Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2014

07/08 ? 09/08/2014  Flugplatz Obermehler, Schlotheim (Niemcy)

Po raz kolejny miałem szczęście. Po raz kolejny udało mi się ustawić cykl życiowych obowiązków w taki sposób, abym wiedziony sentymentem i do tego muzycznymi gustami przede wszystkim, mógł pojawić się na Party San, który od kilku już lat pretendować może do miana najbardziej ulubionego spośród odwiedzanych przeze mnie festiwalowych spędów. A nie należy jeszcze przy tym zapominać, że przy okazji owej świętować też mogłem swego rodzaju jubileusz, gdyż odbywający się pośród pięknych i malowniczych krajobrazów Turyngii festiwal odwiedziłem właśnie po raz? dziesiąty. Tak, tak ? czas leci jak głupi i nigdy nie przypuszczałbym, że od momentu, kiedy w towarzystwie warszawskich znajomych odwiedziłem ową imprezę po raz pierwszy jeszcze w Bad Berka, strzelił on jak z bicza. O refleksje przy tego typu okolicznościach nietrudno, aczkolwiek w myśl reguły ?najpierw praca, potem przyjemność?, pozwolę sobie wpierw choćby w kilku zdaniach streścić przebieg owych trzech dni, aby tym samym osobiście utwierdzić siebie oraz was w przekonaniu, że w pewnych miejscach warto bywać bez względu na czas i okoliczności.

