Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2015

06/08 – 08/08/2015   Flugplatz Obermehler, Schlotheim (Niemcy)

No i stało się – doczekałem się mocnego dziesięciolecia, gdyż nie tylko zaszczyciłem swoją obecnością ulubiony festiwal w dziesiątą rocznicę pobytu na tymże, ale i przekroczyłem także ową magiczną dychę w materii liczby odwiedzeń. Pojawiłem się bowiem na Party San po raz jedenasty, przebijając w tym względzie nawet i Wacken, który zapoczątkował przecież długoletnią tradycję moich wyjazdów na germańskie festy, nawet jeszcze za czasów kiedy to mieszkałem w Polszy. Dekada to spory kawałek czasu i przy okazjach takich nie brakuje jak zwykle refleksji – przede wszystkim pozytywnych, bo skoro liczby same mówią za siebie, od razu jasne staje się jakimi uczuciami darzyć można ów spęd. Czy snucie takowych na samym początku tegoż wywodu nie byłoby jednak nieco sztampowe? Z pewnością nie da się ich uniknąć w trakcie szczegółowych opisów, toteż lepiej chyba od razu przejść do rzeczy, aby w pełni pogrążyć się we wspomnieniach nie tylko trzech dni sierpnia bieżącego Anno Satanas, lecz przy okazji również i tych mających miejsce w latach minionych.

