Relacje

BARTHER METAL OPEN AIR 2015

13/08 – 15/08/2015  Barth, Niemcy

No i git! Po raz kolejny, notabene już piąty w swojej festiwalowej karierze miałem sposobność odwiedzić Barther Metal Open Air, który nie tylko stał się w międzyczasie jednym z moich ulubionych spędów tego typu, ale i po raz kolejny dostarczył mi sporej dawki pozytywnych wrażeń. Choć w odróżnieniu do Party San (plasującego się jak dotąd na topie moich festiwalowych faworytów) w przypadku niniejszym nie można mówić jeszcze o okrągłym jubileuszu, kilka wypadów do Barth pozwala już nawet i dziś pchnąć mnie w związku z tymże przedsięwzięciem do rozlicznych różnorakich refleksji. No bo cóż – jeśli bywa się w jakimś miejscu kilka razy pod rząd, nie da się nie zauważyć zmian i metamorfoz, które zgodnie z twierdzeniem Heraklita są przecież nieuniknione. Ilu z tychże doliczę się w przypadku piątej przeżytej jak dotąd przeze mnie, a formalnie siedemnastej już edycji BMOA okaże się w trakcie rozwijania zapoczątkowanego przeze mnie wywodu, nie zwlekając zatem biorę się na poważnie do roboty.

Co na początek? Formuła, proszę państwa. Dwudniowy jak do tej pory festiwal postanowił w materii organizacyjnej najwyraźniej dorównać większości wszystkich innych spędów open air, gdyż jego zacny organizator postanowił poszerzyć ofertę o dodatkowy wieczór. Inicjatywa owa polegała na ustaleniu tzw. warm-up day, czyli pierwszego dnia, który rozpoczęty w czwartek w okolicach godziny 18.00 polegał na prezentacji kilku pierwszych spośród zabukowanych na potrzeby programu zespołów, a co za tym idzie – logiczną koleją rzeczy przetrzeć szlaki wszystkim pozostałym. Zaczął więc HAMARSHEIMT. Z uwagi na pewne obowiązki natury pomocniczo – doradczej nie byłem w stanie oglądać poczynań tegoż cuda, w którym pogrywa nawet kilkoro moich znajomych, musiałem więc obejść się smakiem i wyławiać jedynie z odległości owe produkowane przez nich dźwięki. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się nadrobić ten niedobór. Całkowicie nie uważam natomiast za takowy braku obejrzenia BETALMAND. Sorry, wybaczcie – już samo przestawienie dwóch liter w celu wynalezienia metalowemu zespołowi jakiejś oryginalnej nazwy oraz oklepane do bólu hymny ku czci metalowej sceny były dla mnie wystarczającym impulsem aby taki kabaret delikatnie mówiąc zignorować. Sprawy miały się jednak zupełnie inaczej w przypadku NARBELETH. Bo zespół to zaiste oryginalny, a przede wszystkim ze względu na pochodzenie. Z czym kojarzy wam się bowiem Kuba? Mało kto nie byłby zaskoczony, gdyby w pierwszej linii padło nazwisko Fidela Castro. Dopiero potem może co niektórzy przypomnieliby sobie paskudne i twarde pomarańcza, które w czasach słusznie minionych stanowiły niekiedy substytut cytrusów (nie znajdując oczywiście poza sokiem żadnego innego przeznaczenia), jeszcze inni z kolei wymieniliby plaże i drogie hotele na wybrzeżu Hawany, stanowiące istny kontrast w całokształcie jednego z państw o najbardziej archaicznym systemie. I zapewne dopiero na szarym końcu pojawiłaby się muzyka, a już szczególnie black metalowa. Wspomniany NARBELETH to jeden z niechlubnych wyjątków tamtejszej sceny, któremu nie tylko udało się zaistnieć poprzez wydanie srebrnych krążków – także i poprzez koncerty poza własną ojczyzną, a jeśli już o wspólny mianownik chodzi, to bez wątpienia stanowią go Niemcy. Wydane dla Folter Records dwa krążki, z czego ostatni, zatytułowany „Through Blackness And Remote Places” miał premierę właśnie na dniach, udany zeszłoroczny występ na Under The Black Sun, no i teraz prezentacja na deskach amfiteatru w Barth. Jeżeli dodamy do tego jeszcze fakt, iż podczas prezentacji tej wspomagał kapelę „wypożyczony” sesyjny niemiecki perkusista, wszelkie pytania przestają mieć jakikolwiek sens. Piszmy jednak o występie. Po raz kolejny sprawdza się teza, że black metal przy trzyosobowej konfiguracji to jak dla tej muzyki opcja idealna. W ciągu godziny można było przekonać się nie tylko o jakości wszystkich trzech albumów, ale i też o tym, że czasem uczeń potrafi przerosnąć mistrza – NARBELETH wyciągnął bowiem kwintesencję surowego norweskiego black metalu, przekuwając ją bardzo umiejętnie na struktury własnych utworów. W ten sposób otrzymujemy produkt egzotyczny i jednocześnie przejmująco zimny, przez co po raz wtóry mamy dowód na to, że w czarnym metalu nie ma reguły – gdy się go umie fajnie grać, pochodzenie nie gra nawet najmniejszej roli. Mam nadzieję podziwiać trio w akcji jeszcze nie raz, wam również polecam zwrócić na nie uwagę! Bez wątpienia był to jak dla mnie numer jeden pierwszego dnia i możecie mi wierzyć, że po tym co zafundowali Kubańczycy, nawet wyznaczonego na headlinera DEMONICAL nie chciało mi się oglądać (!) Z całym szacunkiem dla Szwedów i zamiłowania do death metalowych dźwięków, ale czasem trzeba oddać palmę pierwszeństwa komu innemu. C’est la vie, chłopcy, c’est la vie!

