Relacje

HELL'S PLEASURE OPEN AIR 2013

19 - 20/07/2013  Poessneck, Niemcy

Być może niektórzy z was w to nie wierzyli, ale jakoś wytrwałem w tym postanowieniu - deklarując w zeszłym roku tymczasowe zmęczenie Wacken i tym samym chęć spróbowania czegoś innego, konsekwentnie wdrożyłem ów plan w życie. Tradycję przełamałem drastycznie, gdyż po dziesięciu latach wypraw na północ kraju, w którym jakiś czas temu się osiedliłem, postanowiłem dla odmiany podążyć na południe i w ten sposób wybrałem się do znanej wam już z innych moich opowiadań Turyngii. O moich zachwytach nad przyrodniczo - krajobrazowymi urokami tegoż dawnego dedeerowskiego landu czytaliście niejednokrotnie przy okazji moich sprawozdań z najbardziej elitarnego oraz najsłynniejszego chyba festiwalu tych ziem - Party San - aczkolwiek w momencie, gdy znajdowałem się w krainie dębów i pagórków po raz pierwszy w tym roku, do owego elitarnego festu tegoż landu brakowało jeszcze jakieś trzy tygodnie. Z uwagi na dotychczasową nieznajomość co najmniej kilka razy mniejszego, grupującego rozmaite gatunki hałasu i tym samym odbywającego się z sukcesem już kilka lat z rzędu Hell's Pleasure, postanowiłem nareszcie zmierzyć się z tymże, toteż w ramach rozpoznania oraz rozgrzewki przed właściwymi wrażeniami sezonu, zapakowałem swoje cztery litery do pociągu, po czym ruszyłem w kierunku Poessneck - owej małej miejscowości, w której podobnie jak wszyscy przybyli, sam zaznać miałem owych piekielnych rozkoszy.
Imprezę dało się zlokalizować już z okien pociągu, gdyż zgrupowanie namiotów na terenie służącym normalnie jako motocross rzucało się w oczy z bardzo daleka. Dojazd na sam festiwal też nie mógł być prostszy, a przede wszystkim jakże wygodny - czekający przy przystanku kolejowym shuttle-bus z przemiłym kierowcą gwarantował szybki dojazd na miejsce każdemu, kto tylko wytoczył się z pociągu. Z uwagi na zobowiązania wyższej wagi nie mogłem pojawić się na imprezie od samego jej początku, przez co nie mogę zrelacjonować wam przebiegu jej pierwszych pięciu godzin, toteż wszystkich ciekawych opisów poczynań BÖLZER, IRKALLIAN ORACLE, DEAD LORD, VERMINOUS czy VOMITOR, pragnę gorąco przeprosić. Obserwacje zainaugurowałem występem IN SOLITUDE, który obejrzałem z zainteresowaniem umiarkowanym, podobnie zresztą jak przed niecałym rokiem na Party San. Z o wiele większym zainteresowaniem obejrzałem za to HOBBS' ANGEL OF DEATH - już chociażby dlatego, że od mojego jednego jedynego razu na żywo z tym bandem minęło niemal dziesięć lat, a poza tym siarczysty thrash w wykonaniu owych tasmańskich diabłów sprawdza się w wersji na żywo doskonale. Jeśli prawdą jest, że Peter Hobbs liczy już sobie ponad pięćdziesiąt lat, to ja nie tylko chylę czoła, ale i życzę mu z całego serca, aby mógł grać swoją muzę co najmniej drugie tyle. Po thrashowej nawałnicy rodem z Antypodów przyszła kolej na ACID KING, przy czym do takiej oferty trzeba mieć chyba bardzo koneserski gust, a ja przypuszczalnie takiego nie posiadam. Wygląda na to, że do stoner rocka z elementami doom jeszcze chyba nie dorosłem, choć niewykluczone, że jeszcze kiedyś to nastąpi. Absolutnie nie trzeba mnie było przekonywać jednak do REPULSION, a w gruncie rzeczy to nazwa tegoż zespołu na grafiku była jednym z głównych bodźców, które mnie na ów fest zaniosły. Mówcie co chcecie, ale starocie potrafią mieć czasem szczególny czar - nic dziwnego, że ma go także i combo z Michigan, którego jedyny i obowiązkowo kultowy album "Horrified" należy przecież do klasyki