Oszczędzając sobie oraz szanownej czytającej moje wypociny publiczności zawiłych opisów dojazdu na miejsce akcji, przejdę od razu do rzeczy, rozpoczynając swoje wywody od GOD MACABRE, który z powodu niemożności obejrzenia NECROWRETCH w związku z wznoszeniem namiotu, stał się jak dla mnie bandem inaugurującym początek eventu. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zapoznać się bliżej z twórczością istniejącego już szmat czasu przedstawiciela szwedzkiego śmierć metalu, aczkolwiek próbki tejże liznąłem dzięki drugiej płycie Vomitory, na której to pojawiła się w postaci coveru ?Ashes Of Mourning Life?. Niniejszy utwór został oczywiście w trakcie setu obowiązkowo zaprezentowany, podobnie jak i reszta zawartości jedynego wydanego jak do tej pory (dwie dekady wstecz!) debiutanckiego krążka, toteż wreszcie mogłem na własne uszy i oczy doświadczyć jak prezentują się twórcy tegoż na żywo. Ciekawym zbiegiem okoliczności dowiedziałem się także, iż powiązania z Boga Makabry z Rzygowinami wcale nie ograniczają się wyłącznie do odgrywania pojedynczych kawałków, gdyż spotkanie niezauważonego pierwotnie na scenie Tobiasa Gustafssona, dało dowód, iż po rozwiązaniu swojej macierzystej formacji, na obtłukiwanie garnków pod innym szyldem długo czekać nie musiał. Z uwagi na wymieniony już przeze mnie wcześniej fakt słabej znajomości dokonań kapeli, nie będę popisywał się tytułami, aczkolwiek generalnie występ GOD MACABRE jakościowo uznałbym jako średni. Podobnie jak następujące po nim black/thrashowe popisy SKELETONWITCH, który oglądałem w tym samym miejscu przed czterema laty z takimi samymi odczuciami, co dobitnie świadczy, że widocznie do polubienia ekipy z Ohio musi w moim przypadku jeszcze co najmniej trochę czasu upłynąć. Ciekawie odebrałem natomiast ATLANTEAN KODEX. Choć na co dzień nie siedzę w takich klimatach, przyznać muszę, że epicki metal z domowymi naleciałościami w wykonaniu bawarskiej ekipy nawet miał w sobie przysłowiowe coś, co pozwoliło przystanąć przy scenie na nieco dłużej, słuchając zaś ostatniego kwadransa ich repertuaru z piwnego namiotu na zapleczu, dało się wysłyszeć coś na kształt purplowskiego ?Child In Time?, co sugerowałoby, że formacja pozwoliła sobie albo na oryginalny cover, albo dopasowała znany wątek do własnych potrzeb. Do funkcji oglądacza powróciłem, gdy na deskach zainstalował się kolejny przedstawiciel szwedzkiej sceny death, aczkolwiek nieco bardziej znany niż ten opisywany parę linijek wyżej. O niezachwianej pozycji GRAVE oraz wysokiej jakości ich koncertów mogłem przekonać się w ciągu ostatnich lat niejeden raz, po raz kolejny nie napiszę zatem nic innego poza tym, że tłusty sound ich kompozycji ponownie wgniótł w glebę i zmiażdżył wszystko. ?Deformed?, ?Christi(ns)anity?, ?Hating Life?, ?You?ll Never See??, otwieracz z ostatniej płyty, ?Into The Grave? oraz wykonany tym razem na sam koniec w ramach wyjątku od reguły ?Morbid Ascent? z ostatniej Ep-ki złożyły się na recital ekipy Oli Lindgrena, która zwijając swój majdan przy podkładzie nieodzownego, aczkolwiek płynącego z taśmy ?Judas?, przygotowywała grunt swoim kolegom po fachu, którzy kontynuować mieli umilenie podróży sentymentalnej wszystkim wciąż zgromadzonych przy barierkach fanom szwedzkiej szkoły. W zasadzie w przypadku niniejszym mówić można nie o kolegach po fachu, lecz swego rodzaju prekursorach, któż bowiem jeśli nie ENTOMBED przetarł mroczne szlaki wszystkich innym znanym śmierć metalowym potworom ojczyzny Volvo i Nordei? Zostawmy zresztą te dywagacje. Faktem jest bowiem, że Pogrzebany ma wkład w początki szwedzkiej sceny istotnie niemały, tyle tylko że na chwilę obecną w swojej pierwotnej formie? nie istnieje. Tak, tak ? kolejny przykład zespołu, w którym się posrało, wskutek czego mamy dwa jego oblicza. Nie wiadomo które z nich uznane powinno zostać za to właściwe, gdyż prezentujący się przed publiką ENTOMBED A.D. wydał wprawdzie zupełnie nowy album, partie wokalne wykonał na nim rzecz jasna sam L.G. Petrov i tym samym pojawił się z zespołem na scenie, jednakże nowa nazwa i tym samym nowa substancja zdecydowanie potrafiła zaważyć na jego całokształcie. Gdy dołożę do tego jeszcze bardzo średniej klasy występ, jasne staje się, że szwedzka legenda po prostu zatraca wtedy swój ogólny pozytywny wizerunek. Gwoli ścisłości, wszyscy rozkochani w klasycznych perłach autorstwa tego bandu zapewne dawno już się na niego wypięli i dobrze chociaż, że wykonywany na żywo nieśmiertelny ?Left Hand Path? jako tako ratuje jeszcze co się da? Niestety, w porównaniu z poprzedzającym koncertem krajan po fachu, ENTOMBED A.D. wypadł niestety bardzo tak sobie, przy czym spora w tym zapewnie i wina akustyki, która nie spisała się jak powinna. Zobaczymy, może innym razem. Tymczasem w kolejce zameldował się SOLSTAFIR, którego nie oglądałem, potem nieoczekiwanie zegary obwieściły godzinę duchów i tym samym można było spożyć danie główne, choć zapewne gastrolodzy i wszelkiej maści konowałowie jakąkolwiek kolację o tak późnej porze zdecydowanie by odradzali. Mimo wszystko każdy, kto jakiekolwiek zalecenia ma głęboko w czterech literach, skusił się na piekielny ochłap pieczystego, który zafundował WATAIN. Jak sam ocenić mogę ową ucztę? W sumie głodny spać nie poszedłem, ale o rozkoszach podniebienia też bym raczej nie wspomniał. Traktując temat bardziej poważnie przyznam, że Szwedzi zagrali całkiem niezły show w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż płonące nieustannie ognie i rytualny trans, w którym pogrążył się przez ponad godzinę chudy jak zawsze Erik, z pewnością są elementami godnymi dobrego blackowego misterium. Brzmieniowo także nie było najgorzej, aczkolwiek moje rozczarowanie ostatnim albumem plus ogólna średnia jakość dwóch go poprzedzających, nie powoduje już u mnie tych samych doznań jak za dawnych undergroundowych lat tego bandu. Ze starszych i tym samym logiczną siłą rzeczy rozpoznawalnych punktów przeze mnie programu wyłowiłem m.in. ?Malfeitor?, ?Reaping Death?, ?Devil?s Blood? czy ?Stellarvore?, jak zaznaczałem już jednak ? było dobrze, aczkolwiek do obsranej zbroi sporo brakowało i może to nawet dobrze. Przypominacie sobie czasy, kiedy mając w pampersach ciapę nie chcieliście spokojnie zasnąć?

