przeciętniaków. Nie  stwierdziłbym  tym  samym, ze  odczucia  moje  względem  Duńczyków  zmieniły  się  diametralnie, zawsze  to  jednak  cos, gdy  zamiast  kolejnego  obniżenia  poziomu  zauważa  się  choćby  mały  postęp.  ALCEST – podobnie  jak  przed  rokiem, także  i  tym  razem  nie  potrafił  mnie  ów  band  niczym  szczególnym  oczarować. DESTRÖYER  666  widziałem  z  kolei  juz  tyle  razy, ze  właściwie  tym  razem  śmiało  mógłbym  sobie  darować, głównie  z  uwagi  na  to, ze  występy  tej  ekipy  pod  względem  merytorycznym  nie  różnią  się  ostatnio  od  siebie  w  zasadzie  niczym – kolce, ćwieki, jak  zwykle  zapyziały  Warslut  i  to  tyle. Czasami  tylko  inna  konstelacja  kawałków, jednakże  „I  Am  Wargod”  zdarza  mi  się  słyszeć  od  nich  ostatnio  wcale  nierzadko, toteż  logiczne, ze usłyszałem  ów  szlagier  także  i  teraz. Godna  odnotowania  jest  jednak  zmiana  personalna, choć  zapewne  wszystkim  tnącym  się  przy  tej  kapeli  nie  od  dziś  wiadomo, ze  jakiś  czas  temu  szeregi  jej  opuścił  Shrapnel.  Spoglądając  na  jego  następcę  nie  mogłem  opędzić  się  od  natrętnego  pytania  samego  siebie  skąd  znam  te  gębę, po  jakimś  czasie  doszedłem  jednak  do  wniosku, że  ziomek  niniejszy  to  występujący  podczas  Hell’s  Pleasure  z  Cruciamentum  gitarzysta  tegoż. Poza  owym  wypełnieniem  wakatu  nie  wymieniłbym  jednak  już  nic, co  w  przypadku  Niszczycieli  zasługiwałoby  na  uwagę. A  zatem? Pora  na  świństwo, obscenę  i  przede  wszystkim  wcielone  złoooooooo! Z  CARPATHIAN  FOREST  jest  tak, ze  chyba  trzeba  te  kapele  albo  lubić  albo  po  prostu  nienawidzić. Najlepsze  z  tego  wszystkiego  jest  jednak  to, ze  sam  nie  wiem  po  której  właściwie  stronie  sam  mógłbym  się  opowiedzieć! Całosci  dyskografii  tej  tru blek metalowej  hordy  nie  posiadam, na  żywo  tez  za  często  nie  mam  okazji  jej  oglądać, a  jeśli  juz  to  zdarza  mi  się  to  raz  na  dziesięć  lat… Ale  mam  dylematy, co  nie? Ale  tak  na  poważnie – wiem, ze  są  tacy  którzy  Karpacki  Las  uwielbiają, bo  liczba  fanów  oczekująca  występu  Nattefrosta  i  jego  obleśnej  ekipy  wcale  nie  wyglądała  na  małą. Podejrzewam, ze  gdy  mistrzowie  oblechy  tylko  wytoczyli  się  na  scenę, strugi  pociekły  po  nogach  zapewne  niejednemu. Zostawmy  jednak  wszelakie  domysły, bo  prawda  jest  taka, ze  CARPATHIAN  FOREST  naprawdę  zrobił  to, co  do  niego  należało – przez  trzy  kwadranse  było  syfiaście, brudno  i  paskudnie, a  poobwieszany  różnymi  śmiesznymi  rzeczami  i  dzierżący  krzyż  wielkości  latawca  sam  Nattefrost  chrypiał  swoim  zachlanym  bełkotem  ku  czci  norweskich  lasów, Szatana  czy  posuwania  w  jego  imię  panienek. Najbardziej  zagorzali  maniacy  nie  żałowali  zapewne  tych  45  minut  absolutnie, choć  domyślam  się  jak  bardzo  rozczarować  musiał  co  niektórych  brak  tańczących  tłustych  bab, schudnięcie  basisty  oraz  tego, ze  Wielki  Mistrz  na  koniec  nie  puścił  pawia. Sam  jestem  zdania, ze  to  niewiarygodne, jeśli  nie  po  prostu  skandal! No, ale nic, jedziemy  dalej. Spojrzawszy  w  grafik  wywnioskowałem, że  właściwie  na  kolejnej  kapeli  zabawa  dla  mnie  się  kończy. Tak, tak  