Relacje

UNDER THE BLACK SUN 2013

04/07 ? 06/07/2013  Helenenau bei Bernau, Niemcy

Początek lipca zawsze wygląda u mnie tak samo ? przecierając coraz intensywniej festiwalowe szlaki, nie wyobrażam sobie nie zahaczenia o imprezę odbywającą się dosłownie o kilka zajęczych skoków od domu. Jako że Under The Black Sun od kilku już lat należy do stałych punktów mojego koncertowego kalendarza, w związku ze sprzyjającymi okolicznościami nie widziałem żadnych przeszkód, aby i tym razem spakować parę potrzebnych rzeczy oraz udać się do małej miejscowości z pensjonatem i stadniną koni, obok których rozciąga się także co najmniej kilkadziesiąt kilometrów leśnej połaci, a na skraju tejże niewielkich rozmiarów scena.
Zeszłoroczna idea wprowadzenia tzw. warm-up musiała przyjąć się niezwykle dobrze, gdyż także i tym razem skutecznie wdrożona została w życie. Podobnie jak ostatnim razem rozgrzewka owa odbywała się nie na owej scenie ?leśnej?, lecz w obrębie niewielkiego drewnianego campu na terenie ośrodka. Na małym podeście przy obecności jakichś dwóch setek widzów miały zaszczyt zaprezentować się cztery bandy, które przetarły szlaki wszystkim tym, którzy w ciągu dwóch następnych dni masakrować mieli trzykrotnie liczniejszą publikę. Na pierwszy ogień INVOKER. Choć chłopaki się starali, nie mogę niestety przypisać im zasług, dzięki którym trafiliby do grona moich ulubieńców. Nieco lepiej było już jednak w przypadku GRAIL. Oczywiście nie jest to jeszcze ten poziom, dzięki któremu możliwe stałoby się dołączenie do panteonu czarnych hord, jednakże ekipa z Mecklenburg ? Vorpommern zagrała bardzo przyzwoicie i tym samym potwierdziła moje przekonanie, że warto było zawczasu zaopatrzyć się w namiastkę jej dokonań pod postacią demówki. Poczekajmy na duży album, wówczas zobaczy się, czy faktycznie warto śledzić dalsze poczynania tejże. Potwornie zawiódł mnie jednak SEIDE. Nie wiem dlaczego, ale tak jak Francuzi na swoich płytach potrafili mnie usatysfakcjonować, w wersji scenicznej wypadli gorzej niż przeciętnie. Może zbyt dużo od nich oczekiwałem tylko z racji poruszania w utworach tematyki, która tak mnie pasjonuje? No cóż ? okazuje się, że nie można chyba przedwcześnie stawiać na piedestale wszystkich bandów, tylko dlatego, że mają na okładkach obrazki ze Stalingradu lub z innych pól bitew. Na całe szczęście słabe klimaty skutecznie zrekompensować mi potrafił obrany na headlinera pierwszego wieczoru INFINITY. Holendrzy dali z siebie wszystko i tym samym spowodowali, że warto było zostać do końca ich gigu. Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię black metal z krainy tulipanów ? trąci jakąś trudną do zdefiniowania, aczkolwiek fajną atmosferą, dzięki której przenoszę się w zupełnie inny wymiar. Przyznaję zarazem, że jakiekolwiek chemiczne wspomagacze absolutnie w grę nie wchodzą, gdyż wystarczy mieć jedynie? bujną wyobraźnię, choć co chodzi mi w takich momentach po głowie, zachowam już raczej dla siebie. Pomijając już jednak kwestie natury onirycznej i wracając do samego występu INFINITY ? podkreślam jeszcze raz, że było naprawdę dobrze. Kapela wydała pod koniec roku nowy krążek ?Non De Hac Terra? i jak zwykle w takich sytuacjach bywa, prezentowanie świeżego materiału to rzecz oczywista. Nie zabrakło oczywiście i wyskoków w rejony poprzednich wydawnictw, choć paru kawałków, których bym sobie życzył, niestety się nie doczekałem. Ważne jednak, że Wieczność się spisała i tym samym przypieczętowała na dobre otwarcie festiwalu. Jako że Holendrzy zakończyli swoje zmagania już w piątek, nie pozostawało zatem nic innego jak kilka godzin się zdrzemnąć i czekać na niespodzianki tegoż dnia, bo jak wiadomo ? czas upływa przecież tak szybko?