Dzień drugi rozpocząłem na dobre stosunkowo późno, przy czym nie chodzi tu wcale o zbyt późne zwleczenie się z posłania, lecz wyłącznie o wrażenia audiowizualne. W towarzystwie znajomej polskiej ekipy czas upłynął przecież nie tylko szybko, ale i nad wyraz miło, choć gdybym wiedział, że podczas show JIG-AI, któremu tym samym udało się nadrobić zaległość po zeszłorocznej absencji, będę miał okazję zobaczyć teatrzyk z udziałem człowieka-banana, człowieka-penisa i inne cuda-niewidy, z pewnością udałbym się pod scenę. Podobnie zaniedbałem HAVOK i LOST SOCIETY, aczkolwiek jako że nie powiadomiono mnie, aby podczas występu tychże wydarzyło się coś godnego uwagi, pod scenę powędrowałem dopiero wtedy, gdy swoimi opowieściami o Moby Dicku raczył wszystkich przy wtórze ciężkiego jak dupa tucznego wieprza doom metalu AHAB. Po kilkudziesięciominutowej przerwie, kiedy to artylerią ciężkiego kalibru masakrował publikę ABORTED, zaczęły się właśnie owe właściwe dla mnie wrażenia. A czemuż to? Ha, bo gdy tylko na jakimś feście gra INQUISITION, żadna siła nie zmusi mnie do opuszczenia ich występu! Podpisanie papierków z Season Of Mist umożliwiło amerykańskim Kolumbijczykom wypłynięcie na szersze wody nie tylko w kwestiach rynkowych, bo dzięki dużej wytwórni stał się również możliwy ich udział w bardziej znaczących festiwalowych rytuałach. Można sobie myśleć co się chce o ich najnowszej płycie, można im zarzucać uderzenie w komercję, gdyby ktoś stwierdził jednak, jakoby koncerty ich były do bani ? oj, naraziłby mi się bardzo mocno! Wiem, nie zawsze ma się dobrą formę, ludzie są w końcu tylko ludźmi, po raz kolejny stwierdzę jednak, że oglądany przeze mnie tym razem koncert diabelskiego duo był nie tylko najlepszym spośród widzianych w tym roku (bo był to już trzeci), ale chyba i najlepszym co najmniej w ostatniej trzylatce. Dwóch dżentelmenów zachwyciło mnie diabelnie ? i dosłownie, i w przenośni. Repertuar? Kilka strzałów z nowej płyty jak m.in. otwieracz ?Force Of The Floating Tomb?, potem nieco rzeczy starszych ?Nefarious Dismal Orations?, ?Command Of The Dark Crown?, ?Desolate Funeral Chant? czy ?Astral Path To Supreme Majesties?. Jedyne co mógłbym Synom Diabła zarzucić to długość setu, którą z tylko sobie wiadomych względów skrócili ? przecież przez jakieś 7 minut, które zostały daliby przecież radę odegrać przynajmniej jeszcze jeden kawałek! No, ale cóż ? takie są niestety przywileje mistrzów, na które my maluczcy niestety wpływu nie mamy. Po hymnach gloryfikujących potęgę Rogatego mogłem koniec końców po raz pierwszy przyjrzeć się poczynaniom jednej z brytyjskich legend, której występ live jakoś do tej pory zawsze omijał mnie szerokim łukiem. Teza ?co się odwlecze, to nie uciecze? po raz kolejny znalazła swoje potwierdzenie i tym samym spotkanie z BENEDICTION na żywo doszło do skutku. Z uwagi na sporadyczne występy Wyspiarzy mogę mówić nawet o podwójnym szczęściu, ale nie to w sumie jest istotą sprawy. Ważne, że weterani z Birmingham zagrali w swoim stylu ? ciężko, po brytyjsku i w każdym calu death metalowo. Choć Dave Hunt niespecjalnie poszczycić się może charyzmą rasowego frontmana, słysząc na żywo kawałki pokroju ?They Must Die Screaming?, ?Subconcious Terror?, ?Jumping At Shadows? czy ?Magnificat?, mogłem na własnych uszach przekonać się o tym, że w cechu śmierć metalowych wymiataczy na starą modłę BENEDICTION absolutnie nie zdziadział i z siły podziwianej przeze mnie za szczenięcych lat nic a nic nie stracił. Ciesząc się ogromnie z zaliczenia recitalu staruchów, postanowiłem udać się na piwo, aczkolwiek w ramach powtórki z rozrywki zameldowałem się pod sceną ponownie, gdy objęli ją w posiadanie oglądani przeze mnie już w zeszłym roku wiarusi z REPULSION. Rzuciłem także okiem na THE HAUNTED, jako że jednak nie okazali się na żywo tym, co by mnie usatysfakcjonowało, poszedłem wrzucić coś na ruszt. Wróciłem dopiero wtedy, gdy scenę objął w posiadanie jeden z najbardziej lubianych przeze mnie black metalowych aktów. Jeden z tych, który z biegiem lat modyfikował swoją muzykę, nie do tego stopnia jednak, aby okraszać ją wszelakimi dziwactwami, pozwalającymi wątpić w prawdziwość gatunku. Dodając jeszcze do tego zainteresowania jego lidera, które także i u mnie stanowią jedną z hobbystycznych pasji, jasne staje się, że sentyment i stałość uczuć jest przy tym czymś zrozumiałym. Inna sprawa, że był to już mój piętnasty raz na żywo z tymże. Jak było? Dobrze. MARDUK, bo o tej hordzie właśnie mowa, grywał już rozmaite koncerty ? lepsze i gorsze, aczkolwiek przyznać muszę, iż tym razem zdecydowanie zakwalifikował się do tej drugiej kategorii. Po symfonicznym otwieraczu z ?Heaven Shall Burn?? Morgan i jego podkomendni zapodali ?Glorification Of The Black God?, co jak dla mnie z racji nie słyszenia ani razu tego utworu na żywca, okazało się niezwykle miłą podróżą sentymentalną. Dalszy ciąg programu stanowiła staro ? nowa przeplatanka z uwzględnieniem m. in. ?The Levelling Dust?, ?Christraping Black Metal?, ?502?, ?Into Second Death?, ?Temple Of Decay?, ?Warschau? czy odegranego na sam koniec ?Those Of The Unlight?. Nie będę już rozwodził się nad brakami, bo wiadomo, że każdy miałby swoją listę życzeń, a gdy kapeli przydzielone zostają zaledwie trzy kwadranse, nie sposób też wyselekcjonować najlepszych tracków z całej dyskografii. Nieważne to jednak, bo skoro dywizja Morgana po raz kolejny obróciła wszystko w gruzy i bez strat wycofała się na tyły, można było czuć się usatysfakcjonowanym oraz przygotować się do zmierzenia z głównym daniem tegoż dnia, który podobnie jak Szwedzi reprezentuje sztukę ku czci Rogatego i mocy piekielnych, aczkolwiek?