proszę  państwa – pomimo  przedostatniego  miejsca  na  rozkładzie  jazdy, LEGION  OF  THE  DAMNED  był  dla  mnie  właśnie  ostatnim  uczestnikiem, którego  w  danym  dniu  chciałem  obejrzeć. Sorewicz, ale  do  HEAVEN  SHALL  BURN  nie  dałoby  rady  zaciągnąć  mnie  nawet  wołami. Wegetariański  death  metal  w  wykonaniu  tej  kapeli  nie  zachwyca  mnie  nawet  po  pijaku, toteż  Legion  Przeklętych  zakończył  owe  zmagania  na  dobre. W  zasadzie  także  i  tutaj  nie  napisałbym  nic  nowego, gdyż  Holendrów  oglądałem  już  także  wielokrotnie, choć  pierwszy  widziany  przeze  mnie  show  z  drugim  gitarzysta z  pewnością  zasługuje  na  wzmiankę. Z  tego  co  mi  wiadomo, Hein  Willekens  wspomaga  kapele  jedynie  na  żywo, drugie  wiosło  na  koncertach  to  zawsze  jednak  cos… Repertuarowo  tradycyjnie – rytmy  szarpano – łupane, stanowiące  już  chyba  na  zawsze  determinantę  tej  grupy. „Pray  And  Suffer“, „Night  Of  The  Sabbath“ , „Death’s  Head  March“, „Cult  Of  The  Dead“, „Sons  Of  The  Jackal“, „Bleed  For  Me“  czy  „Legion  Of  The  Damned“  to  hity, które  już  przy  poprzednich  okazjach  słyszałem, niniejszy  gig  był  jednak  też  okazja  do  zapoznania  sie  z  dwoma  nowymi  kawałkami – „Summon  All  Hate“  i  „Mountain  Wolves  Over  A  Crescent  Moon“, zaplanowanych  przypuszczalnie  jako  cześć  nowego  długograja, który  wypuścić  powinna  tym  razem  austriacka Napalm  Records.  Po  thrashowej  nawałnicy  poczułem  się  nieco  zmęczony, toteż  zakończenie  degustacji  wrażeń  dnia  pierwszego  przypadło  akurat  na  bardzo  dobry  moment. Spać  oczywiście  od  razu  nie  poszedłem, gdyż  wypicie  kilku  piwek  w  towarzystwie  znajomych  poprzedziło  ten  stan  rzeczy, aczkolwiek  zastanawiam  się  do  dziś, czy  duch  arcyzłego  Nattefrosta  porządnie  tego  wieczoru  nie  namieszał – bo  gdzie, u  diabła, podziały  się  wszystkie  pstryknięte  tego  dnia  fotki?   
                             Piątkowe  wrażenia  mogłem  zacząć  od  czeskiego  GUTALAX, który  zastąpił  anonsowany  wcześniej  JIG-AI, ale  jako  że  grindowo – fekalne  klimaty  niespecjalnie  należą  do  moich  ulubionych, ostatecznie  tego  nie  zrobiłem. Po  relacji  zdanej  przez  towarzyszy  z  Sosnowca  trochę potem żałowałem, gdyż  rzucona  rzekomo  w  publikę  obsrana  deska  sedesowa, z  którą  jeden  z  zagorzałych  maniaków  potem  dumnie  miał  się  obnosić, byłaby  jedynym  akcentem  dla  którego  zobaczyłbym  z  ciekawości  ten  jakże  oryginalny  band. Pocieszyłem  się  jednak  tym, ze  czubów  na  świecie  niemało  i  z  pewnością  da  się  to  nadrobić, a  z  racji, ze  odpuściłem  także  MAGRUDERGRIND, rozpocząłem  na  dobre  od  GRAVEYARD. Nie  chodzi  tu  bynajmniej  o  ten  stonerowy, lecz  o  ten  death  metalowy  i  przyznać  muszę, ze  każdy  szanujący  się  fan  takiej  muzy  wiele  stracił  jeśli  tylko  nie  znajdował  się  w  tym  momencie  pod  sceną. Hiszpanie  zagrali  bowiem  kurewsko  ciężko, brutalnie  i  w  każdym  calu  oldskulowo. O  ile  dobrze  sobie  przypominam, widziałem  ich  kiedyś  na  własnym  podwórku  i  jakoś  nie  wywarli  na  mnie  wówczas  specjalnego  wrażenia. Czy  zagrali  słabszy  koncert  czy  po  prostu  niespecjalnie  