Po bardzo przeciętnym AIGILAS i w sumie średnio porażającym w wersji scenicznej podopiecznym Folter w postaci STREAMS OF BLOOD, piątkowy zestaw wrażeń rozpoczęła na dobre dopiero ARKONA. Bynajmniej nie rosyjska, opiewająca wspaniałość wschodniej słowiańszczyzny, lecz polska, także pogańska i tym samym bardzo kultowa. Nie ukrywam, że kontakt na żywo z hordą Khorzona przyprawił mnie o miłe łechtanie w brzuchu co najmniej, aczkolwiek nie z uwagi na ten pierwszy raz, lecz z uwagi na zajebiste brzmienie i przede wszystkim towarzyszący owemu występowi klimat, którego przy jakiejkolwiek kapeli nie doświadczyłem już bardzo dawno. Głupi byłby ten, kto wyśmiewałby białe bluzy z kapturami, gdyż przy świetnej muzie image to kwestia nie tylko drugo-, bo nawet i trzeciorzędna. Ale jak tu nie być zadowolonym, kiedy lecą takie kawałki jak ?Przyszły zdrajca chrześcijańskiej masy?, ?Kres ludzkiej doskonałości obezwładniony próżnością?, ?Epidemia rozczarowania i nędza duchowa? czy ?Jesienne cienie czekające na kolejną reinkarnację?! Wspaniały klimat obecny dzięki muzyce powoduje, że nawet i polskojęzyczne teksty nie stanowią przeszkody dla każdego pochodzącego spoza innej niż przyporządkowana rozlewisku Wisły szerokość geograficzna. Mnie podobało się bardzo. Publice także. Koncert wieczoru? Bez dwóch zdań, szczególnie kiedy oczekiwania moje względem FUNERAL WINDS nie zostały spełnione tak, jakbym sobie tego życzył. Holenderscy kultowcy pozostawili pewien niedosyt, w zamian za to mogłem przekonać się jednak w końcu jak prezentuje się cudo zwane MORRIGAN. ?Matołek raz zwiedzał zoo i ciągle wołał: o-ooo!? ? napisał kiedyś w wierszyku dla dzieci pewien znany poeta. Nie chcę w tym miejscu sugerować jakoby ktokolwiek z tegoż niemieckiego duetu do miana takiego pretendował, nie bez kozery przyznaję jednak, że wokalistę MORRIGAN istotnie zaliczyć można do wyjców. Toporny black metal grany przy udziale podstawowego instrumentarium (gitara i perkusja) jeszcze jako tako by uszedł, gdyby nie owe nieszczęsne zawodzenia, ale że ponoć nic nie jest bez wad? Co do KOLDBRANN ? specjalnie nie słucham, więc przemilczę. Widziałem ich bodajże trzykrotnie i za każdym razem jakoś twórczość Norwegów spłynęła po mnie jak po gęsi woda. Może jeszcze nie dojrzałem do ich propozycji, to bardzo możliwe. Czy dojrzałem za to do propozycji SIGH? Oto jest pytanie! O tym, że Japonia egzotyką stoi wiemy oczywiście wszyscy. Metalowa scena w ojczyźnie sake i Toyoty także nie jest czymś aż tak bardzo zaskakującym, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę ponad sto milionów obywateli i otwarcie na wszystko, co poza Europę i Amerykę zdawałoby się na dłuższą metę nie wykraczać. Czemu zatem miałoby zabraknąć tamże i zespołów black metalowych? Podejrzewam, że z podziemnej sceny z pewnością dałoby radę wyłowić przynajmniej kilka interesujących okazów. Przyznam jednak bez ściemy, że rzeczony SIGH niespecjalnie zaliczyłbym do grona kapel, które mogłyby przyciągnąć moją uwagę. To zdecydowanie awangardowe granie, bez dwóch zdań. Nie wiem już sam, czy ogół męskiej publiki zachwyciła sama muzyka czy też wydzierająca się zespół-wespół z wokalistą ucharakteryzowana na gejszę pani ? nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że drugi czynnik szczególnie zaważył na frekwencji pod sceną. Żałuję dziś niezmiernie, że nie zostałem do końca ? bo ponoć piękna pani zrzuciła w pewnym momencie kimono i została w samej bieliźnie, hahaha! Nie, oczywiście nie to miałoby wpływ na moją dalszą obserwację poczynań owych wyznawców kodeksu bushido??????
