Relacje

BARTHER METAL OPEN AIR 2014

15/08 ? 16/08/2014   Barth, Niemcy

Hm, czas leci naprawdę szybko i absolutnie wierzyć mi się nie chce, że od momentu, odkąd po raz pierwszy odwiedziłem Barther Metal Open Air minęły już trzy lata. Tym bardziej cieszy zatem fakt, iż wskutek ponownego szczęśliwego zbiegu okoliczności mogłem stawić się w małej pomorskiej miejscowości po raz czwarty i tym samym oddawać się audiowizualnym wrażeniom dostarczanym przez produkujące się na scenie małomiasteczkowego amfiteatru zespoły. Jeśli o szczęściu już jednak mowa, to w zasadzie w przypadku owym dopisało ono w podwójnym wymiarze. Wspominałem już przy jakiejś okazji o pladze upadków festiwali, która w bieżącym roku dała o sobie znać kilkakrotnie. Powiem zatem Państwu w zaufaniu, że niestety i los BMOA stanął jakiś czas temu pod znakiem zapytania, aczkolwiek wytrwałość i niezłomność organizatora wzięły górę do tego stopnia, że nie tylko jakakolwiek pauza, lecz także i całkowite zakończenie festiwalu nie miały miejsca. Miejmy nadzieję, że i tym razem wszystko pójdzie do tego stopnia dobrze, że byt imprezy doczeka kolejnego sezonu, przy czym aby nie zapeszyć, warto odrzucić wszelkie negatywne myśli oraz skupić się bieżących wydarzeniach, szczególnie skoro pisać jest naprawdę o czym.