wsłuchałem  się  w  ich  muzę – dziś  juz  na  to  pytanie  nie  odpowiem, wiem  jednak, ze  GRAVEYARD  Anno  Satanas  2013  podpasił  mi  bardzo. W  odróżnieniu  do  DR. LIVING DEAD  na  pewno, bo  naparzanka  przy  obciachowych  gadżetach  jak  gumowe  maski  w  kształcie  czaszek  raczej  nie  miała  szans  u  mnie  przypunktować. Całkiem  nieźle  wypadł  za  to  COFFINS  i  coś  chyba  jednak  jest  w  twierdzeniu, że  Kraj  Kwitnącej  Wiśni  istotnie  egzotyka  stoi, nawet  jeśli  chodzi  o  śmierć  metal. Nie  stwierdzę  jakoby  czterech  Japońców  powaliło  mnie  swoją  propozycją  na  kolana, przyznaję  jednak  bez  ściemniania, ze  nawet  i  nie  należąc  do  pierwszej  ligi, uchodzić  mogą  w  swoim  fachu  za  całkiem  solidnych  rzemieślników. Po  spadkobiercach  cesarza  Hirohito  przyszła  pora  na  SHINING  i  podobnie  jak  w  przypadku  Karpackiej  Puszczy  za  cholerę  nie  wiem  co  tak  naprawdę  powinienem  o  tym  sądzić. Nie  pamiętam  już  kiedy  oglądałem  Szwedów  po  raz  ostatni, wiem  za  to, ze  im  więcej  razy  to  robiłem, tym  bardziej  utwierdzałem  się  w  przekonaniu, ze  z  black  metalem  we  właściwym  tego  słowa  pojęciu  band  ów  ma  coraz  mniej  wspólnego. Nie wnikam  już  w  to  co  wciąga  Kvarforth  i  tym  samym  jakie  to  wspaniałe  wizje  rodzą  się  po  tym  w  jego  głowie, po  raz  kolejny  doświadczyłem  natomiast  tego, co  w  przypadku  tego  combo  jest  już  normalką – abnegacka  postawa  jego  lidera, pokazywane  demonstracyjnie  fakole, opluwanie  fotografów  pociągana  z  gwinta  whisky… Wszystko, co  juz  było  i  nie  zaskoczyło  mnie  ani  trochę, bez  jakiejkolwiek  szansy  na  to, ze  kiedyś  pokocham  SHINING  wielka  szalona  miłością. Inaczej  sprawa  ma  się  juz  jednak  z  GRAND  SUPREME  BLOOD COURT  i  w  przypadku  takich  zespołów  ciężko  by  mi  było  raczej  o  ich  znienawidzenie. Proszę  państwa, oto  nowe  dziecko  holenderskiego  tradycyjnego  death  metalu  z  cala  plejada  gwiazd  w  składzie! Martin  Van  Drunen, Eric  Danies, Bob  Bagchus, Alvin  Zuur  i  Theo  Van  Eekelen  to  zawodnicy, których  bandów  nikomu  przedstawiać  nie  trzeba, a  skoro  tak, to  wiadomo  czym  musi  się  charakteryzować  muza – wypadkowa  Asphyx  i  Hail  Of  Bullets, aczkolwiek małych niuansów w ofercie GSBC da się dopatrzeć i to wcale nie na siłę. Nie ukrywam, z przyjemnością wysłuchałem recitalu bazującego siłą rzeczy wyłącznie na udanym debiucie „Bow Down Before The Blood Court” i żywię głęboką nadzieję, że w najbliższym czasie będzie mi dane raz jeszcze zafundować sobie powtórkę z rozrywki. Nie przekonał mnie jednak ani trochę ANAAL NATHRAKH – trudno przy szczerym oddaniu metalowej muzie nie natknąć się choćby na nazwę owego stwora, jednakże jak w wielu przypadkach, także i Anglicy zmuszeni zostali do zajęcia w moim prywatnym rankingu raczej ostatnich miejsc. Co innego jednak tradycja, bo jak wiemy – tradycja to coś ekstra, hehe! Nie tylko dla mnie, bo pewnie i dla  wszystkich, którzy  lubują  się  w  brutalnej  szwedzkiej  rzezi, występ  VOMITORY  był  nie  tylko  okazją  do  zaspokojenia  śmierć  metalowych  rządz. Jak  wiemy, wraz  z  końcem  roku  zespół  ów  ma  przestać  istnieć, toteż  wszyscy, którzy  