Relacje

HELL’S PLEASURE OPEN AIR 2014

18/07 – 19/07/2014  Pößneck, Niemcy

No niestety, proszę Państwa – wszystko musi mieć kiedyś swój kres, toteż dla festiwali obowiązuje ta sama reguła i także w tejże materii nie ma od niej wyjątków. Po zeszłorocznej klęsce Deathkult w bieżącym roku przyszła kolej na Legacy Open Air, który z powodów finansowych również postanowił dać sobie na wstrzymanie. Dla wszystkich chcących w oryginalny sposób wypełnić sobie czas zielonoświątkowej nudy z pewnością nie była to przyjemna wiadomość, ale jak śpiewała przed laty Halina Kunicka – wszędzie gdzie popatrzysz kryzys… Jak się okazuje, na dodatek bywa on i zaraźliwy, gdyż niespodziewanie po niedługim czasie swój koniec działalności obwieścił również i Hell’s Pleasure, do którego metalowa germańska brać (choć nie tylko) zdążyła w ciągu kilku lat przywyknąć. Nie wątpię, że decyzja owa musiała być dla zapalonych fanów wszelkiego rodzaju spędów tak samo rozczarowująca – dowiedziawszy się o owym stanie rzeczy na krótko przed samym eventem, sam nie dowierzałem własnym uszom. Podobnie jednak jak każdy inny, kto uznał, że łamanie sobie głowy, a tym samym biadolenie tak i tak niczego już nie zmieni, postanowiłem podążając ich śladem tak samo wziąć udział w ostatniej edycji zasłużonego w ostatnich latach dla metalowego biznesu festu.