Do wyjątkowych okoliczności jubileuszu należy z pewnością fakt, iż tym razem na miejsce akcji zjechałem już dzień wcześniej. Fakt ów miał związek z innym swego rodzaju powrotem do przeszłości – po pięcioletniej absencji stoisko swoje rozbudowała na terenie festiwalu pewna berlińska firma płytowa, z którą nie tylko łączą mnie więzy przyjaźni, ale też i okazjonalnej współpracy. Kwestia czy debiut handlowy na terenie lotniska Obermehler wypadł po latach pomyślnie nie jest może tak bardzo istotna, rozwiązanie owo jak dla mnie odegrało ogromną rolę, już choćby w związku z rozwiązaniem problemów logistycznych. Ale miało być w końcu o feście w odniesieniu do muzyki na scenie, więc jazda! Niezmienny schemat trzydniowego programu w dalszym ciągu ma się bardzo dobrze, toteż wystrzał ze słynnej enerdowskiej armatki punktualnie obwieścił w czwartkowe późne popołudnie początek imprezy na dużej scenie, której otwarcie zainaugurował szwedzki DEGIAL. Pochodzącą ze Szwecji kapelę miałem zaszczyt podziwiać na lokalnym podwórku ponad rok temu podczas trasy u boku ziomków z Watain, toteż w ramach przypomnienia poświęciłem jej przysłowiowe parę minut także i teraz. Wszystkim lubiącym death metalowe dźwięki w połączeniu z blackowym imidżem występ kwartetu z pewnością podpasował, mroczna oferta tegoż okazała się więc też i dobrym przecieraczem szlaków. Wydeptaną ścieżką podążyły niebawem MORBUS CHRON i MIDNIGHT, ja jednak zameldowałem się pod sceną dopiero wtedy, gdy graty swoje zainstalowali nowojorscy klasycy thrashu, których videoclip do piosenki o masie krytycznej nakręcony w starej elektrowni, uchodził swego czasu za istny szał na kortach. Wiadomo o kim mowa – NUCLEAR ASSAULT to dla starej gwardii lektura obowiązkowa i choć może sam starym wiarusem nie jestem, obejrzenie kwartetu w 3/4 oryginalnego składu potraktowałem jako istotny zaszczyt. Już na samym wstępie zaznaczę, że wrażenia moje należały do wybitnie pozytywnych – pomimo dziejowych zawieruch, trzykrotnego rozpadu i takież samej liczby reformacji, przyznać muszę, że chłopakom werwy nie brakuje. O wydanym jak do tej pory ostatnim (i zazwyczaj gremialnie gnojonym) ostatnim albumie studyjnym „Third World Genocide” można istotnie myśleć co tylko się chce, da się jednak zauważyć, że wspomagani przez Scotta Harringtona panowie Connelly, Lilker i Evans na żywo są wymiataczami pełną gębą. Powstanie z popiołów na pewno wyszło im na dobre – przede wszystkim dlatego, że stary materiał odgrywany na koncertach to potęga, a gwoli ścisłości od Powstania z Popiołów rozpoczęli właśnie tego wieczoru swój recital. W repertuarze rządziła niepodzielnie zawartość czterech pierwszych krążków: „Brainwashed”, „New Song”, „Critical Mass”, “Sin”, “Betrayal”, „Hang The Pope” za który w Polsce mieliby swego czasu zapewne niemałe kłopoty (!), “My America”… Chłopaki nie zapomnieli nawet o wyskokach w czasy demówkowo – epkowe („Butt Fuck”), nie zabrakło również i prezentacji kilku próbek z tegorocznej świeżutkiej Ep-ki „Pounder”. Na koniec „Trail Of Tears” i… bye bye! Trzy kwadranse old skulu w rasowym amerykańskim stylu, które z pewnością zachwyciły każdego rozkochanego w takowym, a o to przecież chodziło. Pora więc na zespół, który w odróżnieniu do nowojorczyków pojawił się już na tym zacnym feście więcej niż jeden raz. Pamiętam doskonale iż za czasów mojej dziesięcioletniej przygody z tymże SECRETS OF THE MOON pojawił się w ramach programu dwukrotnie – dokładnie dekadę temu podczas mojego debiutu w Bad Berka, kiedy to niestety nie mogąc uczestniczyć w pierwszym dniu musiałem obejść się smakiem oraz dwa lata później w tym samym miejscu, kiedy to zespół otrzymał mały awans mogąc grać już nie pod namiotem, lecz na dużej scenie. Pamiętam bardzo dobrze towarzyszącą temu występowi paskudną pogodę i szczerze mówiąc, bardziej ona właśnie zapadła mi w pamięć niż sam show, który wyróżniał się zdecydowaną przeciętnością. Sekrety Księżyca grają bowiem bardzo nietypowy black metal, a ten nie rusza mnie niestety w takim samym stopniu jak choćby grany przez hołdujących surowiźnie i blastom bluźnierców z północy. Nastawienie moje nie zmieniło się zatem także i teraz, fakt zaś, że na basie ponownie gra pani, też niespecjalnie przyczynił się do poprawy wizerunku. Tyle zatem. Spędzając resztę czasu w różnych miejscach przysłuchiwałem się jednym uchem ponuractwom produkowanym przez THE RUINS OF BEVERAST, przy PRIMORDIAL postanowiłem jednak na parę minut przystanąć. Irlandczyków również oglądałem już w ramach PSOA dwukrotnie i choć nie potrafili jak dotąd urzec mnie do żywego, tym razem przypatrując się im, uznałem, że… nawet fajnie grają. Nic to jednak, bo myślami byłem już przecież przy BEHEMOTH. Trójmiejska bestia wciąż święci triumfy i wiele wskazuje na to, że spoczynek chyba jeszcze długo nie będzie im dany. Szacunek ze strony organizatorów dla ekipy Nergala objawia się nie tylko poprzez ogólne uznanie jej pozycji na scenie światowej, bo przecież fakt, że już po raz drugi w ciągu trzech lat występuje w roli headlinera dnia jest tego najlepszym dowodem. Nasi bohaterowie zadbali o swoją dobrą markę także i tym razem – zarówno pod względem wizualnym, jak i repertuarowym, bo oglądać i słuchać było czego. Płyta „The Satanist” wciąż święci tryumfy, nic dziwnego więc, że „Blow Your Trumpets Gabriel” musiał rozpocząć misterium, które dopełnione przez „Ora Pro Nobis Lucifer” czy „Messe Noire” po raz kolejny udowodniło potęgę ostatniego majstersztyku Bestii. Nie zaniedbano jednak i próbek poprzednich albumów – miłośnicy „Evangelion” śmiało mogli potrzepać uwłosieniem w rytm „Alas, Lord Upon Me” czy „Ov Fire And The Void”, ja sam poczułem natomiast mokre majtki przy akustycznym wstępie do „At The Left Hand Of God”, bo od razu wiedziałem co się będzie święcić! Kontynuując wątek starszych kawałków, całkiem miło było także przy „Conquer All” czy nieśmiertelnych „Decade Of Therion” i „Chant For Eschaton”. Kolejność była oczywiście nieco inna, ale wiecie teraz przynajmniej, że warto oglądać BEHEMOTH zawsze i wszędzie. Zagrane na bis „O Father! O Satan! O Sun!” stało się końcem wieńczącym dzieło, ja z kolei uznać mogłem nie tylko gig, ale i cały dzień za udany. Trzy szóstki na dobranoc, bracia!

