Relacje

BEHEMOTH, DECAPITATED, GRAND MAGUS, WINTERFYLLETH

10.12.2014  02 ABC, Glasgow, Szkocja

Współczesna oferta koncertowa na uszczuploną bynajmniej nie wygląda. Tym bardziej w takim mieście jak Glasgow, gdzie dosłownie każdy może znaleźć coś dla siebie. O koncercie niezaprzeczalnej potęgi światowej sceny ekstremalnej ja i moja ekipa myśleliśmy, a właściwie marzyliśmy od wielu już miesięcy. Nawet mój drogi Przyjaciel Mateusz Talarczyk - któremu dedykuję poniższą relację, gdyż bez niego nasza eskapada do klubu 02 po prostu by się nie odbyła - szczerze zapragnął nań się przejechać, a wiedzieć musicie, że do fanów black czy death metalu nigdy się on nie zaliczał i wątpliwe by na większą skalę kiedykolwiek uległo to zmianie. To jednak o czymś świadczy, tak? Wskutek tzw. prozy życia dotarliśmy na miejsce dosłownie w chwili gdy angielski, blackmetalowy WINTERFYLLETH schodził ze sceny. Dodam tu nawiasem, że w drodze do klubu zapalały nam się zielone światła na wszystkich (wszystkich!!!) przejściach dla pieszych dosłownie w tej samej sekundzie, gdy do nich dochodziliśmy, a WINTERFYLLETH opuścił estradę również w tym samym czasie gdy podeszwy naszych butów stuknęły o tzw. płytę. Jak to Nergal śpiewał później w ?As Above So Below?: ?Ujrzałem dziwne znaki na swej drodze??, lecz powyższe cały czas było dopiero przed nami, gdyż oto, po krótkiej przerwie, scenę przejął we władanie szwedzki GRAND MAGUS. Ich muzykę klasyfikuje się gdzieniegdzie jako heavy/doom metal i choć jest w niej coś z nagrań takiego CANDLEMASS czy MAEL MORDHA, czyli na wskroś epicki klimat jak najbardziej jest do uświadczenia, dosłuchałem się w tych dźwiękach srogiej dawki czegoś, co przez lata określane było jako New Wave of British Heavy Metal i czego szerzej definiować na tych łamach nie muszę i nie zamierzam. Każdy wie o jaki rodzaj bujnięcia tu chodzi, a zespół kupił mnie już na samym początku, gdyż wychodząc na scenę wyrzucili z kolumn fenomenalny przecież temat z kultowego ?Conana Barbarzyńcy? z panem Arnoldem w roli tegoż, przy którym wersja z 2011 roku jest według mnie po prostu infantylna. Przyznam, że wcześniej kojarzyłem ich głównie z teledysku do ?Steel Versus Steel? (potężny tytuł swoją drogą!) i jestem pewien, że ten numer, ku mej sporej satysfakcji, został tego wieczoru odegrany. Co do pozostałych udawać przysłowiowego Greka nie zamierzam. Pieczę nad tą ekipą przejęli Nuclear Blast i chyba dobrze się składa, bo dla grającej w ten sposób kapeli wytwórnia to iście wymarzona. Super, że organizatorzy wcisnęli ich występ w program imprezy, bo wypadli po prostu dobrze, wnosząc sporo zróżnicowania do stricte ekstremalnego przecież jej profilu. Niewiele więcej czasu upłynęło, zanim na scenę wyszli DECAPITATED i niestety, niewiele więcej go minęło, zanim ją opuścili. Być może to kwestia organizacyjna, ale widziałem ich na żywo parę lat temu. Też byli suportem (wówczas szwedzkiego HYPOCRISY) i zagrali o wiele dłużej, dając w moim odczuciu nieporównywalnie lepszy koncert. Nagłośnienie nie było wystarczająco selektywne i mimo, że ta akurat kwestia ma w ich przypadku niebagatelne znaczenie można, to jeszcze jakoś zrozumieć, bo w dużej mierze zapiaszczona produkcja ostatniego krążka, gdzie postawili jakby bardziej na feeling i melodykę niż technikę, mogła sugerować by było po prostu gęściej. W żaden sposób nie zamierzam usprawiedliwiać natomiast faktu, że wyłącznym dostawcą numerów do setlisty był tutaj najnowszy ich krążek, czyli oczywiście ?Blood Mantra?. Wiem, że go promowali, ale żeby nawet takiego ?Homo Sum? czy innego ?404? z poprzedniej, genialnej przecież ?Carnival Is Forever? nie zagrać? Wszystko to wyżłobiło tu niestety pewną rysę na szkle, lecz i tak nie była ona w stanie przesłonić dewastującego charakteru show ekipy Vogga. Zaczęli bodaj od ostro urywanego pod koniec w warstwie gitarowej ?Veins?. Później przyszła kolej na najbardziej deathmetalowy na całym najnowszym dysku ?The Blasphemous Psalm To a Dummy God Creation?, bardzo crossoverowy numer tytułowy czy rozbudowany i przezacny przecież ?Instinct?. Zakończyli bardzo gwałtownie i niespodziewanie, schodząc ze sceny właściwie natychmiast po zagraniu ostatniego zaplanowanego na tę okazję utworu. Nie do końca syty czekałem aż ekipa