Już na wstępie pokuszę się o stwierdzenie, że każdy, z piszącym te słowa włącznie, na pewno nie żałował czasu spędzonego na finalnej edycji Hell’s Pleasure, gdyż zauważalne było, że pomimo morderczego upału publika bawiła się pysznie. Samo otwarcie imprezy przy udziale HERETIC zasugerowało, że wrażenia należeć będą do mocnych, co rzecz jasna przełożyło się na cały festiwal. Niemieckie trio zagrało całkiem na poziomie, a własna interpretacja znanego wszem i wobec hymnu „Chapel Of Ghouls” wiadomo kogo, stało się wisienką na czubku tortu. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o STALLION, gdyż po pierwsze primo – nowoczesne heavy metalowe wynalazki z wyjącymi wokalami nie trafiają w moje gusta, a po drugie secundo – spodnie pana śpiewaka w barwach cesarstwa Kwitnącej Wiśni, to już niestety wiocha ciężka i tylko te dwa czynniki wystarczyły aby zadecydować o mojej niepochlebnej opinii. O gustach się jednak nie dyskutuje, toteż odpuszczę sobie dalsze dywagacje. Porządnie wypadł za to HELLBRINGER, gdyż mieszanka Sodom i Destruction podług australijskiego przepisu to już nieco bliższe moim upodobaniom klimaty – ogólnie bez specjalnej sensacji, jednakże żaru chłopakom odmówić nie można. Z CARONTE miałem z kolei już nieco oporów – bynajmniej nie w związku z całkowitym ich odrzuceniem, lecz przynajmniej z zaakceptowaniem, gdyż doomowe zagrywki nie zawsze potrafią mnie urzec. Ponuractwo Włochów znalazło jednak poklask u wcale niemałej części publiczności, przy czym na czoło wysuwała się w niniejszym przypadku ekipa z Gliwic. Solidne death metalowe rzemiosło DEATHCULT oraz przebojowe zagrywki BEASTMILK stały się jak dla mnie preludium do tego, na co pierwszego dnia czekałem szczególnie – dwa alianckie akty, spośród których drugi nie tylko owiany jest swego rodzaju legendą, lecz także i mógł być przeze mnie już przed kilkoma laty podziwiany pod nieco innym szyldem. Zacznę jednak od pierwszego – nie tylko dla czystej formalności, lecz przede wszystkim z uwagi na fakt, że GRAVE MIASMA to jeden z nielicznych zespołów, które potrafią mnie jeszcze w erze wypranego z pomysłów oldskulowego black/death metalu naprawdę pozytywnie zaskoczyć. Synów Albionu miałem okazję oglądać na żywo jak do tej pory zaledwie raz, nie ukrywam jednak, iż ich kunszt sceniczny zaprezentowany niecały rok temu wywarł na mnie wrażenie do tego stopnia duże, że zlekceważenie ich występu przy tej okazji byłoby małym nietaktem co najmniej. I napiszę tylko tyle, że występ Anglików ponownie bardzo mnie usatysfakcjonował, gdyż blisko godzina naparzańska na starą modłę, wypełniona zarówno kawałkami z zeszłorocznego genialnego albumu „Odori Sepulcrorum”, jak i tymi z dwóch EP-ek, była czasem spędzonym niezwykle miło. Po Londyńczykach (bynajmniej nie tych z pewnego telewizyjnego serialu) zainstalował się z kolei inny reprezentant starej szkoły, aczkolwiek legitymujący się paszportami amerykańskimi. W odróżnieniu do swoich brytyjskich sojuszników tenże skupia się raczej na wybitnie death metalowych rytmach, przy czym kultowość jego to sprawa bezsprzeczna nie tylko w związku z latami egzystencji. Nie dopatrujcie się złośliwości jeśli stwierdzę, że SADISTIC INTENT pod względem oczekiwania na opublikowanie swojego debiutanckiego długograja nie ma sobie równych (nawet VON okazał się już bardziej reformowalnym przypadkiem!), bo zdaniem zatwardziałych obrońców pojęcia to właśnie setki dem, splitów czy kompilacji nagranych w przeciągu 666 lat istnienia kapeli ową kultowość gwarantują. Pomijając już jednak wszystkie sarkastyczne uwagi, wpływu Sadystycznego Zamiaru na całokształt sceny absolutnie nie chcę umniejszać, bo wcale na takowe nie zasługuje. Podobnie jak na krytykę występu, który w ramach HP miałem okazję podziwiać po raz pierwszy. Przynajmniej pod tym właściwym szyldem, bo każdy wie, iż trzy ćwierci składu grupy współtworzyło jeszcze jakiś czas temu dla scenicznych potrzeb Possessed, który w niniejszej konfiguracji miałem zresztą przyjemność niegdyś oglądać. Choć sam gig SADISTIC INTENT nie był może jak dla mnie zabójczy, z pewnością nie ująłbym mu bardzo dobrej jakości. I w momencie przebrzmienia ostatnich riffów stało się dla mnie jasne, że wrażenia tego dnia uznać mogę za zakończone. Dlaczego? Znajomość MANILLA ROAD, pozostająca dla mnie jak do tej pory na poziomie bardzo znikomym, absolutnie nie została pogłębiona choćby o kilka centymetrów, a o jakichkolwiek piorunujących wrażeniach po przesłuchaniu dwóch czy trzech kawałków mowy także nie było. O zamykającym dzień występie THE RUINS OF BEVERAST napisałbym tylko tyle, że… było nieźle, ale nie doskonale. Już po raz drugi przyglądałem się bowiem scenicznym poczynaniom Alexandra von Meilenwalda i przyznam jedynie, że muzyka taka nie zawsze nadaje się na koncerty. Niewykluczone, że może jednak i w tym przypadku kiedyś zmienię zdanie – kapela potwierdziła już swój udział na innym od lat odwiedzanym przeze mnie festiwalu, parafrazując więc znany zwrot: pożyjemy, zobaczymy.