Pomimo możliwości pojawienia się na festiwalu w ogóle, z uwagi na pewne zobowiązania nie było dane mi zobaczyć niestety pierwszych pięciu uczestników. Niby szlaki przecierają zawsze bardzo mało znane zespoły, aczkolwiek da radę czasem wyszperać w tym głębokim podziemiu coś naprawdę ciekawego. Identycznie jak w ciuchbudzie ? pomimo ogólnego towarowego przeciętniactwa, wygrzebuje się raz po raz całkiem porządne odzienia i to w dodatku niemal za darmo. Porównanie do lumpexu nie zostało absolutnie użyte w sensie urągania ? jedne bandy grają lepiej, inne gorzej, nawet pomimo bardzo podziemnego statutu. Trudno ocenić mi grupy których nie widziałem, znam jednak ów proceder z poprzednich edycji, toteż słysząc dosyć pochlebne opinie na temat chociażby singapurskiego DRACONIS INFERNUM, jestem w stanie uwierzyć na słowo, szczególnie, że kapele z tak egzotycznych zakątków globu istotnie nierzadko mają w sobie to coś. Pierwszymi dokładniej zbadanymi przeze mnie uczestnikami festu stali się zatem w danym dniu XIV DARK CENTURIES. O ekipie z Turyngii słyszałem już dosyć sporo, zarówno w sensie opowiastkowym, jak i fragmentarycznie w aspekcie muzycznym, jednakże przyjrzenie się jej na scenicznych deskach zawsze mnie omijało, toteż owego piątkowego wieczoru miałem wreszcie szansę ową zaległość nadrobić. Nie napiszę abym czuł się powalony na kolana, gdyż pogańskie pieśni opiewające życie we wspólnocie plemiennej, hołd dla nordyckich bogów oraz sił natury słyszałem już w wykonaniu setek innych podobnych zespołów, toteż odfajkowanie scenicznego czasu Czternastu Ciemnych Wieków potraktowałem jedynie jako formę zaspokojenia ciekawości, co zresztą się udało. Skłamałbym jednak twierdząc, że zupełnie obojętny był dla mnie NEGATOR. Absolutnie nie! O tejże hordzie słyszałem również sporo i to bynajmniej nie tylko w związku z osobą Steve?a ?Nachtgarma? Marbsa, który co niektórym stał się ze swoją kapelą znany jedynie w związku z wokalnym epizodem w Dark Funeral. Wszystko wskazuje na to, iż współpraca niemiecko ? szwedzka współpraca nie układała się najlepiej, skoro po stosunkowo krótkim zdzieraniu gardła w szeregach Mrocznego Pogrzebu człek ów skupił się na swojej macierzystej kapeli, mając zaś możliwość porównania jego ogólnej prezencji w hordzie Lorda Ahrimana z tym co ma do zaoferowania na własnym podwórku, uważam, że? stało się bardzo dobrze. NEGATOR to bowiem zupełnie inna bajka. Drapieżny i brutalny black metal na germańską modłę wywarł na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Nie tylko na mnie zresztą, bo rzucając raz po raz okiem na zgromadzoną pod sceną publikę, dało się zauważyć, że podzielających moje uznanie znalazło się nieco więcej. Uroku całkiem dobremu występowi dodawał przede wszystkim fakt, iż hołdująca piekielnym mocom horda zaprezentowała się bez nieodzownych farb na buziach, a to zawsze miłe odstępstwo. Także i hamburczycy poszerzyli więc zasób znanych i nie widzianych przeze mnie dotąd przedstawicieli czarnej sztuki, tymczasem zaś przyszła pora na band, którego nazwa może być dla (nie)znawców tematu mocno myląca. Kapela nazywa się BORNHOLM, całe kuriozum sytuacji polega natomiast na tym, że nie pochodzi z należącej administracyjnie do Danii pewnej małej wyspy, lecz? z Węgier. Nie pytajcie mnie dlaczego band z kraju tokaja i czardasza akurat postanowił tak się ochrzcić, aczkolwiek już na intuicję da się wyczuć, że przelewane na teksty historyczne fascynacje musiały mieć tu wpływ decydujący. Madziarski kwartet miałem okazję oglądać już pobieżnie podczas wizyty u boku jakiejś większej hordy grającej w swoim mieście, opisany jednak wyżej stan owego oglądania najdobitniej chyba sugeruje, że oferta formacji niespecjalnie chyba trafiła w moje gusta. Podczas BMOA przyjrzałem się poczynaniom węgierskich grajków ponownie i powiem, że w sumie nie zasługują oni na kompletną ignorancję. Nie jest to może poziom mistrzów, aczkolwiek całkiem niezły występ jaki zafundowali tego wieczoru na scenie amfiteatru przekonał mnie do wystawienia im co najmniej oceny dobrej. I w zasadzie na obserwacji ich działań mój pierwszy dzień festiwalowych wrażeń dobiegł końca. W programie zostały jeszcze wprawdzie dwa zespoły ? MISTUR i LJA, aczkolwiek baaardzo głęboki status ich miejsca w podziemiu i ogólna nieznajomość z mojej strony zaważyły na wycofaniu się w zacisze miłego pokoju, który tym razem zastąpił trudy tradycyjnego i tym samym niewygodnego nocowania w pawilonie z towarem jednego z zaprzyjaźnionych labeli. Opuszczenie terenu festiwalu nie nastąpiło wprawdzie momentalnie i tym samym miałem jeszcze krótką możliwość przyjrzeć się pierwszym z wymienionych, którzy mimo wszystko nie zachęcili mnie do pozostania do samego końca. Koniec końców pół godziny po wybiciu północy zwinąłem jednak żagle, co okazało się decyzją jak najbardziej słuszną, szczególnie że oglądanie ostatniego uczestnika w strugach deszczu, które lunęły ni stąd ni zowąd z czarnego nieba, z pewnością nie należałoby do przyjemności. Może nie jestem true, ale mówi się trudno? Wiem jednak, że nawet i zaplanowany na zamknięcie dnia uczestnik dojechał do końca ? nawet pomimo zamkniętych okien i bębniących o parapet kropli deszczu, dało radę usłyszeć strzępki jego fonicznej oferty, tak skutecznie kołyszącej zresztą do snu?

