Relacje

BLACK SABBATH, UNCLE ACID & THE DEADBEATS

16.12.2013  Glasgow, Hydro

Terminami o wzniosłym, epickim wydźwięku szasta się na lewo i prawo określając ansamble sprzed lat, które płynąc bliżej czy też dalej od głównego nurtu złowiły uwagę pewnej grupy ludzi. Zazwyczaj to wystarczy by zyskać u fanów, krytyków czy promotorów muzycznych jakiś chwalebny przymiotnik, czy wręcz cały ich bukiet. Obiecałem sobie, że żaden z nich nie pojawi się w poniższej relacji i stanie się tak dlatego, że przy uwzględnieniu wspomnianych punktów odniesienia, uzyskalibyśmy bardzo poważny konflikt merytoryczny. Będzie więc sucho: Nie licząc epizodycznych przygód swoich poprzedników, BLACK SABBATH jest głównym wynalazcą nie jednego - jak chcieli by niektórzy - a trzech odmian metalowego grania. Pierwszy, eponimiczny ich album z 1970 roku jest namacalnym świadectwem tego, że doom czy stoner metal nie są wcale dziećmi, ani nawet młodszymi braćmi heavy metalu, tylko podgatunkami wywodzącymi się z jednego pnia, które wskutek tego samo procesu powstawały równolegle z nim samym. Uświadczenie na żywo takiego zespołu jest przeżyciem już z czysto historycznego punktu widzenia, choć nie potrafię sobie nawet wyobrazić zimnej reakcji na taki występ kogoś, kto uczestniczyłby w nim tylko i wyłącznie dlatego, 'że to taki ważny zespół'. Można sobie też darować posądzenia o finansowe powody wydania "13" czy wyjazdu w tego(i przyszło)roczną trasę koncertową, gdyż zawodowcy mają to do siebie, że żyją z tego co robią i traktowanie tego w kontekście pożałowania godnej 'antykomercyjnej' postawy obrażonego na koncertujące zespoły rezydenta osiedlowych piwnic ma w sobie tyle samo dojrzałości i rozsądku co wiara w Świętego Mikołaja. Spójrzmy prawdzie w oczy - możliwość zobaczenia na żywo BLACK SABBATHU w konfiguracji personalnej: Ozzy Osbourne - Terry 'Geezer' Butler - Tony Iommi jest MEGA BONUSEM z ich strony! Nie sądzę by mieli oni problemy z opłaceniem rachunków, a biorąc pod uwagę zasługi nie są naszymi dłużnikami w żadnym znaczeniu tego słowa. Stanowisko perkusisty pominąłem celowo, gdyż Bill Ward odżegnał się od uczestnictwa w przedsięwzięciu pod tytułem 'BLACK SABBATH A.S. 2011'. Jak wiadomo najpierw zastępował go mający staż za zestawem pod takimi szyldami jak RAGE AGAINST THE MACHINE czy AUDIOSLAVE Brad Wilk, a później bębniący pod solowym szyldem Ozzy'ego Tommy Clufetos i to właśnie on przyjechał z zespołem w poniedziałek do Glasgow. Zanim na dobre zainstalowali się na scenie, wyszedł na nią angielski UNCLE ACID & THE DEADBEATS. Suport - że tak powiem - nie przypadkowo dobrany, bo grający muzykę z całkiem zbliżonych stylistycznie okolic. Ich nasiąknięty doomem, nieco psychodeliczny i vintage'owy hard rock ma w sobie również co nieco z shoegaze'owych odjazdów w stylu TRUE WIDOW chociażby. Nie brakuje w nim jednak silnie uwypuklonych linii melodycznych i jakiejś takiej mistycznej przebojowości, co unosiło się w powietrzu podczas całego ich występu wprawiając mnie w naprawdę dobry nastrój. W ich gigu niewątpliwie podobało mi się to, że nie zostali potraktowani po macoszemu przez oświetleniowców, co podczas otwieraczy bardzo często niestety ma miejsce. Twórcy wydanego w roku bieżącym, promowanego oczywiście na żywo, "Mind Control" nie zaliczają się może do grona kapel, które sam chętnie wytypowałbym jako godnych rozgrzewania publiki przed wyjściem Mistrzów, ale trzeba przyznać, że zagrali ostro, ciężko i z charakterem, czyli jak najbardziej zacnie. Po krótkiej przerwie scenę przykrywała już kurtyna z rzucanymi nań przez projektory charakterystycznymi wizerunkami skrzydlatych diabełków, pojawiających się na wielu okładkach czy koszulkach zespołu, w tym na mojej również. Nie było widać co się dzieje, więc głos dziadziusia Osbourna słyszany zza wspomnianej kotary był pierwszym i zupełnie niespodziewanym sygnałem, że zaraz zacznie się dziać. Po 'upewnieniu' się, że ludzie przyszli go posłuchać rzucił w nich tradycyjnie swoim wspaniale demonicznym śmiechem i przy dźwięku wyjącej syreny, w poświacie odpowiednio skorelowanych z nią, obracających się po sektorach, czerwonych snopów światła kurtyna poszła w górę. "Generals gathered in their masseeeees… [publika:] just like witches at black masses…" Tak, zaczęło się. "War Pigs" tradycyjnie otworzył setlistę. Z miejsca, w którym siedziałem scena wyglądała jak pudełko od zapałek, ale nie narzekam. Na obudowanych elementami tajemniczej scenografii, trzech telebimach wyświetlano przeróżne rzeczy. Od filmowych urywków o tematyce związanej z sakralną w "Under the Sun / Every Day Comes And Goes", przez motywy