No właśnie. Co do SATYRICON mam dwojakie uczucia. Dlaczego? Podobnie jak setki innych, zdaję sobie sprawę, że oblicze tego zespołu z lat 90-tych zeszłego stulecia to jedynie historia, która minęła bezpowrotnie. Metamorfozy bandu od momentu nastania nowego milenium są żywym dowodem na to, że artyści nie lubią stagnacji i tym samym wyprowadzić mogą uwielbiany przez siebie gatunek na zupełnie nowe terytoria, przy czym kwestia czy tenże wciąż w danych przypadkach jeszcze owym pozostaje, to już temat na inną książkę. Bez bicia przyznam się, że po ?Rebel Extravaganza? zdecydowanie przeszła mi ochota na uzupełnianie dyskografii Norwegów (wyjątek od reguły stanowi ?The Age Of Nero?), ale jak się jest sentymentalnym sukinsynem, to rady niestety na to nie ma. A jeżeli dodatkowo okazuje się jeszcze, że najświeższy krążek to ?pedaliada? (określenie jednego ze znajomych, będące nie tylko novum w słownictwie, ale też i bolesnym potwierdzeniem owego stanu rzeczy), to już w ogóle pies pogrzebany. Jest jednak w tym szaleństwie metoda: obojętnie jakby nie było, koncerty SATYRICON mimo wszystko trzymają poziom, bo pomimo śladowych ilości materiału z pięknych dawnych dni, nawet wybiórczo lubiane kompozycje z ?porebelowej? ery dają na żywca radę. A jeśli Satyr i S-ka dodatkowo mają zamiar grać je w ramach swojego darmowego recitalu, to czemu właściwie nie? Tylko z tego powodu pokusiłem się o obejrzenie większej części satyrycznych tańców i łamańców, które zamknęły program dnia drugiego. W kwestii układów choreograficznych przesady nie ma, bo Satyr jak zwykle pastwił się nad swoim fikuśnym statywem do mikrofonu, schowany za swoim zestawem Mróz skrupulatnie dewastował blachy i naciągi, a trudni jak zawsze do rozszyfrowania męczyciele strun raz po raz ośmielali się nawet potrzepać czuprynami. Ogromnym atutem było zdecydowanie dobre brzmienie, poza tym skoro kamanda już od rozpoczynających misterium taktów ?Now, Diabolical? miała publikę praktycznie kupioną, więcej pytań nie miałem. Za ?Black Crow On The Tombstone? nastąpiła mieszanka rzeczy starszych i nowszych, aczkolwiek przy ?Forhekset? serce zabiło oczywiście mocniej, a ?Possessed? w sumie też przywołał miłe wspomnienia z uwagi na osobiste pozytywne przeżycia z okresu jego opublikowania. Gdzieś w okolicach jakiejś kolejnej nowości zapytany zostałem przez miłą znajomą z Olsztyna, czy mam zamiar dalej oglądać ?pedaliadę? (to jakiś nowy teleturniej?) czy też idę na piwo, a że pragnienie lekko we znaki się już dawało, wolałem istotnie zmienić program i zwilżyć gardło złocistym płynem. Mimo wszystko nawet na zapleczu dało się słyszeć wyraźnie każdy z kolejnych tracków, toteż ?Pentagram Burns?, ?Fuel For Hatred?, obowiązkowa Matka Północ czy ?K.I.N.G? jak zawsze dopełniły całości. W ten sposób uznać należało, że właśnie nastał ostatni dzień festiwalowej laby ? było już przecież grubo po północy, toteż niecałe pół doby pozostało do otwarcia sobotniego programu atrakcji?