Sobotni dzień zainaugurował niemal w samo południe występ innej ekipy z drugiego co do wielkości miasta Niemiec. Ekipa nosiła nazwę SARKRISTA, grała oczywiście black metal, aczkolwiek w porównaniu z Negator nie potrafiła przekonać mnie na tyle skutecznie, abym chciał jej poświęcić więcej niż dwa zdania. Było ostre łupanie, był charakterystyczny skrzek, pan wokalista miał śliczny czarny habit i? to wszystko. Niespecjalnie podpasował mi także NEMESIS SOPOR, aczkolwiek na nieco dłużej zostałem pod sceną gdy w posiadanie objął ją NERVECELL. Okazuje się, że dla muzycznej ekstremy znajduje się miejsce nawet w krajach, które pierwotnie w ogóle byśmy o to nie posądzali, ale skoro już kiedyś ktoś śpiewał, że niby wszystko się może zdarzyć? Formacja z Dubaju para się już death metalem od schyłku poprzedniego stulecia, toteż wniosek, że chcieć to móc i żadne przeciwności nie są w stanie wywrzeć na ten stan rzeczy jakiejkolwiek presji. Do tego przyznać muszę, iż owym orientalnym muzykom wychodzi to naprawdę dobrze ? już sam fakt docenienia ich rzemiosła przez sławetną Unique Leader uchodzić może za ogromne wyróżnienie, nie zapominając oczywiście o tym, że sam widziałem ich już na scenicznych deskach po raz drugi i jak zauważyłem, od momentu podziwiania zespołu przed czterem laty podczas trasy z Uduszeniem, poziom absolutnie nie uległ pogorszeniu. Wypada zatem życzyć zatem tylko chłopakom aby trzymali kurs lub w dwóch krótkich słówkach ? stay brutal, hehe! Kontynuację death metalowych degustacji przypuściłem ponownie po upływie około dwóch godzin, a motywatorem stał się nasz południowy sąsiad, którego występ też jak do tej pory omijał mnie szerokim łukiem. Pora zatem na HYPNOS. Bronislav Kovarik znany bardziej jako Bruno zasłynął już z ryczenia i dudnienia w struny w innym zespole z Uherske Hradiste, jeśli zaś rozchodzi się o szczegóły, pozwolę sobie nadmienić, że zespół ów wabi się Krabathor, którego niestety także nie miałem okazji jak do tej pory podziwiać. Cieszę się zatem, że wyszło chociaż z bandem, który wspomniany wyżej osobnik powołał do życia po opuszczeniu szeregów wymienionego również wcześniej zespołu na K, który zresztą? jakiś czas temu zasilił ponownie. Mniejsza już zresztą o owe roszady, gdyż faktem jest, iż HYPNOS zdążył w międzyczasie nieźle już namieszać ? zarówno kurewsko brutalną muzą, jak i aktywnością koncertową, czego dowodem było chociażby przed laty otwieranie koncertów na trasie bandu dowodzonego przez Treya A. Ówcześni organizatorzy tournee musieli zwąchać pismo nosem, gdyż przekonując się w tym roku na własnej skórze do czego zdolne jest owe czeskie komando, sam poleciłbym je jako support dla któregoś z ?wielkich? śmierć metalowej sceny. Blisko trzy kwadranse brutalnej jatki niemalże mnie zahipnotyzowało i cudem chyba tylko nikt nie ucierpiał z tego powodu. Kto wie bowiem, czy nie stałbym się w obliczu tejże całkowicie nieobliczalny, hehe! Dobrze, że podczas ODROERIR mogłem nieco dojść do siebie, pod scenę zaś powróciłem gdy wytoczył się na nią jeden z kolejnych germańskich ?czarnych? aktów, które uznaję za godne posiadania na długiej półce z ulubionym stuffem, nie mówiąc już o tym, że to kolejny z tworów, które