Piątkowe popisy zapoczątkowało w porze popołudniowej KOMMANDO. Z uwagi na obowiązki „sprzedawczyka” (hehe!) nie było mi dane obejrzeć tegoż i niespecjalnie żałuję, bo chodziło wyłącznie o jakąś niemiecką grindu i death metalu, a to mnie po prostu nie interesiło. Bezstresowo i z dużą przyjemnością obejrzałem za to DYSANGELIUM, którego ze względu na podobne obowiązki nie miałem okazji podziwiać kilka miesięcy wstecz na swoim podwórku, a zatem starą prawdą jest, że co się odwlecze, to nie uciecze. Usmoleni niczym nieboskie stworzenia panowie muzycy zafundowali około trzy kwadranse do cna ohydnego i śmierdzącego piekłem black metalu zadowalając pewnie nie tylko mnie. Nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z debiutem formacji „Thanatos Askesis”, jeśli jednak tylko będę miał ku temu okazję i w dodatku okaże się, że zawartość tegoż w wersji studyjnej poraża tak samo skutecznie, dla albumu owego z pewnością kawałek regału w moim domu się znajdzie. W dalszej części programu zainteresowani mieli okazję pobawić, względnie ponudzić się przy dźwiękach THORMESIS, WALDSCHRAT lub HORDAK, przy czym w przypadku tych ostatnich sam postanowiłem rzucić okiem. Kapela pochodzi z Hiszpanii, gra pagan metal i w sumie tylko te czynniki przykuły moją uwagę. W trakcie oglądania okazało się, że gdybym się na to nie zdecydował, to w sumie też nie byłbym stratny, bo oryginalnością nie grzeszyło toto w ogóle, poza tym nie miałem pewności, czy aby cudo to już kiedyś się tu nie produkowało… Nieważne. Przez kilkadziesiąt minut przyglądałem się także OBSCURITY. Metalowych kapel o tejże nazwie doliczyłem się jak do tej pory co najmniej dziesięciu (z czterema niemieckimi włącznie), w niniejszym przypadku zaś chodziło o OBSCURITY pochodzące z Nordrhein-Westfalen, które porusza się w klimatach pagan – wikingowskich. Już raz kiedyś widziałem niniejsze na lokalnym podwórku, kiedy to pełniło rolę rozgrzewacza dla jakiegoś innego bandu, ogólna jakość jednakże bardzo średnią się mieniła i w sumie tym razem nie do końca byłem przekonany, czy jeszcze raz chciałbym się z owym stworem zmierzyć. Koniec końców się jednak zdecydowałem, a że wrażenia moje po raz kolejny uplasowały się na tym samym poziomie, podejrzewam, że trzeci raz raczej już się na to nie skuszę. Nie oznacza to oczywiście, że nie podobało się to innym, bo przyglądając się publice, zauważyłem zdecydowanie pozytywne reakcje. Inaczej jednak było już w przypadku ANGANTYR. Już po raz trzeci miałem przyjemność obejrzeć zespół pana Zagrobelnego, który – jak wiecie – zgodnie z black metalową etykietą postanowił także jakoś mrocznie się ochrzcić i co więcej, zamiast wybrać sobie jakieś durnowatą ksywkę, odwrócił kolejność liter we własnym nazwisku i też dał radę. Ale w sumie nie o tym miało być. W ciągu pięciu lat, w których widziałem ten zespół, zauważyłem dosyć pozytywną zmianę. Owszem, dalej twierdzę, że nie jest to coś nadzwyczajnego, chodzi jednak o to, że trójka tych facetów wie do czego służą instrumenty i na żywca wypadają bardzo przekonująco. Nawet i dużo lepiej