nie  widzieli  jak  dotąd  Rzygowin  w  akcji, mieli  ku  temu  jedną  z  ostatnich  okazji. Z  uwagi  na  osobiste  kilkakrotne  doświadczenia  w  tej  materii  nie  czułem  się  specjalnie  uskrzydlony, bo  wiadomo, ze  niniejszy  występ  skandynawskich  buldożerów  nie  różnił  się  od  widzianych  wcześniej  ani  na  jotę – szybko, chamsko  i  brutalnie, niczym  kop  podkutym  glanem  w  szczękę. „The Carnage Rages On”, „Gore Apocalypse”, „Blessed And Forsaken”, “Beneath The Soil”, “Terrorize, Brutalize, Sodomize”, “Revelation Nausea”, “Regorge In The Morgue”, “Chaos Fury”, “The Voyage” i… chyba wszystko  w  temacie. Odprowadzając  wzrokiem  schodzących  ze  sceny  chłopaków  pomyślałem  sobie, ze  dobrze  by  było, aby  przemyśleli  jeszcze  swoją  decyzję, ale  na  to  co  ostatecznie  postanowią, nikt  juz  wpływu  mieć  nie  może  i  nie  ma  prawa. Po jatce w wykonaniu VOMITORY udałem się na chwilę do namiotu, w którym urządzono małą scenę – zapoczątkowany w zeszłym roku pomysł przyjął się jak widać dobrze, choć w dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że trzecioligowi przedstawiciele ekstremy walczący o awans znaleźć mogą uznanie chyba tylko wśród najbardziej zblazowanych i przepitych delikwentów. Przez chwilę zatrzymałem się jednak przy ALCHEMYST, gdyż dwukrotnie uciekła mi okazja do spotkania z tym bandem – wrażenia średnie na jeża, aczkolwiek w związku z faktem, że zbyt syntetyczne bębny nie okazały się automatem, ucieszyłem się choć troszeczkę. Pod dużą scenę wróciłem dopiero, gdy na jej deski wytoczyło się kolejne śmierć metalowe i jak najbardziej pierwszoligowe monstrum. Owe wyśmienite  danie  ze  szwedzkiego  stołu  jadałem  juz  wielokrotnie  i  przyznaje, ze  przyrządzone  w  wersji  koncertowej  nie  stanie  mi  w  gardle  chyba  nigdy. Cztery  lata  minąć  musiały, aby  grubawy  Johnny  i  jego  kamraci  ponownie  pojawili  się  na  Party  San, przyczyniając  się  bez  wątpienia  do  wyostrzenia  apetytów  wszystkich, którzy  szczególnie  tu  lubią  ich  oglądać. Jako  ze  sam  ostatni  raz  bawiłem  się  przy  UNLEASHED  trzy  lata  wcześniej  na  Wacken, nie  mogłem  odmówić  sobie  powtórki  z  rozrywki  nie  tylko  z  racji  na  owa  pauzę – kilka  miesięcy  temu  grupa  zawitała  nawet  w  moje  rodzinne  strony, a  ja  z  uwagi  na  inne  priorytety  nie  byłem  w  stanie  pojawił  się  tam  razem  z  nią. No  cóż, bywa. Na  Party  San  odbiłem  to  sobie  jednak  z  nawiązką  i  jak  zwykle  nie  rozczarowałem  się  niczym – Johnny  wcale  nie  schudł, ze  składu  nikt  nie  wypadł, a  odegrany  w  ciągu  trzech  kwadransów  set  po  raz  wtóry  udowodnił, że  owego  ziejącego  ogniem  smoka  nie  powstrzyma  nikt  i  nic – moc  po  prostu! Mimo braku niektórych szlagierów uznanych za mus, nikt nie miał prawa być obrażony – „Blood Of Lies”, „Destruction (Of The Race Of Man)”, The Long Ships Are Coming”, „Fimbulwinter”, „Wir Kapitulieren Niemals”, „Victims Of War”, „To Asgaard We Fly”, “Hammer Battalion” oraz “Death Metal Victory”, pokazały, że wielki Odyn miał na wszystko baczenie. Zwycięski UNLEASHED pozamiatał – niczym żelazną miotłą, bez litości i konsekwentnie. Jakiekolwiek inne słowa byłyby tu kompletnie nie na miejscu i tym samym bezsensowne.