amerykańskiej ekstremy. No, przecież to w końcu jankeska odpowiedź na Napalmów, do diabła! W przeciągu niecałej godziny tercet egzotyczny poczęstował maniaków wszystkim chyba, co miał tylko do zaprezentowania - nic to jednak dziwnego, skoro zaledwie jeden półgodzinny długograj oraz kilka demówek to całość dyskografii REPULSION. Każdy rozkochany w tematyce cmentarno - morderczo - autopsyjnej musiał być oczywiście stuprocentowo usatysfakcjonowany, ja sam zaś myślę sobie czasami, że zamiast raczyć się podupadającymi już momentami Kanibalami, lepiej może raz po raz sięgnąć do takich staroci? Przynajmniej duch tego co najlepsze choć na parę chwil odżywa. No, nic - po przebrzmieniu ostatnich dźwięków koncert REPULSION stał się wspomnieniem, w kolejce pozostał zaś jeszcze wyznaczony na zakończenie bitwy australijski PORTAL. I tutaj mogę was zadziwić - o ile może już nieraz podkreślałem jak bardzo lubię australijską scenę, w owym przypadku chętnie zastosuję się do maksymy, że od każdej reguły istnieją niestety wyjątki. Bo ten PORTAL nie miał niestety w sobie nic, co mogłoby mi się spodobać - abstrahując już od faktu, iż odziani w jakieś komiczne chałaty muzycy oraz sztuczne monstrualne pazury wokalisty kiczem byłym straszliwym, muzycznie też nic in plus. Hałas, zgiełk, bzyczenie, jazgot - oto jedyne wytyczne, którymi opisałbym ofertę grupy uprawiającej niby experimantal death metal. Eksperymenty zawsze mile widziane, ale nie w takiej formie niestety. Po raz kolejny udowodniłem swoją pozerską postawę, wiem o tym doskonale. Taki już jednak los tych, którzy są mało rozwojowi i nie rozumieją sztuki w niekonwencjonalnym wydaniu. Nie obraziłbym się wcale na propozycję udania się do kołyski, bo choć jakoś zdzierżyłem większość popisów skąpanego w czerwonym świetle ordynku, wierzcie mi, że w pewnym momencie istotnie miałem zamiar to zrobić.
Po porannym przebudzeniu się i uznaniu, że jakieś tam resztki dobrej formy jeszcze zachowałem, godziny przedpołudniowe spędziłem na różnego rodzaju plotkach, piciu napojów wyskokowych oraz grillowaniu, przy czym ekipa z Gliwic zasługuje w tym miejscu na szczególną wzmiankę. W towarzystwie tejże spędziłem zresztą także i większość soboty, przy czym wspólne oglądanie wszystkich produkujących się tego dnia na scenie zespołów pieśni i tańca to oczywiście standard. O gustach podobno się nie dyskutuje, toteż jeśli komuś podobał się brytyjski AMULET, to pomimo całkowicie innych doznań czepiać się nie mam zamiaru. Zdecydowanie intensywniejsze wrażenia towarzyszyły mi za to przy VORUM oraz następującym po nim CHAOS ECHOES, choć nie od dziś wiadomo wam przecież, ze śmierć metalowe klimaty zdecydowanie bardziej potrafią do mnie przemówić niż heavy metalowe pogrywanie w odkurzonym stylu. Przyznam jednak, że bardzo poprawił swój wizerunek SVARTIDAUDI - od ostatniej obserwacji ich poczynań na zeszłorocznym Deathkult minął ponad rok i z tego co widzę, albo musiało upłynąć trochę czasu abym osobiście mógł czegoś się w tym zespole dopatrzeć lub po prostu chłopaki zwyczajnie podszlifowały swój warsztat. Czarne szmaty na twarzach oczywiście w dalszym ciągu stanowiły część image'u, ale skoro tak być musi, to ja już nic nie mówię. Po Islandczykach scenę objął w posiadanie ATTIC. Wynalazek toto nowy, w każdym calu germański, aczkolwiek nie posiadający niczego, dzięki czemu miałby szanse mnie na jakiś sposób urzec - no, po prostu taki "King Diamond wanna be", jakby to ujął jeden z sosnowieckich znajomych. Może są tacy, których owe