w stosunku do albumów, choć sam w kolekcji posiadam zaledwie jeden i w zasadzie co niektórzy mogliby mi zarzucić, że zbyt pochopnie wyciągam wnioski. Ale jakby nie patrzeć – na koncercie liczą się przecież wrażenia sceniczne, a tych doczekałem się w Barth od strony bardzo pozytywnej. Podejrzewam, że dla wszystkich rozkochanych dodatkowo w pradawnych sagach oraz staroskandynawskich dziejach epoki przedchrześcijańskiej, oferta Duńczyków jest prawdziwym miodem (niekoniecznie dla uszu, bo tegoż tam przecież pod dostatkiem), więc ogólnie wszystko było cycuś. Po półgodzinnej przerwie mogłem z kolei nadrobić zaległość sprzed tygodnia – AGALLOCH, którego z powodu zwykłego lenistwa nie chciało mi się na Party San oglądać, ograniczając się tylko do walorów fonicznych. Wiedziałem oczywiście czym muza ich stoi, bo przysłuchując się tejże siedem dni wcześniej istotnie wszystko się zgadzało – Amerykanie jak najbardziej mają do zaoferowania doom metal z elementami post rockowej psychodelii, więc wniosek, że aby przy muzie takiej być wpiekłowziętym to albo należy słuchać jej na co dzień, albo po prostu mieć odpowiedni nastrój. Nie stwierdzę jakoby podczas wieczoru owego towarzyszył mi zły humor, jednakże jako zdecydowany muzyczny ekstremista nastawiony jestem na ogół na mocniejsze wrażenia. Więc pora na headlinera. Przynajmniej jak dla mnie, gdyż w programie pozostały jeszcze dwa bandy, a regułą na owym festiwalu jest, że ostatni z występujących danego dnia zespołów zazwyczaj „sprząta” po poprzedzającym go większym. W owym przypadku trudno kwestionować fakt, że ENDSTILLE dochrapało się w ciągu 15 lat swojej egzystencji całkiem znaczącej pozycji. W zasadzie to mam dwojakie uczucia. Z jednej strony podoba mi się, że po iluś tam latach tułaczki udało się grupie wypłynąć na szersze wody, z drugiej jednak – nie da się nie zauważyć, że z topornego black metalowego tworu wykształciło się coś, co w sumie już nie tak bardzo trzyma się tego samego kursu, który osobiście uważałem za słuszny. Nie ma strachu – ENDSTILLE nie zaczęło grać power metalu, powiem więcej: stało się nawet bardziej ekstremalne i co najważniejsze, absolutnie nie odeszło od historycznej stylistyki, bazującej na tematyce wybitnie wojennej. Kto porównałby jednak „Operation Wintersturm” z ostatnim albumem, z pewnością zadałby sobie pytanie ile w tym tak naprawdę starej blackowej aury. Dobrze, że koncerty trzymają ogólnie całkiem dobry poziom, szczególnie kiedy nie są pomijane stare kawałki (te z trzech pierwszych płyt są przecież najlepsze), wiadomo jednak, że „Kapitulation 1813” wciąż ma priorytet. Trzy kwadranse sieki na wysokim poziomie, bez wątpienia. Tyle o występie ekipy z Kiel, która nie tylko ze względu na swoje hobbystyczne ciągotki, bo także i w związku z późną porą powinna była zakończyć tę walkę. Owo szczytne zadanie przypadło jednak komu innemu. Podjęła się tego RIMRUNA, choć zmęczenie, które wzięło w moim przypadku górę, skutecznie uniemożliwiło mi podziwianie wyżej wymienionych. Kiedyś na pewno się nadrobi, bo wiadomo – los nierychliwy…