            Historia lubi się powtarzać. Zazwyczaj odnosi się to do sytuacji złośliwych, tudzież nieprzyjemnych, bywa jednak, że dotyczy rzeczy miłych, tudzież całkiem normalnych. Nie umiem dokładnie określić do którego schematu wpasowywałby się fakt ustalenia HYPOCRISY headlinerem drugiego dnia, pamiętam jednak z wiwisekcji, że podobny stan rzeczy miał miejsce dokładnie przed siedmioma laty. Tak czy owak, trupa Piotrusia Tägtgrena zwieńczyła piątkowy wieczór w sposób niezwykle osobliwy, udowadniając tym samym, że w kwestii brzmienia na żywo z pewnością należy do jednych z najlepszych w branży. Wraz z VOMITORY i UNLEASHED dopełniła zrealizowania programu, który nazwałbym w tym przypadku „trzy różne odcienie szwedzkiego death metalu”, przy czym ów wspólny mianownik da się wysłyszeć w każdym pojedynczym przypadku bez najmniejszego trudu. Pomijając już jednak wszelakie niuanse, stwierdzam, że szoł Hipokryzji miał po raz kolejny prawo do zaliczenia go na duży plus – także i pod względem repertuarowym ,gdyż mieszanka szlagierów z niemal wszystkich wydawnictw stanowiła doborowy zestaw. „Fractured Millenium”, „Left To Rot”, „The Eye” (przykład nowości z tegorocznego świeżaka „End Of Disclosure”), “Fire Of The Sky”, “Necronomicon”, “Buried”, “Warpath”, “Roswell 47”, “Adjusting The Sun”, “Eraser” – przyznacie chyba, że było przy czym machać dyńką ku czci Rogatego, wyprutych flaków i ufoludów? Niezły akcent na dobranoc, aczkolwiek bez jakichkolwiek sennych koszmarów. No, ale cóż – przez lata da się już chyba przywyknąć…
Przebudziwszy się po kolejnej nocy, przerywanej jak zwykle tym samym programem metalowego disco, stwierdzić musiałem, że niestety to już ostatni dzień wrażeń, choć z racji tego, że najlepsze punkty programu przewidywane są zawsze na koniec, pocieszałem się myślą, że w końcu przede mną jeszcze wcale niemało godzin dobrej zabawy. Niestety nie wprawiły mnie w zachwyt propozycje SKELETAL REMAINS czy PROCESSION, lecz przy HOODED MENACE ożywiłem się bardzo. Starodawny death metal serwowany przez zakapturzonych osobników był właśnie takim, jaki bardzo mi pasuje, nie mówiąc już o tym, że podążający owym śmierć metalowym szlakiem DEMONICAL wyrwał mnie z letargu już na dobre. W pełni sił stawić się zatem mogłem na TSJUDER, który po brutalnej jatce przyniósł niezmiernie miłą odmianę – zaczęło wiać prawdziwym lodowatym wiatrem, unoszącym fragmenty mchu i igliwia z prawdziwych norweskich lasów. Oto black metal co się zowie! Wdzięczny jestem tym dziadom borowym za występ i za reaktywację przede wszystkim, gdyż nie tylko za sprawą ostatniego krążka „Legion Helvete”, lecz także i dzięki tym wszystkim stworzonym przed pauzą udowodniają, że tru blek metal to jeszcze nie przeżytek. Pokiwać głową można było w takt m. in. „Beyond The Grave”, „Possessed”, „Ghoul”, „Lord Of Swords”, „Unholy Paragon”, „Eriphion Epistates” oraz bathorowskim „Sacrifice”, udowadniającym po raz wtóry, iż piętno wyciśnięte na blackowej scenie przez zespół Quorthona po dzisiejszy dzień jest niezwykle głębokie. Nie ukrywam, że gdyby tak zechcieli jeszcze pojawić się na jakimś gigu w moim mieście, to byłoby już w ogóle pięknie. Po solidnej porcji surowego i dzięki temu pięknego black metalu, postanowiłem nieco przepłukać gardło złocistym płynem oraz nieco upłaszczyć swoje siedzenie. Poczynaniom OBSCURA zatem jedynie się przysłuchiwałem, przy HELRUNAR zaś nieco już poobserwowałem, aczkolwiek