technicznych upora się z całością scenicznych rekwizytów, których mnogość może imponować, ale które tworzą na koncertach BEHEMOTH tak pięknie przemyślaną i elegancko współgrającą ze sobą całość, że o jakiejkolwiek przesadzie nie może tu być mowy. A czekałem niepomiernie żądny tego, co ustawa przewidywała, bo tak przepysznej płyty jak ?The Satanist? formacja nie nagrała od bardzo długiego czasu, a może nawet i nigdy? Widziałem ich wcześniej dwukrotnie. Oba koncerty odbyły się bodaj w 2005 roku, przy czym jeden w klubie (rzeszowska Akademia), a drugi na otwartym feście (Mystic Festival) i o ile na jednym nagłośnienie było po prostu cieniutkie, a na drugim, jak to często na tego typu imprezach bywa, wszystko pływało, tak tutaj nareszcie, po wielu latach dostałem ich gig w takiej oprawie akustycznej, w jakiej się należy. Wszystkim tym, którzy widzieli ich te parę lat temu i myślą, że wiedzą o co w koncertach BEHEMOTH chodzi mam do przekazania smutną, a może właśnie szczęśliwą wiadomość. Poziom propozycji zespołu jest dziś bezapelacyjnie wyższy pod każdym jednym względem i żadne zdjęcia, filmiki na YouTube czy inne tego typu sprawy nie oddadzą tego, co można uświadczyć na żywo! Koncert zainicjował oczywiście ?Blow Your Trumpets Gabriel?, będący nie tylko wymarzonym numerem na otwarcie zarówno krążka, jak i gigu, ale i jednym z najlepszych kawałków, jakie Nergal i ekipa kiedykolwiek popełnili. Nie wiem czy wypunktowywanie listy wykonanych cięć ma jakikolwiek sens, bo była ona tak programowa jak tylko mogła być, z kapitalnym ?O Father O Satan O Sun!? zostawionym na koniec i przeróbką ?Ludzi Wschodu? z repertuaru SIEKIERY gdzieś po drodze. Ten ostatni nie był w żadnym bądź razie jedynym polskojęzycznym akcentem tego wieczoru, albowiem poszczególne utwory oddzielały sample, w tym ten będący melorecytatorskim fragmentem ?In the Absence of Light?, a przed zagraniem najprawdziwszego, melodic blackmetalowego hymnu w postaci ?Ora Pro Nobis Lucifer? nie omieszkano poczęstować nas odpowiednio zmiksowanymi fragmentami modłów protestacyjnych, z których Grupa 13 zrobiła użytek bodaj we Wrocławiu. Przed tytułowym ?The Satanist? gospodarz koncertu uraczył swych gości kadzidlanym dymem w odpowiednio dawkowanej poświacie, co potrafiło wywrzeć wrażenie na widzu. Nie przypominam sobie poza tym koncertu, podczas którego wykorzystano by oświetlenie bardziej efektownie niż na grudniowym Behciu. Gdy w czasie ultra podniosłego finału ?O Father O Satan O Sun!? przywdziali słynne czarne, rogate maski i spowiło ich światło o czerwonej barwie, wstrzymałem oddech. Stanowiący tło symbol ?Nieświętej Trójcy? podświetlały od dołu lekko migające światła, co w połączeniu z nim sprawiało wrażenie prawdziwego ognia. Trochę żałowałem, że zupełnie pominięto wszelką pirotechnikę, ale chyba nie w każdym klubie można sobie nań pozwolić. Tak jak na płycie, tak i na koncercie czuć było dualizm precyzyjnego wykonania i spontaniczności. Orion i Seth całkiem często atakowali stojące przed nimi mikrofony, a sam Nergal nie trzymał się wcale kurczowo dobrze znanej z płyt techniki wokalnej. Publiczność pod sceną w pewnym momencie w dosłowny sposób zaczęła przywoływać Szatana i myślę, że w pełni go dostała, gdyż diaboliczną atmosferę można było wręcz wdychać. Każdy, kto dobrze zapoznał się z liryczną zawartością płyt BEHEMOTH czy z poglądami największego polskiego ?heretyka? obecnych czasów wie jednak, że chodzi tu przede wszystkim o gloryfikację człowieka. Realizację jego potencjału wbrew przeciwnościom losu czy utyskiwaniom intelektualnej tłuszczy, egzekwowanie nieskrępowanej woli i zwykłą manifestację prawa do osobistej, indywidualnej wolności, co tak w minionym, jak i obecnym świecie nigdy nie było niestety i nie jest rzeczą oczywistą czy - jak twierdzą co poniektórzy - banalną w kontekście przekazu grupy. Potwierdzam opinię, jakoby zespół prezentował dzisiaj precyzyjnie wyreżyserowane i profesjonalnie wyprodukowane show. Nie było miejsca ani na niekończące się obsuwy, ani na przesadzoną przypadkowość, ale to wciąż nieokiełznana moc, bunt i dzika, ziejąca ze sceny energia! Najprawdziwsza celebracja black/death metalowego misterium na najwyższym możliwym poziomie. Do następnego!

autor: Kępol


<<<---powrót