Dla wszystkich rozkochanych w wyprutych flakach, perwersji i całej gamie innych świństw przy goregrindowym akompaniamencie dzień drugi rozpoczął się niezwykle dobrze, gdyż CLITEATER bez wątpienia takowych uszczęśliwił. Jako że sam w propozycjach takich niespecjalnie gustuję, obserwacje swoje rozpocząłem od VANHELGD, a że mroczny śmierć metal bardziej wpisuje się w schemat moich upodobań, decyzja owa jest chyba dla was zupełnie zrozumiała. Pod sceną zostałem jednak nieco dłużej, gdyż kontynuując proces testowania szwedzkiej stali, mogłem też w końcu zmierzyć się na żywo z GEHENNAH. Nie mogę powiedzieć abym był do przesady zauroczony, ale nie powiedziałbym tak samo, że set kwartetu był słaby, bo rozrabiacki black/speed/thrash to muza typowo koncertowa. Zasugerowany przeze mnie w poprzednim zdaniu stan rzeczy miał za to miejsce wobec występu kolejnego z uczestników, którego popisy oglądałem naprawdę szmat czasu temu. Meine Damen und Herren – AETERNUS! Ekipę Aresa podziwiałem do tej pory w akcji zaledwie kilka miesięcy przed egzaminem dojrzałości, czyli przed końcem minionego milenium. Choć kapela nie zaprzestała działalności i konsekwentnie wydawała swoje materiały, które rzecz jasna tak samo nabywałem, nigdy jakoś nie miałem okazji ponownie zmierzyć się z nią w wersji live. Ale wiadomo – kto cierpliwie czeka, ten się doczeka i co więcej: zespół pojawił się nawet na moim ulubionym feście. Skład rzecz jasna inny niż przed laty, gdyż uwagę moją przykuł koleś znany z popisów w Tortorum, gdzie również obsługuje drugie wiosło, ważne jednak, że znany co niektórym z sesyjnych popisów na trasach Immortal głównodowodzący wciąż ten sam. W chwili obecnej już wprawdzie bez włosów, ale wobec doskonałej jakości jego macierzystego bandu, który zaczynał od black metalu, a potem stale ewoluując balansował na granicy tegoż z brutalnym death, nie ma to oczywiście znaczenia najmniejszego. Było przy czym machać banią! Bębnowy wstęp z reprezentującego drugi album „There’s No Wine…” już na samym wstępie zagwarantował świetną zabawę, a przyznać trzeba, że na starocie czekałem przecież najbardziej. „Burning The Shroud”, „Death’s Golden Truth Revealed”, „Sworn Revenge” czy zagrany na koniec „Raven And Blood” – to było właśnie coś, co oprócz bardzo dobrego brzmienia zadecydowało, że występ AETERNUS był jednym z najlepszych w rankingu dnia. Na kontynuację wzruszeń i uniesień nie czekałem wcale długo. Ledwo manatki swoje spakowali Norwegowie, na deski wytoczyła się połowa oryginalnego składu Asphyx, wspomagana przez dwóch innych rzemieślników, których talent pozwolił na spłodzenie doskonałego albumu „The Suffocating Darkness”, notabene jednego z najlepszych opublikowanych w minionym Anno Satanas 2014. O kim mowa? Oczywiście o SOULBURN, który powstały przed laty na gruzach wymienionej już tu legendy holenderskiej sceny po jakimś czasie powrócił do starego szyldu, aby krótko potem znowu wyzionąć ducha i tak w koło Macieju. Nic to jednak, bo legenda ostatecznie żyje nadal i ma się całkiem dobrze, a jej przepoczwarzenie (względnie metamorfoza) też funkcjonuje jako samodzielny band i co najważniejsze – nagrywa i gra koncerty! Już od pierwszych chwil Holendrzy ruszyli pełną parą do przodu: otwierające „dwójkę” intro, a potem zbiór najlepszych pieśni z obu albumów. „Absinthesis”, „Claws Of Tribulation”, “Hellish Entrapment”, “In Suffocating Darkness”, “I Don’t Bleed From Your Crown Of Thorns”oraz wieńczący całość setu „Feeding On Angels” – oto przykłady z całości repertuaru, o ile oczywiście nie poknociłem tytułów. Wybaczcie, ale aby w natłoku tych setek tysięcy przesłuchanych w życiu płyt znać każdy numer, to trzeba by mieć łeb jak arbuz. Istotą rzeczy jest, że SOULBURN to SOULBURN i poprzez różnorodność tak wielu elementów