nie powiedziałbym, że występ Niemców przyprawił mnie o większą satysfakcję. Inaczej rzecz miała się już jednak przy show ich krajan, parających się jednak zupełnie innym niż blackowo – pogańskim odcieniem metalowego hałasu. Co jak co, ale do tej kapeli przekonywać mnie nie trzeba absolutnie! W zasadzie to każdy koncert DESASTER jest dla mnie czymś wyjątkowym, chociażby już z racji tak rzadkiej częstotliwości tychże. Rozumiecie więc chyba, iż mając do czynienia z hordą z Koblenz nie mogłem zareagować inaczej niż pozytywnie? Już kilka razy doświadczyć mogłem za jej sprawą potężnych black/thrashowych cięgów, a że takowe sprawić mi potrafiły niekłamaną przyjemność, nie widziałem jakiegokolwiek powodu aby nie dać wybatożyć się ponownie, choć sadomasochistyczne skłonności to jeszcze w tym przypadku za mało. Nie było przebacz i tym razem – oldskulowa jazda przyprawiona nowoczesną techniką to znak rozpoznawczy DESASTER. I o to chodzi! „Satan’s Soldiers Syndicate”, „Destruction Of The Angels”, „Divine Genocide”, „Stormbringer”, „Phantom Funeral”, „In a Winter Battle”, tradycyjny „Teutonic Steel”… Kwartet nie zapomina o swoich fascynacjach nie tylko przy wykonywaniu własnego repertuaru, bo daje i wyraz ogromnego szacunku dla tych, wskutek twórczości których sami układali swoje riffy – „Black Magic” to nie tylko sztandarowy track oddający hołd jednej z największych metalowych machin z Ameryki, lecz i zmarłego kilka miesięcy temu Jeffa, co rzecz jasna zostało podkreślone. Dzieła zniszczenia dopełniły „Tyrants Of The Netherworld”, „Necropolis Carthago”, „Sacrilege” oraz odegrany finałowo „Teutonic Steel”, który udowodnił oczywiście wszystkim lalusiom, że na pozerstwo nie ma w prawdziwym metalu miejsca. Jako następny w kolejce zameldować się miał IMPALED NAZARENE. Zameldował się, aczkolwiek z opóźnieniem, wytłumaczonym zawczasu przez organizatorów problemami natury transportowej. Kiedy jednak po kilkudziesięciu minutach Finowie wytoczyli się na scenę, czerwona twarz Luttinena sugerowała, jakoby nie problemy z autem, lecz spożycie pewnych napojów wyskokowych spowodowały, że należało go porządnie docucić, hehehe! Nie wnikam już czy oficjalna zapowiedź była prawdą czy jedynie ściemą, bo w chwili rozbrzmienia taktów pierwszego utworu nie miałem już na takowe rozmyślania czasu. Nuklearne tornado, zapierdziel na łeb i na szyję oraz zachlany głos, którym dysponuje Mika, to trzy podstawowe wyznaczniki oferty hordy, która chyba już na zawsze będą ją charakteryzować. Nie muszę chyba zaznaczać, że kolejne spotkanie z IMPALED NAZARENE połechtało mnie niezwykle miło – „Let’s Fuckin Die”, „Weapons To Tame The Land”, „Ghettoblaster”, „QUASB” czy oczywiście odegrany finalnie „Total War – Winter War”, to zaledwie namiastka repertuaru, ale chyba na podstawie tejże już przyznacie chyba, że działo się sporo? Niemniej ostro było przy występie tych, których utwór zainspirował wspomnianą już wcześniej hordę z Koblenz do pisania własnych kawałków. To też jednak nie dziwota, skoro DESTRUCTION od dawna już siedzą wygodnie na thrashowym tronie i nic nie wskazuje na to, aby ktoś miał zamiar ich z niego zepchnąć. Pod względem wizualnym oczywiście zero sensacji – zawsze ten sam image Schmiera i Mike’a, aczkolwiek obecność Wawrzyńca, dzięki któremu Zniszczenie stało się zespołem niemiecko – polskim, to akcent, którego przy znajomości z tercetem jeszcze do tej pory nie liznąłem. Umiejętności