Zainstalowana obok sceny dekoracyjna i zapewne zakupiona z demobilu byłej armii NRD armata, która głuchym wystrzałem ślepaka każdego dnia inaugurowała otwarcie tegoż, oddała salwę po raz trzeci i ostatni. Po blisko czteroletniej przerwie przyszło zmierzyć mi się ponownie z NOCTURNAL, który zapoczątkował ostatni dzień eventu. Podobnie jak za ostatnim razem nie odczułem niczego specjalnego i również dziś pokuszę się o stwierdzenie, że jeśli owi naśladowcy Nifelheim oraz innych wzorców spod znaku thrashu z domieszką diabelstwa chcą konsekwentnie kroczyć tą właśnie ścieżką, to nie tylko nikt im tego nie broni, ale pewne jest też, że zawsze znajdą swoich zwolenników, szczególnie jeśli atrakcją dla takowych jest wydzierająca się niewiasta. Po popisach owych gloryfikatorów skórzanych ciuchów, ćwieków i oldskulu w ogólności, zrobiłem sobie nieco dłuższą przerwę, przywlekając dupsko dopiero wtedy, gdy na deski wytoczyły się staruchy z PROTECTOR. Wiem, że jestem jak zwykle złośliwy, bo skoro już o staruchach mowa, to należy wziąć pod wzgląd, iż w reanimowanym kilka lat wstecz trupie ostał się zaledwie jeden z tychże, reszty składu dopełnili zaś o wiele młodsi grajkowie, pozwalający jeszcze w dodatku stwierdzić, iż niniejszym band stał się z niemieckiego szwedzkim? Ale mniejsza. Faktem jest, że dokonania jego nigdy nie robiły na mnie piorunującego wrażenia, toteż oglądanie jednego z przedstawicieli teutońskiego thrashu przybrało u mnie charakter czysto zaliczeniowy. Na dłużej zabawiłem jednak przy IMPERIUM DEKADENZ, który tym razem zdecydowanie zrobił na mnie o wiele lepsze wrażenie niż przed dwoma laty w Barth oraz przy KAMPFAR, którego występ podobał mi się chyba najbardziej spośród wszystkich innych widzianych do tej pory, a przyznać muszę, że piewców Odyna i uroku lodowatych fiordów widziałem chyba już jakieś dobre pięć razy. Z wiadomych względów zawiesiłem także oko nieco dłużej na MALEVOLENT CREATION ? bynajmniej nie z sentymentu, którym zawsze darzyć będę jankeską scenę śmierć metal, przeżywającą swój największy rozkwit w moich szczenięcych latach, lecz też i dlatego, że od mojego ostatniego spotkania z ekipą Phila Fasciany upłynęło jakieś dobre pięć latek. O jakimkolwiek zawodzie jak zwykle nie mogło być mowy, gdyż klasyczny decior mojej młodości w wykonaniu profesjonalistów zawsze otrzymuje wysokie noty. Skład Malevolentów po raz kolejny zmieniony ? obok Dużego Szefa oraz Bretta Hoffmanna, który po powrocie na stare śmiecie bardzo poważnie wziął sobie do serca swoje obowiązki, mogłem przekonać się nareszcie jak podczas gdy prezentuje się wizualnie Jason Blachowicz, którego bez stosownych informacji nie rozpoznałbym za jasną cholerę. Sam line-up nie był jednak aż tak istotny wobec faktu, że Amerykańce zaprezentowali całkiem godziwe elementy swojego dorobku jak chociażby ?Eve Of The Apocalypse?, ?Manic Demise?, ?Coronation Of Our Domain?, ?Slaughter House?, ?Infernal Desire?, ?Living In Fear? czy wieńczący show ?Malevolent Creation?. Blisko trzy kwadranse krwawej jatki na prawdziwym amerykańskim poziomie poprzedziły występ AURA NOIR, który tym razem obejrzałem z bardzo dużą dozą obojętności ? albo niespecjalnie mi tego dnia podpasowali, albo po prostu tymczasowo mi się sprzykrzyli, bo z niektórymi kapelami niekiedy tak mam. Jako że GRAND MAGUS absolutnie nie leży w spektrum moich zainteresowań, postanowiłem uczynić wyjątek od reguły