Z uwagi na prażące słońce, które dawało się we znaki niemalże cały drugi dzień, uznałem, że zaopatrzenie się w napoje chłodzące po cenie supermarketowej byłoby o wiele lepsze aniżeli rujnowanie się na takowe w infrastrukturze festiwalowej. Nie chodzi tu oczywiście o przysłowiowego węża w kieszeni, ale co zaoszczędzone, to zaoszczędzone. Pomysł się opłacił, bo zapasy płynów zostały uzupełnione nie tylko na później, lecz także i na chwilę aktualną, przy czym spożywanie ich w cieniu z pewnością miało większy sens. Po kilku godzinach spędzonych w miasteczku powróciłem na linię frontu, przy czym oglądanie poczynań wszystkich zapowiadanych na ów dzień uczestników w palącym słońcu było nie lada wyczynem dla każdego, kto tylko się tego podjął bez pomocy jakichkolwiek napojów. Pomimo wcześniej wspomnianych uzupełnień sam musiałem raz po raz kontrolować ich niedobór, choć robiąc to ze zdecydowanie rzadką częstotliwością, uważam, że na choćby mały medal zasłużyłem z pewnością. Ale skupmy się na wrażeniach muzycznych, bo to one przecież są najważniejsze. Właściwe i najgoręcej przeze mnie oczekiwane (to wcale nie aluzja do panującej pogody) nadeszły dopiero pod wieczór, choć zawieszając oko na irlandzkim MALTHUSIAN (aż trzy wokale), szwedzkimi ENSNARED i VAMPIRE oraz francuskim CHAOS ECHOES (prawie zero wokali), absolutnie nie można było uznać tego czasu za straconego. Po blisko godzinnym bumelanctwie przy namiotach niezawodnej gliwickiej ekipy, można było wrócić pod scenę w celu przyglądania się poczynaniom DROWNED i od tego momentu właśnie zaczęły się te właściwe i oczekiwane wrażenia. Blisko godzina obcowania z berlińczykami zrobiła mi więcej jak dobrze – mroczny i brutalny death metal w ich wykonaniu urzekł mnie bardzo, bardzo, bardzo i w zasadzie do dnia dzisiejszego pojąć nie mogę dlaczego koncert pobratymców Necros Christos jakoś przed kilkoma laty mi nie podszedł… No cóż, chyba do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, albo po prostu ten oglądany przeze mnie poprzednim razem był po prostu słabszy. Nic to jednak, bo wobec gratki czekającej mnie w następnej kolejności, wiedziałem, że czterdzieści minut spędzonych z DROWNED to zaledwie preludium do dalszych death metalowych emocji. I istotnie miały one miejsce. Nieczęsto ogląda się przecież na żywo CANCER, prawda? Retoryczne pytanie, szczególnie kiedy kapela dwa razy już zdechła i rok wstecz odrodziła się ponownie, nie wiadomo zresztą na jak długo… Z przyjemnością przyznać muszę, że Jeff Walker i jego drużyna spisali się na medal – gig Anglików z pewnością uznać można za jeden z lepszych na całej imprezie, sam natomiast skłamałbym, przecząc jakobym to właśnie ich chciał podczas ostatniej edycji HP oglądać. Brak drugiego wiosła niespecjalnie dał się we znaki – klasyki pokroju „Hung, Drawn & Quartered” czy „Blood Bath” kopały w przyrodzenie wcale nie lżej niż na kultowej składance „Live Death”, gdzie uwieczniony został fragment występu Raka na kultowym Milwaukee Metalfest. Innymi punktami programu były m.in. „Witch Hunt”, „Death Shall Rise”, „Meat Train”, „Into The Acid”, „Die, Die”, „Tasteless Incest”, „To The Gory End”, „Body Count”, ku czci starej szkoły w programie znalazł się także „Dethroned Emperor” wiadomo kogo i… po upłynięciu przydzielonych pięćdziesięciu minut CANCER wycofał się po angielsku. Po zmianie umeblowania, a tym samym szerokości geograficznej i idącej za tym oferty, miałem okazję nadrobić to, co podobnie jak wielu innych straciłem w tym samym miejscu przed rokiem. Chodzi o ANTAEUS, który wówczas zupełnie niespodziewanie wypadł z rozpiski, przez co wielu nań oczekujących postawionych zostało praktycznie przed faktem dokonanym. Na całe szczęście nic w przyrodzie nie ginie, toteż wszyscy spragnieni występu francuskich diabłów mogli niniejszym ową lukę wypełnić. Choć osobiście bardzo oczekiwałem ich występu, nie mogę napisać abym czuł się po tymże wgnieciony w ziemię i poszarpany na kawałki. Owszem, ANTAEUS zagrał bardzo sprawnie i jak najbardziej black metalowo, w moim skromnym mniemaniu czegoś jednak zabrakło. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że jeden z gitarzystów zapomniał wypaćkać sobie na biało buźki – zabrakło moim zdaniem owej iskry, która tego typu koncerty powinna zazwyczaj charakteryzować. Zdarzyło mi się to już wielokrotnie, więc i tym razem doświadczyłem czegoś na kształt uczucia, że konsumowane danie zawierało nieco za mało soli, co nie znaczy oczywiście iż całkowicie zasługiwało na skończenie w muszli klozetowej. Nie mogło być inaczej, bo wałki pokroju „De Principii Evangelikum”, „Words As Weapons” czy „Blood Libels” kąsały jak należy, tylko że jak wspomniałem – czegoś w moim mniemaniu tu brakowało i chyba cholera tylko wie czego. No cóż, bywa. Miejmy nadzieję, że w przyszłości kręcenie nosem grozić mi nie będzie… Kiedy ciemność spowiła teren festiwalu na dobre, wszystkich żądnych wrażeń czekały jeszcze dwa zespoły. Pierwszym z nich był brytyjski HAWKWIND, chociaż kapela balansująca na granicy hard rocka i heavy metalu połączonego z czymś na kształt muzycznego żartu jak dla mnie zdecydowanie znajdowała się poza wszelkimi granicami akceptacji. No ja wiem, że już mi kompletnie na stare lata odbija, ale wybaczcie – jak będziecie mieli tyle samo lat, to może też nie będą was bawić teksty o haszyszu czy innych bzdetach. Imprezę zamknęli zatem inni synowie zacnego Albionu pod nazwą CONAN, gdybyście zapytali mnie jednak na ile nazwa i tematyka ich tekstów nawiązuje do słynnej fikcyjnej postaci, odpowiedziałbym krótko, że niestety nie wiem. Bezbłędnie dało się jednak rozpoznać, że kapela gra doom metal, przy czym osobiście za całokształt wystawiłbym ocenę dostateczną. Z drugiej strony nie wiem też, czy zamykanie festiwali tego typu wykonawcami faktycznie jest dobrym pomysłem, ale nie ja przecież o tym decyduję… Ważne, że każdy, kto lubi tego typu dźwięki, zna ów zespół, a już przede wszystkim koniecznie chciał zobaczyć go na żywo, dostał to co chciał i tym samym na pewno należał do szczęśliwych.