jego całkowicie potwierdzają fakt, że jest godnym gry w takim zespole, co poprzez zestaw utworów dało wyraz w całej rozciągłości. „Thrash Til’ Death”, „Nailed To The Cross”, „Spiritual Genocide”, „Mad Butcher”, „Total Desaster”, „Carnivore”, “My Fuel”, “The Butcher Strikes Back”, “Bestial Invasion” i “Curse The Gods” złożyły się na recital, który usatysfakcjonował zapewne każdego miłośnika teutońskiej szkoły riffów szarpanych. Na całe szczęście sam strzępami nie powiewałem, choć po thrashowej bombie w wykonaniu DESTRUCTION postanowiłem nieco wytchnąć, a jako że dokonania KORPIKLAANI niespecjalnie trafiają w moje gusta, okazja wykluła się jakby na życzenie. Pod sceną zameldowałem się już na CARCASS. Trzeba było przecież po raz kolejny (pierwszy miał miejsce pięć lat wstecz) zobaczyć brytyjską legendę, która na początku lat dziewięćdziesiątych przekształciła zręcznie swój styl w niekonwencjonalny death metal, po to aby ewoluować dalej w death’n’rollowym kierunku, po czym… zniechęcając się brakiem zainteresowania u dotychczasowych fanów, doprowadzić własną egzystencję do kresu. Niecała dekada upłynąć musiała, aby również Jeff Walker i Bill Steer uświadomili sobie, że w modzie reunionów wstydem byłoby pozostać pasywnym, toteż reaktywacja Padliny musiała stać się faktem. Z wiadomych względów musiało zabraknąć w składzie Kena Owena, aczkolwiek wszyscy śliniący się przy dźwiękach jednego z dawnych okrętów flagowych Earache, z pewnością przyjęli ów powrót entuzjastycznie. Wywiady, występy na czołowych festiwalach… Okazało się, iż powrót CARCASS był potrzebny, skoro do dzisiaj zaprasza się grupę na festiwalowe spędy, dobitnie poświadczające fakt, że ktoś jednak chce owych brytyjskich dżentelmenów oglądać. Nie inaczej było na tegorocznym Party San, gdyż frekwencja pod sceną absolutnie nie wskazywała na to, aby zmulona piwem i innymi alkoholami publika miała już dosyć. Show Anglików trwał wprawdzie jedyne trzy kwadranse, nie sądzę jednak, aby ktokolwiek poczuł się zawiedziony – no, chyba, że brakiem Miśka Amotta, który postanowił wziąć z zespołem rozwód. Kit tam jednak z Amottem – zastąpił go nowy i wcale nie gorszy zawodnik, poza tym ważna jest muza, a tej w dobrym carcassowym wydaniu nie brakowało. Ale kto by się nie cieszył słysząc takie perełki jak „Inpropagation”, „Reek Of Putrefaction”, „Ruptured In Purulence”, „Heartwork” czy „Symposium Of Sickness” chociażby? Niezłe preludium i tym samym smaczna przystawka dla wszystkich oczekujących zapowiadanego na wrzesień nowiuteńkiego krążka „Surgical Steel”, przy czym wszystkim potencjalnym chirurgom, noża radziłbym nie oblizywać – muzyka z pewnością wystarczy aby zaspokoić najbardziej krwawe rządze. Przy okazji, wiecie teraz po co na twarzach operujących owe charakterystyczne maski? Kronos. Według mitologii greckiej tytan, syn Uranosa i Gai. Ojciec Zeusa, którego jako jedno z dzieci również połknąć miał wkrótce po narodzinach, absolutnie nieświadom faktu, iż połyka owinięty w pieluchy kamień oraz tego, że sam pierworodny uchroniony przed tak okrutnym losem powróci, aby strącić tatusia w mroczne czeluście Tartaru. Tyle przynajmniej zapamiętałem z jednej ze szkolnych lektur, którą notabene czytało się o wiele przyjemniej niż nudne cegły epoki pozytywizmu. W odróżnieniu do mojej pani od polskiego wiedziałem jednak, że imię jednego z tytanów pisane w anglojęzycznej wersji to także pseudonim artystyczny człowieka