i jeden jedyny raz skierowałem swoje kroki pod namiot z małą sceną, do którego przez cały festiwal nie zajrzałem ani na moment. Inicjatywa opłaciła się, gdyż na porę niniejszą zaplanowany został występ germańskiego UNLIGHT, którego do tej pory nie znałem. Po zmianie owego stanu rzeczy stwierdziłem, że drapieżny black metal w wykonaniu tegoż trafił w moje gusta do tego stopnia, że przejrzenie ofert stoisk z płytami jest w tym przypadku nieodzowne. Choć owocny zakup nastąpił nieco później, bezpośrednio po popisach nieświętej hordy ze Schwarzwaldu udałem się do własnego namiotu, gdyż brzusio dopominał się o uzupełnienie jego zawartości coraz intensywniej, a z uwagi na dosyć częste obcowanie z NAPALM DEATH w wersji wizualnej, można było bez żalu ograniczyć się wyłącznie do wrażeń audio. Kiedy ciemność coraz gęściej spowijać zaczęła festiwalowy areał oraz otaczający go piękny krajobraz, powróciłem pod scenę ponownie, gdyż brak jakichkolwiek doświadczeń z KATATONIA w wersji koncertowej był do tego wystarczającym impulsem. Choć ponuractwo i depresja niespecjalnie stanowią mój ulubiony temat warstw lirycznych, bardzo chciałem zobaczyć Szwedów z uwagi na sentyment do dwóch pierwszych płyt. Oczekiwania na jakiekolwiek strzały z tychże nie okazały się na szczęście nadziejami płonnymi, gdyż deklaracja odrzucenia Boga rodem z Tańca Grudniowych Dusz czy też Morderstwo z krążka z martwym ptaszkiem na okładce, skutecznie przypomniały o pięknych czasach głupot z pierwszych klas liceum. Zresztą nawet i kawałki z mniej przeze mnie znanych późniejszych wydawnictw w ogólnym ujęciu również zabrzmiały nieźle i tym samym przyznam, że czas spędzony z KATATONIA wypadł zdecydowanie na plus. W tenże sposób czas zaczął bezlitośnie zmierzać ku nieubłaganemu końcowi, a na zwieńczenie trzydniowego maratonu wyznaczone zostały dwie legendy dwóch starych szkół. Na początek OBITUARY. Klasyków z Tampy widziałem już w sumie kilka razy i nie zdarzyło się jeszcze abym o którymś z ich koncertów powiedzieć musiał, że był słaby. Nie oczekujcie tego zatem i teraz, bo moc pierwszej jakości wraz z agonalnym wokalem Johna Tardy?ego, wyjącego przeboje pokroju ?Infected?, ?Bloodsoaked?, ?Turned Inside Out?, ?Back To One? czy oczywiście ?Slowly We Rot? są dla rasowego fana jankeskiego death metalu niczym spełnienie mokrego snu. Amerykańce nie zapomnieli także o próbce nowego materiału, który w nasze stęsknione łapska trafić ma via Relapse już w październiku, słychać było także, że Terry Butler oraz Kenny Andrews całkiem dobrze wpasowali się w zespół, toteż dla wszystkich zarzucających kilka lat wstecz Ralphowi Santolli jakoby psuł koncerty, ów stan rzeczy z pewnością powinien być na rękę. Podsumowując show Nekrologu słowem zadowolenia przez duże Z, pozwolę sobie zatem przejść do KREATOR. Z ekipą pana Petrozzy w sumie też widziałem się na tyle często, że mogłem sobie ją w pełni odpuścić, ale jako że sentyment jest sentymentem, nie da się tak po prostu kogoś olać i nawet już siłą rzeczy wpadają w uszy hymny na temat Fantomu Antychrysta, Gwałtownej Rewolucji, Fobii, Ludzi Kłamstwa, Rozkoszy Zabijania, Zamieszek Przemocy, Prześladowcy czy Flagi Nienawiści. Swoją drogą, zastanawiam się jak długo jeszcze Mille będzie miał siłę pchać ten wózek, aczkolwiek życzyłbym sobie i jemu samemu aby buk dał mu zdrowie do czynienia tego nie rok i nie dwa. To jak ? pora chyba na podsumowanie?

