Relacje

BARONESS, ROYAL THUNDER

20.10.2013  Glasgow, Cathouse

Są zespoły, na które można pójść i takie, które usłyszeć na żywo trzeba. Bilety na październikowy koncert BARONESS siedziały u mnie w domu już na wiele miesięcy przed samym wydarzeniem i jak wywnioskować można z facebookowych komentarzy w rodzaju: 'ma któryś może bilet do opchnięcia?', bądź też z frekwencji, słusznie zrobiłem zaopatrując się w nie dużo wcześniej. Z wydrukowanej na bilecie informacji wyczytałem, że start imprezy przewidziany został na godzinę 19:00 i wychodziłoby na to, że 'start imprezy' to w rozumieniu Brytyjczyków 'otwarcie bram', ale wiadomo, że co kraj to inny obyczaj picia, skakania i głową machania. Całe szczęście ROYAL THUNDER nie kazał zbyt długo obgryzać paznokci i jakieś kilkanaście minut po wpuszczeniu ludzi pojawili się na scenie częstując przybyłych swym klasycznie amerykańskim vintage rockiem. Moje policzki nigdy nie rumieniły się obficie podczas słuchania dwóch dotychczasowych krążków formacji i nie inaczej było z odbiorem występu na żywo. Ich utwory sprawdziłyby się może jako tło do rozmów w jakiejś zadymionej knajpie przy kuflu złocistego trunku, bo jakiś klimat na pewno posiadają, ale niestety nigdy nie były w stanie do końca mnie przekonać. Nie będę udawał, że jestem świetnie osłuchany w ich dorobku, gdyż tytuły kawałków nie potrafiących zagnieździć mi się w pamięci bardzo szybko ulatują mi z głowy i mam później spory problem z ich identyfikacją. Jestem natomiast w stu procentach pewien, że podczas tamtego wieczora można było usłyszeć "Blue" oraz "Sleeping Witch" z ich długogrającego debiutu "CVI". Pod koniec występu zespół jakby się ożywił i bardziej wczuł w to co robi, co odbiło się na relatywnie pozytywnym wrażeniu jakie można było wynieść z wysłuchania dwóch ostatnich kawałków. Gdy skończyli, pani Parsonz twardo biegała z resztą ekipy to w jedną, to w drugą stronę znosząc ze sceny sprzęt, a John 'Wytatuowany od stóp do głów' Baizley, który delikatnie i jak najbardziej z szacunkiem dla suportu zaczął krzątać się wokół statywu z gitarami jeszcze przed końcem jego gigu, pokazał się na dobre przejmując kierownictwo nad przygotowaniami do koncertu własnej grupy. Już wtedy wcisnąć gdzieś palec było niemożliwością, a przecież z uwagi na to, że nie byłem sam stałem w znacznej odległości od sceny. Gdy zaczęli grać, hol będący odnogą pomieszczenia, w jakim znajdowała się scena szczelnie wypełniła masywna kolumna tłumu, co mówi chyba samo za siebie. Pod względem ewentualnych intr, jakie koncert mogłyby otworzyć BARONESS ma w czym wybierać, a ja mam do nich ogromny szacunek, bo zamiast posiłkować się wysamplowanymi fragmentami ścieżek dźwiękowych horrorów klasy b, czy innymi tanimi rozwiązaniami sami takie miniaturki komponują i wykonują na scenie na żywo, co dodaje przedstawieniu naturalizmu. Ciężko mi ustalić czy zaczęli od pierwszej połowy "Ogeechee Hymnal" czy "Bullhead's Psalm", bo nawet na płycie to w zasadzie ten sam, jedynie ciut inaczej zagrany temat, choć biorąc pod uwagę, że swoje poprzednie występy otwierali tym pierwszym optowałbym za tą właśnie opcją. Tak czy inaczej, zamiast któregoś utworu z "Blue Record" - co mogłoby sugerować pochodzenie introsów - rzesza dostała po żebrach "Take My Bones Away" - sztandarową już chyba w tym momencie dla kapeli pieśnią. Brytyjska publika nie zapewniła im może młynków pod sceną (bo zdaje się, że nie ma tego w zwyczajach), aczkolwiek odzew z jej strony był i tak niewiarygodnie entuzjastyczny. John wyglądał na scenie jakby zastanawiał się czy sam ma śpiewać utwór, czy zostawić tę kwestię fanom. "You leaaaaaad the Waaaaay… I'll Follow!!! What was the plan here I can't seem to stop, pissing and spitting from bottom to top…" popłynęło z setek gardeł wprawiając biednego frontmana w wyraźne osłupienie. Już na tym etapie wiadomo było, że będzie świetnie! Po kilku