jakakolwiek próba porównania go z Asphyx nie byłaby chyba zbyt trafna. Trzymam kciuki aby przyszłość pozwoliła na jeszcze niejedną odsłonę możliwości twórczych tej hordy, nie mówiąc już oczywiście o występach na żywo! No, po takiej dawce mocnych wrażeń kilka razy z rzędu należał mi się oczywiście kubek złocistego gazowanego napoju plus oczywiście odpoczynek – nie zapominajmy, że słońce dało znać o sobie w sposób bardzo wyraźny, toteż udanie się do cienia, a nawet króciutka drzemka obejmująca występy DESERTED FEAR, POSTMORTEM i MELECHESH wyszły mi tylko na dobre. Nie chciało mi się też zbytnio oglądać AGALLOCH, ale stratny nie byłem, bo wiedziałem, ze już za tydzień nadrobię to podczas festiwalu w Barth. Pod sceną stałem już za to podczas kolejnej masakry w oldskulowym holenderskim stylu, która stała się swego rodzaju kontynuacją wrażeń sprzed kilku godzin. Czy ktoś tu wspominał ASPHYX? Ha! Tym razem scenę w posiadanie objęli sami cytowani i trzeba przyznać, że… zmiażdżyli, zniszczyli i zmasakrowali. Nie chciałem już używać katalogu brzydkich wyrazów mających uzmysłowić jakość setu tej formacji, zauważalne jest jednak, że występując każdorazowo na tejże imprezie (a miało to miejsce już chyba trzykrotnie) zawsze ma publikę kupioną. Nie było inaczej i tym razem, a w programie oczywiście same rodzynki: wstęp z „The Rack”, „Scorbutics”, „Death… The Brutal Way”, „Deathhammer”… Dyrygujący gawiedzią Van Drunen ze swoim charakterystycznym agonalnym zaśpiewem sprawdza się nie tylko jako frontman, bo także i jako konferansjer, śmiało pokuszę się zatem o tezę, że o unikalności zespołu decyduje właśnie on – choćby nie wiadomo ilu muzyków przewinęło się przez jego szeregi, tylko i wyłącznie ów charyzmatyczny chudzielec gwarantuje niepowtarzalny klimat. Nie umniejszając rzecz jasna zdolności jego kolegów, a nie zapominajmy, że dobrzy muzycy w tym bandzie to praktycznie standard. Notabene, po raz pierwszy oglądałem ASPHYX z Tormentorem bębniącym etatowo także w Desaster i okazuje się, że… różnicy nie ma, a Bob Bagchus realizuje się w Soulburn i w rezultacie wszystko pozostaje w rodzinie, haha! Wracając jeszcze do repertuaru, dalszą jego część stanowiły „Wastelands Of Terror”, „Asphyx (Forgotten War)”, tytułowiec z debiutu oraz deser w postaci „Last One On Earth”. Trzy kwadranse klasycznego śmierć metalu, opatrzonego soczystym brzmieniem – nic więcej do szczęścia w tej chwili potrzebne nie było, no, może z wyjątkiem konieczności wypróżnienia pęcherza. Co dalej? Znowu coś fajnego, a mianowicie BLOODBATH. O ile wierzyć zapewnieniom kolegów-fotografów, z którymi nie sposób nie uciąć sobie w momentach oczekiwania miłej pogawędki, występ Szwedów w 2008 roku (który rzecz jasna też widziałem) jeszcze w Bad Berka, był podobno pierwszym jaki grupa w ogóle zagrała po Wacken 2005. Nie twierdzę, że nie, faktem z kolei jest, iż obowiązki śpiewaka pełnił wówczas Mikael Akerfeldt z Opeth, a w roli tej, gwoli ścisłości, sprawdził się wyśmienicie. Historia lubi się powtarzać, toteż supergrupa powróciła po latach na festiwal z nową lokalizacją, jako że jednak wyżej cytowany w międzyczasie zrejterował aby poświęcić się swojemu pierwszoplanowemu bandowi, chłopcy zatrudnili kogoś, kogo również doskonale znacie. Miejsce za mikrofonem objął bowiem zafascynowany na nowo śmierć metalem… Nick Holmes, który gardła swojego użyczył już zresztą do sesji najnowszego krążka Krwawej Łaźni „Grand Morbid Funeral”. Czy efekt owej kolaboracji zaowocuje i na dalsze lata okaże się zapewne w praniu, a skupiając się na obecnym gigu przyznać trzeba, że wokalista Raju Utraconego wcale nie ustępuje swojemu poprzednikowi, a wieczne kojarzenie go z marudzeniem i smętami w końcu też musi mieć swój kres. Ubrany w sutannopodobną szatę i wyglądający tym samym jak