zażywania narkotyków w "Snowblind" czy standardowy obraz tego, co aktualnie działo się na scenie, aż po rozbierane ujęcia w "Dirty Women". Nie trzeba było wcale długo czekać by przekonać się, że Tommy Clufetos nie siada za zestawem grupy dla tak zwanych pięknych oczu. Już od samego początku było świetnie słychać, że doskonale czuje on vibe kawałków BLACK SABBATH i to, co zaprezentował 16 grudnia w Glasgowskim Hydro brzmiało mniej więcej jak 'Ward na prochach'. Po prostu turbodynamit w ludzkiej skórze. Z zadziwiającą pomysłowością, ale i ogromnym wyczuciem, wynajdywał sobie okazje do krótkich, popisowych solówek, dostał jednak i swoje własne kilka minut podczas dobrze pasującego do takiej perkusyjnej ekwilibrystyki "Rat Salad", gdzieś pod koniec występu. Forma pozostałych muzyków jest równie godna podziwu. Iommi to człowiek w poważnym już przecież wieku, cierpiący na nowotwór i pozbawiony opuszków palców prawej ręki. Mimo to dalej wymiata swoje bezbłędne solówki z mocą huraganu, nie mówiąc już nawet o precyzji czy pasji, z jaką struga regularne riffy. Małe niedomaganie wokalne dopadło niestety 'Księcia Ciemności', co dało się odczuć zwłaszcza podczas żywiołowego i jak zawsze i w każdych warunkach fenomenalnego "N.I.B.", nie śmiem jednak czegokolwiek w związku z powyższym mu zarzucać. Pan Ozzy dawał bowiem z siebie wszystko. Niczym prowadzący imprezy DJ ciągle monitorował zaangażowanie publiczności w koncert, na który przybyła, egzekwując u niej klaskanie, skandowanie, skakanie i inne tego typu wariactwa z uporem i konsekwencją dobrego agenta ubezpieczeniowego. Ciągle się wygłupiał i sypał dowcipami, co absolutnie nie zgrzytało z budowaniem prawdziwie przejmującego misterium w takim choćby, uczczonym kilkoma minutami 'telebimowej ciszy', (na których majaczyło wówczas rozmyte logo grupy z dwoma czerwonymi diabełkami po bokach) "Black Sabbath" czy pokrewnych w kategoriach atmosfery utworów z ostatniej płyty studyjnej: "End of the Begining " czy "God Is Dead?". Nie da się nie zauważyć odwołań do dawnych nagrań, jakie upstrzyły "13", ale efekt końcowy jest taki, że te świetnie napisane jak dla mnie numery, zachwycające bogactwem jak najbardziej premierowych riffów i melodii, wrzucone na setlistę, pasowały wręcz idealnie do tych z przeszłości. Nie mogło oczywiście zabraknąć mocno doomowego "Into the Void", umiejscowionego tak samo jak jego fragment w coverze VADER (czyli zaraz po "Black Sabbath") "Behind the Wall of Sleep", akompaniującego nucącej linię melodyczną głównego riffu publice "Iron Man" z wychodzącym z siebie w mocno akcentowanym perkusyjnie fragmencie Clufetosem, czy "Age of Reason" z nowej płyty. Gdy to wspaniale zorganizowane, wyreżyserowane i w 100% profesjonalnie zrealizowane show dobiegało końca Ozzy rzucił do publiczności coś w stylu: "Dobra, układ jest taki: Gramy jeszcze jeden numer, a Wy szalejecie!" Tak oto zostaliśmy poczęstowani niemal thrashowym i zarazem będącym jednym z moich ulubionych numerów grupy "Children of the Grave". Zeszli ze sceny jakoś tak bez przekonania, bo przecież wiadomo, że nie było jeszcze "Paranoid", a bez odegrania powyższego w dalszą część trasy nie jadą chyba nigdy, co? Zanim Iommi wydobył ze swojej gitary znaną na całym świecie zagrywkę poszły pierwsze riffy z "Sabbath Bloody Sabbath". Zupełnie nie kumam czemu ten killer nie stanowi nieodłącznej części programu koncertowego formacji, ale nie marudźmy. Jak nietrudno się domyślić poziom intensywności reakcji publiki osiągnął podczas "Paranoid" prawdziwe apogeum i aż ciężko uwierzyć, że niewiele przecież brakowało, by ten wiekopomny szlagier legł na dnie szuflady, ale to już inna historia. Napomknąłem co nieco o oświetleniu i dorzucę tutaj chętnie, że nie przypominam sobie koncertu, na którym uświadczyłem lepsze. Snopy światła latały po wszystkim z nami włącznie, a precyzja z jaką zgrywały się z muzyką naprawdę imponuje. Świetne było również nagłośnienie. Idealna (nie mylić z 'maksymalna') głośność, odpowiedni sok i selektywność to najbardziej pożądane cnoty cechujące dobrze nagłośniony koncert, a ten je posiadał. Nie chcę by relacja ociekała wazeliną, lecz co ja poradzę, że nawet od strony organizacyjnej osiągnięto na tej imprezie prawdziwe mistrzostwo świata? W pełni planowo grające zespoły, pracownicy obiektu pomagający posiadaczom biletów w odnalezieniu właściwych miejsc i naprawdę robiący wrażenie poziom redukcji kolejek nie cechuje każdego jednego, większego koncertu czy festiwalu w mym rodzimym kraju. Niemniej jednak pojedźcie w czerwcu do Łodzi, gdyż z całą pewnością nie pożałujecie.

autor: Kępol


<<<---powrót