I to by było na tyle, proszę państwa. Dziesiątą edycję Hell’s Pleasure uznać można za zakończoną, podobnie jak całą zatytułowaną w tenże sposób księgę. Pora zatem na drobne podsumowanie w sensie bardzo ogólnym. Przyznaję, będąc na owym festiwalu zaledwie dwa razy, nie jestem w stanie wyrobić sobie opinii o jego całokształcie na przestrzeni całej dekady trwania. Wspomniane dwie edycje pozwoliły mi jednak dojść do wniosku, że pomimo pewnych niedogodności (bo przecież nie ma rzeczy doskonałych) złożenie całej imprezy do grobu z pewnością postrzegać można jako dużą stratę dla kultury metalu w ogóle. Niskobudżetowy festiwal grupujący na ogół podziemne zespoły wszystkich gatunków ciężkich brzmień, zdecydowanie dbający jednak o jakość zapraszanych, właśnie z tego względu zaskarbił sobie przychylność wszystkich, którzy za dobrą cenę posłuchać chcieli dobrej muzy i spędzić kilka miłych dni. Co przyniesie zatem przyszłość? Czy decyzja organizatorów stała się już nieodwołalną czy też spowodowały ją jedynie na krótki czas przejściowe trudności? Osobiście życzyłbym sobie, aby bardziej prawdopodobna okazała się raczej druga opcja, chyba że kto inny zaskoczy nas własną inicjatywą, która tak samo trafi na podatny grunt. Czy okazałaby się ona jednak w owych recesyjnych czasach do tego stopnia udaną, że nie tylko dorównałaby, ale także przebiłaby w każdym calu jakość wszystkich dotychczasowych edycji Hell’s Pleasure? To już pytanie wykraczające poza obszar tej relacji…

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

HELL'S PLEASURE OPEN AIR 2014


HERETIC

DEATHCULT

GRAVE MIASMA

SADISTIC INTENT

MALTHUSIAN

ENSNARED

CHAOS ECHOES

DROWNED

CANCER

ANTAEUS



<<<---powrót