ksiądz (albo może jak to pisał mój szanowny kolega ze szkolnej ławki – „ksiąc”) jak dla mnie spisał się na medal – jego warkot upiększający nie tylko najnowsze kawałki, lecz także i perełki z poprzednich wydawnictw (jak dla mnie zawody wygrały „Breeding Death” oraz „Eaten”) naprawdę pasuje do BLOODBATH, pozostaje zatem życzyć sobie jak i jemu samemu, aby także i w tym bandzie mógł możliwie jak najwięcej zarabiać, nie mówiąc już oczywiście o tym, aby na scenie tej urzekł za rok wszystkich ze swoim macierzystym, który już dziś figuruje w obsadzie 2016 (!) Po trzech kwadransach soczystego i rasowego swedish death metalu przyprawionego angielskim sosem, mogli dostać to co chcieli wszyscy fani ENSIFERUM, ale jako że sam do takowych się nie zaliczam, powróciłem dopiero na ostatni punkt programu des zweiten Tages. O CANNIBAL CORPSE w zasadzie wypowiadałem się już tak wiele razy, że śmiało mógłbym sobie teraz darować, aby jednak formalności stało się zadość, napiszę treściwie, że tych pięciu jankeskich brutali jak zwykle nie miało zamiaru się patyczkować i po raz wtóry zrobiło spustoszenie. Lista kompozycji: „Scourge Of Iron”, „Demented Aggression”, „Evisceration Plague”, „Stripped, Raped & Strangled”, “Disposal Of The Body”, “Sentenced To Burn”, “Kill Or Become”, “Sadistic Embodiment”, “Icepick Lobotomy”, “Unleashed The Bloodthirsty”, “I Cum Blood”, “Make Them Suffer”, “Skull Full Of Maggots”, “Hammer Smashed Face” oraz jeszcze na dokładkę “Devoured By Vermin”. Jak zatem widać, poza “Gore Obsessed” oraz „The Wretched Spawn”, recital obfitował praktycznie w ochłapy z każdego albumu. Ach, co jeszcze! Pan Corpsegrinder tym razem bardzo pięknie zapowiadał poszczególne pioseneczki, intonując śpiewnie w ramach konferansjerki niczym prawdziwy maestro. Na szczęście nie schudł, Alex Webster po raz kolejny pięknie przebierał palcami po gryfie swojego instrumentu… Czyli standardowo: flaki, krew i brutalny death metal z pięknym soundem. Jedyne o co mógłbym mieć pretensje, to do pana oświetleniowca, bo przez zbyt dużo czerwonego światła skopał nieco efekty wizualne. Ale co Kanibale to Kanibale – nawet wobec braku kołysanek potrafią zagwarantować dobry sen. A co przyniósł nowy dzień? Kolejną porcję pozytywnych wrażeń. Może nie w takiej ilości jak poprzednio, zawsze jednak na plus. Pozytywną niespodzianką był przede wszystkim deszcz, który jeszcze przed rozpoczęciem występów nie tylko zwilżył spieczone klepisko, ale też i odświeżył nieco bardzo duszne powietrze. Sam rozpocząłem obserwacje dopiero późnym popołudniem, pierwszym zaś oglądanym przeze mnie zespołem był grecki ZEMIAL. Widziałem go już przed laty w ramach sławetnego Festung Open Air, udałem się zatem pod scenę w celu przypomnienia sobie oferty tegoż i przyznam, że jakoś była mi ona… obojętna. Wspominałem już gdzieś o specyfice i tym samym fajności greckiej sceny, propozycja ZEMIAL, będąca jednak mieszanką blacku z mnogością innych rozmaitych wpływów, nie była w stanie tym razem dotrzeć do mnie bez popity i przypuszczam, że sześć lat wstecz było pewnie tak samo. Sytuacji nie ratowało nawet fajne wdzianko basisty, bo muza jest w końcu najważniejsza, więc tyle w temacie. Bardzo ostrzyłem sobie za to zęby na WINTERFYLLETH i w życiu nie spodziewałem się, że Anglicy rozczarują mnie kompletnie. Abstrahując już od faktu, że wizualnie prezentowali się bardzo przeciętnie (wiem, jestem nieszczery, przed chwilą pisałem coś innego), to na żywo wypadli bardzo blado i bez wyrazu. Szkoda, naprawdę szkoda, dlatego też mam nadzieję ujrzeć kiedyś ów band chwalący pradawną potęgę Albionu w zupełnie innej scenografii. Zatem pora na KRISIUN. Brazylijców nie oglądałem już jakieś dobre kilka latek, dobrze stało się więc, że szanowne kierownictwo festu zdecydowało się po