współodpowiedzialnego za powołanie do życia pierwszego w świecie zespołu pieśni i tańca, opiewającego chwałę Rogatego i najgłębszych piekielnych odmętów. Naturalnie, kiedy potwór budził się do życia, piszący te słowa sam nosił jeszcze pieluchy, w latach jego największych sukcesów nie myślał natomiast jeszcze o niczym innym jak o bitwach z udziałem miniaturowych żołnierzyków, uruchamianiu fantazji przy przeglądaniu książeczek Lego czy o tym, jaki to zajebisty piórnik czy tornister ma właśnie kolega z klasy i jak świetnie byłoby mieć taki sam… Cóż tu powiedzieć, drodzy państwo? Latka mijają, a VENOM absolutnie nie myśli przechodzić na emeryturę, nie mówiąc już o wyczekiwaniu w domu starców na zgon. Chyba tylko upór Cronosa powoduje, że ów zmurszały wózek toczy się jakoś dalej bez ryzyka kompletnej rozsypki. Owszem, w przeciągu ponad trzech dekad nie mogło nie obyć się bez wymiany kilku części, za to jednak, że mechanizm ogólnie funkcjonuje dalej bez zarzutu, szacun należy się ogromny. Jak większość śledzących proces werbunkowy zespołów na tegoroczną edycję festiwalu, sam przecierałem oczy ze zdumienia widząc, że Jad zagości na jego scenie. Z jednej strony nic to przecież dziwnego – VENOM gra koncerty i robi to jak na prawdziwych mistrzów przystało, czyli krótko mówiąc z klasą i z pompą. Owego wieczoru mogłem przekonać się o tym po raz pierwszy, jednakże jak w większości przypadków – lepiej późno niż wcale. Czy Diabeł zawitał tej nocy do Schlotheim? Odpowiedź brzmi krótko – tak. Zawitał, narobił burzy, po czym zstąpił do piekieł i po drodze mu było. Rozpoczęło się od „Witching Hour” i już wtedy czort wenecki opętał każdego śmiertelnika. Wielki Cronos nie zwymiotował wprawdzie swojego pożartego potomstwa, scenicznym mistrzostwem dał jednak do zrozumienia każdemu, że do miana metalowego tytana, względnie bóstwa pretendować może bezsprzecznie. Dotrzymujący mu kroku dioskurowie w powłokach Rage i Dantego (zdecydowanie nie tego od „Boskiej komedii”, choć jak wiemy, nieboską napisał inny wielki mistrz…) również spisywali się wspaniale. „Welcome To Hell”, „Schizo”, „One Thousand Days In Sodom”, „Leave Me In Hell”, „Don’t Burn A Witch”, “Buried Alive”, “Countess Bathory”, “Seven Gates Of Hell”, “Warhead”, “Black Metal”, “In League With Satan” – w zasadzie na setliście znalazło się wszystko, co znaleźć się powinno, choć za dodanie kilku smakołyków jak “Teacher’s Pet” chociażby, byłbym niezwykle kontent. Zamiast tego audiencję zakończyło „Pedal To The Metal” i każdy chwalący sobie ostatni studyjny krążek „Fallen Angel” z pewnością był wpiekłowzięty. Po tym koncercie zrozumiałem jednak szczególnie na czym polega magia liczby trzy – nieprzypadkowo przecież ma ona wyjątkowe znaczenie w kulturze i w wielu aspektach życia codziennego. Dopiero jadąc w tym roku do Schlotheim pojąłem o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi… I przypuszczalnie za rok po raz kolejny zgłębiać będę którąś z filozoficznych zawiłości bądź ciekawostek, jeśli tylko taka przyjedzie mi do głowy – szczególnie, że festiwalowi Party San stuknie wówczas równe dwadzieścia latek, toteż myśleć będzie naprawdę o czym. Nie mówiąc już oczywiście o słuchaniu dobrej muzy, której przy takim jubileuszu z pewnością nie zabraknie.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

PARTY SAN OPEN AIR 2013


VOMITORY

UNLEASHED

HYPOCRISY

HOODED MENACE

DEMONICAL

TSJUDER

VENOM



<<<---powrót