miałem ochotę podpatrzeć przy sprawdzaniu się w scenicznym boju. Kto zna CREATURE? Podejrzewam, że liczba ich miłośników nie stanowi nad Wisłą dużego procenta, jeśli mimo wszystko nie ulegliście jeszcze do cna stereotypom jakoby szwabskie blackowe kapele były do tyłka, polecam wam sprawdzenie tej nazwy niezwykle gorąco. Gusta są różne, toteż w razie reklamacji proszę na mnie nie psioczyć, ale osobiście uważam band za zacny. Kwintet z drugiego najbogatszego Bundeslandu (Badenia - Wirtembergia) w skali ogólnokrajowej wydał właśnie całkiem niedawno swój nowy krążek ?Helioskron? i siłą rzeczy postanowił zaprezentować jego część, nie zabrakło jednak miejsca na kawałki z poprzednich płyt, przy czym namiastka ?Feindtbild?, pozostającego moim ulubionym albumem formacji, wprawiła mnie w bardzo duże zadowolenie. CREATURE zatem także odhaczony! Po półtoragodzinnej przerwie kolejna wiwisekcja ? HEIMDALLS WACHT. Kapelę ową oglądałem już na tej samej scenie dokładnie podczas mojej pierwszej wizyty w tymże zacnym miejscu, wówczas nie zrobiła na mnie jakiegokolwiek wrażenia, tego sobotniego wieczoru było już jednak zupełnie inaczej. W ciągu trzech lat przedstawiciele westfalskiego odłamu black metalu bardzo poprawili jakość swojej prezentacji live, w dodatku zapoznanie się z ich ostatnim krążkiem ?Ekte Westfäölske Svatte Metal? pozwoliło mi dodatkowo wyrobić sobie nieco inną opinię. Czas nie tylko leczy więc rany, bo daje też i możliwość spojrzenia na niektóre zjawiska nieco przychylniejszym okiem. Takim spoglądałem również i na HELLSAW, choć pamiętając dobrą jakość ich występów przy każdym poprzednim razie, byłem zupełnie spokojny przy okazji tego bieżącego. Austriacki odcień black metalu nie jest w żadnym wypadku wyblakły lub szary ? kto nie miał jeszcze okazji zapoznać się z ofertą tegoż bandu, powinien to zrobić jak najszybciej, gdyż szansa na polubienie jego oferty jest wcale niemała. Tak przynajmniej było u mnie, no ale? ktoś kiedyś dowcipnie zauważył, że ponoć już za długo przebywam poza Polską, toteż przesiąkłem gustem ludności swojego obecnego terytorium już do cna, hehe! No, z tym to akurat bym polemizował, ale własna opinia to ponoć (nie)święte prawo każdego. Przejdźmy zatem do LORD BELIAL, który wyznaczony został jako sobotnie danie główne. Pamiętam doskonale jak zachłystywałem się przed laty ?Enter The Moonlight Gate?, który notabene do dziś nierzadko wrzucam z czystego sentymentu do mrocznej czeluści cedeplejera. Z kolejnymi krążkami bywało już różnie i podróżnie, podobnie jak z samym bytem bandu, który niczym w słynnej piosence pojawiał się i znikał. Po raz ostatni zniknął przed trzema laty, jako że jednak chłopcy ponownie mieli kaprys, od jakichś dwunastu miesięcy znowu są z nami, dodatkowo w oryginalnym składzie i tym samym mogą choćby z rzadka prezentować na żywo na co ich stać. Przyznam bez bicia, że w tej materii niczego zarzucić im nie można ? bracia Backelin na scenie radzą sobie bardzo dobrze, przy czym w ciągu całego swojego żywota widziałem ich zaledwie raz i tylko na tej podstawie opierała się do tej pory moja opinia. Po występie na BMOA nie tylko zdania nie zmieniłem, ale dodałbym jeszcze, że gdyby tylko nadarzyła