dziesięciu latach ponownie zaprosić ich pod swoją strzechę. Okazją był pewnie i nowy album „Forged In Fury”, z którego Canarhinos spontanicznie co nieco zaprezentowali, wiadomo jednak ogólnie, że wyspecjalizowana w masowym death metalowym morderstwie trójgłowa hybryda zawsze sprawdza się w swoim fachu idealnie, więc główny powód rozumie się sam przez się. Rany szarpano – kłute zadawane były m. in. za pomocą „The Will Of Potency”, „Combustion Inferno”, “Descedning Abomination”, „Vicious Wrath”, „Ravager” czy “Kings Of Killings”, wspomaganych w międzyczasie jednym lub dwoma nowościami, których z racji nieznajomości nowego longa nie udało mi się jeszcze rozkminić. Hm, w zasadzie to mam tutaj lekką zagwozdkę, czy aby rzeczywiście chciałbym się w niego wsłuchiwać, bo o ile już na poprzednim krążku obecne są małe modyfikacje, tym razem doszły mnie słuchy, jakoby tym razem nasi ulubieńcy wpuścili w struktury utworów jeszcze więcej powietrza… Niby w każdej plotce jest jakieś ziarno prawdy, więc wniosek, że warto to mieć na uwadze, ale też i się nie zrażać. Popisy TOXIC HOLOCAUST wykorzystałem na konsumpcję zupy chmielowej, pod sceną stałem zaś na powrót gdy już po raz drugi tego dnia zameldowali się na niej synowie Hellady. Tym razem bardziej znani, jeśli nie powiedzieć, że chyba najsłynniejsi na tych ziemiach, szczególnie w materii mrocznych i mistycznych dźwięków. Witamy ROTTING CHRIST! Ateńczycy zagrali na owym festiwalu po raz pierwszy, co jak na bardzo długi staż i sceniczne doświadczenie jest swego rodzaju kuriozum, ale wiadomo – zawsze jest ten pierwszy raz, czyż nie? Na całe szczęście inicjacja przebiegła bezproblemowo, ja sam natomiast mogłem przy niektórych z kawałków podryfować na fali sentymentu, a już szczególnie wobec prezentacji namiastki mojego ukochanego „Thy Mighty Contract” („The Sign Of Evil Existence” oraz „Transform…”). Warto wspomnieć także o odegranym coverze. Ekipa Sakisa wzięła na warsztat bowiem kawałek „Societas Satanas” swoich niemniej kultowych krajan z Thou Art Lord, abstrahując zaś od tegoż, szczytem moich marzeń byłoby, gdyby owych zakurzonych i stęchłych kultowych numerów zagrali w czasie tych trzech kwadransów więcej. Nie patrzcie na mnie z wyrzutem – dla człeka starej daty starocie zawsze będą rodzynkami, poza tym przyznam szczerze, że w nowszych dziełach Gnijącego Chrystusa nie jestem już tak dobrze obeznany. Zdobędę się jednak mimo tego na wyznanie, że ogólnie koncert ROTTING CHRIST wypadł na duży plus, w programie moim zaś zostały jeszcze trzy ważne punkty. Pierwszy z tychże zameldował się na deskach o 21.45 i… cholera jasna, co tu nie wypaliło? Proszę państwa, wierzcie mi lub nie, ale na show MAYHEM (bo takiego właśnie oczekiwałem) bardzo ostrzyłem sobie zęby i wobec tego, czego doświadczyłem, rozczarowałem się nielicho. No bo tak – była super scenografia, były kości, dym i inne cuda wianki, Attila wił się w podrygach niczym obłąkany, ale… dlaczego to tak potwornie zabrzmiało, do diaska? Nie wiem, no naprawdę nie wiem – albo stanąłem w nieodpowiednim miejscu i wszystko zlewało mi się w kupę, albo bolały mnie już uszy, albo byłem przemęczony, no bo jak nie, to co innego? Szczególnie, kiedy w ostatnich latach bardzo ostrożnie dozuję napoje wyskokowe i o stanie wskazującym również nie było mowy… Zaczęli od „Deathcrush” i jeszcze było w miarę dobrze, potem zaś niestety – im dalej, tym gorzej. Brzmienie kulało potwornie, w dodatku prawie nic z „De Mysteriis…” – zdecydowanie nie tak to sobie wyobrażałem. Doczekałem się wprawdzie „Freezing Moon”, na małą osłodę poszedł i „Pure Fucking Armageddon”, ale powiedzmy sobie szczerze – jeden czy dwa trolle zimy nie czynią i w sumie wcale nie odczuwałem jakiejkolwiek tęsknoty, gdy po owych trzech kwadransach MAYHEM spakował graty i