Popołudnie ostatniego dnia spędu stało pod znakiem otwieracza w postaci KRATEIN. Dziwaczny to nieco twór, przyznaję. Niby black metal, czasem jednak trochę pokręcony i jakby nie z tej ziemi – rzeklibyśmy zatem, że albo może się podobać, albo i nie. W kolejnej części programu występami swoimi zaszczyciły scenę amfiteatru CRAVING, SABIENDAS i AHNENGRAB, ja natomiast oczekiwałem z niecierpliwością tego, co nastąpić miało pod sam koniec dnia. Te kilka godzin dłużyły mi się niezmiernie, choć wpadając potem na występy ATOMWINTER (całkiem niezły death metal z elementami oldskulowego thrashu), BIFRÖST (pagan/folk po austriacku), SELBSTENTLEIBUNG (bardzo depresyjny czarny metal, notabene krajanie poprzednio wymienionych) czy oczywiście straszliwych bluźnierców z HORNA, których miałem okazję oglądać nawet ponad miesiąc wcześniej na swoim własnym podwórku, owa czasowa luka jakoś dała się wypełnić, nie mówiąc oczywiście o tak przyziemnych sprawach jak nawilżanie się piwem, konsumowanie festiwalowej pizzy czy zwykłe pierdoły z dziesiątkami znajomych. Kiedy horda Shautraga spakowała manatki, nadszedł wreszcie wytęskniony moment, bo oto w końcu nadeszli moi bohaterowie. Na ten koncert czekałem całe trzy dni festiwalu i skłamałbym, twierdząc, że byłoby mi ganz egal jechać w tym roku do Barth. Kto bowiem postanowił uszczęśliwić wszystkich gości w roli sobotniego headlinera? Uwaga, uwaga! Prosto z Norwegii specjalnie dla szanownej publiczności – GEHENNA! To już trzeci mój meeting z niniejszą hordą i podobnie jak w związku z całokształtem imprezy, także i tu nachodzą mnie różnego rodzaju refleksje. Jakie? Choćby fakt, że widziałem ich w różnych miejscach i w różnych konfiguracjach składowych. Były to na pewno koncerty niezwykłe i niewątpliwie niezapomniane, bo trzeba wam wiedzieć, że jako nastolatek kochałem się w tejże kapeli i zobaczenie jej na żywo było dla mnie marzeniem nie lada. Oczywiście koniec końców się udało, choć nieco wody upłynęło, na dodatek przecież różne stylistycznie płyty z jej logo się ukazywały… Jak już jednak gdzieś pisałem – panta rei, zatem Norwegowie nie uniknęli również i przetasowań składowych. Nie chodzi mi bynajmniej o uroczą klawiszówkę o orientalnych rysach – Sarcanę, którą koledzy pożegnali ciężkie lata temu, lecz o metamorfozy ostatniej pięciolatki chociażby. O ile wierzyć oficjalnym źródłom, to syn marnotrawny Dirge Rep też jakoś nie czuł się chyba na starych śmieciach. W ślad za nim podążył i Dolgar, który na pamiętnym Festung Open Air oraz dwa lata potem na Wacken szarpał cztery struny… Jak wygląda zatem GEHENNA Anno Satanas 2015? Funkcję frontmana przejął Sanrabb, który w tenże sposób pozostaje jedynym memberem oryginalnej konfiguracji sprzed lat, a tym samym również i głównym krzykaczem. Reszty składu dopełniają dwaj panowie obecni już na ostatnim studyjnym albumie, miejsce Dolgara zajął natomiast jakiś inny nieznany pan. Ciekawostką jest też powrót zespołu do konfiguracji kwintetu. Tak, tak – kapela zwerbowała (być może tylko na potrzeby tegoż lub kilku występów) do składu parapeciarza, który ślicznie zakapturzony stał nieco z tyłu, nie mówiąc już o tym jak bardzo rozbudził moje nadzieje na usłyszenie sporej dawki starego materiału. A więc dobra – przejdźmy do rzeczy. Na samym początku napiszę tak: było fajnie, ale nie doskonale. Czemu? Bo tak jak zaznaczyłem – obecność klawiszowca, jak i fakt, że w tym roku mija równe 20 latek od premiery „Seen Through The Veils Of Darkness”, podziałały na moje zmysły bardzo mocno. Tymczasem ku mojemu niemałemu rozczarowaniu, nie było mi dane usłyszeć ani jednego kawałka z tego znakomitego krążka! Co ci za