się jak najszybsza okazja powtórnego ich obejrzenia, skorzystałbym z niej niezwłocznie. Rodzeństwo Beliala wspomagane przez sesyjnego gitarzystę przez godzinę prezentowało przekrój swojej twórczości, oczywiście z uwzględnieniem tego co najlepsze i od razu przyznam, że gdy z głośników popłynęła ?Lamia? od razu poczułem się wzniośle (od razu zaznaczam, że nie z uwagi na pewną postać ze znanej wam wszystkim komedii science fiction), przy czym nowsze rzeczy jak ?Scythe Of Death? czy chociażby ?Sons Of Belial? również miło łechtały ucho. Nie ma co ? szwedzka stal jak zwykle mocna i wydaje mi się, że w całokształcie blackowej sceny tego kraju Pan Belial chyba mimo wszystko pozostawał jakby trochę niedoceniany. No to danie główne zjedliśmy i tym samym pora na deser. Zadanie oficjalnego zakończenia festu i tym samym dobicia wszystkich, którzy jeszcze mieli siły przypadło ? uwaga, uwaga! ? zespołowi polskiemu. PLAGA, gdyż tenże właśnie wyznaczony został na zamknięcie siedemnastej edycji imprezy, mógł zagrać na szczęście zgodnie z planem, a nie należy zapominać, iż w obliczu środka nocy i dodatkowej obsuwy ryzyko przerwania koncertu rysowało się bardzo wyraziście. Tylko dzięki temu że nikt się nie poskarżył możliwe było uwieńczenie festu trzema kwadransami czarnego metalu, okraszonego polskojęzycznymi tekstami, co ? jak zauważyłem ? absolutnie nie stanowi jakiejkolwiek przeszkody dla zwolenników bandu z innych zakątków globu, a przyznać trzeba, że występy w Finlandii czy chociażby zaledwie miesiąc wstecz na naszym lokalnym Under The Black Sun są dobitnym świadectwem uznania dla jego twórczości. Kto zresztą chciałby wiedzieć co znaczą takie tytuły jak ?Pożeracze Słońc?, ?Magia Gwiezdnej Entropii? czy też ?Trąby Zagłady? zawsze może przecież skorzystać z googlowego translatora, przy czym niezawodność jego to już kwestia sporna? PLAGA posprzątała więc i tym samym uznać można było festiwal za zamknięty. Oczywiście nieco potrwało zanim ochrona powypraszała wszystkich ociągalskich, toteż starczyło jeszcze czasu na wypicie choćby po jednym piwku z braćmi Backelin, którzy spakowawszy graty kręcili się tu i tam, jak to jednak bywa na koniec każdego eventu, po raz kolejny pojawiło się kilka refleksji. I do jakich wniosków tym razem doszedłem?

Jak zwykle do takich, że fajne dwa dni strzeliły jak z bicza, a w dodatku też i zamknęły dla mnie tegoroczny sezon festiwalowy. Pozostaje czekać zatem do następnego roku, mając nadzieję, że także i organizatorom tegoż festu nie odwidzi się dalsza działalność. Przyznać bowiem trzeba, iż liczba widzów, choćby w stosunku do zeszłego roku zdecydowanie zmniejszyła się, co nie tylko potwierdzali handlarze rozlokowanych na terenie imprezy stoisk, lecz przede wszystkim widoczne było gołym okiem. Miejmy zatem nadzieję, że ów stan rzeczy nie zniechęci kierownictwa i tak samo za rok spotkam się ze wszystkimi bywalcami BMOA nie tylko w takim samym, bo może nawet i w zdecydowanie większym gronie.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

BARTHER METAL OPEN AIR 2014


AETHERNAEUM

XIV DARK CENTURIES

NEGATOR

BORNHOLM

SARKRISTA

NERVECELL

HYPNOS

CREATURE

HEIMDALLS WACHT

HELLSAW

LORD BELIAL



<<<---powrót