Wczesny sobotni wieczór nadszedł stosunkowo szybko i tym samym stało się jasne, że ostatni dzień festiwalu także zmierzać już będzie od tej pory ku nieubłaganemu końcowi. Pozytywne wrażenia tegoż pojawiły się jednak dosyć szybko, gdyż po ostatnich taktach odegranych przez NORDLYS sceną zawładnął reprezentant własnego podwórka, a do tego jeszcze ? w dwóch trzecich złożony z pierwiastków polskich. Wyległych całkiem niedawno z niebytu chłopaków z GENITAL PUTREFACTION przedstawiać już chyba dziś nikomu nie trzeba, warto wspomnieć jednak, iż połowa składu tegoż to osławiony w emigracyjnych kręgach NEBIROS, który także postanowił wrócić do świata żywych. Tak, to prawda ? NEBIROS też przebudził się ze śpiączki, a występ kapeli na UTBS ładnie powrót ów zainaugurował. Co przyniesie przyszłość jak na razie nie wiadomo, miło byłoby jednak, gdyby z ambitnych planów wykluło się coś więcej niż na razie szumnie tylko zapowiadana nowa płyta. Skupiając się jednak na samym występie, przyznać muszę, że z zadania chłopaki wywiązały się więcej niż poprawnie. Były farbki na buziach, było black metalowe skrzeczenie zamiast tradycyjnego śmierć metalowego growlu ? przynajmniej w tych kwestiach dostrzec można było pewien niuans, gdyż w wersji live band wypada w sumie bardzo podobnie do Genital. Osobiście jestem zdania, że zastępstwo za CHAOS INVOCATION było w tym przypadku jak najbardziej dobrze dobrane, choć wokaliście pierwotnie anonsowanych życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia. Po zdrowej serii łupnięć i pierdolnięć w polsko ? niemieckim stylu jako następny w kolejce wystąpił BORGNE. Szwajcarzy prezentujący nieco pojechany black metal w sumie wypadli nieźle, choć posrebrzane lica muzyków niespecjalnie jakoś mnie przekonały, nie mówiąc o tym, że panią obsługującą klawisze zeszkaradziły już do cna. Kolejny reprezentant lokalnego podwórka ? ESSENZ. Przyzwoity black z naleciałościami doom, bez makijaży oraz wszelkiego rodzaju ?złych? ozdobników, aczkolwiek dzięki całkiem niezłej interpetacji mayhemowskiego ?Freezing Moon? pozwalający jak najbardziej zaliczyć się do grona kapel czerpiących z jak najbardziej szlachetnych wzorców. To jednak jeszcze nic w stosunku do tego, co nastąpiło zaraz po tym jak tylko zegary obwieściły godzinę wpół do dziesiątej. Nie ukrywam, że po mdłym moim zdaniem występie tegoż bandu na zeszłorocznym Deathkult, żywiłem poważne wątpliwości co do tego, czy HORNA pozwoli mi jeszcze dać się pozytywnie zaskoczyć. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż zaledwie rok musiał minąć abym przekonał się jak bardzo niesłuszne były moje obawy. Widać było, że Finowie tym razem nie tylko mnie usatysfakcjonowali ? horda pod dowództwem Shautraga po prostu posiekała i spustoszyła wszystko ku czci Belzebuba dokładnie tak, jak to zrobić powinna. Spellgoth co rusz przekonywał publikę, że siły nieświęte sprzyjają jemu i jego kamratom ? klęcząc, wznosząc w rytualnych gestach ramiona oraz wywrzaskując rzecz jasna wersy zapodawanych unholy hymnów. Zupełnie logicznym punktem programu była prezentacja zawartości cieplutkiego jeszcze albumu ?Askel Lähempaänä Saataanaa? (też musieli sobie wymyślić tytuł, do diaska!), choć przy kawałkach z poprzednich krążków także trudno stać spokojnie wobec miazgi, którą okazał się zagwarantowany tego wieczoru przez technicznych sound. To był black metalowy koncert co się zowie i nawet zastanawiałem się przez chwilę czy to HORNA nie powinna pretendować właśnie do palmy pierwszeństwa jako najlepszy zespół całego festiwalu, choć impreza przecież nie dobiegła