zszedł ze sceny. A ja myślałem, że przymknąwszy oczy powspominam nie tylko stare dobre czasy, ale i fiordy, które w rytm kultowego debiutu nawet i w tym roku podziwiałem. No cóż, bywa. Ale co do MY DYING BRIDE – tutaj wyrazić się mogę o wiele cieplej. Brytyjscy doomowcy zagrali dokładnie tak, jak powinni – ciężko, wolno i ponuro, przywodząc na myśl klimat w którym całe życie wzrastali, no bo jak w końcu ukształtować może mieszkańców Zjednoczonego Królestwa mglista i deszczowa pogoda, która należy tam do standardu? Nie inaczej, ale co ja wam tu będę teoretycznie pieprzył. Ad rem! Bardzo fajny koncercik, nie powiem. Wizualnie bez jakichkolwiek sensacji, aczkolwiek łysy Aaron w szykownej koszuli, pozostający na drugim planie skrzypek oraz szarpiąca od kilku lat struny basu pani należały do elementów, które szczególnie przykuły moją uwagę. Co do programu, po raz kolejny obnażę się z sentymentalną sympatią, więc niech nie zdziwi was, że najchętniej łykałem kawałki z czasów edukacyjnej męczarni w ostatnich latach podstawówki oraz dwóch pierwszych liceum („Your River”, „Turn Loose The Swans”, „The Cry Of Mankind”). Nie zabrakło oczywiście też i strzałów z późniejszych wydawnictw, co zresztą wobec długości setu było nieuniknione, jak jednak mówiłem – ważne, że w morzu tychże rzeczywiście znalazłem coś dla siebie, nie mówiąc o tym, że w obliczu dotychczasowego pecha co do podziwiania MDB na scenie, w końcu się udało, więc chwała na wysokości! Czyli dobrnęliśmy do końca? Nie, niezupełnie. Został jeszcze SAMAEL, który wyznaczony na sobotniego headlinera nie tylko zakończyć miał całość imprezy, ale i podążając za modą odgrywania na koncertach całości repertuaru z przełomowych płyt, wybrał do tego celu swoją kultową „trójkę”. Najpierw jednak nieco formalności. W składzie nieznaczna zmiana – po wieloletniej służbie z zespołem pożegnał się Mas, zostając zastąpionym przez gościa, którego facjata oraz pseudo już w ogóle nic mi nie mówią. Czy zmiana ta wyszła na dobre, ocenią zapewne ci, którzy pozostają wierni kapeli od samego początku jej egzystencji, aczkolwiek wobec mojego okazjonalnego oglądania Szwajcarów na deskach znaczenia nie ma to żadnego. Znowu sentymenty? No tak. Bo SAMAEL skończył się jak dla mnie na „Passage” i wobec mojego bardzo średniego uznania dla późniejszych wydawnictw, kontakt z tymże ograniczył się wyłącznie do obserwacji live. Ale nie oszukujmy się – dwa pierwsze albumy oraz ten trzeci przełomowy z panem z gwoździami w głowie goszczą raz po raz w moim odtwarzaczu, nic dziwnego więc, że wiadomość o wykonaniu „Ceremony…” w całości przyjąłem niezwykle entuzjastycznie. Zakończmy zatem owe wywody jakimiś sensownymi frazami i tym samym podsumujmy też całokształt. Odegrana od początku do końca „trójka” trafiła w moje gusta bardzo, szczególnie, że w innych okolicznościach moich ulubionych kawałków z tejże („’Till We Meet Again”, „Crown”) nie usłyszałbym zapewne na żywo już nigdy. Nie zabrakło oczywiście pięknego bombastycznego wstępu i przerywnika do „Baphomet’s Throne”, choć okazjonalne skoki wzwyż w wykonaniu Makro lekko jakby nie pasowały do klimatu tego albumu… Wolałbym Xy rzucającego wściekle czupryną podczas obsługiwania swoich cacek, ale że ten od wielu już lat hołduje fryzurze Kojaka, zaśpiewać by można niczym w dziecięcej piosence – „Maaarzeeenia… te duże i te maleńkie”. Jako że trzeci album wypełnił zaledwie połowę koncertowego setu, resztę uzupełniła przeplatanka od „Passage” wzwyż, choć z racji ochoty na piwo i konwersacje ze znajomymi bardziej już wówczas słuchałem niż oglądałem. Na szczęście do uszu moich doleciały w międzyczasie „Rain”, „Jupiterian Vibe” czy „My Saviour”, więc w sumie doczekałem się całkiem niemałej liczby przebojów dla oldbojów, hehe! Co zatem na sam koniec?