delikatniejszych, wydobytych z gitar dźwiękach uwolnione zostały pierwsze takty "March To the Sea", pokazującego, że nie trzeba wcale ustawiać pokręteł przesterów na full, by zagrać z niewiarygodną, witalną potęgą. Kolejny genialny kawałek, jaki perfekcyjnie sprawdził się na żywo. By 'Płyta Niebieska' nie czuła się samotnie, wybrzmiał drugi fragment "Ogeechee Hymnal", a zaraz po nim oczywiście "A Horse Called Golgotha" udowadniający, że spuszczone ze smyczy podczas prac nad "Yellow & Green", przebojowe podejście do grania nie wzięło się u tych panów znikąd. Nie inaczej jest w przypadku wykonanego nieco później "Swallen And Halo". Dużo spokojniejszy w swej formie "Little Things" został nieco przearanżowany i zagrany z konkretnym, heavymetalowym kostkowaniem, co nie ujęło nawet krzty z jego liryzmu grzmiącego z głośników na pełnej mocy w, tak na albumie jak i na żywo, spektakularnej końcówce. Spokojniejszym akcentem, przynajmniej do pewnego momentu, okazał się rzecz jasna "Foolsong". To samo można powiedzieć o znowuż - nieco przerobionej i eksplodującej przesterowanym czadem ciut wcześniej niż na krążku "Euli". Były to zabiegi konieczne, z uwagi na prosty fakt, że na "Yellow & Green" klawisze i inne tego typu ustrojstwa obsługiwał Baizley, jadąc w trasę panowie musieliby postarać się więc o dodatkowego muzyka. Poprzedzony "Green Theme'm" "Board Up the House", "Cocainium" oraz "The Line Between" zadość uczyniły promocji ostatniego, podwójnego, regularnego i jak dla mnie bezsprzecznie fenomenalnego albumu "Yellow & Green", który zdaje się podzielił chyba jednak troszkę fanów BARONESS. Można to było zwęszyć w momencie gdy John Baizley wychodząc na bis zakomunikował, że muszą się przestroić i zmienić ustawienia, by zagrać rzeczy cięższe, bo o ile taki "A Horse Called Golgotha" czy "The Gnashing" mogli wykonać na poprzednich, o tyle "The Sweetest Curse" czy "Isak" z "Red Album" wymagały trochę innego brzmienia. Z piersi znacznej części audytorium wyrwały się wówczas niemal wojenne okrzyki, brzmiące dokładnie tak, jakby ci ludzie przyszli tam wyłącznie dla tych najstarszych, stricte sludge'owych uderzeń. Pewnie nie zabraknie 'trv' fanów tej kapeli, dla których "Yellow & Green" będzie pójściem na kasę i odejściem od świętych ideałów młócenia na pełnej, przynajmniej w kwestii parametrów, mocy. Ja osobiście nigdy nie miałem problemu z tym, że jakiś zespół pchnął swoją twórczość w rejony mniej brutalnego, surowego czy dzikiego grania, o ile tylko z owymi zmianami poszedł w parze poziom. Komu potrzebne byłyby takie kapele jak TIAMAT, RUSH czy THERION, gdyby do końca pozostały one wierne stylistyce debiutanckich płyt? Do grona konstruktywnie ewoluujących zespołów zaliczam i BARONESS, w przypadku którego nie zawaham się napisać, że są wręcz coraz lepsi. Czynniki losowe nie zaważyły na ich działalności, bo w niedługi przecież czas po wypadku, jaki w zeszłym roku miał miejsce w okolicach angielskiego Bath i w wyniku którego perkusista Allen Blickle oraz basista Matt Maggioni opuścili zespół, zastąpili ich - odpowiednio –- Sebastian Thomson oraz Nick Jost, którzy doskonale wręcz zaadaptowali się do miażdżąco skutecznej maszynerii, w jaką przekształciło się BARONESS. No i oczywiście Peter 'zamiatający deski włosiem' Adams, który godnie pełnił funkcję 'zastępcy kierownika' spisał się na medal. Precyzja, kunszt, wyczucie, feeling i pasja z jaką przy użyciu wszechobecnych w ich muzyce gitarowych efektów i melodyjnych introdukcji, że o samych kompozycjach nie wspomnę, potrafią pozdejmować kapcie uczestnikom koncertów są godne prawdziwego podziwu. Dostrzegam w nich również świetnych kandydatów na przyszłe gwiazdy około-sludge'owego nurtu, bo tak szczerze, to nie licząc NEUROSIS czy MASTODON (które i tak grają w sporym stopniu inną muzykę) realnej konkurencji 'po fachu' dla BARONESS nie widzę.

autor: Kępol


<<<---powrót