powtórki z rozrywki kręcą, ja zdecydowanie należę jednak do innej grupy. Oczekując na ANTAEUS dowiedziałem się za to czegoś, przez co humor mój uległ dosyć poważnemu zepsuciu. Wierzcie mi, ale Żabojady były właśnie jednym z impulsów, który skłonił mnie do ruszenia czterech liter i przyjazdu do Poessneck, kiedy tymczasem okazało się, że? nie zagrają. Widząc kartkę z ową informacją nie wnikałem już nawet w szczegóły co też mogło być przyczyną ich absencji, faktem jest jednak, iż wciśnięty jako zastępstwo BLACK SALVATION nie wynagrodził mi owej straty nawet w stopniu minimalnym - pomimo wiele obiecującej nazwy, z jakimikolwiek czarcimi siłami muza tercetu nie miała nic wspólnego niestety.... Na otarcie łez pozostał mi jednak brytyjski CRUCIAMENTUM oraz NECROS CHRISTOS, który jak zwykle nie tylko pokazał klasę przez duże K, ale i również zaprezentował się w zreformowanym składzie, przy czym godną odnotowania wzmianką na pewno jest polskie pochodzenie nowego basisty. Z siły i przekazu zespół nie stracił absolutnie nic - wciąż wykonuje miażdżący death/black metal, przepełniony swoim charakterystycznym jadem oraz mistycyzmem, który obydwa albumy również wypełnia po brzegi. Aby stać się jeszcze bardziej mistycznym, oprócz rytualnej szaty pan wokalista postarał się także o owinięcie głowy chustą, przez co klimat orientu uwyraźnił się jeszcze mocniej. Najważniejsze były jednak kawałki, toteż w trakcie niecałej godziny miałem sposobność potrząsać bańką przy m. in. "Baal Of Ekron", "Doom Of Kali Ma", "Black Mass Desecration", "Curse Of The Necromantical Sabbath" czy moim ulubionym chyba "Necromantique Nun". Spotkanie z NECROS CHRISTOS należało zatem jak zwykle do owocnych i w tym momencie uznać mogłem, że w materii moich gustów Hell's Pleasure wyczerpało już chyba temat. Nie znaczy to oczywiście, że ostatnie dwie kapele olałem całkowicie, aczkolwiek SATAN czy ELECTRIC WIZARD nie przekonały mnie tak jak innych. Zobaczyć pierwszych uznałem jednak za obowiązek - toć to jakby nie patrzeć klasyka "niu łejw ow britisz hewi metal", licząca sobie niemalże tyle lat co ja, choć każdy śledzący losy owych brytyjskich załogantów przyznać raczej musi, że w odróżnieniu od niektórych swoich krajach żadnej zawrotnej kariery nie zrobili i tym samym też im to już chyba nie grozi. Elektrycznego Wizarda z kolei słuchało się przyjemnie, choć przyporządkowanie owego combo pod metal chyba też nie do końca byłoby trafne, choć kłócić się nie zamierzam? Podsumowując jednak - pierwszą edycję Hell's Pleasure ze swoim udziałem uznać mogę generalnie za udaną. Nawet wobec późniejszego przybycia i tym samym przeoczenia występów kilku uczestników, braku ANTAEUS, który był w moim przypadku chyba najbardziej dotkliwy czy słońca, które momentami przypiekało dosyć mocno - całokształt zasługuje w mojej opinii na wcale niemały plus. Według relacji co niektórych w materii pogodowej była to chyba najlepsza edycja od kilku lat - w poprzednich miało bowiem lać albo mżyć, a sam coś o tym wiem i sam niejednokrotnie przyznawałem przecież, że z dwojga złego lepszy upał niż deszcz? Wypada zatem czekać cierpliwie na rozpiskę Hell's Pleasure 2014 - niewykluczone, że przy równie dobrym albo i lepszym składzie, festiwal ów ujrzy moją skromną osobę ponownie.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

HELL'S PLEASURE OPEN AIR 2013


HOBBS ANGEL OF DEATH

ACID KING

REPULSION

PORTAL

AMULET

VORUM

SVARTIDAUDI

ATTIC

BLACK SALVATION

CRUCIAMENTUM

NECROS CHRISTOS

SATAN



<<<---powrót