Nic szczególnego. Refleksje moje są takie, że w ciągu dekady 2005 – 2015 na PSOA zmieniło się naprawdę sporo. Nie tylko lokalizacja. Przede wszystkim – kierownictwo jego dawno wykroczyło już poza ramy trzymania się ścisłej formuły festiwalu z podziemnymi bandami, nie rezygnując jednak tym samym z ekstremalnego oblicza. Owszem, tradycja wspierania nowicjuszy wciąż trzyma się mocno, czego dowodem jest chociażby druga mniejsza scena pod namiotem (w tym roku obsada jej nie przykuła mojej uwagi), coraz częściej jednak gościć zaczynają w składzie wykonawcy z bardzo wysokiej półki, co niektórzy mogli by już uznać jako komercję. No, ale cóż – każdy krawiec kraje jak mu materiału staje, a jeśli można pozyskać przez to więcej gości, to czemu nie? Jedyny mankament to powtarzające się cyklicznie zespoły, które śmiało mogłyby już zostać zastąpione przez inne, choć jak zaznaczałem – są względy, które widocznie przeważają szalę decyzji i my, fani, wpływu na to nie mamy najmniejszego. Pozostaje zatem wybór – można jechać na festiwal, można ów czas spędzić na inny sposób. Ja wybieram jakoś od lat opcję pierwszą, bo nic bez ale, oprócz tego ma w sobie coś ten spęd, co powoduje, ze czuję się tam jak w domu i żadna siła nie jest w stanie zmusić mnie w chwili obecnej do „przeprowadzki”. Cóż zatem nastąpi w latach 2016- ? Jak zwykle retoryczne pytanie, na które odpowiedź zna wyłącznie czas.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

PARTY SAN OPEN AIR 2015


DEGIAL

NUCLEAR ASSAULT

SECRETS OF THE MOON

CANNIBAL CORPSE

ZEMIAL

WINTERFYLLETH

KRISIUN

ROTTING CHRIST

MAYHEM

MY DYING BRIDE

BEHEMOTH

VANHELGD

GEHENNAH

AETERNUS

SOULBURN

ASPHYX

BLOODBATH

SAMAEL



<<<---powrót