jeszcze końca? Z występu owego nieświętego zastępu cieszyłem się w zasadzie podwójnie ? nie tylko z show samego w sobie, bo brak jakichkolwiek komplikacji to rzecz niezwykle ważna, a raban podniesiony przez cymbałów z lewicowych kręgów, sprawiający, że zeszłoroczny koncert komanda w stolicy musiał zostać odwołany, stał się poważnym sygnałem co do urzeczywistnienia tegoż przedsięwzięcia w ramach festiwalu. Kolejna niespodzianka ? HORNA zagrała jeszcze w dodatku zupełnie bezproblemowo, choć może w zestawieniu z opiewającym potęgę judaizmu i chwałę Mezopotamii oraz grającym zaraz po Finach MELECHESH, nawet najbardziej chcącym doszukać się w całokształcie festiwalu tych wstrętnych faszystowskich akcentów, zmiękły nareszcie rury? Czy warto zatem zatroszczyć się za każdym razem o jakiś egzotyczny akcent, aby praworządnym antyfaszystom nic nie podpadało? Jeśli tak, to ja już zagaduję organizatora aby ściągał na kolejną edycję co najmniej dwa zespoły z głębi Czarnego Lądu lub z krajów Maghrebu ? może nie tylko zagwarantują spokój i postawią kontrę wszystkim gorliwym przeciwnikom skrajnej prawicy, chcącym wszędzie zwęszyć niebezpieczeństwo, ale też i pozwolą zaskoczyć wszystkich jeszcze pozytywniej niż drużyna Ashmediego? Spróbować przecież nigdy nie zaszkodzi?
?Na chuj on ten VON zaprosił?? ? takie oto pytanie zupełnie przypadkowo wpadło mi w ucho, kiedy niedzielnego poranka zdążając na śniadanie w gronie krewnych i znajomych królika, postanowiłem dołączyć do najbliższego otoczenia pana organizatora, które przy kawie i rogalikach podsumowywało właśnie kolejną, szczęśliwie zakończoną edycję festiwalu. Sekwencja owa, wygłoszona przez rwącego w NEBIROS cztery struny Roberta, absolutnie nie miała nic wspólnego z jakąkolwiek złą wolą, gdyż przypominając sobie jeszcze wydarzenia sprzed kilkunastu godzin, sam zmuszony byłem przyznać, że ściągnięcie amerykańskich kultowców na Under The Black Sun okazało się posunięciem istotnie chybionym. Nie ukrywam, że bardzo chciałem zobaczyć na żywo tych, którzy pomimo mało imponującego dorobku albumowego, zdążyli wycisnąć piętno na co niektórych pomniejszych, a nawet i powiększych przedstawicieli sceny europejskiej ? coverowanie kawałków czy nazywanie zespołów ku czci hordy z San Francisco magicznymi słówkami z jej hymnów to przecież dobitny dowód, że czysto podziemny status VON urasta wśród zagorzałych wyznawców Rogatego do rangi niemalże królewskiej. Słowa słowami, ale fakty faktami ? w wersji scenicznej rozczarowanie totalne! Pomijając już potężną obsuwę wynikłą z wydłużenia występów poprzednich kapel, stwierdzić mogę jedynie, że VON zagrał beznamiętnie, sucho i bez przysłowiowej iskry. Trudno, możecie mnie rozszarpać lub nawyzywać od pozerów i mięczaków, ale skoro dosyć liczna na początku publika po kilku utworach wyraźnie zaczęła się przerzedzać, znaczy to chyba, że coś faktycznie nie wypaliło i w sytuacji takiej możecie żałować, że nie przekonaliście się o tym osobiście. No tak ? VON zawiódł i potwierdzam to w całej rozciągłości. Wobec powyższego uznając, że dalsze pozostawanie pod sceną jest niczym innym jak czystą męczarnią, postanowiłem? po prostu iść won (!) Pogaduchy przy ognisku ze znajomymi i pieczenie kiełbasek okazały się o wiele przyjemniejsze aniżeli obcowanie z kultem, które przerosło moje oczekiwania, niestety w negatywnym aspekcie. Cóż więc z tego wynika? Należy czekać kolejne dwanaście miesięcy i przekonać się, czy kolejna edycja dostarczy wrażeń jeszcze lepszych niż te bieżące.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz


<<<---powrót