los! Albo chłopcy niespecjalnie lubią ten materiał, albo… nie wiem co. Dobrze, że chociaż nie pominęli debiutanckiego „First Spell”, bo już po intro na pierwszy ogień poleciał „Morningstar”. Punkt ciężkości programu stanowiły jednak zdecydowanie kawałki z późniejszych wydawnictw, nie wyłączając oczywiście najświeższego „Unravel”, więc nieco rzezi dane było nam zakosztować: „Werewolf”, „Devil’s Work”, „Death To Them All”. W międzyczasie małe intro i przeskok do debiutu – „Shivering Voice Of The Ghost”, przy którym od razu zrobiło się miło i serce zaczęło bić nieco szybciej. Po „Pallbearer” kolejny wyskok w dalszą przeszłość – „Ad Arma Ad Arma” i przez to łeb też jakby zaczął kolebać się nieco bardziej intensywnie. Nowszy strzał – „Nine Circles…” i potem znowu coś sprzed dekady – „Abbatoir”. Kolejne intro obwieściło przejście do trzeciego bloku ze szlagierami, a jeśli o szczegóły się rozchodzi, były to „The Decision”, „Nothing Deserves Worship” oraz „Flames Of The Pit”. Niedługo potem Sanrabb zapowiedział ostatni punkt programu, a tymczasem… dupa blada. Niestety, proszę państwa – spóźnienie to takie złośliwe zjawisko, które (pomimo tego jak byłoby nie chciane), zawsze gdzieś się tam wkręci i tym samym niczym efekt domina skutecznie rozłoży się w czasie, krzywdząc w ten sposób innych uczestników. No bo tak – ktoś zamarudzi i nie wystartuje w porę, a potem inni muszą przez to okrajać swoje sety. I niestety Norwegów też to spotkało, bo stanowczo dano im do zrozumienia, że ich czas dobiegł końca. Panu basiście musiało być to bardzo nie w smak, skoro rozsierdzony cisnął ze złością swoim instrumentem o podest, ale reguły są niestety żelazne i odstępstw od nich nie ma. Poza tym czekał w kolejce jeszcze jeden uczestnik, więc GEHENNA grzecznie zeszła z placu boju i udała się za kulisy. Ale bez obaw, panowie – tak czy siak zagraliście bardzo dobry gig, nawet i bez tych staroci, na które jednak po cichu w przyszłości liczę. A więc? To już prawie koniec, choć ostatnie kilkadziesiąt minut należało do NIVLHEL, który (jak nietrudno się domyślić) zaprezentował którąś już tam, aczkolwiek całkiem niezłą odsłonę pagan black metalu. Podopieczni Einheit Produktionen przejęli zadanie zamknięcia eventu i w sumie zrobili to całkiem przyzwoicie. Szwedów oglądało bowiem pomimo bardzo późnej pory (1.30 w nocy) całkiem niemało niedopitych osobników, którzy sącząc ostatnie kufle złocistego płynu bardziej już jednak siedzieli na okalających scenę ławkach, aniżeli brykali i skakali przed barierkami. Kiedy występ „zamykacza” dobiegł końca, stało się jasne, że 17 edycja BMOA po raz kolejny stała się faktem dokonanym. Jaki zatem ze wszystkiego ogólny morał? Tradycyjnie było bardzo fajnie. Tradycyjnie dopisała bardzo ładna pogoda, która każdorazowo pojawia się w tym miejscu jak na zamówienie. Tradycyjnie zagrały mniej lub bardziej znane, zawsze jednak niezłe, dobre, a nawet doskonałe bandy. Tradycyjnie niemal ta sama liczba publiki, miejsce w którym odbywa się impreza, stoiska płytowe, no i ogólna atmosfera. Czyli krótko mówiąc – ponownie duży plus, kiedy dodamy zaś jeszcze fakt, iż tym razem festiwal zyskał jeden dzień (co pewnie odtąd też stanie się tradycją), śmiało stwierdzić możemy niczym w jednym z kultowych filmów, że tradycja to coś ekstra. Nie pozostaje przeto nic innego jak ponownie dołożyć wszelkich starań, aby tradycję odwiedzenia tegoż festu śmiało kontynuować i w przyszłym roku.

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz

BARTHER METAL OPEN AIR 2015


GEHENNA

NARBELETH

DYSANGELIUM

HORDAK

ANGANTYR

AGALLOCH

ENDSTILLE

AHNENGRAB

ATOMWINTER

BIFRÖST

HORNA



<<<---powrót