Proszę państwa, jak zwykle trzy dni zleciały niczym kilka minut i jak zwykle obfitowały w masę wrażeń. Oczywiście pozytywnych, bo przy ogólnie wysokiej jakości przedsięwzięcia jakim jest organizowany od lat Party San (w sumie sam już się pogubiłem w szacowaniach, jednakże wielu twierdzi jak jeden mąż jakoby festiwal obchodzić miał swoje dwudziestolecie), nie sposób zwracać uwagi na drobniutkie szczególiki, które właśnie z uwagi na rzeczoną małostkowość wcale nie warte są komentowania. Uczczenie prywatnego jubileuszu wypadło na ogromny plus. Po raz kolejny obejrzeć mogłem znakomite zespoły ? zarówno te już mniej lub więcej razy widziane, jak i te, których jeszcze dotąd nie miałem okazji oglądać. Jak zwykle dopisała nie tylko atmosfera, ale i pogoda, która pomimo pewnych wahań utrzymała się na bardzo przyzwoitym poziomie ? trochę wiało i padało, momentami słońce przypiekało nieco za mocno, ważne jednak, że żadna z tychże opcji nie była do tego stopnia męcząca i dokuczliwa, aby wpłynąć negatywnie na całokształt imprezy. Było sporo śmiechu, fajnych gadek, piwa, darmowych frytek, przede wszystkim jednak ? sporo pozytywnych wrażeń, które po raz kolejny pozwalają przeważyć decyzję, że w przypadku potencjalnych sprzyjających okoliczności na Party San 2015 absolutnie mnie nie zabraknie.

autor:  Nikolaus (Mikołaj) Kunz

PARTY SAN OPEN AIR 2014


GOD MACABRE

DEATHCULT

GRAVE

ENTOMBED AD

WATAIN

AHAB

INQUISITION

BENEDICTION

REPULSION

MARDUK

SATYRICON

NOCTURNAL

IMPERIUM DEKADENZ

KAMPFAR

MALEVOLENT CREATION

KATATONIA

OBITUARY



<<<---powrót